Subskrybuj
Prozaik, scenarzysta komiksowy, animator kultury. Ostatnio opublikował Kronikę umarłych (2010) i Pusty przelot (2021). Razem z rysownikiem Wojciechem Stefańcem tworzy komiksową tetralogię Bardo. Wielokrotnie nagradzany, dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike.

Dyżurka innego świata

Definicja dla dziecka. Inny świat to wycinek świata, którym żyjemy na co dzień. Część całości. Część może być podobna do całości. Może też być całkiem od całości odmienna.

Patusy darły japę. Pewnie znowu przemyciły wódkę i zaćpały. Znowu jakoś nas przechytrzyły. Rzadko im się to udawało, bo przemyt musiał przejść przez naszą dyżurkę, a my mieliśmy rozkazy. Trwała przecież zaraza. Zostaliśmy oddelegowani z jednostki. Ja, Zygi i Waga. Studenci trzeciego roku szkoły oficerskiej. Przyszli dowódcy wojen. Ale zamiast na misji tkwiliśmy tu, całą dobę z przerwami na dwie doby w koszarach. I tak przez miesiąc. Pilnowaliśmy potencjałów na dyżurce innego świata. Cholernie stresujące. Jak podwyższona temperatura ciała i brak oddechu, które były oznakami zarażenia. Inny świat miał dziesięć pięter i jakieś dwieście pokoi. Na cztery pokoje była jedna łazienka. Akademik wyczyszczony ze studentów na czas zarazy. Teraz mieścił tych wszystkich, co właśnie wrócili z zagranicy i musieli przejść dwutygodniową kwarantannę. Mogli przecież mieć styczność z wirusem. Z zarażonymi. Albo sami byli zarażeni, a nie było ich stać na wynajęcie mieszkania. Albo w domu brakowało miejsca. Albo w domu ich nie chciano. Na dziesięć pięter innego świata liczba zakwaterowanych potencjałów wynosiła około stu osób. Jedni wychodzili, inni przychodzili. Potencjałów, bo czekali na przebudzenie wirusa, który niszczył płuca i kradł oddech na śmierć. Potencjalne ofiary zarazy. Większość z nich zwykli ludzie. Choćby babcie. Cichutkie i milutkie, pewnie dlatego że trochę przestraszone. Przypominały dzieci, które zgubiły rodziców, ale boją się ich wołać, by nie przywabić jakiegoś tajemniczego, niewidzialnego zła. Jak ta babcia z kotkiem. Twierdziła, że przyjechała z Ameryki, nie stać jej było na wynajęcie kawalerki, a rodzina, która miała ją odebrać na lotnisku, nie przyjechała i nie odpowiadała na telefony. Babcia nie znała adresu zamieszkania rodziny, dlatego zaraz po wylądowaniu sanepid skierował ją do naszego wieżowca. Zaczęła płakać, gdy powiedzieliśmy, że według procedury na czas kwarantanny każde zwierzę domowe należy oddać do schroniska. Przez ten płacz zlitowaliśmy się i zakwaterowaliśmy ją z kotem. Nawet pomogliśmy kupić przez internet kuwetę i paczkę żwirku. Gdy po odbyciu kwarantanny wychodziła od nas, dziękowała ze łzami w oczach, że taka dobra z nas młodzież. Jej rodzina znowu się nie pojawiła. Może w ogóle nie było żadnej rodziny. Albo ten Hiszpan, bardzo nerwowy. W sumie nie ma co się dziwić. Mógł czuć się samotny. Sytuacja nienormalna, ledwo gadał po angielsku, a nikt wokół po hiszpańsku. Gdy wychodził, tak się spieszył, że wszedł w szklane drzwi wyjściowe i głową zaliczył zderzenie. Nie zdążyliśmy odblokować na czas. Drzwi otwierały się tylko wtedy, gdy któryś z nas naciskał przycisk zwalniający elektryczną blokadę. Był też lekarz. Spędził u nas trzy dni, bo od razu zrobili mu wymaz i tylko czekał na wyniki. Powiedział nam, że nie ma o czym mówić, ale zaraza się rozpędza. Już brakuje łóżek w szpitalach, a będzie tylko gorzej. Ludzie zaczną umierać w domach, na ulicach. Nie chcieliśmy o tym myśleć, skupieni na dyżurowaniu w innym świecie. Mieliśmy dużo roboty przy zwykłych, przestraszonych potencjałach, a jeszcze więcej przy bezdomnych, psychicznych, no i patusach. Wpierw musieliśmy opanować chaos w papierach. Przejęliśmy dyżurkę po cywilach z Wojsk Obrony Terytorialnej, którzy nic nie potrafili, w niczym się nie orientowali. Drogę do kibla gubili. Na dyżurce przetrwali kilka dni. Nie ogarnęli sytuacji innego świata. Szybko zrozumieliśmy dlaczego. Trudno opanować procedury, których nikt nie znał. Ani dowódca za bardzo nie wiedział, o co chodziło, ani centrum zarządzania kryzysowego, do którego kazał nam dzwonić, ani tych dwóch policjantów, którzy zamykali się w radiowozie, by z odległości trzydziestu metrów przyglądać się, kto wchodzi do wieżowca i kto z niego wychodzi. Każdego przyjmowaliśmy obowiązkowo w mundurach, maseczkach i rękawiczkach. Każdego pryskaliśmy rozpylaczami środka dezynfekującego, aż śmierdziało gorzelnią. Każdemu przystawialiśmy do czoła elektroniczny termometr, który miał zdemaskować podwyższoną temperaturę ciała. Każdego sprawdzaliśmy telefonem do sanepidu. Jeśli potencjał był zgłoszony w sanepidzie, a u nas nie miał gorączki, meldowaliśmy go w innym świecie, przydzielaliśmy pokój i wydawaliśmy klucz. Podczas tych czynności instruowaliśmy o panujących tu zasadach. Oczywiście patusy nie przestrzegały zasad. Upychaliśmy ich na jednym piętrze, dziewiątym, jak najdalej od dyżurki. Dodatkowo oddzielaliśmy od pozostałych mieszkańców pustym, niezamieszkanym piętrem ósmym. Wszystko po to, by nie chciało im się zjeżdżać na dół. Bo gdy tylko pojawiali się przed dyżurką, to zawsze z pretensjami. Z gadką, że chcą wyjść na zewnątrz, a my trzymamy ich w zamknięciu. Albo z żądaniem zwrotu skonfiskowanej wódki. – Oddamy po skończonej kwarantannie – powtarzałem jak mantrę. Czym wkurwiałem ich, że chuj. Byliśmy dla nich młodymi gnojkami, którzy w dodatku zabraniają najebki. Szczęśliwie los i geny obdarzyły mnie porządnym wzrostem. Jako największy z naszej trójki wzbudzałem u patusów jako taki respekt. Byłem wystarczająco wysoki, by patrzeć na nich z góry, podczas gdy oni musieli zadzierać głowy. No i mundur. To, że byliśmy żołnierzami, też narzucało szacunek. Zapewniało nam przewagę. Ale i tak zbyt często dochodziło do awantur. Szczególnie gdy patusom jakoś udało się zdobyć wódkę i coś do ćpania. Wtedy darli japy. Zamiast siedzieć w swoich pokojach, chodzili po korytarzach. Wrzaski roznosiły się po wszystkich piętrach, aż w końcu docierały do dyżurki. – Zeszli niżej – mówił wtedy Zygi, który nie odrywał się od monitorów. Zaraza nadmiernie go stresowała. Był przekonany, że w powietrzu pływają zarazki wirusa. Nie zdejmował maseczki nawet w kiblu, gdy zostawał sam na sam ze sobą. – Znowu coś kombinują – komentował każde poruszenie patusów. – Ważne, żeby nie przeszkadzali babciom. – Waga ziewał. Waga często ziewał. Ze zmęczenia, nudów, nieustającej potrzeby snu. Wykorzystywał każdą chwilę, by się zdrzemnąć. Na pierwszym roku oficerki nikt nie wierzył, że wytrzyma. Grubasy zawsze sprawiają wrażenie mięczaków. Ale Waga szybko zbił wagę i nie dał się złamać. Nie zniechęciła go nawet dwumiesięczna opieka nad kłębkiem kurzu. Powierzył mu ją sierżant, którego zawodowa dewiza brzmiała: – Sranie do waszych mózgów, aż się wam powylewa jak z kanalizy! A wtedy docenicie, że każdy rozkaz ma swój sens, choćby dlatego że jest rozkazem! Rozkaz brzmiał: „Nadać kłębkowi imię, bo co nazwane, zostaje ożywione”. Taka odpowiedzialność dość mocno Wagę zestresowała, ale na stres zawsze pomagał mu sen. Przespał się i kłopot się rozwiązał. – Kłębek! – wykrzyknął po przebudzeniu. – Kłębek kurzu będzie nazywał się Kłębek! Prościej nie można. Rzecz jasna na nadaniu imienia obowiązki Wagi się nie kończyły. Musiał skombinować dla Kłębka smycz i chodzić z nim na spacery. Musiał też sprzątać po nim, gdy zeszczał się albo zesrał, jak z lubością podkreślał sierżant. I choć Kłębek nie zeszczał się ani razu, a tym bardziej nie zesrał, bo przecież był tylko kłębkiem kurzu, to Waga i tak musiał po nim sprzątać. Co drugi dzień meldował, czy Kłębek nie choruje, a że zdaniem sierżanta ciągle chorował, to Waga musiał szukać po kątach dodatkowych kłębków kurzu i dodawać je do kłębka podstawowego, tak by ten rósł. A po dwóch miesiącach opieki musiał spuścić Kłębka w kiblu i okazać szczery smutek, nieudawany, co Waga mistrzowsko wykonał, roniąc kilka kropel łez. Oczywiście dostał wtedy od sierżanta opierdol, że się mazgai, co nie przystoi żołnierzowi. Takie to było pierwsze zadanie Wagi. Wspomagane równie absurdalnymi zadaniami. Miały go złamać, jednak nie złamały. Waga nie zrezygnował z akademii, dotrwał do trzeciego roku, no i tego chujowego momentu. Pilnowania potencjałów na dyżurce innego świata. Zamiast szykowania się na misję czy wojnę. Dzień na dyżurce był lepszy od nocy. Działo się więcej spraw, nad którymi mieliśmy jako taką kontrolę. Noc była gorsza. Bo choć w dyżurce mieliśmy rozkładane łóżka, trudno było wyrwać czas na sen. W nocy patusy dostawały podwójnej energii. Sytuacja sprzyjała samowolce. Co prawda nie zaczepiały innych i jeśli były jakieś tarcia, to wśród swoich, szczególnie gdy za mocno sobie pochlały, ale wrzaski sprawiały, że ludzie zamykali się w swoich pokojach. Dlatego gdy na kwarantannę zgłaszały się kolejne potencjały, zawsze im proponowałem wynajęcie stancji, kawalerki czy mieszkania. – W kawalerce kwarantanna będzie trwała tylko dwa tygodnie, a tu aż dwa tygodnie – raz wyjaśniałem ojcu, który przyszedł z nastoletnim synem. – Ale sanepid kazał nam zgłosić się tutaj. – To żaden problem. Znajdziemy stancję, a ja zgłoszę sanepidowi aktualny adres waszego pobytu. Niektórzy korzystali z rady. Wtedy wyszukiwałem w necie adresy stancji. Wynajęcie na dwa tygodnie kosztowało około pięciu stów od osoby. Niektórzy jednak chcieli przyoszczędzić. U nas kwarantanna była za darmo. Zdarzało się, że wytrzymywali te dwa tygodnie, lecz wielu po dwóch, trzech dniach przyznawało mi rację i się wyprowadzali. Bo nawet nie chodziło o przemoc, skoro istniała głównie wśród patusów, ale o te pijane wrzaski. Cała odpowiedzialność za ich zachowanie spadała na nas. Policja nie wchodziła do innego świata. Naczelnik zabronił. Obawiał się, że patrole pozbawią go ludzi. No bo wystarczyło, żeby policjant dostał lekkiej gorączki, a już trzeba byłoby go wysłać na kwarantannę. Jego i kolegę z patrolu, czyli dwóch. I nie byłoby tłumaczenia, że to zwykłe przeziębienie, skoro przed chwilą mieli kontakt z potencjałami. Zresztą policjanci wychodzili z założenia, że skoro na dyżurce garuje wojsko, automatycznie są zwolnieni z wszelkich obowiązków. Mogli sobie drzemać w radiowozie i imitować pilnowanie głównego wejścia z bezpiecznej odległości trzydziestu metrów. Patusy szybko zorientowały się w policyjnej niewydolności. Gdy tylko sobie podpiły, wychylały się z okien i rzucały w stronę radiowozów gangsta rapem. A wtedy psy ruchały się z kurwami albo gorzej – kurwy ruchały psy. Psy były chujami, a chuje psami. Policjanci udawali, że nie słyszą. Albo nie rozumieją. Kij z tym, co sobie myśleli. Chodziło o to, że pijany rap patusów zakłócał spokój pozostałym lokatorom. Wywoływał poczucie zagrożenia. Przez tę pieprzoną zarazę cały świat był podminowany i pozamykany w domach. Ale inny świat był dla każdego z potencjałów obcym światem, cholernie niepodobnym do domu. Samotnie przesiadywali w akademickich pokojach z poczuciem, że są bombami z opóźnionym zapłonem. Czekali w zamknięciu przez czternaście dni na przebudzenie wirusa, który zacznie ich dusić. Czekaliśmy z nimi. W trakcie naszego miesięcznego dyżuru utworzyły się trzy grupy patusów: cztero-, pięcio- i sześcioosobowa. Najważniejszą dowodził Pazur. Chudy, agresywny szczypior. Wykazywał się największym sprytem. Zawsze miał alkohol i coś do ćpania, co wskazywało, że musiał mieć kontakt ze światem zewnętrznym. To on sterował cenami. On zbierał zamówienia na towar. Z czasem odkryliśmy, w jaki sposób wymykał się z innego świata. Na każdym korytarzu i w klatkach schodowych były zamontowane niewielkie kamery. Umożliwiały podgląd na życie. Migające jarzeniówki oświetlały puste korytarze o gołych…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Co z ciebie wyrośnie