Kiedy robotnicy wbijali pierwsze łopaty w głębokim brazylijskim interiorze, prezydent Juscelino Kubitschek wyobrażał sobie, że poskramia kolonialną historię i nieprzebłaganą geografię – nowa stolica Brasilia miała pomóc zintegrować kraj, który choć wielki i potężny, był jednością tylko na mapie. Po niemal 70 latach kraj ten jest pęknięty dokładnie na pół i dwukolorowy – północ jest czerwona (lewicowa), a południe niebieskie (konserwatywne). A Brasilia, która miała kraj integrować, sterczy pośrodku jak graniczny słup między śmiertelnymi wrogami.
Tak pomalowały Brazylię ostatnie wybory prezydenckie, w których naprzeciwko siebie stanęli Luiz Inácio da Silva i Jair Bolsonaro. Miały one zdecydować, którą drogę obierze brazylijski naród, żeby uratować przyszłość. Ta jest dzisiaj bardziej niepewna niż 30 lat temu, kiedy Brazylia hartowała swoją świeżo odrodzoną demokrację. Osiągnięcia ostatnich dekad poszły w rozsypkę, a największe państwo Ameryki Łacińskiej z aspiracjami ponadregionalnego mocarstwa tylko wspomina czasy, kiedy było wzorem dla świata i tematem analiz sukcesu.
Jednak najgorętsze od dawna wybory wcale nie toczyły się pod znakiem pomysłów na gospodarcze reformy czy politykę społeczną. Dwaj kandydaci uprawiali zapasy w błocie, wzywając na pomoc Boga…