„W imię ojca mnie i syna”
Pawlikowska-Jasnorzewska, Poświatowska, Baczyński, Świetlicki, Pióro, Maj… Niektórzy poeci mają szczęście do nazwisk w szczególny sposób odsłaniających osobliwość ich poetyckiego rzemiosła i odzwierciedlających autorski stosunek do świata. Wielu innych próbuje radzić sobie na własną rękę, stąd wielokrotnie już opisywany fenomen pseudonimu literackiego, mogącego pełnić również – jak w niezapomnianych kalamburach Tuwima i Gałczyńskiego czy słynnych heteronimach portugalskiego poety Fernanda Pessoi – niebagatelne funkcje artystyczne . Tak czy inaczej, o tym, że w literaturze forma autorskiej sygnatury posiada status szczególny, zaświadcza szereg interesujących, całościowych interpretacji wychodzących od imienia własnego, wśród których prym wiedzie słynne Sygnowane Ponge (Signéponge) Jacques’a Derridy. Uznając imię i nazwisko poety Francisa Ponge’a „za swoją regułę, regułę dla nas wszystkich”, Derrida wskazuje na konieczność „poddania się temu, czego [imię poety] nas nauczy”, zwrócenia się ku „pracy, która toczy się w samym jego imieniu” .
Obchodząca właśnie swoje osiemdziesiąte urodziny Krystyna Miłobędzka nie musi uciekać się pod obronę pseudonimu. Słowo „Miłobędzka” nie jest bowiem jedynie pięknym, staropolskim nazwiskiem, którego klarowna budowa nie może stanowić wyzwania dla onomastów. Jestem przekonany, że jest ono równocześnie wskazówką interpretacyjną, pozwalającą lepiej zrozumieć dzieło tej, przez długie lata sytuującej się na marginesach życia literackiego, a dziś nader słuszne docenionej, fascynującej poetki. Czego uczy nas „Miłobędzka”? Tyleż bycia miłym, co „miłobędącym”. I nie chodzi tu bynajmniej o błogi stan samozadowolenia, jaki przyzwyczailiśmy się określać tym niewiele dziś już mówiącym określeniem. Przeciwnie, nieusuwalną składową „miłobycia” okazuje się dynamiczność – sygnalizowana przez formant „-będzka” i przywołująca imiesłów „będąca”; warto pamiętać, że jednemu ze swoich tomów, stanowiącemu największą bodaj apoteozę ruchu we współczesnej polskiej poezji, nadała Miłobędzka tytuł Imiesłowy (2000). Co ciekawe, według etymologa Andrzeja Bańkowskiego, także i wykorzystywany często do tworzenia imion przymiotnik „miły” stanowi imiesłów – miałby pochodzić on od czasownika „mijać” i oznaczać „takiego, jakiego można minąć (spokojnie), przejść obok, nie dobywając broni, by go zabić” – a więc kogoś godnego litości lub szacunku. Odpowiada to ogólnosłowiańskiemu znaczeniu odprzymiotnikowego rzeczownika „miłość”, oznaczającego niegdyś przede wszystkim litość i łaskę. A zatem ten, kto egzystuje miło(śnie), „miłobędący”, to nade wszystko ktoś, kto mijając świat, pielęgnuje w sobie postawę życzliwości. Jakkolwiek zatem egzotycznie brzmiałyby dziś starosłowiańskie konotacje militarne, odsyłające do niepokojącej wizji groźnego świata, w którym nader łatwo stracić życie, „miłobędący” byłby tym, dla którego świat nie jest wrogiem – tym, który zawiązuje z nim nieantagonistyczną, życzliwą, a nawet przyjacielską relację, zwłaszcza w szerokim sensie, jaki temu słowu nadali William Blake, amerykańscy transcendentaliści czy wspomniany już Derrida.
Taka jest właśnie poezja Krystyny Miłobędzkiej: przyjazna wobec świata, życzliwa czytelnikowi, wyrozumiała dla mijającego czasu. Do tego zaś – rozbrajająca, wytrącająca z ręki oręż przyzwyczajeń, uproszczeń i zanadto pośpiesznych kategoryzacji. Uczy litości wobec świata, który mija, uczy życzliwości dla samego mijania. Daje świadectwo trudnej sztuki zawiązywania przyjaznej relacji z mijanym, co uwidacznia się choćby w autorskim sposobie poetyckiego opracowywania motywu biegu, znajdującym swój szczyt w podniesieniu czynności gubienia do rangi swoistej techniki poetyckiej (tom gubione z 2008 r.). W końcu – choć to od tego powinienem był pewnie zacząć – lektura wierszy Miłobędzkiej daje niezwykłą dawkę przyjemności: miło jest czytać Miłobędzką, miło jest bytować w świetle jej miłej światu poezji.
Dzieci wiedzą lepiejTak, pamiętam doskonale: nieładnie jest bawić się słowami, zwłaszcza tymi, które funkcjonują jako imiona własne. Nie mógłbym zapomnieć surowego wzroku wychowawczyni, słusznie rugającej nas za przedrzeźnianie nieco dwuznacznie brzmiącego nazwiska kolegi… Chociaż karciła nas ona wprost proporcjonalnie do stopnia rozwoju naszej językowej inwencji, efekty jej starań okazywały się dokładnie odwrotne: już po pewnym czasie każdemu z klasowych nazwisk towarzyszyła rymowanka, a przynajmniej powstałe na jego bazie przezwisko. Cóż za niespożyta, niedoceniona wynalazczość! Aby przekonać się, że przygoda Krystyny Miłobędzkiej z poezją zaczęła się od bardzo podobnej obserwacji, wystarczy przeczytać wznowiony właśnie przez Biuro Literackie zbiór tworzonych przez nią od wielu lat „gier słownych dla teatru” Gdzie baba siała mak (pierwsze wydanie, pod tytułem Siała baba mak, ukazało się w roku 1995). Można również sięgnąć do któregoś z inspirowanych myślą Jeana Piageta esejów z książki W widnokręgu Odmieńca. Teatr, dziecko, kosmogonia (2008), zawierającej obszerne fragmenty opublikowanego w 1990 r. doktoratu na temat dziecięcego teatru Jana Dormana. Jeżeli pod tym kątem przeczyta się jakikolwiek wiersz Miłobędzkiej, od razu można zauważyć, że od mojej szkolnej wychowawczyni różni się ona przede wszystkim jednym: spontaniczne innowacje językowe dzieci są dla niej przedmiotem niekłamanego podziwu oraz niewyczerpanym źródłem inspiracji. I choć dla czytelnika pamiętającego o podobnych fascynacjach tworzącego język ponadrozumowy (zaumnyj jazyk) Wielimira Chlebnikowa, o deklamującym idiomatyczne Gadji beri bimba Hugonie Ballu, a w końcu o inspirującym się językiem dziecięcym Mironie Białoszewskim, gest Miłobędzkiej nie wyda się niczym nowym, z pewnością zauważy on również, że poetka nadaje mu wyraźnie indywidualny rys. Pod jej piórem mit dziecka-poety zostaje pogłębiony o zdobycze dwudziestowiecznej psychologii dziecięcej i antropologii, pozwalające w twórczy sposób nawiązać do Schillerowskiego pojmowania gry / zabawy (das Spiel). Niebagatelne znaczenie ma także kobiecość jej poezji, idąca w parze z twórczym wyzyskiwaniem znaczeń związanych z doświadczeniem macierzyństwa. „W tym wierszu zawsze będzie dziecko” (Z 262) – pisze Miłobędzka, próbując wtajemniczyć nas w szczególną relację z językiem, jaką udało jej się zawiązać. Nie umiem znaleźć lepszego określenia na ten sposób podejścia do tekstu niż „adopcja”: pochylając się nad słowem, Miłobędzka przygarnia je jako swoje, bierze pod dach swojej poezji i ocalając je od groźby przeminięcia, wyzyskuje pozytywny aspekt mijania. To z miłej dzieciństwu poezji Krystyny Miłobędzkiej nauczyłem się, by do każdego wyrazu – nawet niegotowego, urwanego w „ćwierć słowa” (Z 225), nawet, a może tym bardziej, do imienia własnego – podchodzić tak, jakby nie widziało się poza nim świata: eksplorując jego semantyczne możliwości aż do końca. To w ten sposób zbudowanych jest przynajmniej kilka najbardziej zapadających w pamięć wierszy Miłobędzkiej, jak np. oparty na odmienianym przez wszystkie bodaj przypadki i powtórzonym dwunastokrotnie leksemie klatka (Z 155) zapis z tomu Wykaz treści (1984). Wierna słowu aż do końca jest też Miłobędzka w wierszu z Imiesłowów rozpoczynającym się od wyliczenia: „Razić, urazić, porazić, wrazić, wrażenie, wyrażenie,…