Subskrybuj
Luiz Inácio Lula da Silva podczas wiecu wyborczego przed drugą turą wyborów prezydenckich, które zakończyły się jego zwycięstwem fot. Daniel Munoz/VIEWpress/Getty
Luiz Inácio Lula da Silva podczas wiecu wyborczego przed drugą turą wyborów prezydenckich, które zakończyły się jego zwycięstwem fot. Daniel Munoz/VIEWpress/Getty
Dr, latynoamerykanista, wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Prowadzi badania w zakresie relacji państwo–społeczeństwo, etnopolityki i rozwoju w Ameryce Łacińskiej. Boliwię odwiedza regularnie od 2006 r.

Mesjasz i diabeł

Zamiast święta demokracji Brazylia w czasie wyborów prezydenckich przeżyła karnawał nienawiści. Z Bogiem i moralnością na ustach.

Kiedy robotnicy wbijali pierwsze łopaty w głębokim brazylijskim interiorze, prezydent Juscelino Kubitschek wyobrażał sobie, że poskramia kolonialną historię i nieprzebłaganą geografię – nowa stolica Brasilia miała pomóc zintegrować kraj, który choć wielki i potężny, był jednością tylko na mapie. Po niemal 70 latach kraj ten jest pęknięty dokładnie na pół i dwukolorowy – północ jest czerwona (lewicowa), a południe niebieskie (konserwatywne). A Brasilia, która miała kraj integrować, sterczy pośrodku jak graniczny słup między śmiertelnymi wrogami.

Tak pomalowały Brazylię ostatnie wybory prezydenckie, w których naprzeciwko siebie stanęli Luiz Inácio da Silva i Jair Bolsonaro. Miały one zdecydować, którą drogę obierze brazylijski naród, żeby uratować przyszłość. Ta jest dzisiaj bardziej niepewna niż 30 lat temu, kiedy Brazylia hartowała swoją świeżo odrodzoną demokrację. Osiągnięcia ostatnich dekad poszły w rozsypkę, a największe państwo Ameryki Łacińskiej z aspiracjami ponadregionalnego mocarstwa tylko wspomina czasy, kiedy było wzorem dla świata i tematem analiz sukcesu.

Jednak najgorętsze od dawna wybory wcale nie toczyły się pod znakiem pomysłów na gospodarcze reformy czy politykę społeczną. Dwaj kandydaci uprawiali zapasy w błocie, wzywając na pomoc Boga i kłócąc się, kto jest lepszym chrześcijaninem. Dla jednych przeciwnikiem był szarlatan i morderca, drudzy kreślili znak krzyża przeciw kryminaliście i czerwonemu diabłowi.

Wskrzeszenie Łazarza

W Brazylii A.D. 2022 panują zupełnie inne nastroje polityczno-społeczne niż kilkadziesiąt lat temu. Ogrom wyzwań po ponad dwóch dekadach wojskowej dyktatury ustępował w latach 80. potężnemu prądowi nadziei i odradzającej się wolności. Nowy rozdział w historii kraju był pisany m.in. przez zwycięzcę tegorocznych wyborów prezydenckich Luiza Inácio da Silvę. Lula, jak na niego mówią, czyli kalmar, bo podobno ściska przyjaciół tak mocno, jak gdyby miał mnóstwo ramion. Urodził się w 1945 r. jako najmłodszy spośród siedmiorga dzieci wiejskich analfabetów, w małej miejscowości w regionie Nordeste, najbiedniejszej części Brazylii (będzie tam miał później zawsze największe poparcie). Przez pierwszych pięć lat życia wychowywał się bez ojca, który wyjechał za pracą. Gdy już wrócił, zapisał się w pamięci chłopca jako brutal i alkoholik. Po przeprowadzce do Sao Paulo na drugim krańcu kraju w wieku 12 lat Lula zaczął zarabiać jako pucybut, potem jako pracownik pralni i sprzedawca owoców. Jako czternastolatek zatrudnił się w fabryce śrub i choć porzucił szkołę podstawową po czterech klasach, to kilka lat później ukończył specjalny kurs tokarza. Ledwo wszedł w dorosłość, gdy rok 1964 zaskoczył go przewrotem wojskowym i nastaniem dyktatury. W tym samym czasie, pracując przy prasie hydraulicznej, stracił mały palec u lewej dłoni. Po latach będzie to jego znakiem rozpoznawczym i symbolem proletariackiego pochodzenia.

Prosty robotnik ze wsi wyrośnie na związkowego lidera, prowadzącego strajki przeciw dyktaturze. Będzie przez to później porównywany do Wałęsy, który w latach 80. był dla Luli idolem.

Poznali się, jednak zasadnicze różnice ideologiczne i odmienne pozycje na geopolitycznej szachownicy (Wałęsa powie, że on obalał komunizm, kiedy Lula chciał go u siebie budować) zakończą nigdy nierozpaloną przyjaźń. Jeszcze w roku 1980 jako działacz związkowy współtworzył Partię Pracujących (Partido dos Trabalhadores, PT), której będzie wieloletnim przywódcą. W tym samym roku został skazany na trzy i pół roku więzienia za organizację strajku w swoich zakładach Industrias Villares, ale uratował się apelacją.

Kiedy wreszcie w 1985 r. skończyła się dyktatura i powróciła demokracja, Lula wszedł do oficjalnej polityki i rok później został wybrany rekordową liczbą głosów w kraju do Zgromadzenia Konstytucyjnego. Równo 100 lat po abolicji niewolnictwa w Brazylii konstytuanta zaproponowała nową ustawę zasadniczą, która miała zabezpieczyć demokratyczny porządek. Brazylia była, niestety, wciąż krajem naznaczonym pokolonialnym dziedzictwem i grzechem rasizmu. Konstytucję chwalono za utrwalenie demokracji, uznanie praw kobiet, ludności rdzennej oraz postęp w dziedzinie ochrony środowiska, jednak wielowiekowe wykluczenie i dyskryminacja pozostawiły jątrzące do dziś rany. Od wielu Afrobrazylijczyków można usłyszeć historie, jak zostali nauczeni przez swoje matki, że zawsze powinni dbać o swój nienaganny i staranny wygląd. Bo choć szata nie zdobi człowieka, to pozwala mu wspinać się po społecznej drabinie. Elegancki strój pomaga ukrywać „murzyńskość”, a dobre maniery i kultura są jak jasna skóra dająca społeczne przywileje. Wciąż powtarzają się sytuacje takie jak wyrzucenie z galerii handlowej grupy czarnoskórych, za sam wygląd podejrzewanych o stwarzanie zagrożenia, albo jak ta sprzed dwóch lat, kiedy w supermarkecie w Porto Alegre ochroniarze zatłukli na śmierć czarnoskórego mężczyznę. Według rządowych danych Afrobrazylijczycy należą do najbiedniejszej części społeczeństwa, stanowią 64% bezrobotnych, choć nie są nawet połową ludności kraju, poza tym częściej umierają młodo niż biali i są trzy razy bardziej narażeni na śmierć wskutek zabójstwa .

Lula wystartował na prezydenta po raz pierwszy w 1989 r., a potem kolejny raz i kolejny, za każdym razem zdobywając coraz więcej głosów. Wreszcie w 2002 r. wygrał i otworzył nowy rozdział w historii Brazylii. Jego podwójne rządy w latach 2003–2010 to ekonomiczny boom i wielka transformacja społeczna, redukcja ubóstwa i nierówności za pomocą programów takich jak Bolsa Familia (bezpośrednie transfery pieniężne w zamian za uczęszczanie dzieci do szkół i szczepienia zdrowotne) oraz Fome Zero (Zero Głodu, program celujący w zwalczanie niedożywienia). Za swojej prezydentury Lula wyciągnął z biedy 30 mln ludzi, oprócz tego poprawił dostęp do edukacji, służby zdrowia, elektryczności (program Światło dla Wszystkich) i godnych warunków mieszkaniowych (dofinansowanie mieszkań w programie Mój Dom, Moje Życie). Odchodząc z urzędu w 2010 r., Lula cieszył się rekordowym 87% poparciem, a Barack Obama nazwał go najpopularniejszym przywódcą świata. Jego polityka pokojowej i ewolucyjnej transformacji społecznej, integrującej wyrzuconych poza nawias, stała się wzorem i inspiracją dla licznych krajów świata. Bez przesady można go więc nazwać ojcem współczesnej Brazylii.

Papieżyca składa broń dwa razy

Wszystko co dobre, musi się kiedyś skończyć i potwierdzenie tego banału przypadło na następczynię Luli Dilmę Rousseff. Pierwsza i jak dotąd jedyna kobieta prezydent w historii Brazylii ma bogate rewolucyjne CV – w czasach dyktatury była członkinią marksistowsko-leninowskiej partyzantki Rewolucyjna Awangarda Zbrojna-Palmares (VAR-Palmares), która wzięła nazwę od XVII-wiecznego quilombo, wspólnoty zbiegłych niewolników zniszczonej przez Portugalczyków. Młodziutka Dilma wraz z towarzyszami broni walczyła przeciw wojskowej dyktaturze i o socjalistyczną rewolucję pod kolejnymi pseudonimami – Estela, Luisa, María Lucía, Marina, Patricia i Wanda, ale w odtajnionych po latach aktach operacyjnych reżimowych służb figuruje jako „Joanna D’Arc partyzantki” i „papieżyca wywrotowców”. Musiała złożyć broń w 1970 r. aresztowana i skazana na dwa lata więzienia. Później będzie walczyć już tylko metodami legalnymi, ostatecznie łącząc siły z Lulą da Silvą i przewodząc Brazylii w latach 2011–2016.

Pani Rousseff kontynuowała program swojego byłego szefa, potwierdzając, że można robić rewolucję małymi krokami, inwestując w społeczną transformację przez wyrównywanie szans, wyciąganie z ubóstwa i zwiększanie dostępu do usług podstawowych. Jednak wkrótce kraj przestał być pupilkiem analityków. W 2014 r. przyszedł kryzys, a gdy w gospodarce się ochłodziło, wyszło na jaw, że ekonomiczna kołdra jest za krótka. Zbiegło się to z mundialem, którego Brazylia była gospodarzem i wstydliwym półfinalistą (sromotne 1:7 z Niemcami). Nie była to jedyna wielka impreza globalnego sportu, bo kraj przygotowywał się też do olimpiady w Rio w 2016, kosztem olbrzymich, często nietransparentnych i społecznie kontrowersyjnych, inwestycji budowlanych wymagających czasem usuwania z przestrzeni osiedli zamieszkanych przez biedotę. Kryzys ekonomiczny, rosnące niezadowolenie społeczne i coraz większe kłopoty z brakiem bezpieczeństwa i przemocą, a do tego opinie, że tak naprawdę zamiast Dilmy z tylnego siedzenia rządził Lula, jak na latynoskiego caudillo przystało, to idealna mieszanka do masowych protestów, które zmuszały PT do przeciągania z opozycją liny nakręcającej polityczną polaryzację.

Prawica ruszyła do boju przeciw pani prezydent, otwierając w 2015 r. proces impeachmentu. Zarzuty? Celowe opóźnianie transferów z budżetu do banków na realizację programów społecznych, żeby doraźnie zmniejszyć deficyt, inaczej mówiąc, ukrywanie faktycznego stanu skarbu państwa. Dodatkowo przywódczynię oskarżano o wiedzę nt. korupcji w państwowej firmie Petrobras i brak działań w tej sprawie (tzw. afera Lava Jato). W 2016 r. parlament przegłosował usunięcie Dilmy Rousseff ze stanowiska na dwa lata przed końcem jej drugiej kadencji. Papieżyca złożyła broń po raz drugi, znów pod przymusem, a do czasu nowych wyborów stery przejął dotychczasowy wiceprezydent.

Do nowego starcia o przedłużenie dziejowej misji PT szykował się faworyt, stary wyjadacz i bohater Lula da Silva. Jednak odór gigantycznego skandalu korupcyjnego Lava Jato (nazwa pochodzi od portugalskiego terminu określającego myjnię samochodową, czyli miejsca, gdzie zaczęły się korupcyjne spotkania) zataczał coraz szersze kręgi i prawica skierowała tę chmurę na da Silvę. Osią największej afery korupcyjnej w historii Brazylii była sieć rozpięta między firmami budowlanymi, państwową firmą Petrobras i rządzącą Partią Pracujących, która służyła załatwianiu korzystnych kontraktów budowlanych. Choć zamieszani byli też politycy innych partii, główne uderzenie poszło w rządzących. Getúlio Vargas, prezydent i dyktator Brazylii z lat 30. XX w. powiedział kiedyś: „Dla moich przyjaciół wszystko, dla moich wrogów – prawo”. Prawica chętnie powróciła do tej tradycji, wykorzystując wymiar sprawiedliwości, aby uniemożliwić Luli start w wyborach. Później wielu komentatorów będzie mówić o sądowym zamachu stanu. Na scenę wkroczył młody i ambitny (a jak później się okazało, również upolityczniony) sędzia Sérgio Moro, który skazał Lulę na 12 lat więzienia za „bierną korupcję” i pranie pieniędzy na podstawie domniemania, że skoro byli umoczeni członkowie jego partii, to on też. Moro uderzył również w zakup luksusowej willi przez Lulę, co miało być dowodem na nielegalne dochody, a więc i korupcję byłego prezydenta.

Lula został wyeliminowany i trafił za kratki, a młodego wilka sądownictwa za prezydentury Bolsonaro uczyniono ministrem sprawiedliwości. W zastępstwie za Lulę Partia Pracujących wystawiła w 2018 r. Fernando Haddada, byłego ministra edukacji i burmistrza Sao Paulo, ale w brazylijskiej polityce to nie ta kategoria wagowa co jego eksszef, tym bardziej że w drugim narożniku czekał na niego nadspodziewanie groźny, bo pozornie niepoważny, przeciwnik.

Krwawy Mesjasz

Broń, którą złożyła Dilma Rousseff, bardzo ochoczo wziął do ręki były kapitan spadochroniarzy, zwolennik dyktatury, ultrakonserwatysta i zaciekły wróg wszelkich „lewackich dewiacji” Jair Messias Bolsonaro. Tak, Mesjasz to jego drugie imię – wygodne w politycznej narracji, przynajmniej w Brazylii. Na początku jednak nazywał się kapitanem ludu, eksponując wojskowy życiorys i oferując twardą żołdacką rękę do przewrócenia korupcyjnego stolika po 15 latach rządów Pracujących. Inni nazwą go też Trumpem tropików, choć Bolsonaro to ideologicznie znacznie potężniejszy kaliber od ekscentrycznego biznesmena z USA.

Usunięty z wojska za żądania płacowe w czasach dyktatury konserwatywny kongresmen od lat występował w telewizji, popisując się kontrowersyjnymi poglądami – traktowany był jednak jak brazylijska wersja Janusza Korwin-Mikkego. Można powiedzieć, że Bolsonaro to dziecko polaryzacji, ożywionej kilka lat wcześniej. Nie do końca nieznany, wyskoczył jednak niespodzianie z pudełka i sterroryzował znudzoną kawiorową lewicę, dając proste, radykalne rozwiązania skomplikowanych problemów. Chcąc nie chcąc, Partia Pracujących, nie radząc sobie z efektami kryzysu i wzrostu niepokojów społecznych, otworzyła przed Bolsonaro scenę dla jego scenicznych występów. Mówił więc, że PT to komuniści i złodzieje, a „pedałów” wyleczyłby gołą pięścią. Przekonywał, że wojskowa dyktatura przyniosła chwałę Brazylii, będąc okresem „porządku i postępu” (Ordem e Progresso to hasło z brazyliskiej flagi, inspirowane pozytywistyczną filozofią Augusta Comte’a z XIX w.), a jej zbrodnicze metody uznał za słuszne – jej błędem było jedynie to, że „torturowano, zamiast zabijać”. Złożył też hołd Carlosowi Brilhante, wojskowemu oprawcy, który torturował Dilmę Rousseff i ogłosił, że „demokracja to gówno”, więc gdyby była taka potrzeba, to „zlikwidowałby parlament w jeden dzień”.

Nie najlepsza sytuacja ekonomiczna i rosnąca fala przemocy gnębiąca Brazylijczyków od połowy minionej dekady sprzyjały takim radykalnym poglądom. Podobało się, że Bolsonaro jest za karą śmierci i liberalizacją dostępu do broni. Do tego doszło ogromne rozczarowanie Partią Pracujących, choć nie tylko jej członkowie byli unurzani w korupcji po szyję. Wielu podobało się, że Bolsonaro atakuje środowisko LGBTQ+. Głośne stało się jego wyznanie, że nie mógłby kochać syna, gdyby był gejem. Wolałby już, żeby zginął w wypadku, bo „dla niego byłby i tak martwy”. To także mizogin i maczysta – w 2014 r. powiedział do posłanki Marii do Rosario, że nie zasługuje na to, by ją zgwałcić, bo jest brzydka. Mówił również, że kobiety nie powinny mieć równych płac. Zapowiedział też, że jako prezydent zlikwiduje terytoria indiańskie i wspólnoty afro, bo hamują gospodarkę. O Afrobrazylijczykach powiedział, że są leniwi i grubi, nic nie robią i nie nadają się nawet do prokreacji.

Bolsonaro zbierał poparcie nie tylko wśród rozczarowanych, konserwatywnych i chcących prostych rozwiązań. Sporej części „białej” klasy średniej (i wyższej oczywiście) nie w smak była inkluzywna polityka PT i nigdy nie chciała ona integrować się z kolorową biedotą. Bolsonaro był rzecznikiem tych, którzy nigdy nie znosili lewicy, a teraz mieli powód na tacy – to komuniści i złodzieje.

No i aborcja, której Bolsonaro jest stanowczo przeciwny. Religijny zapał i konserwatywne poglądy przyciągnęły do niego miliony wyznawców Kościołów ewangelikalnych. Bolsonaro był ochrzczony jak katolik, ale ma żonę baptystkę i w 2016 r. w rzece Jordan w Izraelu ponownie ochrzcił go pastor. Trzy lata temu ochrzcił się trzeci raz, w Uniwersalnym Kościele Królestwa Boga w Sao Paulo. Kościoły ewangelikalne zdobyły dusze 30% Brazylijczyków, a wśród krajowych parlamentarzystów wyznawcy tych ruchów stanowią już 20%. To potęga, z którą muszą się liczyć dzisiaj wszyscy. Kościoły te są z zasady antylewicowe, prokapitalistyczne i ultrakonserwatywne. Przyciągają rzesze biednych i pozbawionych pomocy, oferując opiekę. Środowiska te są przekonane, że problemy trzeba rozwiązywać własnymi siłami. Wzajemna pomoc materialna, a także opieka duchowa z prostymi nakazami (Nie pij! Odłóż pieniądze na później!) pomagają ludziom wydobyć się z alkoholizmu, przemocy i samotności. Kapłani utwierdzają wyznawców, którzy często po raz pierwszy cieszą się czyjąś opieką, że na komunistyczne państwo nie ma co liczyć (choć jednocześnie nadal pobierają pomoc z programów socjalnych PT), a przeciw szerzącej się dokoła przemocy mamy tylko siebie (i broń).

Może się to wydawać paradoksalne w kraju, w którym narodziła się teologia wyzwolenia. Trzeba jednak pamiętać, że Jan Paweł II, ukręcając jej kark, właściwie odsunął Kościół katolicki od ubogich, wystawiając ich na tacy dla Kościołów ewangelikalnych.

Zamiast teologii wyzwolenia w Brazylii rządzi teraz „teologia dobrobytu” – jak nazywa ją dziennikarka i specjalistka w temacie brazylijskich ruchów ewangelikalnych Lamia Oualalou.

Lula widział zwycięstwo wyborcze Bolsonaro na monitorze więziennego telewizora. Nie oglądał jednak zza krat całej jego prezydentury – wyszedł na wolność po 580 dniach, kiedy Federalny Sąd Najwyższy anulował mu karę. Później w 2021 r. sąd potwierdził, że skazanie Luli było niesłuszne, bo łamało jego prawa, a sędzia Sérgio Moro był stronniczy – nie dostarczono bezpośrednich dowodów na udział Luli w sieci i procederze korupcyjnym, wskazano także na uchybienia formalne (Moro nie powinien sądzić Luli w Kurytybie, bo to nie był rejon, gdzie popełniono domniemane przestępstwo), no i w międzyczasie ukazały się nagrania, na których sędzia Moro umawiał się z prokuratorami, w jaki sposób pogrążyć Lulę przed wyborami. Życie jednak pisze lepsze scenariusze niż telenowele, nawet te brazylijskie. Jeśli Lula miał ochotę się zemścić i pokonać Bolsonaro, musiał poczekać do tego roku i przyglądać się pozostałej kadencji prezydenta. Ten szokował świat nawoływaniem do otwierania Puszczy Amazońskiej dla „postępu”. Plany odbierania terytoriów ludności rdzennej realizował poprzez de facto stopniową likwidację Narodowej Fundacji Indian, której zadaniem jest zabezpieczanie terytoriów rdzennych i ochrona praw autochtonów. Tym samym Bolsonaro dawał zielone światło dla zabijania rdzennych liderów i aktywistów, postępującej inwazji na ich ziemie, palenia i karczowania puszczy i rabunkowej eksploatacji surowców.

Prezydent narobił sobie też kolejnych wrogów, torpedując wysiłki resortu zdrowia podczas pandemii COVID-19. Namawiał ludzi, aby wychodzili i żyli normalnie podczas kwarantanny, i kwestionował sens szczepień, mimo że Brazylia była pustoszona przez wirusa – przez cały okres pandemii zmarło niemal 700 tys. osób, to drugi wynik na świecie po USA i znacznie więcej niż w półtoramiliardowych Indiach, choć w Brazylii żyje „tylko” 200 mln ludzi. Narodowy Instytut Badań i Promocji Praw Człowieka uznał w zeszłym roku, że COVID-owy negacjonizm Bolsonaro może być podstawą do oskarżenia go nawet o ludobójstwo.

Święta wojna

Kraj, który jest co najmniej regionalną potęgą, ma rozwiniętą gospodarkę, produkuje samochody i samoloty (Embraer), do tego posiada własny przemysł zbrojeniowy, w ostatnich latach dokonał spektakularnego regresu w walce z ubóstwem. Brazylia jest dziś krajem, w którym 15% populacji znów zajrzał w oczy głód. 30% Brazylijczyków żyje poniżej linii ubóstwa, i to wręcz katastrofa po spektakularnych sukcesach Luli. Dołożyły się do tego pandemia i światowy kryzys ekonomiczny.

Niedawno zakończona kampania wyborcza ledwie muskała te problemy. Owszem, Lula próbował przedstawiać wizję nowej, lepszej Brazylii i plany walki z nierównościami – np. w formie reformy podatku od dochodów firm, na co Bolsonaro replikował, że najlepszym rozwiązaniem jest stabilność gospodarki. Lula zarzucał Bolsonaro, że nie wierzy w medycynę i nie przelał ani jednej łzy nad setkami tysięcy zmarłych wskutek COVID-u. Jednak kampanię zdominowało obrzucanie się inwektywami i próby wymazania, zniszczenia i zdyskredytowania przeciwnika.

Po stronie Bolsonaro stanęła większość wyznawców ewangelikalnych, po stronie Luli – większość katolików. Juan Arias opisał to tak: „Bóg Bolsonaro to Bóg gniewu i zemsty”, a jego przyjaciel teolog Juan José Tamayo nazwał go Bogiem „chrystoneofaszyzmu i nekropolityki”. Dla bolsonarystów ich kandydatat to mesjasz, wybraniec Boga. Katolicki Lula z kolei przywołuje Boga potrzebujących i pokoju. Co z tego, kiedy ewangelikalni pastorzy tłumaczą wiernym, że PT to partia komunistów i diabła, a za recesję ekonomiczną odpowiada ten ostatni.

To więc święta wojna, wojna bogobojnych i mesjasza z samym szatanem. Lula to dla nich kryminalista i złodziej, i co gorsza, to satanista, który zawarł pakt z diabłem. W mediach społecznościowych krążyły plotki powtarzane po synie Bolsonaro, Flaviu, który powiedział, że jeśli Lula wygra wybory, to pozamyka wszystkie kościoły. Lula musiał na to zareagować, demonstrując swoją wiarę w Boga. Spotkał się też z pastorami i wiernymi. Tłumaczył, że Brazylia gwarantuje wolność wyznania i na pewno kościołów zamykać nie będzie. Z kolei sztab Luli zaatakował samego Bolsonaro, rozpowszechniając materiały o tym, że „mesjasz” to tak naprawdę kanibal, zoofil i członek masonerii. Bolsonaristas zarzucili z kolei Luli, że jego rząd będzie „homoseksualizował” dzieci w szkołach.

Wysiłki Luli sprawiły, że udało mu się odzyskać poparcie części protestantów, tych bardziej umiarkowanych. Jednak zasadnicza część wiernych ewangelikalnych przejmuje radykalizm swoich liderów. Pewien fanatyk Bolsonaro zabił swojego kolegę z pracy, który popierał Lulę, po tym jak się pokłócili o wybory. W innym incydencie bolsonarista pobił się z lulistą przed budynkiem, w którym protestanci spotykali się z Lulą. Tylko w tym roku miało miejsce 1209 ataków na tle politycznym, w tym 45 zabójstw.

Ostatecznie Luli udało się uzyskać poparcie niektórych byłych przeciwników. Powiedział też publicznie, że jest przeciwko aborcji, co miało pomóc przeciągnąć na swoją stronę część wyborców konserwatywnych. Do tego doszedł sojusz z ruchami społecznymi, w tym z Ruchem Pracowników Rolnych bez Ziemi, który wręcz nienawidzi Bolsonaro za jego politykę. Ludność rdzenna stanęła murem za Lulą, bo polityka Bolsonaro to dla niej niespecjalnie zawoalowany zamiar ludobójstwa autochtonów. Brazylia wciąż stoi przed problemem braku autentycznego i pełnego uregulowania stosunków z rdzennymi narodami. Jego PT nie była w tym temacie święta – trzeba pamiętać, że to Lula zaczął, a Dilma Rousseff kontynuowała projekt budowy megaelektrowni wodnej Belo Monte na rzece Xingu, bez konsultacji ludności rdzennej i zmuszając 40 tys. autochtonów do opuszczenia swoich terytoriów. Było to bezpardonowe i karygodne pogwałcenie ich praw, jednak po latach polityki Bolsonaro ludy rdzenne dostrzegły w nim o wiele gorszy szwarccharakter i w ostatecznej rozgrywce postanowiły zaufać Luli.

Nie jest jednak tak, że Bolsonaro i Lula podzielili się hermetycznymi i idealnie różniącymi się grupami wyborców. O ile północ kraju przeważająco poparła Lulę, a południe Bolsonaro, o tyle nie ma takiego idealnego podziału między czarnymi a białymi czy biednymi i bogatymi. Brazylia jest często postrzegana jako kraj bardzo liberalny obyczajowo, żeby nie powiedzieć: frywolny. Choć nie jest rzadkością, że Afrobrazylijczycy potrafią mieć dzieci z wielu różnych związków i mężczyźnie nie przeszkadza, że jego żona ma kochanka, to zupełnie czym innym jest np. sprawa aborcji i eutanazji. Dlatego wielu z nich, szczególnie tych z południa, i tak wolało antyaborcyjnego Bolsonaro niż Lulę. Liberalne podejście do przerywania ciąży czy praw osób LGBT+ jest bardziej typowe dla lepiej sytuowanej klasowo „białej” klasy średniej, której częściej bliżej do europejskich kuzynów niż do biednych czarnych z własnego kraju.

To, jak skomplikowana jest Brazylia, pokazały tendencje wyborcze – wbrew politycznym stereotypom i uproszczonym schematom Lula zyskiwał wśród mężczyzn i bogatych, a Bolsonaro wśród kobiet, biednych i mieszkańców tradycyjnie PT-owskiego północnego wschodu. Społeczeństwo brazylijskie jest jak jego kuchnia – wielokulturowe, wieloetniczne, to barwna mieszanka nieoczywistych połączeń. Ostatecznie Lula potrafił lepiej zrozumieć tę złożoność niż Bolsonaro. Dodatkowo pomogła mu trzecia żona (był dwukrotnym wdowcem), z którą ożenił się w tym roku – o 21 lat młodsza socjolożka Rosângela da Silva. Pytany o nią, odpowiadał, że jest niezależna i może mówić o sobie sama. Tym sposobem Lula mrugał porozumiewawczo do obu stron – opowiadając o Bogu i deklarując niezgodę na aborcję, puszczał oko do konserwatywnych, a podkreślając niezależność żony, zdobywał punkty u liberalnych.

Sąd ostateczny

30 października Brazylijczycy dokonali ostatecznego wyboru, wskazując na Lulę. Wyniki były jednak zaskakująco wyrównane – Lula pokonał Bolsonaro mikroskopijną różnicą: 50,9% do 48,1%. W swoim pierwszym przemówieniu prezydent elekt powiedział: „Chcieli mnie pogrzebać żywego, ale oto jestem. To jak zmartwychwstanie (…) dzięki Bogu stoję tu pewny i silny”. Wezwał też do zjednoczenia dwóch Brazylii, do zakopania toporu wojennego między przeciwnikami politycznymi.

Nawet jeśli Brazylijczyków więcej łączy, niż dzieli, będzie to trudne zadanie, bo spirala nienawiści została już nakręcona. Bolsonaryści, w ślad za wielomiesięcznym podważaniem przez swojego lidera rzetelności systemu wyborczego, nie chcą uznać wyników i mówią o fałszerstwie. Lula zapowiedział, że największym zadaniem rządu będzie walka z głodem i ponowne pokonanie ubóstwa, ale jest to wielkie wyzwanie. Sytuacja ekonomiczna jest trudna, poza tym w parlamencie partia Bolsonaro ma więcej mandatów niż partia Luli, który będzie musiał się napracować, żeby zbudować sojusze i osiągnąć porozumienie na jakimkolwiek polu. Bolsonaro przegrał i być może czekają go procesy sądowe, lecz może starać się powrócić za cztery lata do władzy. Jeśliby mu się to udało, błędne koło walki mesjasza i diabła będzie trwało, ku nieszczęściu Brazylii.

Artykuł pojawił się w numerze: Dobre życie w chaotycznym świecie