Subskrybuj
Babi Jar, pomnik Holocaustu
fot. Sergei Supinsky / AFP / East News
Dr socjologii. Adiunktka w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Zajmuje się m.in. tematyką pamięci biograficznej i społecznej, Zagłady, powojennych przesiedleń. Laureatka nagrody historycznej „Polityki” za pracę Przesiedlenia a pamięć: studium (nie)pamięci społecznej na przykładzie ukraińskiej...

Wszystkie nasze wojny

Rosjanie mówią o ukraińskich nazistach i wielowiekowym ruskim mirze. Ukraińcy odpowiadają, że toczą w obronie swojego kraju „ukraińską wojnę ojczyźnianą”. Kto wygrywa w wojnie o historię?

Moja znajoma z Kijowa L., dała się namówić na porzucenie swojego mieszkania na Padole i wyjazd z nastoletnim synem do Warszawy dopiero po dwóch tygodniach od wybuchu wojny. Długo nie rozumiałam, dlaczego nie chciała mnie słuchać i nie uciekła od razu. Wyjaśnienie zagadki przyszło, gdy Ukraińcy odbili Borodziankę, a w niej zaczęli wykopywać spod gruzowisk ciała kilkudziesięciu ukraińskich cywilów. W jednej z piwnic leżał przyjaciel L., która do ostatniego momentu przed wyjazdem miała nadzieję, że uda jej się zorganizować jakąś pomoc dla uwięzionego w zawalisku mężczyzny.

Nie udało się. M. długo i powoli umierał w podkijowskiej piwnicy. Gdy w końcu rozmawiam z L. w Warszawie, mówi przez zaciśnięte zęby: „Oni są jak naziści, gorsi niż naziści. Babcia mi opowiadała, co Niemcy robili na wsi w czasie wojny, ale ci są gorsi od nich”.

Akcja denazyfikacja

To, co mówi mi L., jest dobrym punktem wyjścia do zastanowienia się nad znaczeniem, jakie dla wydarzeń na Ukrainie mają treści historyczne. Bo choć Rosja toczy tę wojnę nie wprost o interpretację historii, tylko ze względu na dążenie do ustanowienia nowego porządku międzynarodowego w Europie, pośrednio jest to również walka o legitymizację rosyjskiej wizji przeszłości. Posługiwanie się przez Putina koncepcją wojny zaczepno-obronnej, której cel stanowi „denazyfikacja” Ukrainy, jest przecież możliwe właśnie dlatego, że prezydentowi Rosji udało się przekonać większość swojego narodu o rosyjskim monopolu na prawdę historyczną.

Putinowska retoryka „denazyfikacyjna” była już analizowana wzdłuż i wszerz, tu więc tylko dla porządku przypomnijmy w skrócie: zgodnie z nią Rosja zaatakowała Ukrainę, by obalić „nazistowski” rząd w Kijowie, uwolnić zwykłych Ukraińców spod jarzma „faszystowskich elit” i zapobiec rozlaniu się „brunatnej zarazy” dalej. Innymi słowy, oficjalna wersja wydarzeń serwowana przez rosyjską propagandę sprowadza agresję na niezależne państwo ukraińskie do w prostej linii kontynuacji sowieckiej walki z nazistowskimi Niemcami i wyzwolenia od faszyzmu, przyniesionego Europie na czerwonoarmiejskich bagnetach.

Wydaje się, że Rosji nie przeszkadza fakt, że nikt w tę retorykę w Europie nie wierzy, bo nie na to była obliczona. Oficjalne reakcje władz poszczególnych europejskich krajów na Putinowską narrację historyczną są bardzo powściągliwe, co chyba najlepiej obrazowało poziom absurdu samej koncepcji „akcji denazyfikacyjnej”. Moim ulubionym przykładem tego, w jaki sposób zareagował aktor potencjalnie najbardziej poza Ukrainą – przynajmniej w wymiarze symbolicznym – nią zainteresowany, czyli Niemcy, jest wymiana tweetów między ambasadą Rosji w RPA a tamtejszą ambasadą Niemiec. 5 marca rosyjscy dyplomaci podziękowali na swoim Twitterze wszystkim mieszkańcom RPA, którzy przesłali im wyrazy solidarności i poparcia: „Jesteśmy szczęśliwi, że zdecydowaliście się być z nami dziś, gdy Rosja, jak 80 lat temu, walczy na Ukrainie z nazizmem”. Niemcy odpowiedzieli błyskawicznie: „Proszę nam wybaczyć, ale nie możemy milczeć w tej sprawie, to zbyt cyniczne. To, co robi dziś Rosja na Ukrainie, to rzeź niewinnych dzieci, kobiet i mężczyzn dla własnych celów. Zdecydowanie nie jest to »walka z nazizmem«. Każdy, kto się na to nabiera, powinien się wstydzić. (Tak się niestety składa, że jesteśmy w pewnym sensie ekspertami od nazizmu)”. Na tym konwersacja się skończyła.

Nie wchodząc w żaden sposób w logikę udowadniania, dlaczego Ukraina nie jest krajem nazistowskim, warto wspomnieć, na czym Rosja swoje argumenty buduje. Świetnie robią to w swoim artykule pt. Putin’s Abuse of History: Ukrainian ‘Nazis’, ‘Genocide’ and a Fake Threat Scenario (Putinowskie nadużycia historyczne. Ukraińscy „naziści”, „ludobójstwo” i scenariusz wymyślonej groźby) dwaj historycy zajmujący się dziejami Ukrainy w XX w. i historią totalitaryzmów, Grzegorz Rossoliński-Liebe i Bastiaan Willems. Pokazują oni, że rzeczywiście Ukraina ma w swojej historii zarówno kartę faszyzującego ruchu narodowego, jakim była Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, instytucjonalną kolaborację z nazistowskimi Niemcami (m.in. Dywizja SS „Hałyczyna”), jak i współudział w ludobójstwie – tak w przypadku zagłady Żydów, jak i etnicznej czystki Polaków. Te „ciemne karty historii” nie doczekały się wciąż w większości na Ukrainie krytycznego spojrzenia ani ze strony historyków, ani szeroko rozumianego społeczeństwa obywatelskiego, co więcej, w przestrzeni publicznej obecne są ruchy neofaszystowskie i nacjonalistyczne (na temat wykorzystywania treści neonazistowskich przez słynny batalion Azow pisał m.in. Konstanty Gebert). Choć to wszystko nie sprawia w żaden sposób, że nazistowska jest Ukraina jako taka, jej elity czy rząd, to właśnie owa (nierozliczona) trudna przeszłość dała Rosji pretekst do przygotowania oszczerczych zarzutów.

###banner###

Rosyjski komunikat skierowany do Zachodu nie stara się ani o spójność (pamiętajmy, że Zełenski, charyzmatyczny prezydent „nazistowskiego” ukraińskiego państwa, jest pochodzenia żydowskiego, a część członków jego rodziny zginęła w Zagładzie), ani o bardziej misterną argumentację, bo koncepcja „akcji denazyfikacyjnej” wyprodukowana została na rynek wewnętrzny. To mieszkańcy Rosji mają zostać przekonani, że ich ojczyzna prowadzi wojnę sprawiedliwą, w swojej istocie obronną, i że od wyniku tego konfliktu zależy to, czy Rosja przetrwa jako kraj, państwo i cywilizacja. (A jeśli nie przetrwa, to może też sczeznąć cała reszta, trawestując słowa Putina). Rosyjskie władze od lat przygotowywały ku temu grunt, zwierając ideologiczne szeregi, pozbywając się politycznych przeciwników, przede wszystkim jednak budując rosyjską tożsamość neoimperialną na micie zwycięskiej wielkiej wojny ojczyźnianej, którą Rosjanie wygrali kosztem gigantycznych ofiar, okazując ogromne bohaterstwo i nigdy nie zyskując za to wszystko na Zachodzie wdzięczności. Teraz do tego mitu sięga się, by wzmocnić przekonanie o słuszności „specjalnej operacji wojskowej”. Siergiej Lebiediew nazwał to odwołanie się przez Kreml do retoryki z okresu wielkiej wojny ojczyźnianej „historyczną bronią atomową”. Putinizm oferuje obywatelom Federacji Rosyjskiej powstanie z kolan w sensie i symbolicznym, i geopolitycznym: Rosja ma być znów wielka, to jej wizja historii ma być na wierzchu, i jeśli komuś się to nie podoba, pokaże mu się dobitnie, na czym wstawanie z kolan polega w wydaniu rosyjskim.

Ruski mir jako nowa ideologia

Elementem wstawania z kolan jest odbudowa imperium, a Ukraina miała odegrać w tym procesie istotną rolę, wracając na łono wspólnoty bratnich narodów słowiańskich kształtowanej pod dyktando Rosji. Sęk w tym, że nie zechciała – ani na płaszczyźnie politycznej, ani symbolicznej. Dywagowanie nad tym, czy w jakimś układzie międzynarodowym Rosja mogłaby pozwolić Ukrainie na prawdziwe usamodzielnienie się, pozostawię ekspertom. Oczywiste jest jednak, że bez kontroli nad Ukrainą Rosja nie istnieje jako imperium w wymiarze symbolicznym; Białoruś jest tu jedynie dodatkiem. Bez Ukrainy z Kijowem, „matką miast ruskich” i kolebką wschodniego chrześcijaństwa oraz państwowości, Rosja spada na pozycję większego, ale w istocie młodszego brata z barbarzyńskiej północy (ukraińskie memy pokazujące, jak wyglądało miejsce, gdzie za kilkaset lat powstanie Moskwa, w momencie gdy w Kijowie wybudowano Ławrę Peczerska czy sobór Sofijski, są tego dobitnym dowodem). Podczas gdy absurdalna idea „denazyfikacji” Ukrainy wyprodukowana została na rynek wewnętrzny, na eksport na Ukrainę (oraz do innych dawniej „bratnich państw”) przygotowano coś innego: koncepcję ruskiego miru, czyli jednolitej przestrzeni kulturowej i światopoglądowej, wynikającej ze wspólnoty, religii, języka (rosyjskiego, oczywiście) i doświadczenia historycznego. Naturalność i dostępność tej przestrzeni miała stanowić, zwłaszcza na wschodzie Ukrainy, przeciwwagę dla bardziej odległych i abstrakcyjnych zachodnich i europejskich wartości.

Z tej przestrzeni, będącej w istocie inną, lepiej nazwaną wersją sowieckości, Ukraina zachodnia wyłamała się już dawno: przede wszystkim dlatego, że jej doświadczenie historyczne było zasadniczo inne niż doświadczenie tej części państwa ukraińskiego, które wchodziło w skład Związku Radzieckiego już przed 1939 r. Podczas gdy ukraiński wschód (upraszczając) pogrążył się po 1991 r. w nostalgii za Sojuzem, Galicja z Wołyniem ruszyły upamiętniać ofiary sowieckiego terroru, budować pomniki partyzantom UPA i przepisywać sowiecką historię. Dopóki działania te miały status regionalnej aberracji, traktowane były przez Rosję z pobłażliwością. Gdy jednak zachodnioukraińska antysowiecka i zorientowana na gloryfikację walki narodowowyzwoleńczej wersja historii zaczęła zyskiwać status oficjalnej, wchodzić do podręczników i dominować w przestrzeni publicznej, Rosja poczuła się zdradzona i zagrożona na swoich pozycjach. Bo nawet jeśli wciąż niewielu mieszkańców Ukrainy poza Galicją uważało Stepana Banderę za bohatera, to już mówienie o sowieckich deportacjach setek tysięcy zachodnich Ukraińców w głąb ZSRR na zachodzie i zamorzeniu głodem milionów Ukraińców w środkowej i wschodniej części kraju stało się powszechne. W tej interpretacji historii Związek Sowiecki stawał się agresorem i zbrodniczym państwem okupacyjnym, zaś współczesna Rosja, zwłaszcza po aneksji Krymu i rozpoczęciu wojny w Donbasie w 2014 r., jego bezpośrednią sukcesorką.

Ta interpretacja była dla perspektyw ruskiego miru zupełnie destrukcyjna. Ukraina, poprzez swoje prozachodnie aspiracje, odrzucała wspólną z Rosją przyszłość, zaś przez tworzenie własnej narodowej historiografii kwestionowała dziedzictwo wspólnej przeszłości. Gdyby chcieć ująć obecną rosyjską agresję na Ukrainę w ramy historiozoficznego porządku, byłaby ona ofertą ostatniej szansy na to, by do tej wspólnoty powrócić.

Tego miasta nie da się okupować

Jeśli Putin liczył na szybkie zwycięstwo i „bramy triumfalne” w przygranicznych ukraińskich miejscowościach (a przynajmniej na to pierwsze liczył z całą pewnością), srodze się zawiódł. Soft power ruskiego miru nie przekonała nawet mieszkańców Mariupola, do niedawna najbardziej prorosyjskiego z dużych miast Ukrainy, nie mówiąc o charkowianach, kijowianach czy Ukraińcach z Galicji. Zwłaszcza na początku inwazji w ukraińskich mediach społecznościowych brylowały filmiki pokazujące rosyjskie czołgi obrzucane przez mieszkańców ukraińskich wsi kapustą czy ziemniakami oraz ukraińskie (rosyjskojęzyczne) staruszki wygrażające im zza płotów. Furorę zrobił też mem pokazujący kijowską staruszkę strącającą rosyjskiego drona za pomocą słoika kiszonych ogórków. Mem okazał się ukraińskim fake newsem ku pokrzepieniu serc, ale dobitnie pokazywał nastrój mieszkańców miasta, bo podpis pod obrazkiem brzmiał: „Tego miasta nie da się okupować”. Przekaz za nim idący był zaś jasny: ta kobieta przeżyła okupację niemiecką, przeżyje i rosyjską. Niemcom się nie udało na długo w Kijowie zostać, wy nawet tu na dobre nie wejdziecie.

Historyczne skojarzenia wykorzystuje bowiem nie tylko Putin, i nie tylko on prowadzi grę propagandową. Od samego początku również Ukraińcy bardzo aktywnie odwołują się do treści historycznych, na wielu poziomach. Robi to w swoich niestrudzonych wystąpieniach prezydent Zełenski, który konsekwentnie mówi o „ukraińskiej wojnie ojczyźnianej”. Zabieg ten jest bardzo przewrotny, ponieważ z jednej strony wykorzystuje on ukraińskie poczucie wspólnoty, braterstwa i dumy – mimo wszystko o wiele więcej Ukraińców służyło i zginęło w Armii Czerwonej niż w UPA – z drugiej zaś przepisuje na nowo koncept, który narzucić chciał Ukraińcom Putin. Albowiem jednym z pól ukraińsko-rosyjskiego konfliktu o XX-wieczną historię było zdefiniowanie tego, kiedy zaczęła się (poprzednia) wojna i jak ją nazywać. Większość Ukraińców, obywateli niepodległej Ukrainy, opowiadała się za tym, by za początek II wojny światowej uznawać 1 września 1939, a równie głośno mówić o tym, co stało się 17 września 1939 r. W Rosji obowiązywał pogląd zgoła odmienny: wielka wojna ojczyźniana rozpoczęła się dopiero wraz z napaścią hitlerowskich Niemiec na Związek Radziecki w czerwcu 1941 r. Również aby zmusić Ukraińców do tego, by znów byli dumni z ukraińsko-rosyjskiego braterstwa broni w czasie dawno minionej wojny, Putin rozpętał nową, która dla wielu obywateli Ukrainy już dziś jest bardziej ojczyźniana niż tamta.

Zełenski odwołuje się także do innych wątków historycznych, a jego żydowskie korzenie dają mu mocną legitymizację. Gdy w Charkowie ginie od rosyjskiej bomby 96-letni były więzień obozu koncentracyjnego w Mauthausen, Zełenski natychmiast wspomina o jego śmierci w jednym ze swoich przemówień. Podobnie jest, gdy odłamki rosyjskich pocisków spadają na kompleks memorialny w Babim Jarze, miejscu, gdzie we wrześniu 1941 r. Niemcy dokonali przerażającej w skali egzekucji ludności żydowskiej w Europie, mordując w ciągu kilku dni ponad 30 tys. osób (łącznie w Babim Jarze zginęło nawet 100–120 tys. osób, w większości Żydów). Z kolei gdy Zełenski przemawia 20 marca w Knesecie, porównuje sytuację okupowanej Ukrainy do losu Żydów w czasie II wojny światowej. Wymowa tych zabiegów retorycznych jest jasna: ma ona pokazać, że jeśli ktokolwiek zachowuje się jak naziści, są to Rosjanie, nie zaś Ukraińcy. Oskarżenie Ukrainy o (nawet nie neo-) nazizm, wystosowane przez Rosję, odbija się rykoszetem od rosyjskich uczynków i zamiast zohydzić światu Ukraińców, ściąga infamię na Rosjan.

Historia wybrzmiewa nie tylko w przemówieniach polityków, mówi nią też ulica. Gdy na początku marca rozmawiam w Warszawie z Ukrainką z Charkowa, mówi mi zacięcie (czystą charkowską ruszczyzną z gardłowym „h”), że ona i jej rodzina prędzej wyjadą na zawsze, niż wrócą, żeby żyć „pod Rosją”. Twierdzi, że ludzie z Charkowa wreszcie zrozumieli, kto od zawsze był największym ukraińskim nieszczęściem – nie Niemcy, nie wojna, lecz Rosja. Mówi też, że jej osiemdziesięciokilkuletnia matka, gdy na Charków zaczęły lecieć bomby, biegała po mieszkaniu i krzyczała: „Naziści, przeklęci naziści!”. Niewielu naprawdę starych ludzi decyduje się opuścić Ukrainę, twierdzą, że wolą umrzeć tam, gdzie się urodzili, nie mam więc zbyt wielu rozmówców pamiętających poprzednią wojnę. Ale te nieliczne opowieści, których udaje mi się wysłuchać, najczęściej zapośredniczone przez słowa dzieci czy wnuków, są jednoznaczne: wtedy najgorsi byli Niemcy, naziści, potwory, nieludzie. Dziś najgorsi są Rosjanie, naziści, potwory, nieludzie.

Doły śmierci w Buczy

Rankiem w niedzielę 3 kwietnia niebacznie otwieram na smartfonie wiadomości i pierwsze, co widzę, to kobiece włosy wystające z piasku, którym zasypane zostały masowe groby ukraińskich cywilów w podkijowskiej Buczy. Patrzę tylko przez moment, jednak obraz zostaje pod powiekami na długo, a w głowie kołacze mi się: przecież to już było. Doły śmierci, kobiece włosy, obcięte włosy, kończyny wystające z piasku, ocalali stojący na brzegu przepaści. W takich momentach bardzo mocno uświadamiam sobie, iż jestem w stanie zajmować się Zagładą również dlatego, że materiałów wizualnych z Galicji – mojego regionu badań – jest mało. Czytając świadectwa, można wyłączyć wyobraźnię i dzięki temu nie zwariować.

Każde zdarzenie takie jak odkrycie masowych grobów pomordowanych Ukraińców w Buczy, z której wycofały się wojska rosyjskie, skłania do pytania o to, czy, kiedy i jak zasadne są porównania do Zagłady. Analogie pojawiają się bowiem na wielu płaszczyznach. Wołodymyr Zełenski, występując w Knesecie, mówił wprost o tym, że działania Rosjan na Ukrainie mają charakter ludobójczy, bezpośrednio porównywał też los Ukraińców podczas obecnej wojny do sytuacji Żydów podczas II wojny światowej. To zabieg tyleż mocny, co ryzykowny, bo ocierający się o moralno-emocjonalny szantaż: skoro Ukraińcy są jak kiedyś Żydzi, poparcie dla nich musi być bezwarunkowe. Co jednak, jeśli nie są? Socjolog i badacz zjawiska ludobójstwa Lech Nijakowski twierdzi bardzo stanowczo, że rosyjskie zbrodnie na Ukrainie ludobójstwem nie są, ponieważ nie mieszczą się w definicji zawartej w konwencji w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa. Nijakowski zaznacza jednocześnie, że „zwykłe” zbrodnie wojenne, a takie właśnie popełniają Rosjanie, nie oznaczają bynajmniej mniejszej wagi zła. Zdania historyków, politologów i prawników są jednak podzielone (np. parlament Kanady przyjął rezolucję o rosyjskim ludobójstwie na Ukrainie). Czy jednak kobiece włosy wystające z piasku masowego grobu w Buczy mniej będą boleć, jeśli to, co się stało, nazwiemy zbrodnią przeciwko ludzkości albo „tylko” (!) zbrodnią wojenną?

Bucza uosabia dziś rosyjskie zło, i słusznie, bo potępienie potrzebuje ikon i symboli. Cokolwiek orzeknie trybunał, który (o ile powstanie) będzie kiedyś sądził rosyjskich zbrodniarzy, Bucza dla Ukraińców już zawsze będzie oznaczać rosyjskie bestialstwo. Nawet jeśli uznamy, że Rosjanie nie dokonują obecnie na Ukrainie ludobójstwa, lecz popełniają zbrodnie wojenne, to nie wydaje się, żeby je wykluczali, gdyby zdarzyły się ku temu sprzyjające okoliczności. Szczytem cynizmu był fakt, że tego samego dnia, którego odkryto masowe groby w Buczy, na stronie internetowej Rosyjskiej Agencji Informacyjnej „Ria Nowosti” ukazał się obszerny tekst kremlowskiego propagandzisty i m.in. doradcy politycznego Kuczmy i Janukowycza, Timofieja Siergiejcewa, pt. Co Rosja powinna zrobić z Ukrainą. Siergiejcew otwarcie nawołuje w nim do eksterminacji ukraińskich elit, pisząc, że ich resocjalizacja jest niemożliwa, zaś elementem denazyfikacji Ukraińców ma być ich wynarodowienie. Jego tak straszne, że aż absurdalne postulaty idealnie wpisują się w definicję ludobójstwa kulturowego, które było integralnym elementem pierwotnej koncepcji ludobójstwa Rafała Lemkina; jeśli zaś nie ludobójstwa kulturowego, to z całą pewnością czystki etnicznej. Już teraz na terenach okupowanych Rosjanie zakazują nauki języka ukraińskiego w szkołach.

Czy w związku z tym ukraiński prezydent ma prawo do mówienia, że jego naród jest jak naród żydowski eksterminowany przez nazistów? Z pewnością czym innym jest moralna legitymacja, a czym innym idące za takimi słowami konsekwencje prawne. Porównania do Zagłady, jak już wspominałam, nie pojawiają się po raz pierwszy. Jesienią ubiegłego roku wiele osób mówiło i pisało, że na granicy polsko-białoruskiej dzieje się ludobójstwo. Wywoływało to we mnie ogromny opór i wciąż uważam, że było to rażące nadużycie. Los uchodźców był dramatyczny, polskie służby dopuszczały się niehumanitarnego traktowania i niejednokrotnie łamały prawo. Zginęli ludzie, a żadna z tych śmierci nie powinna się zdarzyć, ale to nie Straż Graniczna RP strzelała. Jako badaczka nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ktoś, kto porównywał kryzys na granicy do Zagłady niewiele o niej wiedział. Być może lasy były te same, przemytnicze ścieżki podobne, ludzki strach ten sam, jednak państwo polskie nie prowadziło żadnej polityki eksterminacyjnej, a za przyjęcie do domu błąkającego się po lesie Afgańczyka nie można było zostać rozstrzelanym. Jednak to właśnie figurę Auschwitz i Zagłady, których przyczyną były nie tylko nienawiść, lecz obojętność, przywołał Marian Turski, mówiąc podczas wykładu na Uniwersytecie Warszawskim o postawach wobec kryzysu na granicy. Czy jako ocalałemu z Zagłady było mu to wolno zrobić wtedy bardziej niż dzisiaj Ukraińcom, którzy nie rozliczyli się ze swojego współudziału w Zagładzie?

Wszystkie nasze lęki

Ponieważ jestem za młoda, by dobrze pamiętać niedobory PRLowskiej gospodarki, puste sklepowe półki – naprawdę puste – widziałam do tej pory dwa razy w życiu: na początku pandemii koronawirusa w marcu 2020 r. i po niedawnej rosyjskiej inwazji na Ukrainę. I dwa lata temu, i teraz ludzie masowo wykupywali papier toaletowy i żywność o przedłużonej trwałości. Jednak tej wiosny w społecznym krajobrazie pojawił się jeszcze jeden obrazek: kolejki przed salonami fotograficznymi. Na długo, zanim ustawili się w nich uchodźcy, by zrobić zdjęcie potrzebne do złożenia podania o PESEL, stali w nich Polacy, którzy chcieli jak najszybciej wyrobić sobie paszporty. Bo NATO i sojusze swoją drogą, a wdrukowany od pokoleń strach, że przyjdą Ruscy i wywiozą – swoją drogą. I nawet jeśli ktoś nie ruszał szturmować biur paszportowych (kolejki skończyły się dopiero w dwa miesiące po wybuchu wojny i pewnej stabilizacji sytuacji), to najczęściej i tak sprawdzał na wszelki wypadek, czy wszystkie dzieci mają aktualne zdjęcia w dokumentach.

Wiele napisano o tym, że trauma i strach dziedziczone są niemal tak samo jak kolor oczu i wzrost. Szczególną uwagę od dawna poświęca się dzieciom ocalałych z Zagłady, którzy nie dzieląc z rodzicami biograficznego doświadczenia ludobójstwa, przez lata dzielili z nimi koszmary senne, stany lękowe i dziwne nawyki codzienne, które zrozumieć pomagało dopiero przyjrzenie się rodzinnej historii. Ale dziedziczone traumy historyczne to nie tylko Zagłada w malowniczym zakątku Europy, nazwanym przez Timothy’ego Snydera trafnie „skrwawionymi ziemiami”. W rodzinnych trupach w szafie można wybierać i przebierać: jak nie wysiedlenie z ziem wschodnich II RP, to akcja „Wisła”, a jeśli bardziej na zachód, to przecież przemarsz Armii Czerwonej przez Ziemie Odzyskane i deportacje Ślązaków też się nadadzą. I Polacy, i Ukraińcy są narodami od prawie wieku nieustannie przymusowo przemieszczanymi. Oksana Zabużko poruszająco opisała to w swojej najnowszej książce Planeta piołun, wydanej po polsku dzień przed początkiem wojny: jak pisze, tym, co najbardziej różniło ukraiński exodus z Donbasu po 2014 r. od wszystkich poprzednich deportacji i przesiedleń, które spotkały Ukraińców, był fakt, że można było wyjechać samemu, swoim samochodem, i samemu zdecydować, gdzie zacznie się życie od nowa. Już nie było się przedmiotem transportu, już nie słyszało się złowieszczego „sabiratsia z wieszczami” (zebrać się z rzeczami), ucieczka pozwalała zachować godność i poczucie sprawczości.

Eseje Zabużko bardzo gorzko się dzisiaj czyta, również dlatego że Rosjanie wywieźli w głąb Rosji kilkaset tysięcy Ukraińców z terenów okupowanych, w tym dzieci bez rodziców. A także dlatego, że Ukraińcy, którzy w 2014 r. musieli opuścić Donbas i osiedli np. pod Kijowem, teraz znów musieli uciekać. Czy to, że podejmuje się decyzje samemu, nie czekając na „sabiratsia z wieszczami”, naprawdę sprawia, że ciężar i strach są mniejsze?

Ukraińskie złe sny się ziściły, polskie zbiorowe lęki wciąż panoszą się w rozmowach, memach, na ulicach, zadomawiają się w głowach, spychane głęboko, ale pewne, że w kraju z taką historią łatwo się ich nie pozbędziemy.

Artykuł pojawił się w numerze: Rzeczy, które kochamy