Myśląc o ciele, często skupiamy się na jego stronie zewnętrznej, czyli na naszym wyglądzie. Chciałabym, żebyśmy porozmawiały o ciele nieco inaczej – jako o istotnym budulcu naszej egzystencji, o systemie dialogującym z naszym umysłem. Jak dziś wygląda nasza relacja z ciałem oczami psycholożki?
Uważam, że jako ludzkość jesteśmy w dobrym momencie historii naszej relacji z ciałem. W końcu zaczynamy je postrzegać jako część siebie. Kultura ubrała ciało, ukryła to, co intymne, przyzwyczajając nas do oglądania ciała jakby z zewnątrz. Z tego powodu niektórzy traktują je jak narzędzie spełniające określone funkcje. I tak też jest: dzięki niemu możemy podnieść szklankę albo posprzątać dom. Problem pojawia się wtedy, gdy sprowadzamy ciało wyłącznie do jego wyglądu, do roli obiektu. Przestajemy myśleć wtedy o tym, że jest ono ważnym źródłem informacji na nasz temat.
W jednym z wykładów powiedziała Pani bardzo ważne zdanie: „Ciało sięga tam, gdzie rozum nie sięga” – co to oznacza?
Na ciało możemy spojrzeć z dwóch perspektyw, które się przenikają.
Po pierwsze, ciało postrzegamy biologicznie: to ono daje nam informacje o naszym stanie zdrowia. Niestety, często w przypadku odczuwania bólu zamiast poszukać jego przyczyny, najpierw próbujemy ten ból zahamować, np. biorąc tabletkę. Czasem nie chcemy zrozumieć sygnałów ciała, bo towarzyszy nam lęk lub strach przed chorobą.
Po drugie, na ciało możemy spojrzeć też z perspektywy psychosomatycznej, dostrzegając, że zapisuje ono w sobie traumy i przeżycia. Dopiero komunikując się ze sobą od wewnątrz, możemy zrozumieć nasze uczucia z przeszłości i teraźniejszości. Jeżeli w jakiejś sytuacji silnie kontroluję swoje myśli, próbuję się dostosować do otoczenia, ktoś przekracza moje granice – ciało wysyła mi sygnały. Jeśli ich posłucham, moja reakcja będzie bardziej świadoma. Ciało i rozum działają razem, ale umysł czasami nie może sięgnąć do niektórych emocji czy przeżyć, tam gdzie ciało już dawno dało nam o nich znak.
Czym różni się posiadanie ciała od bycia ciałem?
Być ciałem to znaczy istnieć w integralnym z nim połączeniu, wsłuchiwać się w nie, nie oczekiwać, że jako narzędzie zawsze podporządkuje się ono mojej kontroli. Zrozumieć, że to ja robię coś dla siebie, bo ja jestem ciałem, a ciało jest mną. „Ja” to nie tylko moje wyobrażenie o mnie. To także mój mały palec u stopy, to mój brzuch.
###banner###
Zrozumienie, że jesteśmy obecnością ucieleśnioną, pozwala nam traktować nasze ciało z większym szacunkiem i współczuciem niż w przypadku, gdy patrzymy na ciało w sposób przedmiotowy.
Ciało może się zmieniać, mamy prawo je kształtować, by było szczuplejsze czy bardziej umięśnione. Wszystko jest w porządku, jeżeli robimy to z poczuciem, że to jesteśmy my, a nie forma, nad którą pracujemy. Zresztą tak się przecież mówi: „Pracuję nad formą” – w ten sposób sami uprzedmiatawiamy swoje ciało. Gdy natomiast podchodzimy do ciała z szacunkiem, ono zaczyna z nami współgrać i odwdzięcza się. Ludzie, którzy przechodzą terapię lub po prostu zaczynają akceptować swoje ciało, zazwyczaj osiągają lepsze rezultaty w treningach czy odchudzaniu. Mówiąc do siebie: „Nie podobam się sobie, jestem brzydka”, ranię swoje ciało. Kiedyś bardzo mocno tego doświadczyłam. Podczas medytacji odkryłam, że każde złe słowo, które mówię na temat swojego ciała, odczuwam, jakbym uderzyła w swoje serce. Moje słowa były dla mnie autentycznie bolesne. Na co dzień tworzymy wokół naszej autokrytyki warstwę ochronną, jednak jeśli się przez nią przebijemy, możemy zobaczyć, jak bardzo ranimy samych siebie.
Czym może skutkować zapomnienie o swoim ciele?
Twórca terapii bioenergetycznej, psychiatra i psychoterapeuta Alexander Lowen uważał, że brak czucia to śmierć, i nie mówił tego tylko w kontekście możliwych chorób czy schorzeń. Utrata kontaktu z ciałem to utrata odczuwania przepływu sił witalnych. To też znaczne ograniczenie naszej zmysłowej percepcji. Idąc do lasu, odczuwamy go bardzo cieleśnie, nie tylko na niego patrzymy, lecz też dotykamy liści, czujemy powiew wiatru na twarzy. Gdybyśmy przestali zwracać na to uwagę, ograniczylibyśmy naszą egzystencję do świata istniejącego wyłącznie w naszej głowie, a to nie kończy się najlepiej.
Na czym polega mapowanie emocji w ciele? Czy możemy wskazać miejsce w ciele, gdzie odczuwamy szczęście albo smutek?
W 2014 r. zespół naukowców pod kierunkiem Enrica Glereana próbował sprawdzić, jak 13 różnych emocji uruchamia się w ciele. Eksperyment polegał na subiektywnym oznaczeniu, w którym miejscu badani odczuwali wzmożoną aktywność i dezaktywację podczas przeżywania danej emocji. Uczestnicy korzystali z oznaczeń poziomu ciepła-zimna. Ciepłe kolory mapowały miejsca, gdzie czujemy daną emocję, a zimne pokazywały przestrzenie, w których raczej danej emocji nie odczuwamy. Okazało się, że np. szczęścia zazwyczaj doświadczamy od stóp do głów. Jeśli więc mamy dostęp do radości, odczuwamy ją całym ciałem. Warto przy tym zaznaczyć, że tłumienie negatywnych emocji powoduje ograniczenie odczuwania emocji pozytywnych.
Jeżeli więc jesteśmy w stanie w pełni się rozpłakać, wtedy też będziemy w stanie czerpać pełnię z odczuwanego szczęścia, bo ciało będzie w pełni rozluźnione.
Wracając do mapowania emocji: złość często przeżywamy na twarzy, zaciskamy szczęki i pięści, czujemy napięcie, ucisk na poziomie gardła i klatki piersiowej. Nasze ciało myśli: „Walcz i uciekaj”.
A niepokój?
Niepokój zazwyczaj czujemy w okolicy miednicy. Każdy stres i nieprzyjemne emocje odbijają się na działaniu naszych narządów wewnętrznych, powięzi, mięśni. Permanentny stres powoduje, że nasz układ nerwowy znajduje się w stanie ciągłego pobudzenia, zachwiana zostaje równowaga pomiędzy nim a relaksem i rozluźnieniem. Kobiety często mają zaciśnięte mięśnie w okolicy miednicy, co spowodowane jest nieprzepracowanymi emocjami z przeszłości: sytuacjami, w których ktoś naruszył czyjąś granicę w bliskości seksualnej. Z tego powodu pojawia się też blokada na poziomie seksualnym, gdyż czucie w tych miejscach zostało ograniczone. Podczas niepokoju napięcie roznosi się od dołu do góry ciała. Nogi przestają mieć kontakt z podłożem. W takim przypadku często radzi się, by położyć je na ziemi bez skarpetek, by stopy zakotwiczyły się w podłożu i odzyskały poczucie bezpieczeństwa.
Oczywiście przedstawiam teraz wyniki badań, natomiast każdy z nas przeżywa emocje cieleśnie na swój własny sposób. Nie istnieje uniwersalna reakcja na przeżywane emocje, co pokazują m.in. badania Lisy Barrett Feldman. Jeżeli zaciskamy gardło, może to oznaczać np. złość lub smutek. Mam ochotę krzyczeć, bo czuję wściekłość, albo może tłumię smutek i nie chcę się rozpłakać. Ktoś może odczuwać lęk na poziomie brzucha lub np. kulić się.
Czyli można powiedzieć, że emocje są cielesne.
Zdecydowanie. Każda emocja ma swój kanał reakcji w ciele. One są ze sobą ściśle połączone. Człowiek czuje emocje nie tylko na poziomie głowy, jak zwykliśmy sobie czasem wyobrażać (tam dochodzi do ich interpretacji), lecz również na poziomie części ciała. Kiedy np. mówimy: „Ojej, ale się przestraszyłam”, równocześnie łapiemy się za klatkę piersiową lub wstrzymujemy oddech. Dostrzegamy smutek drugiej osoby, gdy widzimy, że w jej oczach gromadzą się łzy. Nazywamy te odczucia, przy czym z jakiegoś powodu zapominamy, by słuchać ciała, traktujemy reakcje fizjologiczne jako efekty uboczne, których chcemy się pozbyć. Ludzie często mówią mi, że nie chcą doświadczać niektórych stanów fizjologicznych. Tymczasem chodzi o to, by zrozumieć, dlaczego dana reakcja się pojawiła. Co dany bodziec ciała mówi o moim stanie psychicznym? Jeśli zaczynamy o tym myśleć i o tym z kimś rozmawiać, zazwyczaj napięcie ustępuje.
A co, jeśli nie przepracowujemy tych emocji?
Stłumione emocje w ciele w dłuższej perspektywie skutkują jego chronicznym napięciem. Niektóre osoby odczuwające w dzieciństwie silne emocje, które musiały być tłumione, doświadczyły zjawiska nazywanego przez analizę bioenergetyczną zawieszeniem w ciele. Mają przechyloną do boku lub w dół głowę albo ramiona ukształtowane w taki sposób, że ich szyja jest niewidoczna. Alexander Lowen uważał, że to często świadectwo silnego emocjonalnego konfliktu, który się pojawił, ale w pewnym momencie został zlekceważony. Człowiek musiał z siebie zrezygnować, coś już nie miało sensu. Po ciele możemy więc próbować odczytać, co kiedyś dana osoba przeżywała, choć niekoniecznie oznacza to, że przeżywa to nadal.
Z kolei codzienne napięcia skutkują np. bólem konkretnego miejsca, chorobami lub wrzodami. Osoby z zespołem jelita drażliwego to często te, które mocno tłumiły w sobie złość. Zagłuszone napięcie nie znika.
Powściąganie pozytywnych uczuć – np. gdy cieszymy się, ale moralnie oceniamy ten stan jako coś złego lub coś, czego nie wypada robić przy innych – też wywołuje napięcie. Człowiek wtedy gaśnie. Proszę zauważyć, że jako dorośli w mniej wyrazisty sposób eksponujemy nasze emocje. Czy to wynik norm kulturowych, czy też dojrzewania? Nie robiono na ten temat badań, lecz ja stawiałabym na wychowanie. Powstrzymują nas przecież chociażby niemiłe komentarze typu: „Cieszy się jak głupi do sera” albo „Co ty taki dzisiaj wesoły jesteś?”. Dorośli często zachowują się tak, jakby radość była czymś negatywnym i nieodpowiednim. Tymczasem jej przeżycie przyczynia się do ogólnego poczucia szczęścia i wolności.
Płacz, nawet rozpaczliwy, również jest wyzwalający.
Podczas płaczu obniżają się hormony odpowiedzialne m.in. za odczucie stresu: adrenalina i noradrenalina. Organizm wydziela również oksytocynę, która działa uspokajająco. Zaczynamy głębiej oddychać – proszę zwrócić uwagę, że wiele osób, kończąc szloch, bierze głęboki wdech, tak jakby zrzuciły z siebie bardzo duży ciężar.
Gdy chcemy powstrzymać płacz, wykonujemy sporą pracę mięśniową: zaciskamy usta, blokujemy gardło. Płacz rozluźnia mięśnie, łagodzi napięcie, niejednokrotnie też hamuje wcześniejszy ból głowy. Po wypłakaniu się ludzie często nie wracają już do problemów, które spowodowały łkanie.
Po prostu dali sobie przestrzeń na to, by je przeżyć.
A co, jeśli nie dajemy sobie przestrzeni na takie przeżywanie? ? Często mężczyźni mierzą się ze stłumionymi emocjami.
W wyniku społeczno-kulturowych oczekiwań mężczyźni mają większą trudność z okazywaniem emocji. Widzę to w swoim gabinecie. Płacz u mężczyzny często kończy się na wilgotnych oczach, chociaż i to bardzo mnie cieszy, bo pokazuje, że pacjent pozwolił sobie na jakąkolwiek reakcję. Nie lubię generalizować, ale tłumienie emocji może wywoływać agresję – nie pozwalamy sobie np. na smutek, rośnie w nas napięcie, dla którego trzeba znaleźć ujście. Mężczyźni rozładowują je np. poprzez sport lub alkohol – to przecież na imprezach po wypiciu kilku piw otwierają się, są w stanie przyznać, jak bardzo kochają swoich kumpli. Wcześniej by sobie na to nie pozwolili.
Ostatnio popularne są koncerty mis i gongów lub joga. Jakie inne praktyki pomagają nam skomunikować się z ciałem i je rozluźnić?
Każda metoda jest dobra. Przykładowo: ćwiczenia wywodzące się z terapii bioenergetycznej, czyli np. leżenie na macie i uderzanie o nią prostymi nogami połączone z wymówieniem słowa „nie” (oznaczającego, że nie dajemy zgody na coś, co na nas wymuszono), może pomóc wyrzucić z siebie napięcie.
Czasami pomaga też opuszczanie szczęki, by pokazać mięśniom, że mogą się w tym miejscu rozluźnić. Warto stosować masaż, automasaż, świadomy oddech. Dużo się o tym mówi, jednak z jakiegoś powodu nie wszyscy jesteśmy jeszcze świadomi, jak bardzo mogą nam pomóc tak drobne ćwiczenia. Oddech to też przecież ważny element jogi, na którym opieramy koncentrację. Napięcie ramion wynikające z dużej liczby obowiązków może się rozluźnić podczas oddychania przeponą. Głęboki oddech otwiera nas na doświadczenie spokoju i poczucia żywotności.
Słyszałam też o metodzie strzepywania z siebie napięcia podczas tańca.
Strzepywanie, o którym Pani mówi, kojarzy mi się z tzw. TRE (Tension & Trauma Releasing Exercises). To metoda opracowana przez Davida Berceliego pozwalająca wyrzucić traumę, a także konkretne napięcia ze swojego ciała. Wprowadzone w drżenie ciało w pewnym momencie nie powinno być kontrolowalne, tylko poruszać się swobodnie. Wtedy mięśnie zaczynają się rozluźniać. Warto wspomnieć też o metodzie tańca intuicyjnego – wprawienia siebie w ruch bez myślenia o tym, jaki dokładnie on będzie.
Najważniejsze jest jednak to, aby w momencie odczuwania jakiegoś impulsu w ciele po prostu za nim pójść. Jeżeli chce mi się płakać – pozwolić sobie na to. Rzucić poduszką, krzyknąć, gdy znajduję się w miejscu, w którym czujemy się swobodnie. Te wszystkie…