– Wszyscy jesteśmy gwiezdnym pyłem, więc nie jest ważne, jaką religię wyznajemy – mówi Anthony: wiek średni, wzrost średni i takowe wykształcenie. Mądry, jak to się mówi, życiowo, nie z książek. Napodróżował się, gdy jeszcze można było, napracował na rozgrzanych australijskich dachach. Włosy poskręcane, ręce twarde, plecy usiane słonecznymi plamami, twarz pogodna, szeroka jak australijskie tereny pustynne zwane Outback, tu i ówdzie poznaczona mapą zmarszczek. Co lubi Antek? Australijski futbol i surfingową deskę, pogrillować z najbliższymi, pośmiać się, nawet z samego siebie. Czego nie znosi? Udawania, konsumpcjonizmu – po cholerę nowy samochód, nowe ubranie, skoro stare jeszcze się nie rozpada? Typowy, pragmatyczny i wyluzowany, Aussie, można by rzec. Sadzam go więc któregoś dnia obok siebie, rygluję drzwi, aby nie zwiał, zabieram iPhone’a i proszę: – Pogadajmy o religii. A on krzywi się, ziewa: – Ale do sedna, bo nie zdzierżę. – Opowiedz: jak to było dorastać w kraju laickim? – pytam. Wzrusza ramionami. – Fajnie. Mieliśmy ciekawsze rzeczy do roboty niż latanie do kościoła, nawet ci ze szkół katolickich nie chodzili. Nie wiem dlaczego, ale w pewnym momencie mama…
Dziennikarka, publikowała m.in. w „Dużym Formacie”, „Przekroju” i „Newsweeku”. Absolwentka polonistyki i Polskiej Szkoły Reportażu. Laureatka Nagrody im. Macieja Płażyńskiego za reportaż o emigracji. Żyje pomiędzy Australią i Podhalem