Na przełomie stycznia i lutego 2012 r. temperatura w nocy spadała poniżej –20°C. W ciągu dnia blade słońce przebijało się przez chmury, z których sypało śniegiem przemieszanym z twardymi kroplami zmrożonego deszczu. Katarzyna Nicewicz – studentka grafiki w Polsko-Japońskiej Wyższej Szkole Technik Komputerowych w Warszawie, która kilka tygodni później miała skończyć 21 lat – wyszła z papierosem przed sklep z galanterią, mieszczący się w podziemiach Dworca Centralnego. Pracowała tam dorywczo jako ekspedientka. Patrząc na przemieszczające się tłumy, wypuszczała kolejne papierosowe dymki, kiedy podszedł do niej mężczyzna w brudnej kurtce. Zadał jedno pytanie: „Czy mogę dostać coś ciepłego do picia?”
W takie dni jak tamte grupki bezdomnych zbierające się w zacisznych czeluściach dworca były czymś tak stałym jak kolejowe komunikaty i kolejki przed kasami. Katarzyna zauważała ich za każdym razem, gdy podążała do sklepu z torebkami, ubranych szczelnie w przypadkowe kurtki i płaszcze, z których wystawały czerwone nosy i pary oczu. Było ich jej szkoda, mimo że wiedza dziewczyny o bezdomnych nie wychodziła poza stereotyp: mieszkają na ulicy, bo tak prawdopodobnie chcą albo tak im się ułożyło życie, nie dbają o siebie, piją alkohol, proszą o pieniądze. Pytanie o herbatę, zadane przed sklepem w mroźne popołudnie, było z innej bajki. Nie poproszono jej o kanapkę czy o parę groszy na piwo. Jakby o gorącą herbatę pytał nie bezdomny, ale przypadkowy podróżny, który chciał poczuć jej przyjemne ciepło rozgrzewające zmarznięte ciało.
Katarzyna zgasiła papierosa, weszła do sklepu i na zapleczu zrobiła mocną herbatę, w której rozmieszała dwie łyżeczki cukru i sok malinowy. Wyniosła dymiący parą kubek przed sklep i chwilę porozmawiała z obdarowanym. Wieczorem zamieściła na Facebooku parozdaniowy post o tym, że organizuje pomoc dla osób, które nie mają nic – dla bezdomnych. Nic wielkiego. Chce im rozdawać herbatę i kawę, poszukuje wolontariuszy.
Na pierwszą akcję termosy z ciepłymi napojami przyniosło parę osób, otrzymywane dary pozwalały organizować podobne działania jedynie dwa razy w miesiącu. W 2014 r. poza kawą i herbatą Katarzyna i jej znajomi rozdawali już kanapki. Potem zbierane po znajomych ubrania i obuwie. Z czasem pojawiły się proste gorące posiłki. Jedzenie przygotowywali w swoich kuchniach, rzeczy trzymali w przydomowych schowkach. Komuś pomogli wykupić leki albo zaprowadzili do lekarza. Działalność rozszerzała się wraz z poznawaniem historii kolejnych osób w kryzysie bezdomności, aż konieczne stało się założenie fundacji i zbieranie pieniędzy na dalsze pomaganie. Katarzyna – była już wtedy studentką resocjalizacji w Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie – założyła fundację w 2015 r. Nazwała ją tak jak akcję na Facebooku z mroźnej zimy 2012 r.: „Daj Herbatę”.
„Nie mieszkam, gdzie mieszkałem”
– Miałam najwyżej 15 lat, kiedy po raz pierwszy zostałam wolontariuszką. Z puszką Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy biegałam jeszcze wcześniej. Umiałam wyjść do ludzi, nauczona tego m.in. w klubie osiedlowym Surma, gdzie wydawaliśmy gazetkę dla mieszkańców starej Ochoty, organizowaliśmy spotkania, żeby wyciągać ludzi z domów. W szkole podstawowej moją wyobraźnię poruszyło zdanie s. Julity, usłyszane podczas lekcji religii, że osoba, która leży na ulicy, w takim upodleniu, to ktoś wyjątkowy: Chrystus wołający o pomoc. Po raz pierwszy usłyszałam, że bezdomność to cierpienie, nie wybór. Te słowa mam w głowie do tej pory, mimo że dzisiaj patrzę na takie doświadczenia w świecki sposób, nie przez pryzmat zasad wiary.
Bezdomnych przychodziło nawet 70, ale czasami było ich tylko kilkunastu. Wolontariusze też się zmieniali. Z każdym cieplejszym dniem słabło zainteresowanie, więc zastanawiałam się, czy nie zakończyć akcji. Jest przecież tyle innych organizacji, społeczników. Tylko że osób w kryzysie bezdomności też jest wiele – na pewno więcej, niż nam się wydaje. Nie zauważamy ich, bo odbiegają od powszechnych wyobrażeń dotyczących tego, jak bezdomność wygląda. Są czyści, nie piją alkoholu, nie nocują na kartonie w przejściu podziemnym.
Poznałam Waldemara, który każdego wieczoru wsiadał do nocnego autobusu i w fotelu jego pasażera, jeżdżąc po mieście, przesypiał noc. Zadbany, schludny. Podobnie jak Barbara, która nocowała w śpiworze na klatce schodowej bloku. Bogdana, który kiedyś miał rodzinę, przyjaciół i firmę, a teraz chodził w przybrudzonej kurtce, bez pudła można było jednak zaliczyć do naszych beneficjentów. Ogólnie mówiąc: „Źle zainwestował”, i poznałam go, gdy wyciągał rękę po kubek osłodzonej kawy. Był sam, jak wielu innych bezdomnych, którzy, przypuszczam, przez całe życie nie zarobili takich sum, jakie on stracił. Waldek i Baśka, nim zaczęliśmy rozdawać herbatę na dworcu, byli jednak dla mnie niewidoczni, bo wyglądali jak przypadkowe osoby ze spieszącego się cały czas dworcowego tłumu.
„Nie mogą dojść, kim jestem”
Podanie liczby osób bezdomnych w Polsce wydaje się równie trudne jak rozpoznanie w Waldemarze czy Barbarze człowieka w takim kryzysie. Podsumowanie z 2019 r., przeprowadzone przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, doliczyło się 30 tys. mieszkańców noclegowni, schronisk, domów samotnej matki. Bezdomnych na dworcach i w squatach liczą streetworkerzy. W rachubach nie uwzględnia się jednak nocnych mieszkańców klatek schodowych, osób czasowo zatrzymanych w aresztach czy osadzonych w zakładach karnych ani pracowników sezonowych. Podobnie jak osób zagrożonych bezdomnością, którym dochody pozwalają na niewiele więcej niż opłacenie rachunków. Przychodzą więc do miejsc pomocy, także zajmujących się bezdomnymi, po ciepły posiłek czy buty na zimę.
Szacunki, wedle których osób w kryzysie bezdomności ma być w Polsce między 30 a 36 tys., nie zmieniają się od lat. Może dlatego, że – jak uważa Julia Wygnańska, badaczka bezdomności, zaangażowana od połowy lat 90. w pomaganie osobom bez dachu nad głową – nie szuka się ich w miejscach nieoczywistych. W wywiadzie dla Oko.press z maja 2022 r. podaje miejscówki, gdzie należałoby się zgłosić po wiarygodne dane: instytucje pomocy społecznej, urzędy pracy i szpitale. W ich zebraniu pomogłaby też zwyczajna rozmowa, czyli wypytanie mieszkańców, gdzie przebywają bezdomni, i odwiedzenie tych miejsc, by przeprowadzić wywiad. Dokładnie tak, jak robią to rachmistrzowie zbierający dane do spisu powszechnego. Jak jednak potraktować osoby, które mają pracę, tyle że ich domem jest śpiwór albo nawet i łóżko, ale znajdujące się w czteroosobowym pokoju u znajomych czy w hostelu? Jeśli – jak chce np. Michał Porowski z Uniwersytetu Warszawskiego, którego publikacje dotyczą m.in. problemów resocjalizacji i polityki penitencjarnej – za bezdomność uznać „względnie trwałą sytuację”, kiedy człowiek bez dachu nad głową czy stałego lokum jest narażony na życie pozbawione minimum bezpieczeństwa i prywatnej przestrzeni, mieszkanie kątem u znajomych w kilkuosobowym pokoju też jest bezdomnością. Nawet jeżeli za miejsce na podłodze płaci się kilkaset złotych.
Do rubryki „bezdomni” powinny też trafić ofiary przemocy, tkwiące w niechcianym związku i w domu, który dawno przestał być azylem, ale nie mają dokąd się wyprowadzić. W schronisku dla ofiar przemocy mieszkać nie chcą, bo traktowałyby to jako społeczną degradację, albo nie mogą, bo te są przepełnione lub położone za daleko od miejsc pracy czy szkół dzieci. W październiku 2020 r. Adam Bodnar, ówczesny rzecznik praw obywatelskich, przypomniał o bezdomności w polskich warunkach niemal zupełnie zapomnianej – o dzieciach, które mieszkają w schroniskach i domach samotnej matki dłużej niż przewidziany prawem rok. One też są bezdomne, podobnie jak dzieci mieszkające z rodzicami lub opiekunami np. w namiotach czy w altankach na ogródkach działkowych. Dla systemu pomocy społecznej są jednak równie niewidoczne jak Waldemar czy Barbara z Dworca Centralnego. Bo jeśli chodzą do szkoły i są zadbane, to w czym problem?
„Nie dopuścić nikogo, zarastać…”
– Bezdomność nigdy nie jest prostą konsekwencją wyborów życiowych. Jeżeli Jarek, jeden z naszych beneficjentów, wychowywał się w mieszkaniach komunalnych dzielnicy Praga-Północ w Warszawie 40 lat temu, gdzie w mieszkaniach socjalnych jeszcze w latach 90. nie było bieżącej wody, jak mogę oczekiwać, że Jarosław będzie korzystał z prysznica? On tego nie potrzebuje, nawet jeśli wszyscy wokół dają mu do zrozumienia, że powinien częściej się myć. Nie mogę również się spodziewać, że będzie ufał ludziom, choćby tym, którzy chcą mu pomóc, po prawie dwóch dekadach spędzonych – z przerwami – w różnych miejscach odosobnienia. Najpierw w zakładach opiekuńczo-wychowawczych, potem karnych.
Zaufania do świata, tak jak codziennego mycia zębów, uczymy się od innych ludzi. Jeżeli rodzic potrafił przeleżeć cały dzień zapity na wersalce, a jedzenie – zamiast podać dziecku – sprzedać sąsiadom, ono ma prawo nie wiedzieć, czym są troska, bezinteresowność, miłość wreszcie. Ile razy słyszałam od naszych beneficjentów: „Nie mogę pójść dzisiaj do kuratora. Zapiłem i się wstydzę”. Jeśli nie da znaku życia, kurator musi to zgłosić sądowi, który może np. odwiesić wykonanie wyroku pozbawienia wolności.
Podchodzę do tego na miękko. „Wykonaj telefon – perswaduję. – Nie wstydź się powiedzieć, że zawaliłeś”. I jak już zadzwonią, z reguły daje się sprawę odkręcić – kurator wyznacza nową datę spotkania, a panowie oddychają z ulgą. Oni nie wierzą, że można po prostu zadzwonić i powiedzieć, jak jest. Bez obaw, że kolejny raz w swoim życiu dowiedzą się, jak bardzo do niczego się nie nadają, bo nawet na spotkanie z kuratorem potrafią zapić.
Moi rodzice – mama jest psychologiem, tata pedagogiem – nauczyli mnie budowania pozytywnych relacji i stawiania granic. Nigdy od nich nie usłyszałam, że dzieci i ryby głosu nie mają, choć wielu ludzi w ich wieku, nie mówiąc o starszych, tak myślało. W domu sporo rozmawiało się o mechanizmach, które stoją za naszymi zachowaniami – dlaczego ktoś się spóźnia, inny lubi błyszczeć, a kolejny łatwo się wycofuje. To była analiza, sprowadzająca gesty i słowa do najprostszych elementów po to, żeby zrozumieć i dzięki temu nie oceniać zbyt szybko. A najlepiej w ogóle. Refleksyjność to ważna część mojego zasobu wyniesionego z domu.
Jakie mogą być zasoby Jarka, który z dzieciństwa spędzonego w mieszkaniu komunalnym na Pradze-Północ wyniósł przede wszystkim poczucie odrzucenia? Podczas pierwszej rozmowy w cztery oczy rozpłakał się jak dziecko. Nie ze wzruszenia, że ktoś mu pomaga, raczej z bezradności wobec życia, którego nigdy nie chciał tak prowadzić.
„Tu masz swojego człowieka”
Wśród osób w kryzysie bezdomności niemal 80% stanowią mężczyźni. Kobiety nie mają w tym świecie równych praw nie tylko dlatego, że są mniejszością. Uzależniają się szybciej i bardziej destrukcyjnie. Wiele na ulicy wchodzi w związek tylko dlatego, że przynależność do jednego mężczyzny chroni je przed molestowaniem ze strony innych. Nieleczone choroby psychiczne są w ostrzejszych stadiach niż w przypadku mężczyzn. Nawet brak higieny, przede wszystkim z racji menstruacji i trudności z pozyskaniem podpasek, jest groźniejszy dla ich zdrowia. Gigantycznym problemem jest ciąża, zwłaszcza jeśli kobieta nie zgadza się na umieszczenie w domu samotnej matki. Nie mniejszym uzależnienie od swojego partnera. Na organizowane raz w tygodniu przez Fundację Daj Herbatę dwugodzinne warsztaty dla pań niektóre kobiety nie są w stanie wybrać się od miesięcy, bo nie wyobrażają sobie przeżycia czegokolwiek bez swojego partnera.
Pierwszą chorobą prawie wszystkich bezdomnych jest samotność. Drugą – brak zaufania. Tymczasem żeby otrzymać pomoc z systemu, trzeba właśnie zaufać i dostosować się do programów, czyli urzędniczych oczekiwań, jak ma wyglądać wychodzenie z kryzysu bezdomności.
Kto tego nie potrafi, zostaje z niczym, jak osoba, której przydzielono mieszkanie, ale bez wsparcia asystenta społecznego. Jeśli od lat nie ma nawyku prowadzenia domu i płacenia rachunków, prawie na pewno jej samodzielność zakończy się jego zadłużeniem i zaniedbaniem. Byli skazani po odbyciu kary, którym nie zapewniono tzw. IV etapu resocjalizacji, kiedy – jeszcze w zakładzie zamkniętym – uczą się samodzielności i współodpowiedzialności, pozostawieni sami sobie, wrócą do dawnych kumpli i znanego sposobu zarabiania na życie. Ofiara przemocy, nawet jeśli uciekając przed nią, woli mieszkać na ulicy niż w rodzinnym domu, w nowym życiu zwiąże się najpewniej z kolejnym sadystą, bo innej relacji stworzyć nie potrafi.
Kto lubi żyć według planu ułożonego przez innych? Ludzie z Fundacji Daj Herbatę doszli do wniosku, że chyba nikt, nawet jeśli nie ma się przyjaciół czy rodziny, a posiadany majątek mieści się w podręcznym plecaku. W Centralnym Punkcie Integracyjnym, który uruchomili w siedzibie fundacji we Włochach jesienią 2021 r., kluczowa jest relacja. Stworzyli model placówki pobytu dziennego dla osób w kryzysie bezdomności oparty na relacji, samostanowieniu, sztuce. Miejsce, gdzie mogą wyprać ubrania i umyć się pod prysznicem. Korzystając z fachowej pomocy, napisać CV i zrobić zdjęcia do dowodu osobistego. Spotkać się z prawnikiem albo psychoterapeutą uzależnień. Skąd wyjeżdża się na ryby, wychodzi do muzeum i teatru, organizuje wyprawę po szczeniaka na wieś. Jak z dobrymi znajomymi, a nie z pracownikami instytucji pomocowej.
„…głuchy wrzask wewnątrz”
– Przeczytałam o eksperymencie przeprowadzonym na szczurach czy myszach, które pojono z dwóch miseczek: z czystą wodą i wodą wymieszaną z kokainą. Z drugiej częściej korzystały te gryzonie, które na czas eksperymentu oddzielono od innych. U człowieka jest podobnie: nie działa bez pozytywnych relacji. W osobie, która wyszła z kryzysu bezdomności, ale nie ma do kogo ust otworzyć, rośnie poczucie, że tak naprawdę niewiele się zmieniło – wciąż pozostaje niewidzialna. Jak wtedy gdy koczowała w publicznych miejscach omiatana wzrokiem przechodniów. Wraca po pracy do mieszkania i co dalej? Jest stabilnie i ogólnie fajnie, i co z tego?
Znalezienie pracy i mieszkania dla osoby w kryzysie bezdomności jest ważne, jednak to najmniejszy wyczyn. Ona wróci do społeczeństwa, o ile będzie miała na kim się oprzeć, czyli nauczy się budować relacje i stawiać granice. Wielu beneficjentów tego nie potrafi, są unikowi: tolerują niechciane zachowania aż do wybuchu emocji, które niszczą wszystko, co z daną osobą udało się zbudować. Spotykamy się na wycieczkach, piknikach czy ćwiczeniach z elementami jogi nie tylko po to, żeby pokazać im, jak można spędzić wolny czas. To jest też okazja do rozmowy, bardziej spontanicznej niż z terapeutą. Albo do zadania pytania: „Popatrz, powiedziałeś mi przykrą rzecz, nie obraziłam się – czemu nie chcesz rozmawiać szczerze z innymi?”.
Im trzeba pokazać na sobie, że to działa. I w taki sposób ośmielić do trudnych działań, np. wykonania pierwszego po latach telefonu do rodziny czy dawnego przyjaciela. Nawet jeśli zostaną odrzuceni, teraz mają z kim o tym porozmawiać. Pracujemy „jeden na jeden”, a nie „jeden na grupę” i tylko z tymi, którzy przychodzą do naszego Punktu po coś więcej niż buty na zimę w rzadko spotykanym rozmiarze. Są gotowi nawiązać relację i stać się częścią wspólnoty.
„…czego się słowami nie uda załatwić”
„Narysujcie coś” – powiedziała Kasia, rozdając arkusze białego brystolu formatu a5 mężczyznom, z których jeden miał za sobą kilka odsiadek, drugi sporo niełatwego czasu spędzonego na Dworcu Centralnym, trzeci otarł się o zapicie. Zresztą z takim czy innym nałogiem w grupie artystycznej „Domniemani”, prowadzonej podczas warsztatów arteterapeutycznych przez Katarzynę Nicewicz, miał do czynienia niemal każdy. Odpowiedzi, które padły z ich strony, pomijając słowa trywialne, nie pozostawiały złudzeń, co myślą o rysowaniu: „Nie jestem dzieckiem”, „Nie umiem”, „Po co?”. Gdyby to jeszcze była mała kartka, np. wyrwana z zeszytu, albo gdyby usłyszeli polecenie, co mają narysować. Ale tak z niczego? Na tej pustej płachcie? Trochę trwało, nim zaczęli stawiać pierwsze kreski, sięgnęli po kolory.
Kilka tygodni później wpadli na pomysł pomalowania drzwi w biurze. Każde w innym, jasnym odcieniu. Kupili farby. Rozlewali je po trochu na wyjęte z zawiasów drzwi, jak na płótno i przechylając w różne strony, pozwalali ściekać farbie w dowolne strony po sfatygowanym drewnie. Technikę takiego kładzenia farby, nazywanej drippingiem, poznali na zajęciach u Kasi.
W fundacji słowem „sukces” ludzie posługują się powściągliwie. Wtedy nie trzeba było go nawet wypowiadać. Efekt, jaki dała położona farba, zastygła w spontanicznie przybranych kształtach, pochwalił chyba każdy, kto pojawił się w siedzibie. Panowie byli dumni, że tak dobrze im poszło. Ludzie z fundacji wiedzieli, że wykonaniem tej nieskomplikowanej pracy beneficjenci poczuli, jak to jest na powrót kierować swoim życiem: mieć pomysły i je realizować.
Ryśka – kukłę wysoką na 1,80 m, z lustrem w miejscu twarzy – Katarzyna wykonała w pracowni rzeźby u Macieja Zychowicza na studiach z arteterapii (kolejne ukończone na Akademii Pedagogiki Specjalnej). Zrobiła coś z niczego, jak podczas tworzenia rzeźby Spotkania. Osadziła ją na betonowej podstawie. Druciany szkielet podtrzymywał masę powstałą po wymieszaniu kleju do tapet, pigmentu farb ściennych i włókien szklanych. Użyła też bandaży. Banalne materiały budowlane, przetworzone siłą artystycznego pomysłu, stały się nośnikiem nowych informacji, które nie miały nic wspólnego z budową. Przynajmniej nie dosłownie. Zaintrygowała ją ta przemiana i pozwoliła połączyć sztukę z zaangażowaniem społecznym. Po dyplomie planuje stworzenie rzeźby sensorycznej – wykona ją z panami z grupy „Domniemani” – którą wspólnie przekażą dzieciom z ośrodka terapeutyczno-wychowawczego. To będzie rzeźba do dotykania, ugniatania, kształtowania po swojemu – ma pomagać. Mężczyźni, którzy na co dzień otrzymują pomoc, mając swój udział w jej powstaniu, pomogą innym.
„Żywię się innym chlebem”
Ze środków publicznych wydaje się rocznie prawie 300 mln zł na pomoc osobom bezdomnym i zagrożonym takim kryzysem. Ponad 90% tej sumy pochodzi od samorządów, które utrzymują schroniska, noclegownie i inne miejsca pomocy bezdomnym, wypłacają świadczenia.
Fundacja Daj Herbatę większość środków na działalność – tak pieniądze, jak dary rzeczowe – otrzymuje od firm i osób prywatnych. Co poniedziałek przy Dworcu Centralnym w Warszawie, od strony ul. Emilii Plater, wolontariusze fundacji wydają ciepłe posiłki o wartości średnio 6 tys. zł, rozdają kanapki i ubrania.
Raport Najwyższej Izby Kontroli z 2020 r. wykazał, że system „nie jest ani spójny, ani skuteczny – nie zapewnia osobom bezdomnym aktywizacji, dzięki której mogłyby osiągnąć życiową samodzielność”. Potwierdzają to liczby: 55% bezdomnych żyje na ulicy dłużej niż 5 lat. Budżet programu pomocowego „Pokonać bezdomność” Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej nie przekracza 5,5 mln zł rocznie. Zdaniem fachowców to na tyle mało, że można postawić tezę o braku zainteresowania ze strony ministerstwa losem ludzi, którym te pieniądze miałyby pomóc. Beznadziejności sytuacji dopełnia polityka mieszkaniowa, w której priorytetem jest zapewnienie mieszkań na własność, a nie pod tani wynajem.
„Wystarczy istnieć szumieć dążyć”
– Chciałam być malarką, zostałam graficzką. To nie był mój środek wyrazu, raczej zarabiania na życie, bo dzięki tym umiejętnościom mogłam pracować w agencji reklamowej i firmie poligraficznej. Ale pracowałam też w szkole, jako nauczycielka w świetlicy i recepcjonistka w hotelu. Bywałam w pracach, które zmieniałam po trzech miesiącach, kiedy przekonywałam się, że nie ma szans na rozwój, a szef nie nauczy się szacunku do pracowników. Naoglądałam się wielu ludzi, którzy siedzieli niedocenieni w robocie, choć byli przekonani, że jeszcze sporo mogliby zrobić, gdyby dać im możliwości. Nie potrafili jednak ruszyć z miejsca. Zwracam na to uwagę każdemu, kto nie potrafi zrozumieć, że „ktoś żyje na ulicy i nic z tym nie robi”. Bezdomny czuje to samo co osoba w niechcianej pracy. Chęć zmiany miesza się ze strachem, nadzieja ze zniechęceniem i obawą porażki. Jeżeli zmiana pracy przychodzi nam z trudem, dlaczego bezdomny miałby być silniejszy?
Wiele pań i panów, z którymi pracuję w fundacji, przekonało się na własnej skórze, że posiadanie pieniędzy nie uchroni przed upadkiem, nawet z wysoka. Mieli wszystko, zostali z niczym. Sytuacja czarno-biała, jak rzadko kiedy w życiu. To, co najważniejsze – bycie w relacjach i robienie tego, co się lubi – beneficjenci poznali dopiero teraz, po wielu trudnych doświadczeniach. To jest ich nowy kapitał, który pomoże im uniknąć powrotu do życia, kiedy nie obchodziło ich nic.
Imiona beneficjentów Fundacji Daj Herbatę zmieniono
Śródtytuły są cytatami z wierszy Marcina Świetlickiego podanymi za Wyborem utworów poety (Wydawnictwo Wolno, Lusowo 2021)