Trudno określić, kiedy dokładnie zamieniliśmy weekend na działce na city break w jednej z europejskich stolic. Międzyzdroje, Ustka, a nawet Zakopane często wydaje się leżeć w podobnej odległości co Mediolan, Barcelona i Rzym. Podróżujemy szybciej, dalej i często za półdarmo, łapiąc okazję na aplikacjach wyszukujących loty na drugi koniec kontynentu za cenę równoważną biletowi w jedną stronę nad polskie morze pociągiem. Potem, będąc już w jednym z tych miejsc, które „koniecznie trzeba zobaczyć”, w tłumie trudno nam odróżnić podróżnika od pielgrzyma czy kuracjusza od turysty. Ten ostatni podróżuje najszybciej, często wybierając ten punkt na mapie świata, który w danej porze roku zapewni mu odpowiednią dawkę słońca. I nie ma się co dziwić, po części bowiem każdy z nas pragnie tego samego – chwili oderwania od codzienności, zmiany przestrzeni i odmierzania czasu według innego rytmu niż zwyczajna praca.
Kanary mają swój limit
Problem jednak polega na tym, że jest nas, ludzi, najwięcej, odkąd tylko istnieje nasz gatunek, a podróżowanie nigdy nie było tak dostępne, przynajmniej dla ludzi z Zachodu, jak obecnie. Ma to swoje nieuchronne…