Subskrybuj
Krzysztof Smolnicki fot. Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Wyborcza.pl
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Twarzą do rzeki

Śnięte ryby, małże i ślimaki, wyławiane latem 2022 r. z Odry, to nie masy gospodarcze, żeby je przeliczać na tony, ale konkretne, pojedyncze istnienia, których brak odczuje cała miejscowa przyroda. Ile zostanie wyłowionych tego lata?

Wysadzaną kocimi łbami ulicę św. Wincentego na Nadodrzu zamyka perspektywa kominów pobliskiej Elektrociepłowni Wrocław. W odległości kwadransa niespiesznego spaceru od kominów znajduje się most Uniwersytecki przerzucony przez jedną z odnóg przepływającej przez miasto Odry, ale w szerokim tunelu ulicy obudowanej ponadstuletnimi kamienicami kominy wydają się wyrastać z ziemi niczym w otwartej przestrzeni. Do siedziby Fundacji EkoRozwoju na Nadodrzu nie prowadzi jednak most, tylko długie wejście, gdzie czekają na przybyszy zwierzęta i drzewa. Kolorowy mural z ich podobiznami przeprowadza do rozświetlonej przestrzeni podwórka między kamienicami. Otwarte od zachodu, ma hektar powierzchni, bo niemieccy planiści, projektując nowe kamienice w dzielnicy Elbing na północ od Ostrowa Tumskiego, chcieli uniknąć pułapek życia w gęstej zabudowie starszej części Śródmieścia. Mieszkańcom nowych domów zapewnili więc dostęp do słońca i otwartą przestrzeń za oknem.

Droga spod muralu prowadzi wprost do kępy traw i krzewów, oddzielającej dwa parterowe budynki. W jednym produkowano kiedyś kit, w drugim najpewniej była stajnia. Mniej więcej 10 lat temu miasto oddało ekologom z fundacji obie ruiny, wraz z rozjeżdżonym placem parkingowym wokół, w dzierżawę i do generalnego remontu.

Krzysztof Smolnicki, hydrogeolog i szef fundacji, w silnym świetle marcowego słońca obserwuje pierwsze szpaki, które pojawiły się przy budkach zawieszonych na fasadzie jednego z budynków. Siedziba Fundacja EkoRozwoju jest modelowym ośrodkiem edukacji ekologicznej. W dawnej wytwórni kitu ogrzewanie zapewnia więc pompa ciepła, prąd produkują panele fotowoltaiczne, ceglane mury ociepla ponad 20-centymetrowa warstwa styropianu, przykryta elewacją w postaci tynku barwionego w masie. Na dachu znalazły się ule pszczół miodnych. Do tego zbiorniki na deszczówkę, skrzynki z pędami ziół, własnym sumptem zbudowane domy dla owadów. W niebo pnie się grusza konferencja.

Apka dla rzeki

– W lipcu 2022 r., gdy wędkarze, społecznicy i ludzie mieszkający nad Odrą wyławiali miliony śniętych ryb, zobaczyłem skutki działania państwa, które systemowo i od lat toleruje nadmierne zanieczyszczanie wód. Dwa miesiące wcześniej, w maju, niedaleko stąd – na Wyspie Słodowej, z widokiem na Stare Miasto – podczas konferencji, jaką współorganizowałem jako przedstawiciel Międzynarodowej Koalicji „Czas na Odrę!”, słuchałem wystąpienia ważnego przedstawiciela Wód Polskich, który wyliczał, czego polskie instytucje rządowe nie realizują, choć powinny, jeśli chciałyby się dowiedzieć, jakiej jakości są nasze rzeki. Temat nie wywołał dyskusji. Jakby zabrakło sił na powtórzenie tych samych pytań w sytuacji, kiedy według raportu z 2020 r. Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska 98,9% polskich rzek jest w złym stanie. To znaczy, że prawie wszędzie jest źle. Dlaczego więc nie ma stacji pomiarowych co kilkadziesiąt km na dużych polskich rzekach, a więc nie tylko na Wiśle i Odrze? Dlaczego nie ma stałego monitoringu choćby kilku podstawowych parametrów, które pozwolą odpowiednio wcześnie dowiedzieć się, czy nie pojawia się zatrucie zagrażające środowisku? Informacje dotyczące np. współczynnika pH wody czy jej przewodnictwa elektrycznego pokazują skalę ewentualnego zasolenia rzeki, bo zasolona woda lepiej przewodzi prąd. Ważne jest badanie mętności wody i jej temperatury. Zebranie danych jest tak proste, że można byłoby je na bieżąco umieszczać w internecie – dostępne dla każdego.

Latem 2022 r. nie posiadał ich nikt, bo pierwszy punkt pomiarowy na Odrze, monitorujący stan rzeki całą dobę, znajduje się na wysokości Frankfurtu, czyli w Niemczech. Tymczasem pomór rozpoczął się w górnym biegu rzeki. Zresztą nie pierwszy w tamtym roku, ale najpewniej trzeci, tyle że śnięcia ryb, do jakich doszło w marcu i czerwcu w Kanale Gliwickim, uznano za nieistotne. Nikt więc nie ustalał, co się stało.

Traktujemy rzeki niczym kanały ściekowe, a na wodę – potrzebną nam do życia jak czyste powietrze – patrzy się przede wszystkim pod kątem jej wykorzystania w przemyśle.

Zanieczyszczone rzeki, płynące w zmienionym przez człowieka korycie, to widok tak powszechny, że przyjęło się uważać go za naturalny. Czy może nas więc dziwić, że winą za pomór żywych istot z Odry obarczono tylko złotą algę? Tymczasem ten mikroskopijnej wielkości glon jest tylko kulą wystrzeloną z pistoletu. Ktoś go naładował, ktoś pociągnął za cyngiel.

Zrzuty i składy

Prymnezyny – jeden z kilku rodzajów toksyn wydzielanych przez złotą algę – są zbudowane m.in. z atomów chloru i potrafią uszkodzić skrzela, doprowadzając do ich krwawienia. Zdezorientowane substancją ryby, małże i kijanki wytwarzają więcej śluzu, opadają na dno, szukając wody, którą oddychanie nie przynosi bólu. Bywa, że ryby próbują zaczerpnąć powietrza nad powierzchnią wody albo wydostać się na jej brzeg.

Gdyby Odra nie była rzeką regulowaną, z utwardzanymi brzegami i pogłębianym dnem, jej kręgowi i bezkręgowi mieszkańcy mogliby szukać schronienia w zakolach i odpływach. Ponieważ Odra jest „porządkowana” od co najmniej 1819 r., kiedy państwo pruskie zdecydowało o kompleksowej jej regulacji – oddalone od głównego nurtu zatoczki nie powstają.

Złota alga to nieuniknione następstwo obecności ścieków w rzekach w ilościach za dużych, by ta w naturalny sposób mogła sobie poradzić z ich przetworzeniem. Kumulacja to z kolei skutek braku kontroli nad liczbą wydawanych pozwoleń na zrzut zanieczyszczeń, wykonywany w dużej mierze przez spółki Skarbu Państwa, np. śląskie kopalnie czy kombinat miedziowy w Lubinie. Zgodę otrzymuje każde przedsiębiorstwo, które potrzebuje się ich pozbyć i wystąpi o nią do odpowiedniej instytucji. Jak przekonują autorzy Białej księgi polskich rzek (czyli eksperci pracujący dla pięciu organizacji pozarządowych, które ją opracowały: ClientEarth. Prawnicy dla Ziemi, Frank Bold, Greenmind, OTOP. BirdLife Polska, WWF Polska), wydanej w marcu 2023 r., nie istnieją mechanizmy – przewidywane prawem czy stosowane przez odpowiednie instytucje – które na bieżąco oceniałyby wpływ skumulowanego zrzutu ścieków o różnej zawartości chemicznej do tej samej rzeki. To oznacza, że trudno powiedzieć, co dokładnie składa się na zanieczyszczenia oraz skąd i w jakiej ilości wpływają one do Odry, Wisły, Warty czy innej polskiej rzeki. Wydając pozwolenie, nie bierze się pod uwagę stanu rzeki, ile jest w niej wody i jaka jest temperatura otoczenia.

Przedsiębiorstwo, jak stanowi prawo wodne, za wyrzucenie ścieków do rzeki musi zapłacić. Jeśli jednak zrzut strumienia substancji chemicznych nie zostanie za ściek uznany, nawet jeśli zanieczyszcza rzekę, opłata pobierana nie jest. Ten sam kodeks obliguje kopalnie do oczyszczania zasolonej wody – produktu ubocznego ich działalności, z którego powinny być usuwane sól oraz chlorki i siarczany. Tyle że zarządcy kopalń, jak znowu sprawdzili autorzy Białej księgi…, nie mają motywacji do podejmowania takich działań, bo pozbawione opłat limity dla usuwania tych związków są na tyle wysokie, że w „praktyce wręcz nieskończone”. Same opłaty z kolei na tyle niskie, że nie dopingują do oczyszczania zasolonych wodnych odpadów.

Wracając do złotej algi, która miała być kulą włożoną do pistoletu. Bronią był niekontrolowany zrzut kopalnianej solanki, wzbogacony przeciekami nawozów sztucznych z pól i ściekami komunalnymi. Prawdopodobnie ani większy, ani mniejszy niż o innych porach roku, ale poziom wody w Odrze, obniżony bezśnieżną zimą i upałami trwającymi od czerwca, zrobił z rzeki mieszankę chemicznych substancji o stężeniu sprzyjającym pojawieniu się mikroglonów, które do życia potrzebują zasolenia porównywalnego z występującym w Bałtyku. Biorąc pod uwagę, kto produkuje zanieczyszczenia i nie kontroluje wielkości ich zrzutów do rzek, tym, który pociągnął za cyngiel, był twórca antropocenu – człowiek.

A może ogród deszczowy?

– W lipcu 1997 r., kiedy wielka woda zalewała Wrocław, budowałem wał w poprzek ul. Kołłątaja. Sypaliśmy piasek do worków zabranych z naszej fundacji, układając jeden na drugim, niemal bez szczelin, aż powstał mur. Woda opłynęła nasz wał po bokach. Przy jednym z lokalnych przedsiębiorstw woda wybiła szambo, bo pracownicy zablokowali jej wejście, obkładając workami z piaskiem potężną bramę wejściową. Nikt nie był przygotowany do takiego starcia, więc reagowaliśmy standardowo: płynie wielka woda, więc trzeba stawiać jej zaporę, żeby zalała jak najmniej. To błąd – nie sposób zbudować w kilka godzin czy nawet dni tak wysokich czy grubych wałów, które zdołałyby powstrzymać wodę powodziową. Kiedy się pojawia, należy się spakować, a potem, zabierając najbliższych i zwierzęta, przenieść się w bezpieczne miejsce. Woda musi się rozlać. Nawet Rynek we Wrocławiu i Ostrów Tumski udało się ocalić dlatego przede wszystkim, że są położone kilka metrów wyżej od reszty Śródmieścia.

W czasie tamtej powodzi i ćwierć wieku później nie zawiedli jednak ludzie. W 1997 r. pracowali przy pomocy zagrożonym i ewakuacji. W 2022 r. o ławicach śniętych ryb zaalarmowali świat wędkarze, a wyciągali je z trzcin żyjący przy rzece ludzie. Dlatego wierzę w ludzi i ich pytałbym o zdanie, co chcą zrobić ze swoją rzeką.

Dziesięć lat temu, gdy zakładałem ze znajomymi Alarm Smogowy we Wrocławiu – zainspirowany do tego aktywistami z Krakowa – znajomy rowerzysta od lat walczący o ścieżki rowerowe w mieście, który na pewno zdawał sobie sprawę, jak szkodliwe są zanieczyszczenia, powiedział bez ogródek: „Powietrze? Kto się przejmie tym, czego nie widać?”. Dzisiaj, kiedy w każdym smartfonie może być aplikacja do pobierania danych o jakości powietrza, nikt nie zadałby takiego pytania. Kto jednak interesuje się jakością wody w najbliższej rzece? Policzmy: mieszkańcy przybrzeżnych miejscowości, wędkarze, osoby, które biegają wzdłuż rzeki, korzystają z nadrzecznych tras rowerowych, biwakują i kajakują, przychodzą popływać. To jeszcze nie wszyscy, ale jest komu zadać kilka pytań: jaki macie pomysł na swoją rzekę? Chcecie mieć rzekę z wyregulowanym nabrzeżem i pogłębionym korytem, wyłożonym kamieniem, po której od czasu do czasu przepłynie barka? A może myślicie o nasadzeniach, które pozwoliłyby urządzić w rzecznej dolinie ogród deszczowy, zdolny zatrzymywać wodę, zabezpieczając jej zasoby na czas suszy?

Rozwiązań jest zawsze więcej niż jedno. Wystarczy zapytać ludzi.

Stopnie zniszczenia

Kryzys na rzece to nie tylko strach wywołany bliskim sąsiedztwem żywiołu, który może w kilkanaście minut zalać dorobek życia albo zmienić się w trującą strugę. To…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Nowa sztuka miłości