Subskrybuj
Amerykański pisarz, laureat Nagrody Pulitzera w dziedzinie literatury oraz nagród Nebula i Hugo. Autor takich powieści, jak Cudowni chłopcy, Niesamowite przygody Kavaliera i Claya, Związek żydowskich policjantów, Poświata i Telegraph Avenue. W 1993 r. poślubił...

Przeciw kutasiarstwu

Żeby być feministą, nie wystarczą deklaracje. Musisz wyrzec się dziedzictwa męskiej przemocy i stawić opór strukturom, które utrwalają nierówność, takim jak tradycja czy język. Ale nawet to nie wystarczy.

Ta dziewczyna zaczęła pisać do mojego starszego syna. Znali się od przedszkola, ale po szóstej klasie trafili do różnych szkół. „Co tam?” – takie było jej typowe otwarcie; a następnie: „Co porabiasz?”. Czasem pisała i pisała, nadmuchując kolejne kolorowe balony z wiadomościami na ekranie telefonu mojego syna. Nie mogłem do końca ustalić, jak on się z tym czuł. Był mile połechtany, myślałem, i lekko zawstydzony; rozbawiony; zirytowany; być może sam niezdolny do tego, żeby uchwycić, co czuje. Przez ponad połowę jego życia ta dziewczyna była dla niego tylko źródłem mieszanki znudzenia, irytacji i obojętności, z jaką mali chłopcy traktują swoje koleżanki z klasy (i vice versa). Jednakowoż była ładna, a ich niedawne oddzielenie z pewnością rozproszyło część quasi-kazirodczego tabu, przez które dotąd byli dla siebie nieatrakcyjni.

Reakcja mojego syna na jej wiadomości była konsekwentna i niezmienna: gasił ją. „Nic”, odpisywał. „Jestem zajęty. Nie mogę teraz gadać, pa”. Wraz z żoną próbowaliśmy narzucić pewne ograniczenia na pisanie wiadomości przez internet jako nową praktykę, która pojawiła się w życiu naszej rodziny. Żadnego pisania, dopóki lekcje nie są odrobione; żadnego pisania podczas kolacji; żadnego pisania po godz. 21. Ale nawet kiedy według rodzinnego kodeksu mój syn mógł pisać zupełnie bez przeszkód, mówił koleżance, że nie może. Z innymi dziewczynami z jego klasy pisał swobodnie, jednak w tej konkretnej znajomości zauważał coś innego, jakieś ostrzegawcze zabarwienie romantyczne, co doprowadza mnie do sedna sprawy: w odpowiedzi na uwagę okazywaną mu przez atrakcyjną młodą kobietę mój syn systematycznie, a nawet, powiedziałbym, z pewnym oddaniem trzymał ją na dystans. Mroził ją. Łapał szybko za telefon, gdy ten tylko zawibrował; zauważał, że to ona; uśmiechał się, ewidentnie zadowolony, że do niego pisze; a potem wystukiwał: „muszę iść. narka”.

Zatem teraz obok tego wszystkiego – zasad świadomej zgody, imperatywu seksualnej wzajemności, fundamentalnej zasady równości – musiałem go nauczyć, jak nie być wobec dziewczyn kutasiarzem.

Od razu zauważyłem parę potencjalnych przeszkód na drodze do tego celu. Po pierwsze, żebym mógł dobrze wykonać tę robotę, przydałoby się, bym sam nie był kutasiarzem. I pragnę wierzyć, że jeśli chodzi o najważniejsze kobiety w moim życiu – żonę, córki, matkę – to przeważnie, i zazwyczaj (nawet jeśli nie zawsze) z właściwych powodów, jestem całkiem miłym facetem. Delikatnym, pomocnym, skłonnym do okazywania uczuć, wrażliwym, uważnym, lojalnym, uprzejmym itd. Ale nawet jeśli to prawda, nie jest to w żadnym stopniu moja zasługa; to wyłącznie kwestia długich lat treningu, warunkowania i niestrudzonych wysiłków ze strony kobiet – mojej matki, pierwszej żony oraz obecnej żony od 25 lat.

Spędziłem swoje najbardziej uważne, chłonne lata – od 11. do 17. roku życia – obserwując, jak moja mama, o zawsze silnej i niezachwianej ręce, próbowała nawigować przez zdradliwy archipelag mężczyzn. Pamiętam nawet, jak powiedziała mi z gulą w gardle, w trzecim dniu tygodniowego okresu milczenia i nieodebranych telefonów po jakiejś randce, którą z początku uważała za wyjątkowo udaną: „Obiecaj mi, że nigdy tego nie zrobisz swojej dziewczynie, jak już będziesz ją miał. Jak powiesz, że do niej zadzwonisz, to musisz do niej zadzwonić”.

Na pewno wywarło to na mnie duże wrażenie – w końcu nadal pamiętam tę rozmowę 40 lat później – lecz nie wydaje mi się, żeby któraś z moich pierwszych poważnych dziewczyn faktycznie skorzystała na tym napomnieniu mojej matki. Na osobności, prywatnie, wiedziałem, jak traktować je z dobrocią, czułością i hojnie okazywać uczucia; ale kiedy tylko byliśmy wśród ludzi, a gdy jesteś młodym mężczyzną, zawsze jesteś wśród ludzi, zawsze się oglądasz, słuchasz, jak publiczność i sędzia jednocześnie, porównujesz swoje zachowanie z ciągle układaną mentalną listą wzorcowych mężczyzn – byłem trochę kutasiarzem, nigdy nie byłem poważny, nigdy wyrozumiały, nigdy skłonny do przywiązania się do czegoś, co mogło mnie wplątać w powagę albo potrzebę wybaczenia. Widziałem ostatnio jeden z wczesnych odcinków M*A*S*H i ze zdziwieniem odkryłem, że postać Hawkeye’a Pierce’a – jednego z moich pierwszych wzorcowych mężczyzn, zaraz po moim ojcu i Groucho Marksie, z którymi łączył go jeden z podstawowych kutasiarskich zwyczajów w postaci obracania wszystkiego w żart – nie tylko był skończonym kutasiarzem właśnie, ale też oblechem, którego główną rozrywką (poza alkoholem) było uporczywe molestowanie seksualne współpracowniczek czy raczej, jak to się dość upiornie wtedy nazywało, „bycie bawidamkiem”. Moja matka odcierpiała swoje ze strony bawidamków.

Wyznaczyła jednak dla mnie pewien standard – dotrzymuj obietnic, bądź miły, pamiętaj o drobiazgach, dzwoń, kiedy mówiłeś, że to zrobisz – a ja dorosłem i ożeniłem się ze starszą ode mnie kobietą, która miała konkretne oczekiwania wobec tego, jak powinna oraz nie powinna być traktowana. To nie była już tylko kwestia dzwonienia, dotrzymywania obietnic i zachowywania odpowiednich form. Nawet bycie miłym, cokolwiek to oznacza, było niewystarczające. Miłość do dojrzałej kobiety, jak się okazało, wymagała pewnego fundamentalnego metafizycznego przewrotu, podobnego do przejścia od żydowskiego do chrześcijańskiego prawa: od zewnętrznego posłuszeństwa i zgodności z literą przykazań do kształtowania i podtrzymywania cnotliwej duszy. Oczekiwano ode mnie sięgnięcia poza siebie, poza kopułę własnej czaszki, wyobrażenia sobie życia, które toczy się wewnątrz głowy innej osoby – jej lęków, pragnień, potrzeb, sympatii i antypatii, tęsknot – a potem do wzięcia ich pod uwagę, zanim zacznę działać.

Aby stać się mężczyzną – prawdziwym mężczyzną, w jej oczach – musiałem…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Daj chłopaka, takiego chłopaka