Subskrybuj
Papież Jan Paweł II i Marcial Maciel podczas uroczystości 50-lecia zgromadzenia Legion Chrystusa. Maciel przez dziesięciolecia wykorzystywał seksualnie dzieci, 3 stycznia 1991 r. fot. Maria Dipaola / MCT / Tribune News Service / Getty
Papież Jan Paweł II i Marcial Maciel podczas uroczystości 50-lecia zgromadzenia Legion Chrystusa. Maciel przez dziesięciolecia wykorzystywał seksualnie dzieci, 3 stycznia 1991 r. fot. Maria Dipaola / MCT / Tribune News Service / Getty
Publicysta katolicki, wieloletni redaktor „Znaku”, były prezes Klubu Chrześcijan i Żydów „Przymierze”.

Usuwanie bielma

Przestrzeń publiczna pełna jest rozmaitych odpowiedzi na pytania o Jana Pawła II i jego odpowiedzialność za obecny kryzys Kościoła. Jedni uznają go za głównego winowajcę, który umożliwił praktykę tuszowania pedofilii, drudzy mówią o zmasowanym ataku na papieża i chęci „wyrzucenia go na śmietnik historii”.

Czy Jan Paweł II, którego wielu z nas przez kilka dekad uważało za najmądrzejszego człowieka na świecie, „świadka nadziei”, miał na oczach bielmo uniemożliwiające mu właściwy ogląd rzeczywistości? Czy ten, o którym myśleliśmy, że na co dzień ogląda Jezusa, „patrzył, lecz nie widział”? Nie chodzi tu o niewidzenie Boga – zostawmy na boku mistykę (choć w chrześcijaństwie nie da się oddzielić relacji z Bogiem od współczucia dla cierpiącego człowieka). Idzie mi o niedostrzeganie zła, od dawna przenikającego instytucję, której przez ponad ćwierć wieku przewodził.

Czy papież rzeczywiście go nie widział? A może – jak sugerują niektórzy bohaterowie książki Bielmo Marcina Gutowskiego – nie chciał go dojrzeć? Niczym człowiek zakochany, który nie wierzy (nie chce wierzyć!) temu, co wszyscy wokół mówią o osobie, którą kocha.

Dla Jana Pawła II przedmiotem takiej bezgranicznej (ślepej?) miłości był Kościół, o którym teologia katolicka powiada, że jest Ciałem Chrystusa, naznaczonym – poniekąd ex definitione – „prawdziwą” (choć tu, na ziemi, „jeszcze niedoskonałą”) świętością. Karol Wojtyła niezwykle głęboko przeżywał swoje kapłaństwo, postrzegał je jako swoiste zaślubiny z Kościołem – i wydawało mu się, że to jego doświadczenie ma charakter powszechny (i jest udziałem jeśli nie wszystkich, to na pewno ogromnej większości tych, którym udzielony został dar święceń). Jak pisze na stronie „Więzi” Henryk Woźniakowski: „Pewien poziom zła i cynizmu, zwłaszcza wśród ludzi Kościoła, po prostu nie mieścił się papieżowi ani w głowie, ani w sercu, przekraczał jego wyobraźnię”.

Osobie zakochanej można współczuć. Czy jednak podobną ufność może okazywać zwierzchnik instytucji, gromadzącej blisko miliard współwyznawców? Człowiek, który powinien być nie tylko wiarygodnym przewodnikiem duchowym, ale i sprawnym zarządcą.

Są tacy, którzy stawiając tę kwestię, rzeczywiście współczują Janowi Pawłowi II, i tacy, którzy z całych sił go bronią. Niemniej inni reagują na tę sytuację gniewem, dokonując aktu symbolicznego „ojcobójstwa”.

Jak wyznaje Marcin Gutowski, poszukiwania, jakie podjął podczas pracy nad książką i poprzedzającym ją filmem, „zaprowadziły [go] w ciemności, w których nigdy nie chciałby się znaleźć, nieodwracalnie wpłynęły na [jego] wewnętrzny kompas i doświadczyły [go] tak boleśnie, że nie da się ich wymazać”.

Słowa te – tak jak cała książka – są pełne emocji. Jej lektura może niektórym czytelnikom sprawić ból. Może też (również ze względu na tę emocjonalność) wywoływać sprzeciw… Niektórzy będą potrzebowali czasu, żeby się z Bielmem zmierzyć, ten ból jakoś oswoić i, być może, podjąć wewnętrzny dialog (lub polemikę) z autorem książki. Nie ukrywam, że i ja należę do tej kategorii czytelników.

Kiedy – wiele lat temu – pisałem monografię o Janie Pawle II Pontyfikat, problemy stawiane przez Gutowskiego w ogóle nie przychodziły mi na myśl. Dziś tkwią one w mojej głowie i sercu – i są wyzwaniem.

To między innymi z tego właśnie powodu nie chciałem zbyt szybko tej książki komentować – musiałem ją przemyśleć, „przetrawić”, nieco dłużej z nią poobcować.

Cząstki prawdy

Bielmo skłania (a nierzadko wręcz zmusza) do zadawania pytań. Czy i co o pedofilii i molestowaniu seksualnym w Kościele wiedział Jan Paweł II? Czy – a jeśli tak, to dlaczego? – pozwalał na tuszowanie czynów „wołających o pomstę do nieba”? Dlaczego milczał? Dlaczego nie reagował, gdy podejmowano próby poinformowania go, kim naprawdę jest kard. McCarrick bądź ks. Degollado? Dlaczego…?

Te pytania – powiada Gutowski – nie mogą dać spokoju nikomu, kto poważnie traktuje Jana Pawła II, a poszukiwanie odpowiedzi na nie jest obowiązkiem każdego, dla kogo Karol Wojtyła stał się punktem odniesienia”.

I rzeczywiście, wielu z nas (wiem to z własnego doświadczenia!) nie potrafi od tych pytań uciec, musi je zadawać – z nadzieją, że znajdzie na nie jakąś sensowną odpowiedź i dzięki temu ocali dobrą pamięć o papieżu Wojtyle. Bo przecież pamiętamy jeszcze wzruszenie, gdy Jan Paweł II do Polski przyjeżdżał – i kiedy odchodził. I tamto – potwierdzone nadzwyczaj szybko przez Kościół – poczucie, że mieliśmy do czynienia ze świętym. Z człowiekiem, przez którego objawiała się wówczas moc i dobroć Boga.

Przestrzeń publiczna pełna jest rozmaitych odpowiedzi na pytania o Jana Pawła II. Jedni radykalnie kwestionują jego dobrą wolę i uważają za „główną postać, dzięki której proceder tuszowania pedofilii był możliwy” (Frédéric Martel, autor książki Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie), drudzy z kolei mówią o „zmasowanym ataku na papieża”, którego „nieprzyjaciele Polski i Kościoła” chcą „rzucić na śmietnik historii” (abp Marek Jędraszewski). A pośrodku stają ci, którzy – z lepszym lub gorszym skutkiem – próbują pokazywać, że polski papież walczył z pedofilią w Kościele, choć „nie uniknął [przy tym] błędów. Nie wynikały one jednak z zaniedbań, lecz z niewiedzy” (m.in. autorzy specjalnego raportu KAI, twórcy filmu Szklany dom czy ks. Adam Żak, koordynator ds. ochrony dzieci i młodzieży Konferencji Episkopatu Polski).

Broniąc – albo tylko usprawiedliwiając – Jana Pawła II, niektórzy przywołują znane z historii ataki na Kościół i pokazują, że Karol Wojtyła przyszedł na stolicę Piotrową ze świata, w którym prowadzono bezpardonową walkę z chrześcijaństwem. To sprawiało, iż trudno mu było uwierzyć w oskarżenia kierowane przeciwko osobom duchownym. Pojawiają się głosy przypominające, że papież był już stary i schorowany, gdy doszło do ostrego kryzysu Kościoła w Stanach Zjednoczonych po ujawnieniu licznych przypadków wykorzystywania seksualnego nieletnich. Zwraca się też uwagę na istnienie i funkcjonowanie różnych watykańskich „filtrów”, przez które (również już wcześniej) docierał doń – nierzadko mocno wyretuszowany – obraz Kościoła i świata. Mówi się o jego niemalże dziecięcej (często naiwnej) wierze w wagę składanej przez sprawców obietnicy poprawy. A także o specyficznym temperamencie i wyraźnej niechęci do administrowania. Jak wspominają ci, którzy go dobrze znali, Jan Paweł II wolał być „bardziej pasterzem niźli zarządcą czy prezydentem” (niektórzy watykaniści mówili nawet, że dla tego papieża priorytetem było prowadzenie ludzi do „źródeł wody żywej”, a nie „przetykanie rur kanalizacyjnych”, to znaczy kontrolowanie pracy kurii). Podkreśla się wreszcie kontekst historyczny (pomijany, zdaniem polemistów, przez Gutowskiego), chociażby to, że rozwiązania systemowe w Kościele instytucjonalnym następowały „wraz z wiedzą o skali dramatu [a ta początkowo była niewielka], nabierając pełnego kształtu dopiero pod koniec pontyfikatu” papieża Wojtyły (cyt. za wypowiedzią ks. Jana Dohnalika, kanonisty). Istotny byłby tu również rozwój nauk takich jak psychologia czy psychiatria. Wszak nasza wiedza o pedofilii i traumie ofiar (a także świadomość praw dziecka!) jest dziś inna (o wiele bogatsza) niż 30–40 lat temu.

Warto w tym miejscu zauważyć wyraźną ewolucję w podejściu papieża do zjawiska pedofilii w Kościele. W tym kontekście interesujące wydają mi się uwagi Henryka Woźniakowskiego: „Kiedy patrzę (…) na ostatnie lata pontyfikatu Jana Pawła II, widzę narastający pesymizm i surowość jego ocen ujawniające się w niektórych dokumentach i homiliach. Myślę, że mogła w tym mieć udział gorzka świadomość tego zła, które zalęgło się w Kościele, i poczucie, że on sam nie do końca sprostał wyzwaniu, że nie był w stanie przekroczyć własnych ograniczeń, że nie dopuścił do siebie całej prawdy, (…) że nie potrafił zapobiec cierpieniom”.

Każda z tych prób usprawiedliwienia (lub obrony) Jana Pawła II zawiera w sobie, jak sądzę, cząstkę prawdy. Jednak czy któraś jest w stanie złagodzić ból towarzyszący lekturze Bielma?

Czy może definitywnie rozwiać wszelkie wątpliwości? Sprawić, że – tak jak dotąd – będziemy w spokoju ducha wyznawać wiarę w „święty Kościół”, rozumiejąc przez to jego bezgrzeszność i doskonałość (w przeciwieństwie do grzechu i niedoskonałości pojedynczych jego członków), zgodnie z maksymą: „święty Kościół grzesznych ludzi”?

System paramafijny

Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej jestem przekonany, iż – jak mówi cytowany w książce austriacki teolog ks. Paul M. Zulehner – trzeba wreszcie „uznać, że istnieje coś takiego jak grzeszny Kościół, w którym nie tylko [nie] utrudnia się, ale nawet wspiera i tworzy warunki sprzyjające przestępcom seksualnym”.

Faktycznie, z pracy Marcina Gutowskiego wyłania się dosyć mroczny obraz paramafijnego systemu kościelnego, broniącego księży (a także własnej reputacji i zagrożonych interesów), tuszującego czyny pedofilskie oraz nadużycia seksualne ludzi Kościoła i traktującego ofiary bez cienia empatii, „jak kawałki papieru, jak cyfry”. „W Watykanie – mówi np. Thomas Doyle, były dominikanin, współautor raportu na temat pedofilii w Kościele w USA – nie było nikogo, kto zapytałby, jak się czują [ofiary]. Kiedykolwiek. Nikogo to nie interesowało. Martwili się o rozgłos i ochronę biskupów”. W zasadzie to samo powiedział polskiemu reportażyście Walter V. Robinson, były redaktor dziennika „The Boston Globe”: „Oni wszyscy to tuszowali. Prawie wszyscy biskupi i kardynałowie, także późniejszy papież, a teraz święty Jan Paweł II” (podkreśl. moje – J.P.).

Tuszowali, bo – niezależnie od własnej pobożności, jak sądzę – „musieli” to robić. Między innymi dlatego, żeby nikogo nie zgorszyć. Tego (swoistej zmowy milczenia) wymagał od nich Kościół, a oni się temu podporządkowywali, argumentując, iż chodzi tu o jego – specyficznie pojmowane – dobro.

System kościelny – jak się wydaje – przez stulecia działał w kierunku, który doprowadził do swoistej autodeifikacji. W ten sposób Kościół poniekąd utożsamił się z Chrystusem. W konsekwencji zaczął postrzegać Boga przede wszystkim w sobie, zapominając, że On, Jezus Chrystus – jak przedstawia to ewangeliczna wizja sądu ostatecznego (por. Mt 25, 34–45) – jest pośród tych, którzy cierpią.

Trudno mi oprzeć się dziś wrażeniu, że ów system – pomijając, rzecz jasna, nielicznych nonkonformistów – zmuszał do takiego, a nie innego zachowania księży i biskupów, a nawet papieży (i nie myślę tu tylko o Janie Pawle II). Bo takie były procedury, takie były obyczaje… Takie były czasy. I gdyby nie media, wzrost poczucia podmiotowości wśród świeckich członków Kościoła i kilka innych jeszcze czynników, wiele spraw wyglądałoby dziś zapewne tak jak dotąd.

Napisałem wyżej, że system kościelny może przypominać strukturę mafijną. Może jednak to porównanie zbyt mocne? Może mamy tu do czynienia, po prostu, z bezdusznym i inercyjnym urzędem, w którym – jak powie jedna z uczestniczek debaty zorganizowanej przez KAI (Paulina Guzik) – koncentrowano się raczej na problemie niż na ofiarach.

Droga Kościoła?

No dobrze, ale – zapytajmy o to raz jeszcze – jak mógł to akceptować (czy choćby tylko tolerować) tak głęboki myśliciel, znawca filozofii człowieka i personalista, jakim był papież Jan Paweł II? Pyta o to Gutowski, a ja nie potrafię na to pytanie sensownie i jednoznacznie (to znaczy bez przywoływania rozmaitych kontekstów i mnożenia przypisów) odpowiedzieć. „Bo jak połączyć piękne (…) zdanie z jego programowej encykliki: »Człowiek jest drogą Kościoła«, z tym, że nie znamy nawet jednego przypadku, by zaprosił do siebie ofiarę nadużyć seksualnych ze strony kleru, by wysłuchał jej historii, otworzył się na perspektywę skrzywdzonych? Te spotkania zmieniają życie i nie pozwalają pozostać obojętnym – [a my] nie wiemy nic o tym, by on się na takie spotkanie zdobył. (…) Jak to się ma do innego pamiętnego zdania, które wypowiedział w Warszawie w 1979 roku, że: »Człowieka trzeba mierzyć miarą serca?«. Czy to możliwe, że zabrakło mu serca dla tych najbardziej skrzywdzonych przez przedstawicieli instytucji, którą kierował?”.

Autor Bielma, próbując – również samemu sobie – odpowiedzieć na te pytania, nie używa środków znieczulających. Pisze niezwykle ostro, jak wtedy gdy przytacza „przewrotny” komentarz do powyższych słów o człowieku jako drodze Kościoła: „Jest [on] drogą, po której Kościół z upodobaniem depcze”.

Te słowa mogą ranić. Ale mogą też budzić! Doświadczenie pokazuje bowiem, że bez takich ludzi jak Gutowski – i bez niezależnych mediów – nie potrafimy czegoś niezwykle istotnego zobaczyć (usłyszeć) ani zrozumieć. Jak mówił przed laty ks. Stanisław Musiał, w reformach, jakie w swojej historii przeprowadzał Kościół (i wtedy gdy powoli następowała w nim zmiana myślenia), „dopomogli nam inni, często niewierzący (…). To oni pomogli nam odczytać Ewangelię na nowo. Bez nich żylibyśmy chyba nadal w społeczeństwie stanowym, może nawet tolerując niewolnictwo, niesprawiedliwość społeczną”. Godząc się na dyskryminację kobiet, antysemityzm, wrogi stosunek do tych, którzy są inni (np. do uchodźców)…

Człowiek i cień

Przejmujące są historie ludzi, do których dotarł Marcin Gutowski. Za wieloma z nich, niby cień, kryje się Jan Paweł II. Jego sylwetka – wielka, ciemna i przytłaczająca – widnieje na okładce tej książki, wyraźnie pokazując, kto jest jej głównym bohaterem. I czyje oczy miałoby pokrywać tytułowe bielmo.

Trudno nie przyznać racji osobom, które mówią, że na papieżu ciąży odpowiedzialność co najmniej „polityczna”. Bo „mógł zatrzymać ten rozpędzony pociąg, dokonać zmian personalnych (…), wprowadzić inspekcje seminariów (…). Mógł coś zrobić, mógł zareagować”. To prawda. Był przecież człowiekiem dzierżącym w Kościele władzę absolutną. Ale prawdą jest również to, o czym mówili Gutowskiemu wytrawni watykaniści: „Czyni się monarchów absolutnych z ludzi, którzy zupełnie nie mają doświadczenia w zarządzaniu tego typu strukturami. To nie może się udać!” (Robert Mickens, „La Croix”). „Jan Paweł II wpadł w strukturę kurialną od wieków funkcjonującą według niejasnych paramafijnych zasad – koterii, które rozumieją się w lot bez słów i potrafią się doskonale poruszać po tych pajęczych liniach rozpostartych między budynkami w Watykanie” (Gian Franco Svidercoschi, były zastępca redaktora naczelnego „L’Osservatore Romano”).

Jan Paweł II był częścią wspomnianego wyżej systemu. Był – zaryzykuję to określenie – więźniem roli, jaką przyszło mu odgrywać…

On tę rolę zaakceptował, a w większości z nas budziła ona aplauz.

Myślę, że bielmo, o którym pisze Marcin Gutowski, pokrywało oczy nie tylko papieża – i instytucji, którą kierował. Na tę przypadłość cierpiało także wielu z nas. Wszak patrzyliśmy na człowieka, który nie mógł być wolny od popełniania błędów, a widzieliśmy nieomylnego herosa, którego wtedy potrzebowaliśmy. I rzucaliśmy gromy na tych, którzy – niczym biblijni prorocy – przestrzegali nas przed papolatrią i kultem „złotego cielca”.

I tu pojawia się pytanie o świętość.

Santo subito

Ważny dla zrozumienia Bielma jest rozdział ostatni (Subito), w którym przyglądamy się – niedoskonałemu z punktu widzenia procedur wypracowanych przez Stolicę Apostolską – procesowi beatyfikacyjnemu i kanonizacyjnemu papieża.

Widzimy (także w rozdziałach wcześniejszych) współpracowników Jana Pawła II, jeszcze wczoraj przyspieszających jego kanonizację, a dziś nabierających wody w usta i zachowujących dwuznaczne milczenie, gdy on sam nie może się już bronić.

Znajdujemy też niezwykle ważne świadectwo osób mu bliskich, które trudno podejrzewać o stronniczość i złą wolę.

Jak mówi Anna Karoń-Ostrowska, która traktowała Jana Pawła jak ojca, „dla wielu wiernych stał się [on] posągiem z ckliwym, kremówkowym obrazkiem w tle. Jakby nigdy nie był żywym człowiekiem (…). Jakby nie miał wad…”.

A przecież świętość, co dobrze pokazują księgi biblijne, dotyczy ludzi z krwi i kości, a nie gipsowych figurek czy – podatnych na rysy i pęknięcia – „bezdusznych” posągów.

W tym kontekście dosyć porażające jest ostatnie zdanie książki Marcina Gutowskiego, wypowiedziane przez Karoń-Ostrowską: „W gruncie rzeczy Kościół i jego [tj. papieża] najbliższe otoczenie odmówili mu świętości, tworząc zakłamany wizerunek”.

To jeszcze inny rodzaj bielma. I o nim także trzeba pamiętać.

Artykuł pojawił się w numerze: Nassim N. Taleb: Jak zwodzi nas przypadek