Leyla mieszka na warszawskiej Pradze, w bardzo starej i zaniedbanej kamienicy, w mieszkaniu, którego podłoga ugina się pod ciężarem stóp nawet najmłodszego synka. Ten ma osiem lat i sześcioro rodzeństwa. Większość z nich już nie mieszka z Leylą, dorosły. Została z nią jedna z córek, która niedawno urodziła córeczkę, więc Leyla w wieku 49 lat została babcią. Pamięta, kiedy trzymała tę właśnie córkę w ramionach w opuszczonym autobusie na skraju drogi nieopodal Groznego podczas rosyjskiego ostrzału. Jedyne, czego wtedy chciała, to życia dla niej, bezpiecznego i spokojnego. Udało się znaleźć to w Polsce, choć nie było łatwo. To były czasy, kiedy wojna czeczeńsko-rosyjska rozbudziła empatię Polaków wobec uchodźców uciekających przed Rosjanami. Dziesięć lat po Okrągłym Stole i wycofaniu wojsk radzieckich z Polski wciąż jeszcze żyła w Polakach niechęć do wschodniego sąsiada. Dlatego kiedy żołnierze rosyjscy najechali na Czeczenię w imię wiary, że ta ziemia należy do nich, Polacy z wieloletnią pamięcią podobnych wydarzeń stanęli po stronie słabszych.
Leyla, chory mąż i jej piątka wówczas dzieci wjechali do Polski bez problemów. Te zaczęły się dopiero w ośrodku dla uchodźców, w którym zamieszkali wspólnie z kilkunastoma innymi osobami.
– Pamiętam, że po ścianach spływał pot nas wszystkich. Był weekend i nikt nie chciał mi dać szmaty i wody, żeby choć trochę zetrzeć tę wilgoć, która kleiła się nawet do podłogi. Śmierdziało tak, że trudno było powstrzymać wymioty.
Potem było trochę lepiej. Dostali własny pokój, w którym ledwo się mieścili, ale przynajmniej byli w nim tylko oni, nikogo obcego. Później Leyla ukończyła wszystkie możliwe i dostępne w ośrodku kursy, w tym języka polskiego.
Musisz go znać, jeśli w ogóle myślisz o tym, żeby w tym kraju pracować. Samo to, że jesteś obcokrajowcem, już nie pomaga, a kiedy nie znasz języka, to po prostu nie ma jak się porozumieć. Pracodawca zawsze wybierze kogoś, z kim może się dogadać.
Kiedy w końcu mogli opuścić ośrodek dla uchodźców, nie wiedzieli, dokąd się udać. Nikt nie dał im żadnej wskazówki. Stali przed otwartą, pokrytą śniegiem polną otwartą drogą, która dawała wolność, ale też lęk przed tym, co nieznane. Robiło się ciemno, kiedy Leyla zadzwoniła do znajomej mieszkającej w Lublinie.
– Przyjedźcie tutaj, coś wam znajdę.
Znaleźli mieszkanie w budynku, w którym nie było ani ogrzewania, ani bieżącej wody. Zimno ledwo dało się wytrzymać. Żeby się ogrzać, szli na spacer i pili gorącą herbatę. Kiedy pewnej nocy ktoś mało nie rozłupał na pół drzwi, pomyśleli, że to pomyłka. Do momentu, w którym ten ktoś nie zażądał dodatkowych pieniędzy za już opłacone mieszkanie. Godzina trzecia nad ranem, a oni ledwo mogli się połapać, o co chodzi człowiekowi, który był tak pijany, że z jego ust wychodził tylko bełkot. Policja zamiast zatrzymać jego, zatrzymała na cały następny dzień Leylę wraz z mężem.
Lublin jednak zapisał się w jej pamięci dobrze. Znalazła pracę w barze z fast foodami i chociaż nie bardzo ją lubiła, bo zapach mięsa nosiła na sobie cały czas, nie mogąc go nijak zmyć, to dawała ona potrzebne pieniądze. A później zadzwoniła znajoma, którą poznała w ośrodku dla uchodźców, z pytaniem, czy nie chciałaby pomagać innym uchodźcom w Fundacji Ocalenie. Chciała. I pomagała przez następnych kilka ładnych lat.
– W pewnym momencie musiałam odejść. – Leyla jest trochę z tego powodu smutna. – Poczułam, że nie daję rady, że nie mam już sił pomagać. Wciąż to robię, ale jestem też coraz starsza i muszę trochę zająć się sobą. Pracuję teraz dla firmy produkującej leki i kosmetyki na bazie naturalnej. Kiedy patrzę na to, co się dzieje na granicy polsko-białoruskiej, na te wymarznięte dzieci, to serce mi się kroi.
Co tu robicie?
Jadę na granicę. Śnieg jeszcze nie spadł, ale ziąb przeszywa nawet szybę okna i nie pomaga włączone w samochodzie ogrzewanie. Nie musiałam namawiać kolegi na tę wyprawę. Sam chciał w jakiś sposób pomóc. Dzień wcześniej kupiliśmy w second handach czyste i nowe, jeszcze z metkami, ubrania, zebraliśmy je również od znajomych, a także wzięliśmy koce, śpiwory, maty i materace, termofory, termosy i małe kuchenki gazowe, kołdry i wszystkie inne rzeczy, które mogłyby się przydać. Nie wiedzieliśmy, czy uda nam się je przekazać ludziom koczującym na zziębniętej ziemi, lecz na razie zajmowały nam cały tył transportera. Do granicy mieliśmy niecałe trzy godziny drogi i im bliżej niej byliśmy, tym ciaśniej robiło się na trasie. Podobne do naszego samochody transportowe jechały, jakby na końcu czekało jakieś specjalnie dla nich przygotowane miejsce.
– To pocieszające, jeśli te auta jadą w tym samym celu co my. Wyobrażasz sobie taką pomoc? – Kolega mocniej zacisnął dłonie na kierownicy. – Pytanie tylko, czy nas tam wszystkich wpuszczą.
Oboje mieliśmy w głowach obraz posła, który próbował przedostać się przez szpaler żołnierzy i został zatrzymany.
– Chyba nie byliby w stanie powstrzymać tłumu? Bo co, jeśli nagle ruszylibyśmy na nich w kilkadziesiąt osób? Zaczęliby strzelać?
Nawet nie chciałam wyobrażać sobie takiego scenariusza. Jechaliśmy więc dalej w ciszy, próbując na razie nie wyobrażać sobie niczego. Kiedy zaczęliśmy zbliżać się do granicy, kolega nagle skręcił w bardzo słabo oznaczoną polną drogę. Auto ślizgało się nieznacznie, trochę się bałam, że ugrzęźniemy w błocie i tyle będzie z tej naszej pomocy. Ale samochód jechał pewnie, pokonując zwały ziemi. Dojechaliśmy do lasu, gęstego tak, że nic przez gałęzie i konary drzew nie prześwitywało.
– Chyba powinniśmy po prostu najpierw pójść zobaczyć, czy nikt nie znajduje się w pobliżu. Zostawmy rzeczy, potem będziemy się martwić, jak je dostarczyć.
Poszliśmy więc w las, który nie okazał się tak gęsty jak na początku mi się wydawało. I nie tak długi. Szliśmy zaledwie kilkanaście minut, kiedy ukazał nam się pas ziemi, przy której w odstępie kilku metrów stała Straż Graniczna wpatrzona nie w naszą stronę. Nie wiedzieliśmy, co robić. Podejść? Zagadać? Po drugiej stronie małego wąwozu nie potrafiliśmy dostrzec nikogo.
– Przepraszam – wyrwało mi się.
Mój głos poderwał ciała kilku strażników do góry. Od razu się odwrócili, z bronią skierowaną w moją klatkę piersiową. To był tylko moment, jednak wystarczył, żebym się trochę wystraszyła i zgięła wpół, jakby już padły strzały. Mężczyźni od razu podnieśli lufy broni do góry i wyciągnęli dłonie w przepraszającym geście.
– Co tu robicie? – spytał jeden.
Śmierć była na porządku dziennym
– Mów mi Jasiek. – mężczyzna o śniadym kolorze skóry nie chce podać swojego prawdziwego imienia. Poznaję go na targu na Bakalarskiej w Warszawie, kiedy dopiero co otwiera swój punkt z orientalnymi przyprawami. Mimo że zapakowane są szczelnie w woreczki foliowe, ich zapach niesie się na kilka metrów naprzód. Wyczuwam go i dlatego skierowałam się w jego stronę. – Nie chcę, żeby ktoś mnie rozpoznał.
Jasiek mówi po polsku dość dobrze. Zajęło mu rok, żeby Polacy rozumieli, co do nich mówi. Kiedy trzy lata temu opuszczał Damaszek w Syrii, widział, jak jego dom w ciągu kilku minut zmienił się z solidnego budynku w gruzy i pył. Zdążyli uciec w ostatnim momencie. On z żoną i czworgiem dzieci, najmłodsze jeszcze w kołysce. Podnosił je z łóżeczka i wtedy mury się zatrzęsły.
– Mieliśmy szczęście. Żona brata jest Polką i to ona pomogła nam się tutaj sprowadzić. Pisała do Urzędu ds. Cudzoziemców tyle listów i dzwoniła niemal codziennie, że w końcu dolecieliśmy tutaj samolotem ewakuacyjnym z Polakami, którzy jeszcze wtedy mieszkali w Syrii. – Jasiek się uśmiecha. – Ale to tyle pozytywnych rzeczy.
###banner###
Mieszkanie brata było za małe dla nich wszystkich. Dwa pokoje w dziesięciopiętrowcu w Warszawie ledwo mieściły jego własną rodzinę. Troje dzieci musiało dzielić jedno biurko, więc zazwyczaj odrabiały lekcje na łóżkach piętrowych. Kiedy przyleciał Jasiek z rodziną, spali pokotem na podłodze. A potem przyszedł urzędnik od cudzoziemców z nakazem przeniesienia się do ośrodka dla uchodźców.
– Musimy rozpatrzeć państwa sprawę – powiedział tylko.
Jasiek pamięta zimno w busie, który wiózł ich głęboko w las. Trochę się nawet przestraszył, bo zanim zobaczył światła budynków, pomyślał, że wywożą ich, by zabić. Dziś nie rozumie tej myśli, ale wtedy śmierć była na porządku dziennym, realna i prawdziwa, jak dotyk własnej ręki. Brama, niskie dwupiętrowe budynki niczego mu nie przypominały. W Syrii takich nie mają. Wielkością być może podobne, lecz pozbawione balkonów z markizami i bez drzwi o łukowatych kształtach. Te były po prostu drzwiami w kolorze burym, za którymi krył się bardzo wąski korytarz z innymi drzwiami sąsiadującymi jedne od drugich w odstępie kilku metrów.
– Jak w więzieniu. I tak przez chwilę się poczułem, szczególnie gdy moja najstarsza córka przytuliła się nagle, jakby się bała, że nam ją odbiorą. Nie rozumiałem wtedy języka polskiego w ogóle, nie było tłumacza, strażnicy wskazywali nam otwarte drzwi gestem, którego nie nazwałbym przyjaznym. Wyczuwałem ich zniecierpliwienie i jakąś niechęć. Zachowywali się, jakbym się tam znalazł na własne życzenie, jakbym się wprosił, a ja przecież wcale nie chciałem tam być.
Pierwszy tydzień był najtrudniejszy. Pokój mieścił trzy łóżka piętrowe, mały stolik, tylko jedno krzesło, szafkę, lodówkę wielkości starego telewizora – i to wszystko. Gdy stanęli wszyscy wokół stolika, nie zmieściłby się już nikt. Mijając się, musieli przechodzić bokiem, a i tak nie unikali potrącenia. Łazienka znajdowała się na końcu korytarza i zawsze była do niej kolejka, więc bywało, że Jasiek po prostu nie brał prysznica przez kilka kolejnych dni, aż żona musiała zwracać mu uwagę.
– To był trudny czas. Nie miałem pracy. Wiesz, jak czuje się mężczyzna, który nie ma pracy, a chce zadbać o rodzinę? Jak zero. Jak nikt. Wpadłem w depresję, ale o tym nie wiedziałem, dopiero po kilku miesiącach lekarka, która nas od czasu do czasu badała, po prostu to stwierdziła. Mówiłem już wtedy trochę po polsku, więc mogłem jej powiedzieć, że nie mam ochoty wstać rano z łóżka ani jeść. Wszystkim nam nic nie chciało się robić, bo i nie było co robić. Poza nauką języka polskiego, którą bardzo wziąłem sobie do serca.
Ponieważ mówił po polsku najlepiej z całej rodziny, to z pomocą nauczycielki pisał od czasu do czasu prośby o wypisanie z ośrodka. Uznał, że mieszkanie w nim nie sprzyja ani jego relacjom z dziećmi, ani z żoną.
Coraz częściej się kłócili. Jasiek nawet nie chciał myśleć o rozwodzie. Raz, że nikt z jego bliskich nigdy się nie rozwodził, było to nie do pomyślenia w bardzo tradycyjnej muzułmańskiej rodzinie. Dwa, że kochał żonę i chociaż czuł, że zawiódł jako mąż i nie jest w stanie zapewnić dzieciom i jej życia, jakiego dla nich pragnął, to mimo wszystko wciąż wierzył, że się uda. Lekarka przepisała mu leki na depresję i już po miesiącu zaczął czuć, że uda mu się odbudować życie. W nowym miejscu, w nowym języku, w nowej kulturze, w nowej pracy. W Damaszku uczył biologii w szkole, w Polsce nie widział się w tej roli zupełnie.
– Znam się na roślinach, wiem, które zioła do czego służą, więc wymyśliłem sobie sklep z naturalnymi produktami. Kiedy zdradziłem swój pomysł w ośrodku, wszyscy zaczęli się ze mnie śmiać. Nie miałem pojęcia, ile kosztuje wynajęcie lokalu w Warszawie. Kilka tysięcy złotych. Co najmniej. Ale ktoś powiedział mi o targu na Bakalarskiej.
Od tamtej pory to stało się jego jedynym celem, poza zdobyciem jakiegokolwiek mieszkania. Po ponad roku w ośrodku dla uchodźców w końcu mogli go opuścić. Pomogła znowu żona brata. To ona znalazła osobę, która zgodziła się na wynajem własnego mieszkania na warszawskim Ursusie za niecałe 500 zł. Jasiek poczuł, że tego wiatru w żagle nie chce zatrzymać. Za wiadomością o mieszkaniu przyszła informacja o punkcie na Bakalarskiej. Minęła właśnie pierwsza fala COVID-u i zaczęło się lato.
– Czy mogę z tego utrzymać rodzinę? – Wzrusza ramionami. – Daję radę. Za pieniądze z Urzędu ds. Cudzoziemców i dzięki pracy żony mamy co jeść i gdzie spać. Żona sprząta mieszkania i czasem oprócz pensji ktoś zostawia jej na stole w kuchni dodatkowe pieniądze. Ludzie generalnie są dobrzy, kiedy znają twoją sytuację życiową. Na zaczepki na ulicy i słowa typu „ciapaty” przestałem już reagować. To zwykła głupota ludzka.
Pod specjalnym nadzorem
– Co tu robicie? – spytał jeden z pograniczników. – Nie powinno was tu być.
– To chyba miejsce publiczne i dla każdego? – Mój kolega nie zamierzał zostawiać oświadczenia strażnika bez komentarza.
– Ale miejsce przygraniczne, więc pod specjalnym nadzorem. Jeśli nie macie ważnego powodu, żeby tu być, to proszę, opuśćcie ten teren.
– Mamy rzeczy dla uchodźców za granicą, moglibyście nam pomóc? – Postanowiłam postawić sprawę jasno.
Zapadło milczenie. Strażnicy patrzyli na siebie, jakby chcieli porozumieć się tylko wzrokiem. Wyczuwałam nie tylko napięcie między nimi a nami, ale także ich wahanie, czy w ogóle powinni z nami rozmawiać. W końcu jeden podszedł bliżej, przytulając broń jeszcze bardziej do siebie.
– Nic wam nie powiedziałem, ale 14 km stąd na północ stoi stara drewniana chata. Tam możecie wszystko poskładać, tak jak inni, którzy tutaj trafiają. My to potem poprzerzucamy przez granicę. Tyle możemy zrobić. – Podszedł jeszcze bliżej. – Jeśli komuś piśniecie choćby słowo, to nic już dla tych ludzi nie zrobimy. Zrozumcie, my też jesteśmy ludźmi, więc pomagamy, jak możemy, ale mamy własne rozkazy. To nasza praca.
Popatrzyłam na pozostałych, milcząco potakujących głowami. Nie wszyscy potakiwali. Byli i tacy, którzy stali nieco dalej, połowicznie do nas odwróceni, których wzrok nie wyrażał kompletnie niczego.
Wycofaliśmy się więc powoli, zaczął padać deszcz i kiedy doszliśmy do samochodu, byliśmy już kompletnie przemoczeni.
Nie wygląda pan na Polaka
– Pytasz mnie, co sądzę o sytuacji na granicy. – Hamid rozkłada ręce i kładzie dłonie na stole. Siedzimy w kawiarni w Warszawie. Obok nas zaledwie kilka osób. Od czasu do czasu łapię spojrzenia innych, bo Hamid wygląda jak nie stąd. – Nie mam słów. Bo co tu można powiedzieć ponad to, co wszystkie media społecznościowe mówią: upadek humanitaryzmu. Jak można nie pomóc człowiekowi, który umiera z zimna i głodu? W obronie granic? Ale przed czym i kim? Kilkunastoma ludźmi, którzy są tak słabi, że nie potrafią ustać na nogach? Że przyjdą za nimi inni?
Hamidowi trochę trzęsie się głos. Podniesiony o jedną nutę, wzbudza jeszcze większe zainteresowanie przy sąsiednich stolikach. Tym bardziej że polszczyzna mężczyzny jest łamana twardym akcentem, niepozostawiającym wątpliwości co do jego pochodzenia. Hamid przyjechał do Polski z Sudanu, z muzułmańskiej, północnej jego części, w której w pewnym momencie posądzono go, że jest szpiegiem Południa. Żołnierz od 18. roku życia nie przyznawał się do zdrady nawet podczas przesłuchań. Musiał siedzieć ze związanymi za plecami dłońmi na nodze od niewielkiego odwróconego do góry nóżkami stołka. W areszcie trzymano go ponad dwa tygodnie, a potem wypuszczono prosto na pustynię, gdzie znalazł go mężczyzna pracujący dla WHO, Polak. Rany na ciele Hamida nie pozostawiały wątpliwości, co mu się przytrafiło. Tydzień później był już w Polsce.
– Pamiętam to jak przez mgłę. Byłem jeszcze cały obolały, w dodatku na lekarstwach przeciwbólowych, przez które nie widziałem wyraźnie ani dokąd lecę, ani z kim. Od razu trafiłem do ośrodka dla uchodźców, znowu na przesłuchanie. Tym razem było łagodnie, niemal przyjaźnie i w ciągu niespełna trzech miesięcy miałem już kartę stałego pobytu. Dopiero potem dowiedziałem się, że to nie zdarza się często, że ludzie czekają na to latami.
Hamid nie potrafił robić w życiu nic innego, niż być żołnierzem. Ale tutaj? W Polsce? Jak? Kiedy zapytał o taką możliwość urzędnika, ten tylko się uśmiechnął. Najpierw trzeba mieć obywatelstwo polskie, a dopiero potem można rozważać, czy wstąpienie do armii byłoby możliwe.
– Nie wygląda pan na Polaka, więc nie wiem, czy nie byłoby to pewnym utrudnieniem – powiedział mu wprost. – Nie chcę pana rozczarować, ale lepiej, żeby znał pan realia.
Hamid zamieszkał z kilkoma innymi mężczyznami, których ogłoszenie znalazł na ścianie ogłoszeń w Urzędzie ds. Cudzoziemców. O znalezieniu całego mieszkania tylko dla siebie mógł na razie jedynie pomarzyć. Wszyscy pochodzili albo z Iraku, albo Afganistanu, albo z Syrii. Rozumiał się z nimi na każdym polu. Oczywiście nie chciał zostać z nimi na zawsze.
– Co mogę robić? – pytał ich, bo byli w Polsce dłużej od niego.
Dwóch pracowało w restauracyjnej kuchni arabskiej, prowadzonej przez Saudyjczyka. Jeden w kebabie. Hamid nie znał się na gotowaniu zupełnie.
– Spróbuj jako ochroniarz, gdziekolwiek. Z twoim doświadczeniem powinno się udać! – I to była myśl.
Prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu, barczysty, silny, mógł się przydać w każdym miejscu.
Język polski wciąż sprawiał mu problemy, jednak potrafił się dogadać. W osiedlowym sklepie znali go już też wszyscy, więc chciał spróbować najpierw tam. Nie udało się. Za mały był to sklepik, żeby potrzebował ochroniarza. Ale nieopodal znajdował się ogromny supermarket budowlany. Poszedł więc w ciemno, zdając się zupełnie na decyzję menedżera sklepu. Hamid był jednak przekonany, że go przynajmniej przyjmie. I tak się stało. Dziesięć minut później miał już pracę, podwójną – jako magazyniera odpowiedzialnego za przenoszenie towaru oraz co kilka dni nocnego ochroniarza.
– Moja żona pochodzi z Sudanu – powiedział mu menedżer. – Ma pan więc szczęście.
Chata
Chata była rzeczywiście mała. Stara starością poobgryzaną przez korniki miejscami niemal na wylot. Zaczęło się już ściemniać, więc gdyby nie latarki, to nie wiedzielibyśmy, gdzie stawiać stopy. A te trudno było postawić, bo w każdym wolnym miejscu upakowano pudła z ubraniami i kocami, i sprzętami, których teraz nie potrafiliśmy dostrzec. W oddali majaczyły mi również rozkładane polowe łóżka. Dlaczego wciąż jeszcze tu były? Dlaczego nie zawieziono ich wcześniej? I co z tymi wszystkimi rzeczami? Już dawno powinny służyć ludziom za pasem granicznym. Miałam ochotę wrócić, skąd przyjechaliśmy, i zadać pytania strażnikom.
– Po co? Tylko zaognisz sprawę i w ogóle nic im nie zawiozą. – Kolega studził moje emocje.
Było mi tak zimno, że nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak czują się ludzie, którzy muszą spać w prawie zerowej temperaturze powietrza.
– Nie będziemy próbować sami dostarczyć im tych rzeczy? – Nie chciałam tak po prostu zrzucać tu wszystkiego i zostawić. – A co, jeśli jednak te rzeczy nie trafią do potrzebujących?
– Teraz po ciemku chcesz się przedzierać przez krzaki? – Argument był nie do pobicia, chociaż z drugiej strony pod osłoną nocy może byłoby łatwiej?
Nie było. Nie uszliśmy nawet 50 m, kiedy w którymś momencie moja głowa napotkała prawie że niewidzialny drut kolczasty. Gdyby nie czapka, miałabym szramę na głowie. Zawróciliśmy, żeby znaleźć jakiś nocleg. Z obietnicą, że na pewno wrócimy tu rano.
Nie namawiać nikogo na islam
Sami mieszka we Wrocławiu już osiem lat. W Polsce dziesięć. Kiedy przyjechała tu sama z Afganistanu, miała zaledwie 20 lat. Na to, żeby przyjechać do kraju tak odmiennego od jej, namówił ją ojciec, nauczyciel akademicki, któremu zdarzyło się studiować architekturę w Warszawie przez rok.
– Tato nie chciał, żebym całe życie spędziła w czadorze. Otwarty umysł i ogromna wiedza o świecie, niestety, sprawiły, że talibowie któregoś dnia wywlekli go z łóżka o świcie i kilka godzin później zabili. Nie byłam na pogrzebie, mieszkałam już wtedy w Polsce. – Sami patrzy mi w oczy. – Mama mi wtedy powiedziała przez telefon: wrócisz tu, to już nigdy nie wyjedziesz.
Sami od zawsze była butną dziewczyną. Mając kilka lat, buntowała się w przedszkolu, kiedy kazano jej siedzieć tylko z dziewczynkami. To chłopcy mogli bawić się w co tylko chcieli, one miały do dyspozycji jedynie lalki w plastikowych czadorach i zabawkowe domki dla nich z bardzo małymi oknami. Sami pamięta, że bardzo trudno było otworzyć drzwi takiego domku. Teraz uznaje to za metaforyczne.
– Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, ale dorastając, widziałam, jak zmienia się mentalność Afgańczyków, jak bardzo chcą odgrodzić się od reszty świata. Dlatego już w szkole średniej zaczęłam buntować koleżanki, żeby nie dawały kierować ich własnym życiem nikomu, ani ojcom, ani braciom, ani najbliższym przyjaciołom. I za to któregoś dnia zostałam w szkole pobita. Mój tato usłyszał wtedy od dyrektora szkoły, że musi utemperować córkę, inaczej „oni” zrobią to za niego.
„Onymi” mieli być talibowie, których rodzina Sami zaczęła dostrzegać coraz częściej przed domem. Po prostu stali i wpatrywali się w okna, jakby chcieli dostrzec coś, co pozwoliłoby zatrzymać całą rodzinę bez żadnego problemu.
Napięcie i lęk przez lata tylko się nawarstwiały, aż na którejś kolacji ojciec powiedział jej, żeby po skończeniu szkoły poleciała do Polski. Sami spakowała jedynie mały plecak i w pamięci zapisała adres dawnego przyjaciela jej ojca. W samolot wsiadła bez żadnych problemów. Nawet nikt jej nie zapytał, dlaczego podróżuje sama, bez opieki żadnego mężczyzny. Wysiadła na lotnisku w Warszawie i pierwsze, co usłyszała od taksówkarza, to: „Czadorów u was zabrakło?”. W języku angielskim. Chciała uznać to za żart, jednak nie potrafiła. Kiedy opowiedziała to znajomemu ojca, chciał dzwonić do korporacji taksówkarskiej i złożyć skargę.
– Po co? – spytała go.
– Żeby wiedzieli, że nie można obrażać nikogo, szczególnie gości w naszym kraju.
Zadzwonił i usłyszał, że taksówkarz dostanie upomnienie. Sami nie wierzyła, że to się stanie. Tym bardziej gdy następnego dnia udała się do Urzędu ds. Cudzoziemców i usłyszała, że powinna była zgłosić się od razu po przylocie. Najlepiej było poprosić o azyl na lotnisku.
– Podnieść ręce do góry i przyznać, że uciekła pani z kraju, ponieważ jej grożono. – Kobieta w urzędzie nie dawała jej złudzeń, że jej prośba o przyznanie ochrony w Polsce może być z tego powodu odrzucona.
– Podnieść ręce do góry? Jak ktoś, kto popełnił jakieś przestępstwo? – pytała ją Sami. – Ja tylko chcę żyć w wolnym kraju swoim życiem, tak jak uznam to za właściwe dla samej siebie, w wolności.
– Tu będzie musiała się pani zintegrować ze społeczeństwem i nie namawiać nikogo na islam.
Sami była zszokowana, słysząc to ostatnie zdanie. Polska? Wolny kraj? Ojciec nie miał racji. Miała ochotę jechać dalej, do Niemiec albo do Francji. Nie była specjalnie religijna, nie przestrzegała żadnych zasad islamu, a jeśli już, to żeby nie sprawić komuś innemu przykrości. Głównie chodziło jej o siostrę mamy, ciotkę, która jako młoda dziewczyna zjechała Europę stopem, a potem osiadła w Kabulu, założyła rodzinę i była najwierniejsza islamowi z całej rodziny. Chodziło jej o miłość Boga, kimkolwiek On był, nie o reguły, przystosowane przez talibów tylko po to, żeby trzymać kobiety z dala od jakiejkolwiek publicznej aktywności. Teraz w urzędzie poczuła się trochę jak wśród nich. Bo czegoś jej znowu zabraniano. Ale złożyła papiery i teraz pozostawało jej tylko czekać. Jednocześnie złożyła papiery na politechnikę, na wydział architektury, podobnie jak kiedyś ojciec.
– Wiem, że miałam szczęście. Nie musiałam czekać długo na kartę pobytu. Mogłam też mieszkać u ludzi, którzy we wszystkim mi pomagali. Dlatego sama zaczęłam pomagać tym, którzy chcieli przyjechać do Polski z Afganistanu.
Sami skończyła studia z wyróżnieniem i niemal od razu dostała pracę w dobrej firmie architektonicznej, która jedno z biur ma właśnie we Wrocławiu. Pozostałe w Londynie i Paryżu. Po polsku mówi zupełnie bez akcentu, więc niewiele osób wie, że jest Afganką z polskim paszportem.
– Dowiadują się tak naprawdę dopiero teraz, kiedy zaangażowałam się w ewakuację moich rodaków z Afganistanu, po tym jak Amerykanie postanowili wycofać swoje wojska. Codziennie czytam wiadomości z Kabulu i martwię się o całą moją rodzinę. Być może uda mi się ściągnąć tu siostrę z mężem i dziećmi, ale mój brat i mama nie chcą uciekać. Mówią, że bez względu na wszystko Afganistan jest dla nich domem. A mi serce się kroi, bo być może już ich nigdy nie zobaczę.
***
Rano w chacie było pusto. Patrzyłam na papierki wyścielające drewnianą podłogę i pozostawione woreczki foliowe i aż trudno mi było uwierzyć, że jeszcze kilkanaście godzin wcześniej nie było gdzie wcisnąć nawet małego worka ze swetrami. Kiedy podjechaliśmy na granicę z zupełnie innej strony, w sznurku samochodów dostrzegliśmy, że za szpalerem żołnierzy, a potem niewielkim drutem, znajdują się ludzie. Przybrudzone, smutne twarze, mówiące coś w języku, którego nie byliśmy w stanie dosłyszeć. Naliczyłam 15 osób, w tym dwie kobiety i czworo dzieci. Siedzieli na ziemi przykrytej workami foliowymi oddaleni od drutu o kilka metrów, między drzewami, które stanowiły ochronę przed wiatrem i deszczem, i patrzyli w stronę żołnierzy.