Subskrybuj
Andrzej Guła fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Nie wystarczy bić na alarm

„Nauczymy się innego życia, bo nie ma powrotu do tego, co było” – zapewnia pomysłodawca i współtwórca Polskiego Alarmu Smogowego Andrzej Guła, którego walka o czyste powietrze w jednym mieście doprowadziła do pytań o niezależność energetyczną państwa.

Lekki i pracujący cicho sampler skonstruował John Daniel Spengler, fachowiec od zdrowia publicznego, pracujący na Uniwersytecie Harvarda. Instrument, umieszczony w plecaku, pobierał powietrze w rytmie oddychania osoby, na której plecach się znajdował. Cząsteczki pyłu zatrzymywał filtr, zanieczyszczenia mające postać gazową pochłaniała specjalna głowica. Konstrukcję samplera, który należało mieć cały czas przy sobie, a podczas snu umieszczać na wysokości głowy, zlecił harwardzkiemu uczonemu Wiesław Jędrychowski – szef Katedry Epidemiologii i Medycyny Zapobiegawczej Collegium Medicum UJ. Był rok 2000, kiedy profesor – świadomy, że w Krakowie rocznie zdarza się nawet 200 dni z przekroczonymi normami zanieczyszczeń powietrza – poprosił pierwsze kobiety w ciąży, by zgodziły się nosić samplery. Badane miały między 18 a 35 lat, nie paliły ani nie oddychały zanieczyszczonym powietrzem w pracy, mieszkały w różnych dzielnicach Krakowa i były na początku ciąży. Każda zgadzała się też na monitorowanie zdrowia nienarodzonego jeszcze dziecka przez 11 lat od jego przyjścia na świat. Do 2004 r. w próbie badawczej uczonego znalazło się ponad 500 pacjentek.

Wczesną wiosną 2012 r. Jędrychowski zaprezentował dane, z których wynikało, że ze wszystkich krakowskich dzielnic najbardziej narażone na oddychanie powietrzem zanieczyszczonym pyłami PM2,5 i PM10 są mieszkanki gęsto zabudowanego centrum, gdzie w bezwietrzny zimowy czas smog potrafi zalegać przez wiele dni gęstą czapą. Uczestniczki badania, których samplery rejestrowały najwięcej wdychanych zanieczyszczeń, rodziły dzieci z niższą masą ciała niż standardowa. Noworodki miały mniejszy obwód czaszki i mniejszą długość ciała. W kolejnych latach u części z tych dzieci występował świszczący oddech, który z reguły był zapowiedzią zbliżającej się astmy. U kolejnych diagnozowano mniejszą pojemność płuc i większą podatność na zapalenie oskrzeli lub płuc. Badacze zauważali też słabszy rozwój psychomotoryczny u dzieci, które w pierwszych latach życia oddychały mocno zapylonym powietrzem.

Rzecznik szefa urzędu marszałkowskiego, gdzie przedstawiono wyniki, wyliczył, co należy zrobić dla poprawy jakości powietrza w krakowskiej niecce: odłączyć stare kotły węglowe, ocieplić budynki, zrezygnować z paliw najgorszej jakości. Nie zdradził, jak urzędnicy zamierzają osiągnąć te cele, przypomniał jedynie, że wykonują swoje obowiązki: każdego dnia na stronie internetowej urzędu są podawane wyniki badań jakości powietrza.

W grudniu 2012 r. grupa przyjaciół i znajomych, których łączyło jedynie to, że mieszkają pod Wawelem, utworzyła profil na Facebooku pod nazwą Krakowski Alarm Smogowy. Inicjatorem nieformalnego zrzeszenia był Andrzej Guła – 36-letni ekonomista i właściciel firmy konsultingowej, który specjalizował się w ocenie inwestycji związanych z ochroną środowiska. W takim charakterze doradzał m.in. Europejskiemu Bankowi Inwestycyjnemu, Bankowi Światowemu, Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju.

Ani chwili do stracenia

– To był efekt złości i irytacji. Mojej, znajomych, potem zupełnie nieznanych ludzi, którzy się do nas przyłączyli. Także wielu lekarzy i naukowców, którzy wiedzieli, jakim koktajlem zanieczyszczeń oddychamy w Krakowie i jak to wpływa na nasze zdrowie. Nie mówiliśmy o odpowiedzialności za środowisko, o wrażliwości ekologicznej, o bezpieczeństwie energetycznym państwa, to wszystko pojawiło się dużo później. Ponad 10 lat temu, kiedy rozpoczynaliśmy działalność, kładliśmy jedynie nacisk – dość egoistycznie – na nasze prawo do oddychania czystym powietrzem.

Nie zamierzałem zostawiać konsultingu, by przeistoczyć się w aktywistę miejskiego. Mając dwoje małych dzieci, zdawałem sobie sprawę, że wybór jest prosty: albo – dla ich i naszego zdrowia – wyprowadzamy się z Krakowa, albo zostajemy, ale musimy coś zrobić z problemem zanieczyszczonego powietrza w mieście. Krakowianie znali mgłę z charakterystycznym zapachem, która na wiele jesiennych czy zimowych dni pojawiała się w mieście. Jakie związki chemiczne ją tworzą, wiedzieli nieliczni dociekliwi, którzy zaglądali np. na strony internetowe paru państwowych instytucji odpowiedzialnych za ochronę środowiska. Bo monitoring powietrza prowadzono, jednak wyników nie eksponowano, np. na przystankach czy wyświetlaczach w uczęszczanych punktach miasta. Niewielu zdawało sobie sprawę, jakie pyły unoszą się w powietrzu, czym różni się PM2,5 od PM10 i co oznacza ich obecność, np. w naszych płucach.

Działalność rozpoczęliśmy od codziennego umieszczania danych o jakości powietrza w mieście na Facebooku Krakowskiego Alarmu Smogowego. Dla porównania przypominaliśmy normy dopuszczalnych zanieczyszczeń, ustalone przez Światową Organizację Zdrowia (World Health Organization – WHO). Liczyliśmy na to, że jasno podane dane przemówią same. Nie od razu, tylko po latach działalności, i ostatecznie tak się stało.

Demokracja pyłów

Dwa i pół mikrometra to jedna milionowa część metra pomnożona przez dwa i pół. Cząstka pyłu tej wielkości – właśnie dlatego, że to drobiazg do obejrzenia wyłącznie pod mikroskopem – łatwo dostaje się do krwi i wraz z nią dopływa do serca i płuc. W 2016 r. autorzy raportu przedstawionego przez WHO ogłosili, że z 50 miast UE, których mieszkańcy oddychają powietrzem z najwyższym stężeniem pyłu nazywanego potocznie – zgodnie z jego rozmiarem – PM2,5, ponad 30 znajduje się w Polsce. Czołówkę – tak w Polsce, jak w Unii – otwierał Żywiec z wynikiem 44 µg/m³. Dla porównania: według norm WHO dobowe stężenie pyłu zawieszonego nie powinno przekraczać 25 µg, a roczne 10 µg. Koktajlem zanieczyszczeń oddychała też Pszczyna, zajmując drugie miejsce w zestawieniu, i Rybnik, plasując się jedynie dwa oczka dalej. Wysokie notowania, wynikające z „produkcji” pyłu PM2,5 między 30 a 40 µg/m³ powietrza, zapewniły sobie zarówno duże miasta, np. Kraków, Katowice, Bielsko-Biała, jak zupełnie niemetropolitalne: Tomaszów Mazowiecki, Zduńska Wola i Nakło nad Notecią. „Dobre miejsca” w smogowym rankingu znalazły się też dla miejscowości z gór i pogórza: Suchej Beskidzkiej, Zakopanego, Nowego Sącza.

Smog w Polsce, jak wynikało z raportu, jest zjawiskiem demokratycznym. Cząsteczki PM2,5, które są wytwarzane przez domowe piece centralnego ogrzewania i ruch samochodowy, wdychane w dużych stężeniach przez wiele lat, przyczyniają się do powstawania chorób układu krwionośnego i oddechowego oraz nowotworów, osadzając się w płucach i naczyniach krwionośnych nie tylko u mieszkańców największych miast, jak przez lata uważano.

Raport WHO pokazywał wyraźnie, że smog w wielu regionach Polski ma twarz nie tyle wielkomiejskiej arterii czy międzymiastowej autostrady, ile osiedla wiejskich domów ogrzewanych najtańszym surowcem.

W domowych kotłowniach powstawała kolejna groźna cząsteczka, której nadobecność w polskiej atmosferze na początku drugiej dekady nowego wieku przerażała przede wszystkim naukowców i aktywistów miejskich. Nazwana PM10 – od maksymalnej wielkości 10 μm, jaką mogła osiągnąć – zawierała m.in. benzo(a)pireny i inne wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne, z wbudowanymi w nie atomami metali ciężkich. Pył zbudowany z takich cząsteczek, sprzyjający pojawianiu się w organizmie zmian nowotworowych, produkowały w masowych ilościach domowe kotłownie. Zwłaszcza spalające muł – uboczny produkt obróbki węgla, który powinien był trafiać wyłącznie do elektrociepłowni, gdzie odpowiednio wysoka temperatura neutralizowała wiele z jego szkodliwych składników. Lekarze wymieniali świszczący oddech, ostre zapalenia oskrzeli, podwyższone ryzyko chorób serca i udaru mózgu jako skutki oddychania powietrzem zagęszczonym obecnością „grubego pyłu”. Wedle wskazań WHO obecność cząsteczek PM10 w ciągu doby nie powinna przekraczać 50 µg/m³. Tymczasem między październikiem a kwietniem w niektórych regionach Polski zdarzały się tygodnie ze stężeniem PM10 przekroczonym kilkukrotnie.

Dawnego świata już nie ma

– „Dlaczego macie cały czas zapaloną kuchenkę gazową, skoro w mieszkaniu jest tak gorąco, że można się poparzyć, dotykając kaloryferów?” – pytał mój ojciec znajomych, gdy jako fachowiec ds. energetyki pracował w jednej z republik byłego Związku Radzieckiego. Ojciec ganił mnie w domu za wszystkie niepotrzebnie zapalone żarówki, więc przypuszczam, że cierpiał niemal fizycznie, gdy widział kaloryfery obudowane drewnianymi sztachetami, zabezpieczającymi przed przypadkowym dotknięciem rozgrzanych żeberek, które przegrzewały źle ocieplone mieszkania z wielkiej płyty.

„Za gaz uiszczamy stałą opłatę ryczałtową, niezależnie od wysokości zużycia, a za zapałki musimy płacić, ile każe sprzedawca. Jak zapalimy gaz, to już nie gasimy, żeby zaoszczędzić na zapałkach” – odpowiadali żartem miejscowi.

Anegdota świetnie pokazuje realia świata, w którym paliwo jest tanie i dostępne, jak w Polsce dekadę temu. Można było palić w każdym piecu, właściwie wszystkim, nagrzewać powietrze w domu do 25°C przy nieszczelnych oknach i nie myśleć ani o oszczędzaniu, ani o czystym powietrzu. Z historii wiemy, że najtrafniejsze pomysły na oszczędzanie energii – tak w gospodarce, jak w życiu w ogóle – podsuwał zawsze kryzys energetyczny, ale dekadę temu nadejście tak poważnych problemów jak obecne przewidywali nieliczni fachowcy od energetyki, których politycy raczej nie chcieli słuchać. To ci fachowcy mówili, że paliwa kopalne nie są odnawialne, zanieczyszczone powietrze szkodzi zdrowiu, a poleganie na węglowodorach pochodzących z niedemokratycznej Rosji jest ryzykowne.

Nie wystarczyło więc bić na alarm. Trzeba jeszcze było pokazać plan działania, bo kiedy ludzie nie wiedzą, dokąd zmierzają ci, którzy ich mobilizują do aktywności, rozczarowują się i odchodzą. Naszą listę zadań do wykonania otwierało doprowadzenie do uchwalenia przez władze miasta Krakowa i samorządu wojewódzkiego uchwały antysmogowej, która zakazywałaby palenia w mieście węglem i drewnem. Dokumentu pionierskiego, za którym, jak się później okazało, poszły inne miasta i województwa. Dokument był prawdziwym wyzwaniem, gdyż w momencie rozpoczynania działalności przez Alarm ponad 70% domów jednorodzinnych w Polsce ogrzewanych była kopciuchami, czyli starymi, mocno zanieczyszczającymi powietrze piecami i kotłami na węgiel.

Naszą siłą byli ludzie. Przychodzili tysiącami na manifestacje, zakładali lokalne Alarmy w całej Polsce, składali pytania do posłów, więc gołym okiem było widać, że czyste powietrze nie jest fanaberią garstki mieszkańców Krakowa. Istotni byli także eksperci, tacy jak Michał Krzyżanowski, związany m.in. z Akademią Zdrowia Publicznego w Imperial College London, albo krakowscy lekarze, którzy – pokazując sceptykom, także politykom, na twardych danych, że nie ma czegoś takiego jak bezpieczny poziom zanieczyszczenia powietrza pyłem zawieszonym – dawali szansę na odblokowanie przez nich energii do działania. Zdawaliśmy sobie sprawę, że transformacja energetyczna będzie sporo kosztować właścicieli domów, dlatego…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Psychodeliki. Nadzieja dla duszy i umysłu?