Subskrybuj
Etniczni Ormianie uciekający z Górskiego Karabachu po przejęciu jego terytorium przez Azerbejdżan, 26 września 2023 r. fot. Stepan Poghosyan / Photolure / AP / East News
Etniczni Ormianie uciekający z Górskiego Karabachu po przejęciu jego terytorium przez Azerbejdżan, 26 września 2023 r. fot. Stepan Poghosyan / Photolure / AP / East News
Redaktorka, dziennikarka specjalizująca się w tematyce wschodniej i społecznej. Współautorka książek na temat Białorusi i Armenii

W krainie Arcach i Chankendi 

Ormianie uważają Górski Karabach za swoją świętą ziemię. Azerowie twierdzą, że żyli w Karabachu od stuleci i to ich ojczyzna. I na tym polega przekleństwo tych ziem.

Dekret o rozwiązaniu Górskiego Karabachu podpisał pod koniec września Samwel Szahramanian, prezydent samozwańczej republiki. Szahramanian nie miał wyboru: w obliczu azerbejdżańskiej ofensywy i blokady korytarza laczyńskiego (jedynej drogi łączącej parapaństwo z Armenią, nazywanej „drogą życia”) Karabach nie mógł dłużej się bronić. Parapaństwo bez wojsk, nowoczesnego sprzętu bojowego i międzynarodowych protektorów było sparaliżowane. Obecnie Armeńczycy oddają swoje bazy wojskowe i są rozbrajani przez Azerbejdżan. 1 stycznia 2024 r. wszystkie struktury samozwańczej republiki ulegną rozwiązaniu, Baku i Erywań – pod kuratelą Rosji – uzgadniają szczegóły tego procesu.

Przez ostatnie trzy dekady do Karabachu wjechać można było z terytorium Armenii (wystarczyła wiza kupiona w ambasadzie parapaństwa w Erywaniu). Kilkakrotnie do niego podróżowałam. Z azerbejdżańskim spojrzeniem na konflikt miałam możliwość zapoznać się jedynie w Baku, wysłuchując wspomnień emigrantów. Każde było przesycone bólem. Moi ormiańscy przyjaciele (wielu z nich walczyło w I wojnie karabaskiej przypadającej na lata 1988–1994) mówili o Karabachu z nutą patetyzmu. Stwierdzali: „Jeśli chcesz zobaczyć miejsce, w którym mieszka Pan Bóg, jedź do Górskiego Karabachu”. Zapewniali, że różni się ono od wszystkich górskich kurortów w Europie, a nawet Azji. Uważali je za mistyczne. Nie mylili się.

Tu się żyje prawdziwie

Podróż z Erywania do Karabachu to podróż do innego świata. Dystans nie jest duży, można by go pokonać w ok. 3 godz., gdyby droga nie prowadziła przez serpentyny, na których auto musi zwalniać. Miejscami szosa jest tak wąska, że samochód z trudem się na niej mieści, a autobusy ledwie wyrabiają na zakrętach. Wydaje się, że za chwilę ich tylne koła osuną się w przepaść. Z każdym przebytym kilometrem zmienia się krajobraz. W tyle pozostają żółtawe surowe pasma armeńskich gór, przybywa zieleni. Aż w końcu podróżny dociera do „czarnego ogrodu”, jak o Karabachu mówią Ormianie, bo drzewa rosną tu gęsto, nie pozwalając światłu przedostać się przez korony. Jest czarno od zieleni.

Ormianie nazywają Karabach Arcachem. Twierdzą, że jest kolebką ich cywilizacji. Podkreślają, że to chrześcijańska ziemia, i co rusz wskazują na ormiańskie klasztory, świątynie, cmentarze i chaczkary (tradycyjne ormiańskie krzyże). Uważają, że Karabach jest unikatowy. To samo usłyszymy od Azerów. Opowiadają o karabaskich meczetach, nagrobnych inskrypcjach wyrytych w języku azerbejdżańskim.

Wyjątkowość, a zarazem tragizm tego miejsca płynie więc z koegzystencji dwóch kultur: chrześcijańskiej i muzułmańskiej. Ormiańskiej i azerskiej. Bez niej Karabach nie byłby Karabachem.

Stolicą Górskiego Karabachu do niedawna był Stepanakert, poradzieckie miasto mocno okaleczone wojną. Podobnych na terytorium poradzieckim spotyka się wiele. Na podwórkach blokowisk suszy się pranie, w miejscowych sklepach jest kilka produktów na krzyż, a dzieci – jeszcze do niedawna – biegające znudzone z karabinami zrobionymi z patyka krzyczały, że jeśli przyjadą tu Azerbejdżanie, to będą do nich strzelać. Wiało marazmem.

Na przestrzeni lat Górski Karabach się zmieniał. Pojawiały się tajemnicze inwestycje i fanatycy oddani „armeńskiej sprawie”, czyli Armeńczycy z Erywania, którzy uważali, że ich narodowy duch jest właśnie tu. Do Karabachu ściągali malarze, poeci. Kimś takim był fotografik Areg Balayan, Po Karabachu jeździł ładą nivą, zawsze z aparatem, portretował mieszkańców parapaństwa podczas ich codziennych czynności. Uwieczniał dzieci unurzane w błocie, starców palących papierosy przed sklepem, kobiety wysiadujące na ławeczkach pod blokiem. Szczególnie lubił wykonywać portrety. Balayan częściowo wychował się w Karabachu. Jest synem jednego z działaczy ruchu karabaskiego – inteligencji, która w latach 80. XX w. najpierw walczyła piórem, pisząc, że Karabach musi „wrócić do macierzy”, czyli połączyć się z Armenią, i wychodziła na erywański plac przed operą, by krzyczeć: „Zjednoczenie! Zjednoczenie!”. W 1988 r. chwyciła za broń. Czas sprzyjał walce: Związek Radziecki pogrążył się w kryzysie, radzieckie wojska utknęły w Afganistanie, panowała stagnacja. Areg nauczył się słuchać „muzyki spadających bomb”, bo inny odgłos wydaje bomba, która wybuchnie gdzieś w oddali, a inny ta, która leci wprost na ciebie. Areg przekonywał mnie, że w Karabachu on i bohaterowie jego zdjęć odnaleźli szczęście. W Stepanakercie nie dostrzegał poradzieckiej beznadziei, braku perspektyw. Uważał, że w tym mieście (podobnie jak w całym parapaństwie) ludzie nikogo nie udają, żyją prawdziwiej.

Podobne poglądy do Arega głosił Aleksander Kanianjan, naukowiec, z wykształcenia politolog, z zamiłowania etnograf. Kanianjan – jako jeden z nielicznych przedstawicieli ormiańskiego narodu – włada językiem staroormiańskim. Do Karabachu przyjechał wiele lat temu. W przeciwieństwie do Arega osiedlił się w górach. Postanowił, że zamieszka w tradycyjnym kaukaskim domu z kamienia, który wzniesie własnymi rękami. To nie był jednak zwykły dom, każdemu, kto go odwiedził, zapierało dech w piersiach. Choć zachodni dyplomaci nie mogli wjeżdżać do Karabachu (stanowiłoby to złamanie międzynarodowego prawa), do Kanianjana przyjeżdżali wiedzeni chęcią zobaczenia jego biblioteki. Był to jeden z największych prywatnych armeńskich zbiorów książek, liczył wiele tysięcy tomów, wśród nich dużo starodruków. Kanianjan zbierał także artefakty ormiańskiej kultury.

Kiedy w 2020 r. w Karabachu rozpoczęła się II wojna karabaska (trwała 44 dni), do Karwaczarii, wioski Kanianjana, zbliżali się Azerbejdżanie. Aleksander wiedział, że tego konfliktu Armenia już nie wygra, nie chciał zostawiać swojego dobytku Azerom, poprosił przyjaciół z Erywania, by przyjechali pod jego dom z kilkoma ciężarówkami. Na paki trafiły najpierw książki, drogocenne dla Aleksandra kamienie, potem garnki, ubrania i różne przedmioty codziennego użytku. Naukowiec podjął decyzję o podpaleniu swojego domu, „by nikt obcy w nim nie zamieszkał”. Sam nie podłożył pod niego ognia, nie umiał, powiedział mi, że pękłoby mu serce. Wolał, by kto inny wydał na niego wyrok. Kiedy jego dom płonął, on był już w drodze do Erywania. Teraz Kanianjan mówi o sobie „uciekinier”. Zamieszkał w Erywaniu.

Szusza znaczy zwierciadło

 Obserwowałam Karabach przez kilka lat. Zmieniał się powoli. W Stepanakercie (podobno m.in. za baskijskie pieniądze) wybudowano luksusowy hotel. Gościłam w nim na konferencji, na której politycy z nieuznanych państw, m.in. Górskiego Karabachu, Naddniestrza, Kraju Basków, na co dzień niepodejmowani na salonach i niebrani pod uwagę w międzynarodowych gremiach decyzyjnych, spokojnie snuli wizję świetlanej przyszłości, w której ich parapaństwa zostają uznane za podmioty prawa międzynarodowego. Chyba jednak czuli, że okłamują samych siebie.

Gdyby podróż po Górskim Karabachu zakończyć na Stepanakercie, nie poczułoby się mistycyzmu, o którym mówił mój ormiański przyjaciel. Trzeba pojechać dalej, przede wszystkim do Szuszy, miasteczka położonego nad stolicą parapaństwa. O Szuszy Azerbejdżanie mówią, że jest kolebką ich kultury. Tu rodziła się azerbejdżańska muzyka i poezja. Według Azerbejdżan słowo „Szusza” oznacza zwierciadło, w dawnych wiekach powietrze miało być tu tak czyste, że wręcz przypominało lustro. Armeńczycy z kolei (na pewno na wyrost) uważają, że miasto ma ormiańską duszę. Szusza to eksplozja zieleni. Z miejscowej twierdzy rozciąga się widok na górskie pasma. Weterani I wojny karabaskiej zwykli mówić, że kto włada Szuszą, ten włada Karabachem. Ze wzniesienia Stepanakert widoczny jest jak na dłoni. Podczas I wojny karabaskiej lokowali się tu snajperzy, by prowadzić ostrzał. Mieszkańcy Stepanakertu przywykli do kul świstających w powietrzu. Po wielu miesiącach walk starali się żyć zwyczajnie: wyprawiać dzieci do szkoły, wychodzić do pracy (jeśli jeszcze ją mieli), odwiedzać rodzinę.

Swoją narodową tożsamość Ormianie ściśle wiążą z chrześcijaństwem. To w Armenii, w lochach Chor Wirapu, miano przez 15 lat więzić i torturować św. Grzegorza Oświeciciela, który odmówił złożenia ofiary pogańskim bogom. Za jego sprawą Armenia jako pierwszy kraj na świecie oficjalnie przyjęła religię chrześcijańską, a św. Grzegorz został pierwszym patriarchą kraju. Jednak za kolebkę chrześcijaństwa armeńscy historycy zgodnie uważają Górski Karabach. To tu wzniesiono majestatyczny kamienny klasztor Gandzasar (będący dla Ormian czymś na miarę polskiej Częstochowy), który od XV do XIX w. był siedzibą katolikosów, zwierzchników Kościoła ormiańskiego.

Karabach – wbrew miłości, którą darzyli go Ormianie – nie był miejscem szczęśliwym.

Na granicy Karabachu i Azerbejdżanu dochodziło do regularnej wymiany ognia, po obydwu stronach padali ranni i zabici. W armeńskiej armii stacjonującej w parapaństwie panowała wyjątkowo okrutna fala. Zdemoralizowani dowódcy i starsi rangą żołnierze często pili na umór i znęcali się nad swoimi podwładnymi. Dochodziło do zabójstw poborowych, które tuszowano, wmawiając zrozpaczonym matkom, że ich synowie popełnili samobójstwo albo ulegli nieszczęśliwemu wypadkowi.

Przez ostatnie trzy dekady Armeńczycy upajali się zwycięstwem w I wojnie karabaskiej. Przelana w Karabachu krew stała się dla nich fundamentem pod budowę niepodległego państwa. Prawie w każdej rozmowie z ormiańskim analitykiem czy osobą pamiętająca konflikt padały słowa: „zwycięstwo”, „wygrana”. Armeńczycy zachowywali się tak, jakby podpisane w 1994 r. porozumienie mówiące o zawieszeniu ognia przesądzało o wygranej wojnie. Zupełnie inaczej było w Azerbejdżanie. Dziś wiemy, że po przegranym konflikcie Baku od razu zaczęło przygotowania do wojny, w której odbije z rąk wroga Chankendi, jak w Azerbejdżanie zwykło się nazywać Karabach. Azerbejdżańskie media wciąż trąbiły o konieczności odwetu. Na ulicach miast widniały billboardy prezentujące nowoczesne uzbrojenie i żołnierzy w gotowości bojowej. W Baku czuło się, że społeczeństwo przygotowywane jest na wojenną rozprawę z wrogiem. Potwierdzają to twarde dane: w ostatnim czasie budżet obronności Azerbejdżanu przewyższył cały budżet Armenii. Podczas gdy Azerbejdżan zbroił się po zęby, armeńską armię trawiła korupcja. W II wojnie karabaskiej Ormianie próbowali odeprzeć atak dronów i bezzałogowych samolotów, używając sprzętu oddziedziczonego po ZSRR.

Sąsiedzi

Kiedy posłucha się opowieści Azerów i Ormian, którzy kilkadziesiąt lat temu (czyli w czasach radzieckich) byli sąsiadami w Górskim Karabachu, odnosi się wrażenie, że mówią o sielance. Niezmiennie padają słowa: „Żyliśmy zgodnie”. Większe miejscowości i wioski nie zawsze podzielone były na armeńskie i azerbejdżańskie. Ormiański dom często stał przy azerskim. Ormiańskie dzieci uczyły się z azerskimi w szkole. Zdarzały się nawet mieszane małżeństwa. W ZSRR miał przecież zapanować internacjonalizm. W autonomicznym okręgu, którym wówczas był Karabach, większość mieszkańców stanowili Ormianie, ale karabaska ziemia znajdowała się formalnie pod jurysdykcją Azerbejdżanu. To nie był przypadek. Polityka narodowościowa Związku Radzieckiego polegała na zastawianiu pułapek, podkładaniu bomb z opóźnionym zapłonem. Zakładano, że jeśli któryś naród zapragnie doprowadzić do rewizji granic, rozpęta długą i krwawą wojnę. Radzieckie kierownictwo się nie myliło: tak właśnie u schyłku ZSRR stało się w Górskim Karabachu.

Karabach był tyglem kultur (choć konflikty na tle narodowościowym zdarzały się wielokrotnie, walki pomiędzy Ormianami i Azeranami wybuchały na długo przed I wojną karabaską), mieszały się języki (mówiono głównie po rosyjsku, ale też po turecku, azerbejdżańsku, ormiańsku, a nawet po persku) wspólnie obchodzono święta. Azerowie śpiewali ormiańskie narodowe pieśni, a Ormianie azerskie. Wznoszono chrześcijańskie świątynie i meczety. Po tym współistnieniu kultur pozostało niewiele śladów. W mieście Szusza, które było miastem azerskim, miejscowy meczet (z pięknymi minaretami) niszczał i zamknięty był na kłódkę.

Miejscowi Ormianie, którzy niejednokrotnie zamieszkiwali domy opuszczane przez Azerów w pośpiechu, kwestionowali azerbejdżańskość miasta. Mówili nawet, że azerskie inskrypcje na nagrobkach tak naprawdę wyryte są w języku perskim.

Film Niki Szekojan, ormiańskiej reżyserki, opowiada o pierwszej wojnie karabaskiej (1988–1994). Szekojan długo przygotowywała się do pracy nad nim. W dużej mierze z powodów osobistych.

Szekojan wspomina: – Moje dzieciństwo przypadło na lata 80. i 90. Pamiętam helikoptery i samoloty, które przywoziły do Erywania ciała zabitych żołnierzy i ochotników. Pamiętam biedę i traumę tamtych lat, głodowaliśmy, żyliśmy w zbiorowej żałobie. Długo poszukiwałam odpowiedzi na pytanie, jak to się stało, że ludzie nagle skoczyli sobie do gardeł. Sąsiad chciał zabić sąsiada, choć jeszcze tak niedawno łączyła ich zażyła przyjaźń, byli niczym rodzina.

W obrazie Szekojan nie padają słowa: Górski Karabach, Armenia, Azerbejdżan. Reżyserka przedstawia fikcyjną wioskę, w której nagle wybucha konflikt etniczny. Rodziny, które jeszcze przed chwilą bawiły się na wspólnym weselu, chwytają za noże i chcą się nawzajem mordować. Film Szekojan to wielkie studium historyczne i społeczne. Jedynie po aluzjach w nim padających można się przekonać, że chodzi właśnie o konflikt wokół Górskiego Karabachu. Pada fraza: „Ludzie nagle przypomnieli sobie o swoich narodowościach”. Czy o „narodowości” rzeczywiście przypominali sobie nagle? Czy też idee narodowe tkwiły uśpione w ludziach radzieckich? Szekojan pokazuje, że eksperyment, którym było stworzenie państwa internacjonalistycznego, się nie powiódł. Reżyserka jest zdania, że nagle poszła iskra i zaczęła się rzeź.

Ową iskrą miały być wydarzenia w Sumgaicie, mieście azerbejdżańskim. W 1988 r. przez Sumgait przeszła fala pogromów Ormian. Azerowie – uzbrojeni w noże, pałki i armaturę – posiadali listy proskrypcyjne Ormian. Mordowali ich w zakładach pracy, na ulicy, wyważali drzwi ich mieszkań. Nie oszczędzali kobiet (także ciężarnych) i dzieci. Niektórzy historycy są zdania, że krwawymi rozruchami sterowała wierchuszka partii azerbejdżańskiej. Przed pogromem miano wypuścić i uzbroić więźniów z miejscowego zakładu karnego.

Po Sumgaicie doszło do podobnych rozruchów w Baku. Pierwsza wojna karabaska trwała sześć lat i należała do jednego z najkrwawszych konfliktów po upadku Związku Radzieckiego. Aż trudno uwierzyć, że tak ciężkie i zażarte boje toczono na zaledwie kilku tysiącach kilometrów kwadratowych ziemi, bo tyle mierzy Karabach. Dla żołnierzy to teren wymagający. Górzysty, część wiosek zatopiona jest w lesie i pozbawiona dróg.

Ormianie – mężczyźni i kobiety, którzy przeszli przez karabaski front – podkreślali, że zwyciężyli w walce, która była nierówna, wręcz nie do wygrania. To fakt: Armeńczycy dysponowali liczniejszą armią, ale Azerbejdżanie byli o wiele lepiej uzbrojeni. Ci pierwsi szli do walki tak, jak stali. Dopiero na froncie okazywało się, że nigdy nie wąchali prochu i o sztuce wojennej nie mają pojęcia. Szkolili ich nieliczni profesjonalni żołnierze. Wielu weteranów tamtej wojny nie może dziś pogodzić się z utratą Karabachu. Uważają, że „oddanie” karabaskiej ziemi Azerbejdżanom jest ni mniej, ni więcej, tylko zdradą państwa. Po decyzji o złożeniu broni wyszli na ulicę Erywania w geście protestu. Pytani, czy byliby gotowi ruszyć do Karabachu i stoczyć z Azerbejdżanami walkę obliczoną na śmierć, odpowiadają, że tak.

Uciekinierzy

 Po podpisaniu przez prezydenta Górskiego Karabachu dekretu o rozwiązaniu parapaństwa obserwujemy wielki exodus ormiańskiej ludności. Ormianie uciekają z karabaskiej ziemi w popłochu jak kiedyś Azerowie. W domach zostawiają majątek życia, zabierają tylko to, co niezbędne do przetrwania. Do bagażników samochodów przytroczyli, co tylko można było: krzesła, kołdry, garnki. Wiedzą, że do Karabachu, czyli na ziemię, którą uważają za swoją i którą przeszło 30 lat temu odbili z rąk Azerbejdżan, nigdy już nie wrócą.

Nie wiemy, ilu mieszkańców liczył górski Karabach. Szacunki mówią o ok. 120–130 tys., ale na pewno są zawyżone. Obecnie w stronę korytarza laczyńskiego (wspomnianej już jedynej drogi lądowej łączącej Armenię z Górskim Karabachem, którą przez prawie dziesięć miesięcy blokowali Azerbejdżanie, wywołując w Karabachu klęskę humanitarną) ciągną dziesiątki tysięcy uchodźców. Jadą w samochodach osobowych i specjalnie przygotowanych na tę okazję autobusach.

Trudno przeprowadzać rachunek krzywd Ormian i Azerów. Druga wojna karabaska była wyjątkowo okrutna i wyzwoliła po obu stronach frontu dziki nacjonalizm. I jedni, i drudzy mordowali cywilów i okaleczali ciała trupów. Trzydzieści lat temu Azerbejdżanie – chcąc ujść z życiem – szli przez ośnieżone góry w lekkich butach, na plecach nieśli dzieci. W Baku nie witano ich z otwartymi rękoma, otrzymali tymczasowe „lokale zastępcze”, w których żyją do dzisiaj. Tęsknili za Karabachem, w którym mieszkali od pokoleń i który uważali za swoją ojczyznę. Pytali: „Byłaś w Szuszy? Jak dziś wygląda?”. Kiedy mówiłam, że miasto nie podniosło się z wojennych strat, że stoją w nich ruiny domów i bloki-widma z wybitymi oknami pytali: „A mój dom widziałaś?”.

W Karabachu krzyżują się interesy kilku państw. Moskwa uznawana była w regionie za gwarantkę pokoju. Na mocy porozumienia kończącego II wojnę karabaską w 2022 r. miała strzec m.in. transportu przez korytarz laczyński. Rosjanie nie zdołali jednak wywiązać się z tego zobowiązania. Część sił pokojowych przerzucono z Kaukazu Południowego na Ukrainę. Reakcja Rosji na wieść o rozwiązaniu Górskiego Karabachu była symboliczna, z ust tamtejszych polityków padały słowa o potrzebie politycznych zmian w Armenii, co można odczytywać jako zachętę do obalenia rządu. Wraz z zmniejszeniem roli Moskwy na Kaukazie Południowym rośnie znaczenie Turcji. Symboliczny jest fakt, że w II wojnie karabaskiej dowodzili nie azerbejdżańscy, lecz tureccy generałowie. Ankara zajęła się także szkoleniami azerbejdżańskiej armii i dostawami nowoczesnego uzbrojenia dla tamtejszej armii.

Strzały w Górskim Karabachu umilkły, pozostaje jedynie pytanie, czy na długo. Możliwe, że politycy w Baku już myślą, jak zmusić Armenię do kolejnych ustępstw. Chodzi o otwarcie tzw. korytarza zangezurskiego prowadzącego do Nachiczewania (autonomicznej republiki Azerbejdżanu stanowiącej jego eksklawę oddzieloną terytorium Armenii) i ustalenie przebiegu granicy armeńsko-azerbejdżańskiej. Azerbejdżan utwierdził się w przekonaniu, że Armenia nie posiada praktycznie żadnej siły bojowej, a jej ziemie stanowią łatwy łup.

Artykuł pojawił się w numerze: Rytuały. Jak zwolnić i żyć uważniej