To w dzisiejszych kategoriach całe eony. Mundial 2022 jest już tylko niezbyt istotnym wspomnieniem. No właśnie.
W grudniu mój sześciolatek oszalał na punkcie piłki. Nikt go w domu nie zachęcał, mamy do tego sportu stosunek raczej obojętny, ale nie żyjemy w próżni. Gdzieś usłyszał, koledzy w szkole mu opowiedzieli. Przecież co przerwę kopią piłkę na boisku. Któregoś dnia powiedział:
– Tato, czy ty wiesz, że dziś się zaczynają mistrzostwa świata w Kaszlu?
– W Katarze synku…
Nie mamy telewizora, ale bardzo chciał oglądać, więc ustawiłem mu monitor w prowizorycznie zaaranżowanym kąciku kibica. Ceremonię otwarcia darował sobie po pierwszych minutach i dobrze, bo takiego pokazu hipokryzji to nawet w TVP by nie wymyślili. Meczami tracił zainteresowanie zwykle po pierwszym kwadransie, ale niektóre obejrzał do końca. Do specjalnej gazetki skrupulatnie wpisywał wyniki. Uczył się przy tym literek, cyferek, flag państw i tego, gdzie one leżą. Opowiadał mi o najlepszych zawodnikach, pokazywał, jakie mają „cieszynki”.
Gdy zremisowaliśmy z Meksykiem, nie mógł zrozumieć, co się stało, choć uprzedzaliśmy go, że może być różnie. Gdy odpadli Niemcy, którym też kibicował, miał łzy w oczach. Anglików, którzy pod koniec ćwierćfinału z Francją walczyli już bardziej o rzut karny niż o strzelenie bramki nazwał symulizantami. Był w tym cały. Tak jak tylko sześciolatki potrafią w czymś być.
Piszę o tym, bo nawet dziś, gdy zorganizowany kosztem 200 mld dolarów mundial jest już mało istotnym wspomnieniem, kompletnie nie wiem, co zrobić z tym, że nie umiałem mu w żaden sensowny sposób powiedzieć z jak plugawym wydarzeniem ma do czynienia.
Nasza reprezentacja wróciła do Polski i pokłóciła się o miliony obiecane jej na boku przez premiera. – Ja mogę tylko powiedzieć, że wierzę w was – mówił im Morawiecki. – Będziecie na pewno dawali z siebie wszystko. A my tu z panem trenerem zapewnimy, że jak się…