Czy trudne doświadczenia z dzieciństwa i młodości, takie jak np. utrata rodzica, molestowanie seksualne czy przemoc rówieśnicza, zawsze zaważają na naszym życiu i je determinują?
Dzieciństwo jest niezwykle ważnym etapem, i to pozostaje poza dyskusją. Większość teorii psychologicznych dotyczących kształtowania się osobowości, systemu wartości czy uczenia się zachowań aprobowanych społecznie podkreśla znaczenie przeżyć z tego okresu. To wtedy otrzymujemy przekazy werbalne i niewerbalne od rodziców czy pierwszych opiekunów, które mówią nam, co jest w życiu ważne, co i jak należy robić, a czego nie. Uczymy się i obserwujemy znaczące osoby, to, jak one funkcjonują w różnych sytuacjach – kiedy mówią „dzień dobry”, a kiedy „do widzenia”, jak można zawalczyć o swoją zabawkę, jakich wtedy używać słów. Już psycholog Albert Bandura zwrócił uwagę na rolę modelowania, czyli obserwację cudzych zachowań i ich skutków, które stało się elementem teorii społecznego uczenia się. Robert Fulghum napisał zaś: „Nie martw się, że dzieci nigdy cię nie słuchają. Martw się, że zawsze cię obserwują”.
Próbując jednoznacznie odpowiedzieć na Pani pytanie, powiem: tak, dzieciństwo ma wpływ na resztę życia, jednak to niejedyny czynnik i nie musi być determinujący. Doświadczenia nabywamy też przecież w życiu dorosłym.
I one również mogą być trudne. Funkcjonuje nawet powiedzenie: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”.
Jest pewna sprzeczność, a raczej niekonsekwencja, którą prezentujemy w przekonaniach dotyczących pierwszego etapu życia. Często myślimy, że szczęśliwe dzieciństwo daje dużą odporność psychiczną, a trudne słabą. Natomiast innym razem mówimy: „Zahartował się w dzieciństwie”, mając na myśli trudności, których ktoś wtedy doświadczył, i moc, którą mu dały. Oczywiście nie jest tak, że osoby wychowujące się w domach dziecka całe późniejsze życie borykają się z problemami.
Ani szczęśliwe dzieciństwo, ani trudne nie gwarantuje nabycia odporności psychicznej. To nie jest prosty podział, wszystko okazuje się bardziej skomplikowane.
Warto przywołać badania Johna Bowlby’ego, brytyjskiego psychiatry i psychoanalityka, który przeprowadził eksperyment (określany mianem Strange Situation) z udziałem dzieci w wieku dziewięciu miesięcy i roku, a więc jeszcze ze słabo rozwiniętymi umiejętnościami werbalnymi. Był on później replikowany w różnych kulturach i legł u podłoża tzw. teorii więzi. Wykazał, że dzieci prezentują cztery rodzaje przywiązania. 60% miało tzw. bezpieczny styl, który był efektem interakcji z matką wrażliwą, reagującą na sygnały wysyłane przez dziecko. W chwilach płaczu brała je na ręce, przytulała, była emocjonalnie dostępna. Dzięki temu niemowlę miało przestrzeń na eksplorację i poznawanie otoczenia. Część dzieci wykazywała się unikowym stylem przywiązania, który objawiał się pozorną obojętnością zarówno na wyjście matki z pokoju podczas eksperymentu, jak i na jej powrót. Była to strategia pozwalająca dziecku na przystosowanie się do życia w nieprzyjaznym środowisku, gdzie prośby o wsparcie i miłość nie spotykały się z należytą odpowiedzią. Kolejną grupą były niemowlęta o ambiwalentnym stylu przywiązania, które reagowały złością lub biernością. Siła emocji wywołanych rozstaniem z matką nie pozwalała im na poznawanie otoczenia. Po ponownym połączeniu z nią na przemian wysyłały sygnały pragnienia bliskości i chęci odrzucenia, wyrywały się z objęć, wpadały w furię. Po 20 latach od pierwszego badania odkryto czwarty wzorzec więzi, tzw. przywiązanie zdezorganizowane. Niemowlęta o tym stylu traktowały matkę jednocześnie jako bezpieczną bazę i zagrożenie. Szukały bliskości i unikały jej. Na późniejszych etapach życia doświadczały lęku przed bliskością, a jednocześnie jej pragnęły.
Domyślam się, że dzieci z grup o innym niż bezpieczny stylu przywiązania miały bardziej „pod górkę”?
Występowały u nich większe problemy w adaptacji, miały gorsze wyniki w nauce, wcześniej podejmowały relacje intymne. W grupie dzieci z więzią zdezorganizowaną były osoby, u których stwierdzano cechy osobowości z pogranicza.
Badane dzieci nie miały ukończonych nawet dwóch lat. Można zatem wysnuć wniosek, że już pierwszych kilkanaście miesięcy życia i relacji z opiekunami determinuje rodzaj przywiązania, który będzie dla nas charakterystyczny na kolejnych etapach. Czy odpowiedzialna za nasze późniejsze relacje jest mityczna matka, a może jednak znaczenie ma też indywidualna biochemia mózgu, z którą przyszliśmy na świat?
Proszę zwrócić uwagę, że nadal mało mówimy o roli ojców. W dyskursie często funkcjonuje tylko kompleks Edypa, a później ojciec znika. Chyba że mowa o traumach, wtedy społecznie dosyć łatwo winą za nie obarczamy właśnie ich. To wszystko nie jest sprawiedliwe, zwłaszcza teraz, gdy tak bardzo kładzie się nacisk na równość płci.
Oczywiście ważne są również pewne uwarunkowania, z którymi przychodzimy na świat, i mózg, który jest zawiadowcą emocji. Na naszą osobowość składają się zaś temperament i charakter. Przyjmuje się, że ważą one po połowie. Wiemy, że istnieją introwertycy i ekstrawertycy, czyli osoby wysoko reaktywne i nisko reaktywne. Są dzieci, które mają podwyższoną gotowość do reakcji emocjonalnej z odcieniem lęku. Jeżeli dorośli widzą, że mają dziecko wysoko reaktywne emocjonalnie, które jest skłonne reagować np. lękiem, powinni to korygować. Ich rolą jest, aby pewne cechy, które dziecko ma, nie były wzmacniane i nagradzane, tylko tonowane.
W dzieciństwie uczymy się siebie, swoich możliwości, badamy swój wpływ, dowiadujemy się i sprawdzamy, czy świat jest zagrażający, czy my sobie z nim poradzimy i czy możemy poprosić kogoś o pomoc, gdy sytuacja jest bardzo trudna. Dom jest też miejscem, w którym możemy w bezpiecznej atmosferze przepracowywać sytuacje, w jakich ponieśliśmy porażkę, np. to, że ktoś powiedział, iż nas nie lubi, czy że nie zostaliśmy zaproszeni na imprezę. W miarę upływu czasu ten ciężar przenosi się z rodziców na rówieśników.
Często dom i najbliższe otoczenie nie stanowią, niestety, bezpiecznej przestrzeni, lecz stają się miejscem, w którym dziecko doznaje trudności czy traum. W książce Supernormalsi. Trudne dzieciństwo i niezwykła historia odporności psychicznej Meg Jay opisuje historie osób, które przeżyły m.in. molestowanie seksualne, śmierć rodzica czy przemoc domową. Nazywa ich supernormalsami, co z angielskiego tłumaczy się jako „wykraczający poza lub przewyższający normalność czy przeciętność, wyjątkowy”.
Nie czytałam tej książki, ale przez 30 lat towarzyszyłam pacjentom w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, mam też przywilej bycia superwizorem. Poznałam setki podobnych życiorysów. Wspieram ludzi ze zwykłym życiem po niezwykle trudnych doświadczeniach. Gdyby mnie Pani zapytała, czy chciałabym być supernormalsem, odpowiedziałabym: nie, bo to ma wysoką cenę.
Dziecko może mieć kilka sposobów adaptacji do trudnych czy zagrażających sytuacji. Jeżeli młodą dziewczynę w domu molestuje ojciec i do tego słyszy od niego, że jest zła, czyli wtłacza się jej poczucie winy za sytuację, to ma kilka dostępnych sposobów rozwiązania problemów. Może sięgnąć po narkotyki, alkohol, „złe” towarzystwo. Potwierdzić to, co się o niej mówi. „Mówisz, tato, że jestem szmatą i dziwką, to proszę bardzo – jestem”. To oczywiście nie rozwiązuje problemów, tylko je nawarstwia. Może też wybrać inny, bardziej akceptowalny społecznie sposób radzenia sobie z tą trudną sytuacją, np. bycie „naj” i niesprawianie kłopotów. Czuje się zbrukana, więc podejmuje działanie wynikające z dość iluzorycznego przekonania, że zasłuży na akceptację i miłość ze strony ojca oraz otoczenia. Mocno skupia się na obszarach, które może kontrolować. W dzisiejszych czasach to właśnie perfekcjonizm bywa częstym sposobem radzenia sobie z trudnymi emocjami. Perfekcyjny wygląd, perfekcyjna pani domu, duże wzięcie operacji plastycznych. Tak jakby starość czy zmiana fizyczna były czymś niedopuszczalnym.
Supernormalsi z książki Jay to w większości osoby wysoko funkcjonujące, które mimo trudnych doświadczeń i traum, a może właśnie z ich powodu, świetnie radzą sobie z rzeczywistością, a otoczenie często postrzega je jako wzorcowe.
Ludzie po trudnych doświadczeniach często mają poczucie noszenia w sobie tajemnicy, której – jak sądzą – nikomu nie mogą wyjawić. Pytanie: czy jest im z tym dobrze? Obawiam się, że nie, i przypuszczam, że ta książka o tym właśnie mówi.
Żeby było jasne: nie ma nic niewłaściwego w tym, że przygotowała się Pani do naszej rozmowy i będzie się starała dobrze ją zredagować. Ja przed spotkaniem przejrzałam kilka książek i przypomniałam sobie parę wyników badań. Nasze zachowanie to perfekcjonizm adaptacyjny – chcemy, aby to, co robimy, miało ręce i nogi. Jednak gdybym uczyła się na pamięć tego, co mam Pani powiedzieć, i nie tolerowała niepewności, która wiąże się z naszą rozmową, toby wskazywało, że mam z perfekcjonizmem problem. Składową odporności psychicznej jest zaś m.in. akceptacja tego, że rzeczy nie zawsze dzieją się tak, jak to sobie zaplanuję. Odporność psychiczna to pewna umiejętność, której można się nauczyć, ale trudno zrobić to samemu. Dobrze byłoby, żeby stanął na naszej drodze ktoś – niekoniecznie psychoterapeuta – kto nas wesprze albo wprowadzi rozdźwięk między tym, co myślimy o rzeczywistości, a rzeczywistością. Psychoterapię też rozumiem jako jedną z metod uczenia się odporności. To nie jest droga usłana różami, nie zawsze bywa łatwa i przyjemna.
Zastanawia mnie, dlaczego jedni rozpamiętują trudne doświadczenia czy traumy, często wracają do nich myślami, odtwarzają i analizują, a inni w miarę upływu czasu przestają o nich myśleć i skupiają się na czymś innym. Od czego to zależy?
To „rozpamiętywanie”, o którym Pani mówi, nazywamy ruminacją.
Czasami trwamy w nieradzeniu sobie z trudnym doświadczaniem. Budujemy w głowie przekonanie, że jest ktoś lub coś, co odpowiada za to, że sobie nie radzę. Mówię to poza osądem moralnym czy etycznym. Takie myślenie przynosi ulgę w życiu, więc się go trzymamy. Czujemy się lepiej, gdy możemy „stwierdzić”, że ktoś czegoś wobec nas nie dopełnił, coś zrobił, powiedział, dał lub nie dał i to wpłynęło na nasze życie. Czasami pacjenci sądzą, że trudne doświadczenie będzie się za nimi ciągnęło. Mamy więc do czynienia z pewnymi przekonaniami, np. że moje dzieciństwo mnie determinuje i nie mogę tego zmienić. To nie jest prawda. Przykładem, że można powrócić do pełni życia, są np. historie osób po gwałcie i traumach wojennych.
Swojego czasu wielką karierę robiło określenie DDA – Dorosłe Dzieci Alkoholików. Funkcjonowało i czasami nadal funkcjonuje jak pewien rodzaj wizytówki towarzyskiej. Sama też nieraz byłam świadkiem, jak ktoś mówił: „Jestem DDA”. Odpowiadałam wtedy przewrotnie: „Przepraszam, ale nie bardzo rozumiem”. Słyszałam: „Mój tata pił”. Jako terapeutka poznawczo-behawioralna pytam wtedy: jakie to ma teraz znaczenie? I czy pan(i) chce mieć dobre życie? Większość ludzi odpowie: tak, chcę. To moje następne pytanie brzmi: dlaczego pan(i) go nie ma? Bo mój ojciec pił, bo zostałam zgwałcona, bo przeżyłam coś strasznego. To prawda. Ale pytanie nie jest o to, co pan(i) przeżył(a) tylko: czy jest pan(i) skłonny(-na) stanąć sam na sam ze sobą i spróbować innego sposobu życia, który będzie lepiej panu(i) służył?
Zmiana myślenia o sobie, swoim doświadczeniu i zmiana zachowania chyba nie przychodzą szybko i łatwo. Zastanawiam się, czy zawsze są możliwe.
Miałam kiedyś pacjenta, który przeżył wypadek. Prowadził auto, na siedzeniu pasażera siedział jego najlepszy przyjaciel. To była jesień, deszcz, ciemny jar, droga wśród drzew. Wpadli w poślizg, wylądowali w rowie. Przyjaciel zginął, on przeżył. Bezpośrednio po wypadku szukał pomocy w lesie, wśród ciemności, aby sprowadzić pomoc do przyjaciela. Szybko zaczęło go dręczyć poczucie winy i pytanie, dlaczego tak źle poprowadził samochód. Ono powracało przez lata. Podobnie jak koszmary i backflashe z tamtej nocy. Ten człowiek przez ponad pięć lat funkcjonował w bardzo ograniczonym zakresie. Z osoby aktywnej stał się wycofany. Miał wspaniałą rodzinę. Po wypadku nauczyła się, żeby dać mu spokój i o nic nie pytać. Stał się odizolowany, a bliscy się do tego dostosowali.
Zmiana przyszła w dniu, gdy oglądali filmy z rodzinnego archiwum. Mężczyzna zobaczył w nich siebie blisko żony i dzieci. Dotarło do niego, że w trakcie tych pięciu lat zdały maturę i skończyły studia, a on był obok i nie wiedział, co się dzieje.
Poszedł do lekarki i poprosił o pomoc. Skierowała go do programu badawczego „Trakt”, dla osób po wypadkach komunikacyjnych. Nie tylko dała mu skierowanie, ale i upewniła się, że się zgłosił. Dla niego to było przełomowe – komuś tak zależało, że sprawdził, czy zdecydował się skorzystać z pomocy. Rozpoznano u niego zaburzenia stresu pourazowego. Przeszedł terapię, która wymagała opowiedzenia o traumie i przetworzenia tamtego dramatycznego doświadczenia. Skonfrontował się sam ze sobą. To była ciężka praca nad odzyskaniem życia. Teraz jeździ samochodem i żyje w pełni.
Kiedy zaczyna się trauma, a kiedy jest to „tylko” trudne doświadczenie?
W ostatnim czasie nadużywa się pojęcia „trauma”, podobnie jak terminu „depresja”. Psychologia ma jednak swoje klasyfikacje. Traumę opisano jako sytuację, w której działa stresor o bardzo dużym natężeniu i w której moje życie było zagrożone lub byłam świadkiem utraty życia lub zagrożenia utraty życia osób trzecich. Oglądanie horroru, w którym ginie co drugi bohater, nie jest traumą, ale doświadczenie bicia czy molestowania seksualnego już tak. Istnieją też pewne zawody, które eksponują na traumę, np. fotograf kryminalny, tanatopraktor, ratownik medyczny, strażak, żołnierz itp.
Do stresorów należą sytuacje, które wywołują dużą zmianę w naszym życiu. Mogą nimi być rozwód, utrata pracy, trudność w spłacaniu kredytu. Są to wydarzenia bardzo trudne, lecz nie mają charakteru traumy. Stresory mogą jednak powodować, że tracimy odporność na stres.
Jak pracuje się z osobami, które mają za sobą trudne doświadczenia i traumy, takie jak Pani pacjent po wypadku?
Terapia behawioralno-poznawcza zasadza się na kilku filarach. Pierwszym z nich jest powrót do traumy i opowiedzenie o niej w czasie teraźniejszym i w pierwszej osobie. Nazywa się to ekspozycją wyobrażeniową i powtarza się wielokrotnie. W jej trakcie prowadzi się pomiary stanów wzbudzenia. Celem jest doprowadzenie do sytuacji, w której u pacjenta wydarzenie trudne nie będzie już wywoływało wzbudzenia doświadczanego jako lęk. To ono sprawia, że w swoim życiu unika pewnych rzeczy czy sytuacji, np. jazdy samochodem, wyjścia po zmroku itp. Mój pacjent nawet gdy jechał z żoną do dentysty i siedział na tylnym siedzeniu, to zasłaniał głowę kocem. Nie wychodził też do sklepu, bo miał wrażenie, że drzewa się na niego walą, tak jak w lesie po wypadku. Kolejnym elementem jest ekspozycja in vivo. Wraz z pacjentem przygotowujemy bardzo szczegółową listę – hierarchię tego, czego unika. Na przykład gdy przy wchodzeniu do szpitala ma wzbudzenie na 90 w 100-stopniowej skali, to prosimy go, by tak długo ćwiczył wchodzenie do niego, aż wzbudzenie, czyli lęk, spadnie do 20. Nie chodzi o to, żeby wzbudzenie nie wystąpiło wcale, lecz by istotnie się zmniejszyło. Jednocześnie elementem terapii jest edukacja o objawach PTSD oraz o emocjach – o tym, że one są naturalne, nie zabijają. To nie jest tak, że lęk rośnie w nieskończoność i wreszcie przebija sufit. On zawsze opadnie. Trzeba tylko dać mu szansę, a nie od razu zażyć tabletkę. Emocje to stany wzbudzenia autonomicznego układu nerwowego. Mamy dwa układy: współczulny i przywspółczulny. One są względem siebie, posługując się metaforą tanga, w nieustającym tańcu. Każdy z nich walczy o uzyskanie dominacji. Równowaga i odporność to umiejętność zmniejszania dominacji układu współczulnego, który odpowiada za wzbudzenie.
W terapii zachęcamy, by wrócić do rzeczy, które pacjent lubił, zwłaszcza tych najprostszych, jak wypicie herbaty, spacer, pójście do warzywniaka. Chcemy, żeby pacjent zobaczył, że jest wyposażony w cudowne instrumentarium, którym są jego emocje. I że to on może nimi kierować.
Dlaczego jest więc tak, że jedni w sytuacji stresu i traumy dają sobie radę, a inni nie?
Odpowiedzi na to pytanie szukał już amerykański socjolog Aaron Antonovsky w latach 60. XX w. Stworzył koncepcję salutogenezy, czyli genezy zdrowia. Według Antonovsky’ego normalnym stanem funkcjonowania człowieka jest dynamiczny stan chwiejnej równowagi. Zdrowie ujmowane jest jako proces.
Co się na niego składa?
Antonovsky mówił, że cztery współdziałające czynniki. Pierwszym są uogólnione zasoby odpornościowe, czyli cechy biologiczne i psychologiczne, m.in. wiedza, intelekt, poczucie tożsamości, kontroli i sprawstwa, uczestnictwa, zaangażowania i zobowiązania, a także wyuczone strategie radzenia sobie. Według niego uogólnione zasoby odpornościowe zapobiegają przekształceniu się napięcia w stan stresu. Drugim czynnikiem są stresory, czyli wymagania, na które nie mamy gotowych reakcji adaptacyjnych i które rodzą napięcie. Trzecim czynnikiem, będącym istotą salutogenezy, jest tzw. sense of coherence, czyli poczucie koherencji, spójności. Definiował to jako ogólne nastawienie, przekonanie o przewidywalności i racjonalności świata oraz własnego położenia życiowego. Czwartym czynnikiem są zachowanie i styl życia.
Czyli koherencja, która składa się na zdrowie jednostki, to poczucie rozumienia świata?
Można tak powiedzieć. Koherencja to rozumienie, że w życiu – również moim – czasami dzieją się rzeczy okrutne albo takie, na które nie mam wpływu. Nasza egzystencja związana jest z cierpieniem, a dyskomfort jest w nią wpisany. To rozumienie, że np. politycy obiecują, a później nie dotrzymują słowa, zaś przyjaźń czasami się kończy. Rozumiem, że ktoś mówił, iż kocha mnie nad życie, a w pewnym momencie zranił mnie i zostawił. Rozumiem też, że jeżeli ktoś mówi, iż sprawiłam mu przykrość, to może mieć rację, mimo że moja intencja była inna. Mówiąc potocznie: wiem, co jest w życiu „grane”. Akceptuję zasady i reguły gry, nawet jeśli płacę za to cenę. Koherencja to także przekonanie, że sobie poradzę, i poczucie sensu swoich działań.
Wielu ludzi zmagających się z trudnymi doświadczeniami czy traumami miewa poczucie braku sensu swoich działań, a czasami nawet traci sens życia. W czasach kryzysu klimatycznego słychać takie głosy coraz częściej od młodych ludzi. Jakie jeszcze grupy mają obniżone poczucie spójności?
Badania, które prowadziłam w gronie ludzi z depresją, pokazały, że miały one istotnie niższe poczucie koherencji. Wśród badanych znalazł się mężczyzna, który odebrał sobie życie. Był lekarzem i transwestytą. Jego żona to akceptowała. To była jego kolejna próba, tym razem udana. Rozmawiałam z nim, widać nie byłam wystarczająco skuteczna. Rozumiał, jakimi zasadami rządzi się świat, znał repertuar sposobów zaradczych, jednak jego poczucie sensu było najniższe w grupie.
U osób, które mają depresję, często osłabione jest też poczucie tego, że sobie poradzą. Otoczenie próbuje je wesprzeć, mówi: „Dasz radę”, ale rzecz w tym, by to sam pacjent doszedł do takiego przekonania.
Co Pani robi, gdy pacjenci czy napotkane osoby ujawniają swoje myśli samobójcze?
Czasami to jest najpilniej strzeżona myśl, a ich zachowanie w ogóle nie wskazuje, że o tym rozmyślają czy noszą się z takim zamiarem. Gdy wiem, że tak jest, zachęcam do zastosowania pewnej strategii. Mówię: pan(i) może odebrać sobie życie zawsze. Czy lubi pan(i) mieć coś na czarną godzinę? Czy możemy się umówić, że odebranie sobie życia będzie czymś na czarną godzinę? Jednak zanim to nastąpi, proszę mi powiedzieć, czy całe pana(i) życie było usłane różami? Nie? Miał(a) pan(i) masę problemów. Jak to się stało, że pan(i) żyje? Co wtedy pomogło panu(i) zdecydować o tym, że podejmie pan(i) trud, aby mieć lepsze życie i widzieć w tym sens?
Terapia poznawczo-behawioralna to praca na przekonaniach, które mamy na temat siebie, innych ludzi i świata. Ważne, żeby w repertuarze przekonań o sobie było to, że sobie poradzę, niekoniecznie sama. Jeżeli zakładam, że muszę dać sobie sama radę ze wszystkim – czasami w takim mniemaniu wzrastamy w domach – to tylko kwestią czasu jest, kiedy dojdę do muru.
Co by Pani podpowiedziała osobom, które mają za sobą trudne doświadczenia, np. utraty rodzica w dzieciństwie, zaniedbania czy alkoholizmu? W jaki sposób mogą próbować mieć dobre życie?
Powiedziałabym tak: najgorsze doświadczenie w twoim życiu jest prawdą o twoim życiu, ale nie jest prawdą o tobie. Nie bierz odpowiedzialności za to, że ciebie krzywdzono, maltretowano, zaniedbywano, że ktoś się upijał. To nie było przez ciebie. Nie ponosimy odpowiedzialności za okrucieństwo innych ludzi wobec nas. Nikt z nas nie chce być gwałcony, bity, poniżany, lekceważony. Tłumaczenie sobie, iż to dlatego, że byłam „nie dość”, donikąd nie prowadzi. Następne: bez względu na pewne wady zawsze zasługujesz na szacunek. Masz prawo do błędów. Masz prawo do wybaczenia samemu sobie. Masz prawo prosić o pomoc, gdy sobie nie radzisz.
Powiedziałabym jeszcze: twoje myśli są prawdziwe, bo są twoje, jednak nie muszą być prawdą o rzeczywistości. Spróbuj w nie trochę zwątpić. Nie unikaj konfrontacji z sytuacjami, które są dla ciebie trudne.
I na koniec: dobre życie nie oznacza wyeliminowania z niego cierpienia. Ono jest wpisane w ludzkie doświadczenie. Mogę mieć wpływ na to, aby trwało krócej lub żeby płacić za nie mniej. Przeszłość jest niezmienialna. Nawet jeśli zostałeś(-łaś) bardzo skrzywdzony(-na), możesz iść w stronę dobrego życia.
Ewa Pragłowska
Psycholog kliniczny, psychoterapeuta i superwizor terapii poznawczo-behawioralnej. Współkieruje studiami i jest dyrektorem w Klinice Terapii Poznawczo-Behawioralnej na Uniwersytecie SWPS. Zajmuje się badawczo zaburzeniem stresu pourazowego, zaburzeniami afektywnymi oraz profilaktyką zaburzeń emocjonalnych