Patusy darły japę. Pewnie znowu przemyciły wódkę i zaćpały. Znowu jakoś nas przechytrzyły. Rzadko im się to udawało, bo przemyt musiał przejść przez naszą dyżurkę, a my mieliśmy rozkazy. Trwała przecież zaraza.
Zostaliśmy oddelegowani z jednostki. Ja, Zygi i Waga. Studenci trzeciego roku szkoły oficerskiej. Przyszli dowódcy wojen. Ale zamiast na misji tkwiliśmy tu, całą dobę z przerwami na dwie doby w koszarach. I tak przez miesiąc. Pilnowaliśmy potencjałów na dyżurce innego świata. Cholernie stresujące. Jak podwyższona temperatura ciała i brak oddechu, które były oznakami zarażenia.
Inny świat miał dziesięć pięter i jakieś dwieście pokoi. Na cztery pokoje była jedna łazienka. Akademik wyczyszczony ze studentów na czas zarazy. Teraz mieścił tych wszystkich, co właśnie wrócili z zagranicy i musieli przejść dwutygodniową kwarantannę. Mogli przecież mieć styczność z wirusem. Z zarażonymi. Albo sami byli zarażeni, a nie było ich stać na wynajęcie mieszkania. Albo w domu brakowało miejsca. Albo w domu ich nie chciano.
Na dziesięć pięter innego świata liczba zakwaterowanych potencjałów wynosiła około stu osób. Jedni wychodzili, inni przychodzili. Potencjałów, bo czekali na przebudzenie wirusa, który niszczył płuca i kradł oddech na śmierć. Potencjalne ofiary zarazy. Większość z nich zwykli ludzie. Choćby babcie. Cichutkie i milutkie, pewnie dlatego że trochę przestraszone. Przypominały dzieci, które zgubiły rodziców, ale boją się ich wołać, by nie przywabić jakiegoś tajemniczego, niewidzialnego zła. Jak ta babcia z kotkiem.
Twierdziła, że przyjechała z Ameryki, nie stać jej było na wynajęcie kawalerki, a rodzina, która miała ją odebrać na lotnisku, nie przyjechała i nie odpowiadała na telefony. Babcia nie znała adresu zamieszkania rodziny, dlatego zaraz po wylądowaniu sanepid skierował ją do naszego wieżowca. Zaczęła płakać, gdy powiedzieliśmy, że według procedury na czas kwarantanny każde zwierzę domowe należy oddać do schroniska. Przez ten płacz zlitowaliśmy się i zakwaterowaliśmy ją z kotem. Nawet pomogliśmy kupić przez internet kuwetę i paczkę żwirku. Gdy po odbyciu kwarantanny wychodziła od nas, dziękowała ze łzami w oczach, że taka dobra z nas młodzież. Jej rodzina znowu się nie pojawiła. Może w ogóle nie było żadnej rodziny.
Albo ten Hiszpan, bardzo nerwowy. W sumie nie ma co się dziwić. Mógł czuć się samotny. Sytuacja nienormalna, ledwo gadał po angielsku, a nikt wokół po hiszpańsku. Gdy wychodził, tak się spieszył, że wszedł w szklane drzwi wyjściowe i głową zaliczył zderzenie. Nie zdążyliśmy odblokować na czas. Drzwi otwierały się tylko wtedy, gdy któryś z nas naciskał przycisk zwalniający elektryczną blokadę.
Był też lekarz. Spędził u nas trzy dni, bo od razu zrobili mu wymaz i tylko czekał na wyniki. Powiedział nam, że nie ma o czym mówić, ale zaraza się rozpędza. Już brakuje łóżek w szpitalach, a będzie tylko gorzej. Ludzie zaczną umierać w domach, na ulicach. Nie chcieliśmy o tym myśleć, skupieni na dyżurowaniu w innym świecie. Mieliśmy dużo roboty przy zwykłych, przestraszonych potencjałach, a jeszcze więcej przy bezdomnych, psychicznych, no i patusach.
Wpierw musieliśmy opanować chaos w papierach. Przejęliśmy dyżurkę po cywilach z Wojsk Obrony Terytorialnej, którzy nic nie potrafili, w niczym się nie orientowali. Drogę do kibla gubili. Na dyżurce przetrwali kilka dni. Nie ogarnęli sytuacji innego świata.
Szybko zrozumieliśmy dlaczego. Trudno opanować procedury, których nikt nie znał. Ani dowódca za bardzo nie wiedział, o co chodziło, ani centrum zarządzania kryzysowego, do którego kazał nam dzwonić, ani tych dwóch policjantów, którzy zamykali się w radiowozie, by z odległości trzydziestu metrów przyglądać się, kto wchodzi do wieżowca i kto z niego wychodzi.
Każdego przyjmowaliśmy obowiązkowo w mundurach, maseczkach i rękawiczkach. Każdego pryskaliśmy rozpylaczami środka dezynfekującego, aż śmierdziało gorzelnią. Każdemu przystawialiśmy do czoła elektroniczny termometr, który miał zdemaskować podwyższoną temperaturę ciała. Każdego sprawdzaliśmy telefonem do sanepidu. Jeśli potencjał był zgłoszony w sanepidzie, a u nas nie miał gorączki, meldowaliśmy go w innym świecie, przydzielaliśmy pokój i wydawaliśmy klucz. Podczas tych czynności instruowaliśmy o panujących tu zasadach.
Oczywiście patusy nie przestrzegały zasad. Upychaliśmy ich na jednym piętrze, dziewiątym, jak najdalej od dyżurki. Dodatkowo oddzielaliśmy od pozostałych mieszkańców pustym, niezamieszkanym piętrem ósmym. Wszystko po to, by nie chciało im się zjeżdżać na dół. Bo gdy tylko pojawiali się przed dyżurką, to zawsze z pretensjami. Z gadką, że chcą wyjść na zewnątrz, a my trzymamy ich w zamknięciu. Albo z żądaniem zwrotu skonfiskowanej wódki.
– Oddamy po skończonej kwarantannie – powtarzałem jak mantrę.
Czym wkurwiałem ich, że chuj. Byliśmy dla nich młodymi gnojkami, którzy w dodatku zabraniają najebki. Szczęśliwie los i geny obdarzyły mnie porządnym wzrostem. Jako największy z naszej trójki wzbudzałem u patusów jako taki respekt. Byłem wystarczająco wysoki, by patrzeć na nich z góry, podczas gdy oni musieli zadzierać głowy. No i mundur. To, że byliśmy żołnierzami, też narzucało szacunek. Zapewniało nam przewagę.
Ale i tak zbyt często dochodziło do awantur. Szczególnie gdy patusom jakoś udało się zdobyć wódkę i coś do ćpania. Wtedy darli japy. Zamiast siedzieć w swoich pokojach, chodzili po korytarzach. Wrzaski roznosiły się po wszystkich piętrach, aż w końcu docierały do dyżurki.
– Zeszli niżej – mówił wtedy Zygi, który nie odrywał się od monitorów.
Zaraza nadmiernie go stresowała. Był przekonany, że w powietrzu pływają zarazki wirusa. Nie zdejmował maseczki nawet w kiblu, gdy zostawał sam na sam ze sobą.
– Znowu coś kombinują – komentował każde poruszenie patusów.
– Ważne, żeby nie przeszkadzali babciom. – Waga ziewał.
Waga często ziewał. Ze zmęczenia, nudów, nieustającej potrzeby snu. Wykorzystywał każdą chwilę, by się zdrzemnąć. Na pierwszym roku oficerki nikt nie wierzył, że wytrzyma. Grubasy zawsze sprawiają wrażenie mięczaków. Ale Waga szybko zbił wagę i nie dał się złamać. Nie zniechęciła go nawet dwumiesięczna opieka nad kłębkiem kurzu. Powierzył mu ją sierżant, którego zawodowa dewiza brzmiała:
– Sranie do waszych mózgów, aż się wam powylewa jak z kanalizy! A wtedy docenicie, że każdy rozkaz ma swój sens, choćby dlatego że jest rozkazem!
Rozkaz brzmiał: „Nadać kłębkowi imię, bo co nazwane, zostaje ożywione”. Taka odpowiedzialność dość mocno Wagę zestresowała, ale na stres zawsze pomagał mu sen. Przespał się i kłopot się rozwiązał.
– Kłębek! – wykrzyknął po przebudzeniu. – Kłębek kurzu będzie nazywał się Kłębek!
Prościej nie można. Rzecz jasna na nadaniu imienia obowiązki Wagi się nie kończyły. Musiał skombinować dla Kłębka smycz i chodzić z nim na spacery. Musiał też sprzątać po nim, gdy zeszczał się albo zesrał, jak z lubością podkreślał sierżant. I choć Kłębek nie zeszczał się ani razu, a tym bardziej nie zesrał, bo przecież był tylko kłębkiem kurzu, to Waga i tak musiał po nim sprzątać. Co drugi dzień meldował, czy Kłębek nie choruje, a że zdaniem sierżanta ciągle chorował, to Waga musiał szukać po kątach dodatkowych kłębków kurzu i dodawać je do kłębka podstawowego, tak by ten rósł. A po dwóch miesiącach opieki musiał spuścić Kłębka w kiblu i okazać szczery smutek, nieudawany, co Waga mistrzowsko wykonał, roniąc kilka kropel łez. Oczywiście dostał wtedy od sierżanta opierdol, że się mazgai, co nie przystoi żołnierzowi.
Takie to było pierwsze zadanie Wagi. Wspomagane równie absurdalnymi zadaniami. Miały go złamać, jednak nie złamały. Waga nie zrezygnował z akademii, dotrwał do trzeciego roku, no i tego chujowego momentu. Pilnowania potencjałów na dyżurce innego świata. Zamiast szykowania się na misję czy wojnę.
Dzień na dyżurce był lepszy od nocy. Działo się więcej spraw, nad którymi mieliśmy jako taką kontrolę. Noc była gorsza. Bo choć w dyżurce mieliśmy rozkładane łóżka, trudno było wyrwać czas na sen. W nocy patusy dostawały podwójnej energii. Sytuacja sprzyjała samowolce. Co prawda nie zaczepiały innych i jeśli były jakieś tarcia, to wśród swoich, szczególnie gdy za mocno sobie pochlały, ale wrzaski sprawiały, że ludzie zamykali się w swoich pokojach. Dlatego gdy na kwarantannę zgłaszały się kolejne potencjały, zawsze im proponowałem wynajęcie stancji, kawalerki czy mieszkania.
– W kawalerce kwarantanna będzie trwała tylko dwa tygodnie, a tu aż dwa tygodnie – raz wyjaśniałem ojcu, który przyszedł z nastoletnim synem.
– Ale sanepid kazał nam zgłosić się tutaj.
– To żaden problem. Znajdziemy stancję, a ja zgłoszę sanepidowi aktualny adres waszego pobytu.
Niektórzy korzystali z rady. Wtedy wyszukiwałem w necie adresy stancji. Wynajęcie na dwa tygodnie kosztowało około pięciu stów od osoby. Niektórzy jednak chcieli przyoszczędzić. U nas kwarantanna była za darmo. Zdarzało się, że wytrzymywali te dwa tygodnie, lecz wielu po dwóch, trzech dniach przyznawało mi rację i się wyprowadzali.
Bo nawet nie chodziło o przemoc, skoro istniała głównie wśród patusów, ale o te pijane wrzaski. Cała odpowiedzialność za ich zachowanie spadała na nas. Policja nie wchodziła do innego świata. Naczelnik zabronił. Obawiał się, że patrole pozbawią go ludzi. No bo wystarczyło, żeby policjant dostał lekkiej gorączki, a już trzeba byłoby go wysłać na kwarantannę. Jego i kolegę z patrolu, czyli dwóch. I nie byłoby tłumaczenia, że to zwykłe przeziębienie, skoro przed chwilą mieli kontakt z potencjałami. Zresztą policjanci wychodzili z założenia, że skoro na dyżurce garuje wojsko, automatycznie są zwolnieni z wszelkich obowiązków. Mogli sobie drzemać w radiowozie i imitować pilnowanie głównego wejścia z bezpiecznej odległości trzydziestu metrów.
Patusy szybko zorientowały się w policyjnej niewydolności. Gdy tylko sobie podpiły, wychylały się z okien i rzucały w stronę radiowozów gangsta rapem. A wtedy psy ruchały się z kurwami albo gorzej – kurwy ruchały psy. Psy były chujami, a chuje psami.
Policjanci udawali, że nie słyszą. Albo nie rozumieją. Kij z tym, co sobie myśleli. Chodziło o to, że pijany rap patusów zakłócał spokój pozostałym lokatorom. Wywoływał poczucie zagrożenia. Przez tę pieprzoną zarazę cały świat był podminowany i pozamykany w domach.
Ale inny świat był dla każdego z potencjałów obcym światem, cholernie niepodobnym do domu. Samotnie przesiadywali w akademickich pokojach z poczuciem, że są bombami z opóźnionym zapłonem. Czekali w zamknięciu przez czternaście dni na przebudzenie wirusa, który zacznie ich dusić. Czekaliśmy z nimi.
W trakcie naszego miesięcznego dyżuru utworzyły się trzy grupy patusów: cztero-, pięcio- i sześcioosobowa. Najważniejszą dowodził Pazur. Chudy, agresywny szczypior. Wykazywał się największym sprytem. Zawsze miał alkohol i coś do ćpania, co wskazywało, że musiał mieć kontakt ze światem zewnętrznym. To on sterował cenami. On zbierał zamówienia na towar. Z czasem odkryliśmy, w jaki sposób wymykał się z innego świata.
Na każdym korytarzu i w klatkach schodowych były zamontowane niewielkie kamery. Umożliwiały podgląd na życie. Migające jarzeniówki oświetlały puste korytarze o gołych ścianach. W sztucznym świetle błyszczała oliwkowa farba olejna, którą były do połowy pomalowane ściany. Czasami ktoś przeszedł do kuchni lub z pokoju do pokoju – niemo, bezszelestnie, bo w kamerach obraz milczał.
– Jak w horrorze. – Zygi oblizywał wargi, wyczekując zdarzenia.
To jego wypatrywanie wszelkiego ruchu było irytujące, ale dzięki temu którejś nocy zdemaskował tunel przesyłowy. Nad jednym z dwóch wyjść awaryjnych znajdował się daszek. Pazur wychodził przez okno i zeskakiwał na daszek, a z daszka na chodnik. A że wyjście znajdowało się na tyłach, których policja nie obserwowała, to wymykał się do miasta niezauważony. Zanim jednak Zygi poinformował o tym policję, Pazur tej samej nocy zachlał na mieście i zamiast z powrotem wdrapać się po daszku przez okno, pijany jak bela zadzwonił nad ranem do dyżurki. W plecaku pobrzękiwały butelki wódki, które miał sprzedać po zawyżonej cenie, oraz kilkanaście pakietów mocnego zioła i kolorowych dopalaczy. Oczywiście skonfiskowaliśmy.
Policja przysłała jeszcze jeden radiowóz. Odtąd obserwowała też wyjście awaryjne. A kilka godzin od zdemaskowania Pazura Zygi wypatrzył na monitorze obraz z jednej kuchni. Patusy spuszczały Pazurowi porządny wpierdol. Tak skończyło się jego dowództwo. Widocznie nie były w stanie wybaczyć mu, że spalił tunel przesyłowy.
Zdobywaliśmy doświadczenie. Coraz łatwiej przychodziło nam przechwycić przemyt wódki. Zorientowaliśmy się, że w proceder zostali wtajemniczeni taksówkarze, którzy przywozili dodatkowe jedzenie i napoje.
Czego to oni nie wymyślali. Wkładali wódkę do kartonów z pizzą. Raz w takim kartonie zamiast pizzy były cztery flaszki. Zygi wyczuł w rękach i otworzył. Albo numer z sokami w kartonach. Odrywali korek, wlewali wódkę i zaklejali korek kropelką. Innym razem próbowali przemycić zgrzewkę wody – w jednej butelce zamiast wody było półtora litra wódki. Zygi rozpoznawał to po naruszonej nakrętce. Odkręcił, powąchał i wydało się. Był najlepszy w wyłapywaniu przemytu. Gdy patusy zgłaszały się do dyżurki po odbiór dostawy, otrzymywały ją pozbawioną alkoholu.
– Panowie – Zygi rozkładał ręce – ktoś was próbował otruć. Pewnie taksówkarz. Dlatego dla waszego zdrowia przetrzymamy truciznę do końca kwarantanny. Przy wyjściu oddamy. Na zewnątrz odpowiadacie już tylko za siebie.
Nie zabieraliśmy wódki w depozyt ze złośliwości ani by czerpać satysfakcję z tego, że mieliśmy władzę. Tu chodziło o odpowiedzialność i spokój. Gdy tylko patusy coś wypiły, natychmiast zaczynały się te wszystkie krzyki, przepychanki, mordobicia. Dlatego dla dobra innego świata konfiskatę mieliśmy przepracowaną. Raz jednak zmiękliśmy.
Któregoś wieczoru przyszedł do nas taki, co zwali go Gruby. Podczas rozmowy zwróciłem mu uwagę, by naciągnął maseczkę na nos, bo miał w zwyczaju opuszczać ją na brodę. Posłuchał, narzekając, że ma słabe serce i w maseczce się dusi, ale jak mus to mus, przecież to my tu rządzimy. Wyraźnie się podlizywał.
– Panowie, dajcie choć jedną butelkę – przeszedł do sprawy – kolega ma urodziny. – A gwarantuje pan spokój? – badał grunt Zygi.
– Na honor żołnierza! – Uderzył się w tłustą pierś.
– Tylko bez wycierania twarzy wojskiem – ostrzegłem.
– Nie śmiałbym! – zastrzegł się Gruby. – Też swoje w wojsku spędziłem. Wiadomo, nie to co panowie, bo wy na zawsze, a ja tylko dwa lata, ale wiem, co to honor żołnierza. To jak, dacie flaszkę na urodziny?
Daliśmy mu jedną z czterech, które tego dnia zarekwirowaliśmy. Ale nie minęło pół godziny, a Gruby pojawił się z prośbą o drugą butelkę.
– Spójrzcie na mnie! – Wskazał dłońmi na swój brzuch. – Nawet jeśli sam wypiję pół litra, to nie poczuję, a tę jedną rozpiliśmy na trzech. To naprawdę za mało, żeby choć trochę poczuć.
Dla spokoju daliśmy mu drugą półlitrówkę. Po godzinie przyszedł po trzecią. Już lekko seplenił i zaczął się za bardzo spoufalać.
– No chłopaki, to jak, trzecia flaszeczka? Pół litra na łeb to w sam raz. Nie dajcie się prosić.
Odmówiliśmy. Wtedy zaczął krzyczeć, że wódka to jego własność i nie możemy mu jej zabraniać. Próbował przepchnąć się do dyżurki. Trochę się z nim szarpaliśmy, a gdy postraszyliśmy policją, powiedział, żebyśmy spierdalali.
– I tak wychodzę za trzy dni, to wtedy chuja mi zabronicie! – odgrażał się ze schodów. Wrócił do swojego pokoju.
– Grubas bardziej się boi glin niż nas – westchnął Waga.
– Niepotrzebnie daliśmy mu te dwie flaszki. Więcej tego nie róbmy – postanowiłem.
Nie tylko z pijakami były problemy. Ćpunom też odbijało. Jak Małemu, który zaczął się awanturować, że złamał nogę, a my na siłę trzymamy go w zamknięciu. Mieliśmy go natychmiast wypuścić, bo mu kostka napuchła, dostanie gangreny i umrze. Namówił czterech innych, którzy stanęli przed dyżurką i zaczęli wyzywać nas od jebanych sadystów. Policja nie chciała przyjść, bo bała się zarażenia. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Nie mieliśmy wyjścia, wezwaliśmy karetkę.
Ratownik był ubrany w kombinezon ochronny, maskę przypominającą kaptur spawalniczy i rękawice, które na nadgarstkach owinął taśmą klejącą, by łączyły się z rękawami. Obejrzał nogę Małego.
– Lekkie skręcenie. Nic wielkiego. – Spojrzał na nas przez szkła maski. – I wzywacie po taką pierdołę? Nie widzicie, że dokoła ludzie padają jak muchy?
– No, bez przesady, to jednak skręcenie, trochę boli – stawiał się ćpunek.
– Trochę? – Sanitariusz był wściekły. – Naprawdę myślisz, że nie mam co robić, tylko macać twoją śmierdzącą stopę?! Jestem od trzydziestu godzin na nogach, zamiast ludzi zbieram trupy, a ty po pijaku zabawiasz się w baletnicę. – Zwrócił się do nas: – Następnym razem dzwońcie tylko w przypadku, gdy komuś oderwie nogę albo zacznie się dusić.
Podpisał, że przyjechał na interwencję, a ćpunek się uspokoił. Tym bardziej że odwiedziła go matka, by przynieść mu dodatkowe jedzenie. Miła i grzeczna.
– Dziękuję, przepraszam – cichutko powtarzała, gdy tylko nadarzyła się okazja.
Ale gdy wyszła na zewnątrz, przystanęła, zadarła głowę i zaczęła wrzeszczeć w stronę okna pokoju, który przydzieliliśmy jej ćpunkowi. Narzekała, że zmarnował jej życie i jest skończonym skurwielem, żeby tak matkę na wstyd narażać. Mały wychylił się przez okno i krzyknął:
– Matka, co się tak pieklisz?
– Bo już sił mi brakuje.
– To się połóż i odpocznij.
– Nie da się przy takim synu.
– A wiesz dlaczego, matka?
– Takiś mądry, to powiedz.
– Bo mnie kochasz!
I Mały posłał jej całusa, zdmuchniętego z otwartej ręki. Na drugi dzień matka przyniosła synkowi kolejny prowiant. I papierosy.
Byli też psychiczni. Choćby Karolek. Patusy ukradły mu leki, żeby zaćpać, a on zaczął jęczeć, że bez nich nie wytrzyma kwarantanny. Nie kłamał. Piątego dnia izolacji pojawił się przed dyżurką mokry i przepasany tylko ręcznikiem. Szczękając zębami, zaczął chaotyczną opowieść o tym, że jego brata wciągnął prysznic, bo z prysznica leci żółta woda.
– Dlaczego żółta? – spytał niewinnie Waga.
– Bo brata przemieliło i wydaliło – ciężko sapał Karolek. W kącikach ust zebrały mu się pęcherzyki śliny.
– Przecież tu nie ma twojego brata. – Waga próbował zrozumieć.
– Bo wypłynął przez odpływ do piwnicy – bełkotał Karolek i nagle doznał olśnienia. – Musimy szukać w piwnicy. Brat musi być w piwnicy!
– No i gadaj z takim – Waga się poddał.
Zygi miał jakieś leki uspokajające. Łykał codziennie jedną tabletkę, co i tak mu nie przynosiło snu, ale przynajmniej nie panikował, że w każdej chwili może zacząć się dusić. Dał Karolkowi trzy takie pigułki. Pomogło. Wrócił do swojego pokoju i usnął. Więcej już nie sprawia kłopotów. Czasami mówił o swoim życiu bezdomnego, że niby ciągłe wakacje, ale trzeba każdego dnia znajdować sobie cel do zrealizowania, by nie chwyciło rozleniwienie, które mogło podważyć sens życia. Na przykład Karolek kombinował, jak nie zmarznąć albo jak skręcić coś do picia, nie dać się pobić czy znaleźć dobry nocleg. Gdy skończył kwarantannę, dzień po opuszczeniu innego świata zadzwonił na dyżurkę, że chce wrócić.
– Dajecie bardzo, bardzo dobre jedzenie – argumentował.
– Nie możemy – tłumaczyłem cierpliwie. – Obowiązują nas procedury.
– Procedury? No to przejdę granicę i znowu będę musiał iść na kwarantannę, a wy będziecie musieli mnie przyjąć.
Sprytne, jednak nie mogłem przecież Karolkowi tego powiedzieć. Zresztą nie pojawił się już więcej. Przynajmniej do końca naszego dyżuru. Może dlatego że zrobiło się trochę cieplej i zapach wiosny uczynił z nocowania pod gołym niebem naturalną ładowarkę ożywczego tlenu – czegoś, czego każdy z nas bardzo potrzebował.
Przykuci do tego miejsca, marzyliśmy o ucieczce. Z tego innego świata do jeszcze innego. Do świata bez zarazy. Czasami się udawało. Nad wejściem do windy ktoś wypisał markerem słowo: „Portal”. Przyjęło się.
– No to przesyłamy portalem – mówiliśmy, gdy dostarczaliśmy potencjałom jedzenie.
Żywność była szczelnie zapakowana w przezroczyste foliowe worki. Pomagaliśmy wyładowywać je z samochodów dostawczych, a później wysyłaliśmy w górę. Trzy razy dziennie. Śniadanie, obiad, kolacja. Godziny: 9, 14, 18. Pościel zapakowaną w worki foliowe też przewoziliśmy portalami. Mieszkańcy innego świata odbierali paczki na swoich piętrach. Przez kamery było widać, że nie przestrzegali kwarantanny. Nie mieli rękawiczek ani maseczek.
Portale pracowały. Potencjalni jedli. Mieliśmy chwilę spokoju. Jedliśmy to samo, co przychodziło dla izolowanych, ale czasami zamawialiśmy pizzę. Gdy jedna z pizzerii stwierdziła, że żołnierzom na służbie daje pięćdziesięcioprocentową zniżkę, Waga zaczął kupować w niej dwie pizze dziennie.
Podczas jedzenia łatwiej wyobrazić sobie dom. Ciepło w żołądku przenosiło portalem w czasie i przestrzeni. Jak ten moment, który następuje tuż przed zapadnięciem w sen. Portal Wagi przenosił go na rodzinną wieś. Do tych wszystkich drzew, pól i jasnego nieba. Do ptaków, ciszy, przestrzeni czystego powietrza. Wreszcie do słodkiej drzemki, którą uwielbiał wykroić sobie z tortu dynamicznej jawy.
Zygi portalem uciekał w wojenne misje, gdzie można było napierdalać w prawdziwego, ludzkiego wroga, a nie strzelać środkami dezynfekującymi i kryć się pod maseczką przed obcą cywilizacją, jak zwykł mawiać o wirusie.
Ja przenosiłem się do Miłki, która od kilku miesięcy była moim domem. Kumple zazdrościli mi jej już nawet nie dlatego, że była piękną, długowłosą brunetką, ale dlatego, że w ogóle była. I mieszkała w tym samym mieście, w którym razem studiowaliśmy. A gdy dostawałem przepustkę, szedłem z nią na randkę i spaliśmy w jednym łóżku. Większość chłopaków z akademii na przepustce umawiała się na wspólne picie na mieście i wspólnie wracali do koszar, bo nie mieli gdzie nocować. A ja nocowałem z Miłką. Przytulony do niej. Zakochany po uszy. W świecie bez zarazy.