W tekście zatytułowanym Przybliżenia czego? Georges Perec konstatował na poły dramatycznie, na poły praktycznie, czyli po swojemu, iż: „Przesypiamy nasze życie snem bez snów. Ale gdzie jest nasze życie? Gdzie są nasze ciała? Gdzie nasza przestrzeń?” (tłum. M. Ławniczak). Jego twórczość, zwłaszcza ta eseistyczno-wspomnieniowa, nasiąknięta autobiografizmem, operująca technicznym omal konkretem, byłaby więc realizacją owego postulatu, odpowiedzią na ów zestaw pytań. Stąd powracające stale u niego inwentarze nazw, ludzi i zjawisk, rejestry detali, miniencyklopedie doświadczeń, odtwarzanie tras i trajektorii, wnikliwe charakterystyki znajomych ulic, własnych pokoi, odkrytego dopiero co terenu. W licznych przypadkach brzmiał Perec niczym kosztorysant, rzeczoznawca, autor instrukcji obsługi urządzeń, a nie literat w natchnieniu. Próba sporządzenia spisu pokarmów płynnych oraz stałych, które spożyłem w ciągu roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego czwartego – oto tytuł jednego z takich właśnie projektów. Ostatecznie chyba trudno zdecydować, czy w tym wszystkim chodziło o rekonstrukcję świata, który z każdą sekundą rozpada się bardziej i niknie, czy o zaprowadzenie słowami prywatnego ładu.
Dlatego mogę swój temat ująć i po perecowsku.
Otóż mam 48 lat i przez te 48 lat życia udało mi się spędzić urlop w następujących krajach – Hiszpania (3 razy), Włochy (3 razy), Francja (2 razy), Holandia, Anglia, Portugalia, Grecja (Kreta). Do tego, oczywiście, kilkadziesiąt miejsc w Polsce. Na koloniach – 6 razy. Tuszyn Las, Sieniawa, Debrznica (dwa lata z rzędu), Jastrzębia Góra, Gdzieś (bo nie pamiętam nazwy tej miejscowości położonej nad tamą i rzeką). Biwak w Inowłodzu – lipiec między pierwszą a drugą klasą liceum. Kemping w Karwii. Wyjazd w Bieszczady. Poronin. Czerwcowa objazdówka po Dolnym Śląsku szlakiem pijalni wód mineralnych i zrujnowanych dworzyszczy. Jezioro Omulew w 1989 r. Krutynia z rodzicami. Jakaś wieś zimą pod Zakopanem. Ta sama, ale w majówkę rok później. Dziwnówek – raz z mamą na kwaterze przy głównej ulicy, raz z A., w tzw. czasach studenckich, przy wejściu na plażę. Z mamą jeszcze Kołobrzeg w schyłkowym PRL-u. Z mamą, babcią i, póki żył, dziadkiem letnisko w Głownie, co sierpień i przez omal cały sierpień. Liczne agro z własną już rodziną – pod Poznaniem, pod Toruniem, pod Białymstokiem, przy obwodzie kaliningradzkim, na obrzeżach Suwałk, w autentycznej chacie na Roztoczu, pod Tykocinem, w Jabłonce na Mazurach. Jesienią – grzyby. Wpierw na próbę Samule („wieś […] położona w województwie podlaskim, w powiecie kolneńskim, w gminie Turośl”) i Puszcza Notecka, ale od bitej dekady wyłącznie Góry Świętokrzyskie. Zdarzyło się też, rzecz jasna, i niejedno lato, gdy nie wyjeżdżałem – z wyboru, braku pieniędzy, różnie. Lato w mieście, rozprażonej, ludnej Łodzi, było latem książek i karnawału, czytania Joyce’a, Woolf, Buczkowskiego, przesiadywania nocą w „Kaliskiej” i „Belfaście”, powrotów o świcie pośród śpiewu ptaków i śpiewu tramwajów, było jednocześnie ekstazą i zamułą.
U Flauberta i w pingwiniarni
Choć ten model narracji o moich wywczasach udanie porządkuje magmę przeszłości, to jednak w przekładzie na cyfry, ilości i nazwy ginie wszystko, co żywe. Obrazy z tamtych rajz i pobytów, które wciąż noszę w głowie, już się z tej głowy nie wydostają. Sceny ruchome zmarmurzają się. Pamięć czeźnie. Nikt się nie domyśli, jakie przeżycia, intensywne, pierwsze, mieszczą się w zapisie „Myczków” lub „Kadyks, lato 2011”. Cóż bowiem z tego, że obliczę, iż przez pół wieku życia odwiedziłem tyle a tyle miejsc i zapiszę je w porządku chronologicznym w gęstym geograficznym akapicie bądź wybiorę strukturę poematu i umieszczę jedne nad drugimi, strona za stroną? Na co konstatacja, że nie opuściłem nigdy – albo: dotąd – kontynentu zwanego Europą albo że moje wyprawy zagraniczne obierają kierunek zachodni i południowy, unikam zaś, bardziej lub mniej świadomie, wschodu i północy? Wakacje w Polsce zbiegają mi poza wielkimi miastami – no i?
Katalogowanie pozwala nie zapomnieć, lecz nie przywraca tego, co minione i warte opowiedzenia. Spis jest spisem. Siatka pobytów i peregrynacji, choćby i najdalszych, przywodzi na myśl anatomiczną grafikę serca. Wszystko się zgadza, jednak krew nie przepływa.
Bo gdybym wzorem autora Dwustu czterdziestu trzech pocztówek w prawdziwych kolorach poprzestał na topografii i spisach – przedmiotów turystycznych, obiektów, w których zamieszkiwałem, będąc na urlopie, środków transportu, jakimi przemieszczałem się pomiędzy ojczyzną a destylacją tudzież destynacjami – to czy mój czytelnik ujrzałby w tym wszystkim mnie jako homo viator, czy wyjawiłaby mu się jakakolwiek prawda o mnie w podróży, poza domem w cudzych pokojach, na szemrzących bez ustanku lotniskach?
Pamiętam, że dwutygodniowa ekspedycja flaubertowska po Normandii i Bretanii wymagała od nas łącznie ponad 20 przesiadek.
Dla efektu załóżmy, że było ich 27. Ale nawet ów precyzyjny wynik – imponujące 27 miast ogólnikowego „ponad 20” – w żaden sposób nie oddaje piękna, głębi i niepowtarzalności tego doświadczenia. W rzeczonym „27” nie ma, absolutnie nie ma, nie było i nie będzie morskiego wręcz bujania poniemieckiego tramwaju nr 46 łączącego Zgierz z Łodzią, nie ma TGV, który okazał się luxtorpedą z lekka strupieszałą, lotów samolotem ponad zachodnioeuropejską mandalą zabudowań i pól, w chmurach, w dolnych partiach kosmosu, nie ma lokalnych autobusów za 1 euro, dzięki którym można snuć się od dziury do dziury, a w rezultacie podziwiać takie widoki jak palma na tle kremowobiałej willi i oceanu ze stali, nie ma również sunącego ospale składu do Quiberon pełnego francuskiej młodzieży zwolnionej tymczasowo z obowiązku szkolnego, autokaru do widmowego wyspa Mont Saint-Michel, najróżniejszych podwód przewożących nas do omiatanych bryzą miasteczek, które ja znałem z książek o Operacji Overlord, a moja żona – z literatury brytyjskiej.
Z resztą wakacyjnych przygód jest podobnie. Hotel Don Pedro w Sewilli, mieście kościołów, i tamtejszy portier, który w naszej obecności przeklinał pod nosem czterdziestostopniowe andaluzyjskie upały, a może i po części jakieś własne tarapaty. Kołobrzeg, z którego zapamiętałem maliny z bitą śmietaną i ten dzień, kiedy topiłem się przy wietrznej, bezsłonecznej pogodzie. W agro pod Toruniem właściciel oferował gościom nawet samodzielnie wzniesioną piramidę energetyczną – godzinna sesja we wnętrzu tej budowli ponoć resetowała w człowieku cywilizacyjne złogi i lęki. Prom na Wight, do Amalfi, na Santorini. Wizyta w pingwiniarni w Bournemouth. Długie polegiwanie nad Wartą, sunącym bezgłośnie srebrem. Nasz synek na plaży w Salou, ten niewielki, mamroczący kosmita w pieluszce wodoodpornej i pancerzu z filtrów UV. Boiska drużyn czwartoligowych pośród kukurydzy, nauka pływania w przypałacowym basenie von Hohenzollernów w Debrznicy, który to pałac służył jako lipcowa małpiarnia dla klas IV–VI z łódzkiego interioru, mecz Anglia–Kamerun, niekończące się przemarsze wzdłuż szos, zielone noce, olimpiady w ping-ponga, film Youngbloodna wideo, nietoperze kamikadze w trakcie kolonijnej watry. Gouda o poranku, kalabryjskie zmierzchy, Alpy jak fototapeta, kładki na bagnach Biebrzy, ogród botaniczny w Neapolu – krucha idylla pośród jakby giełdy samochodowej połączonej z wysypiskiem śmieci. Nocne burze w tych miejscach, w których nie było, albo prawie nie było, sztucznego światła, dzięki czemu przypominały stare dobrze znane filmy zrekonstruowane cyfrowo w technice HD.
Coraz dalej i bez pośredników
Perecowskie kroniki nie odnotowują tego wszystkiego; są jak spijanie wina widelcem. Ale, co należy jednak oddać tej metodzie autoarchiwizacji, pozwalają ujrzeć siebie na mapie świata. Raptem wyskakuję niczym jaskrawopomarańczowa boja w kilwaterze półwiecza, które przeminęło. Zauważam teraz, m.in. dzięki temu, że na użytek tego tekstu wypisałem sobie w notatkach miejscowości i daty, dwie prawidłowości: im jestem starszy, tym zapuszczam się dalej i dalej. Jest to przeciwieństwo nawyków wakacyjnych poprzednich pokoleń naszej rodziny, albowiem dziadkowie moi, kiedy byli młodzi, co najwyżej wybierali się na „letnisko” tuż pod Łódź do takich miejscowości jak Polik i Gałkówek, gdzie „odnajmowali pokój u gospodarzy”. Ich odpoczynek nie przybierał wyszukanych form – chodzili na grzyby i ogólnie „do lasu”, „nad wodę”, „poopalać się”, „przejść się”, „poleżeć”. Pomagali też w żniwach i przy zbieraniu owoców w sadzie. Moim rodzicom już zdarzał się urlop nad Bałtykiem i na Mazurach, a nawet – wyjazd na Węgry, choć ekskursja, której motywem przewodnim miał być Balaton i Budapeszt, dość szybko nabrała bardziej przyziemnego charakteru i całe towarzystwo z Kombinatu Robót Drogowych w Łodzi handlowało czym się dało na targowisku w Siófok. Z kolei ja intensywnie wojażeruję od półtorej dekady, a mój syn swój pierwszy lot samolotem i pobyt za granicą, w „resorcie” pod katalońską Tarragoną, zaliczył w wieku niespełna dwóch lat.
Druga prawidłowość – od pewnego momentu prawie nie uczestniczę już w zbiorowych wyjazdach, wakacjach zorganizowanych w całości przez kogoś innego niż ja.
To rezultat nie tylko dorosłości czy mizantropii, ale i tektonicznej zmiany, jaka zaszła w trakcie – lub po – transformacji. Szczęsny czas wczasów zakładowych, zakładowych wycieczek, kolonii, obozów dobiegł kresu. Było czego żałować. Albowiem jak na łamach „Autoportretu” (nr 84) przypominał ostatnio Marcin Wojdak, autor Ostatniego turnusu. Pocztówek z wczasów w PRL-u, „niemal całe wybrzeże Bałtyku, niemal każda górska dolina, każdy brzeg jezior i rzeka usiane są miejscami, w których lud pracujący miast i wsi mógł odpocząć od wytężonego działania na rzecz wspólnego dobra Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Co ważne, był to wypoczynek serwowany w sprawnie zaprojektowanych kompleksach, wolnych od przekleństwa współczesnych realizacji, czyli maksymalizacji zysku z metra kwadratowego ośrodka i hektara jego terenu”. Oczywiście i w PRL możliwy był i praktykowany wypoczynek indywidualny, tudzież niezorganizowany – kemping, autostop, biwakowanie „na dziko”, łazęga, a za Gierka „samodzielna turystyka samochodowa”, która jak w tym samym „rekreacyjnym” numerze „Autoportretu” zauważała Olga Drenda, „pasowała do epoki budowy wielkich tras, przy których udostępniano kolejne udogodnienia dla podróżnych. Słynna »gierkówka« dziś straciła na znaczeniu z powodu autostrad, ale przetrwały wzdłuż niej pozostałości tamtych czasów. Podobnie w Wielkopolsce i na ziemi sieradzkiej rozbudowywano sieć gościńców-zajazdów w stylu staropolsko-słowiańskim”. Drenda rozwój tych zjawisk łączy z coraz większym nasyceniem społeczeństwa „maluchami”, „niewiadówkami” i profesjonalnym rynsztunkiem turystycznym.
Po 1989 roku wyjazdy zagraniczne, zwłaszcza rodzinne, nadal powierzano, że się tak wyrażę, podmiotom zewnętrznym, a mianowicie – biurom podróży.
To epoka wielogodzinnych, morderczych wypraw autokarowych do Hiszpanii, Portugalii i Włoch. Biuro organizowało transport, noclegi, logistykę, sute śniadania i obiadokolacje, pilotów, animatorów i rezydentów oraz pseudoatrakcje hotelowe w rodzaju wieczornego tańca lokalnego chłopstwa i naparstków miejscowego specjału alkoholowego o trudnej do wymówienia nazwie. All inclusive długo było królem wakacji Polaków. Lecz od dobrych kilku lat i to się nieodwracalnie przeobraża. Dzięki ekspansji tanich linii lotniczych, smartfonów, internetu, błyskawicznych płatności elektronicznych i serwisów internetowych typu Airbnb można bez opuszczania fotela w kwadrans zaaranżować wyjazd do krajów na paru kontynentach w dowolnym składzie osobowym – w pojedynkę, w parze, familijnie. Późny kapitalizm zabija pośredników, odpowiada za mieszkaniowe pustynnienie atrakcyjnych metropolii i gigantyczny ślad węglowy, ale jednocześnie umożliwia milionom zobaczenie czegoś więcej niż ojczyźniane stawy, monumenty i formacje skalne.
Walka o rekreację
Przykładanie zbrojnej w neseser ręki do apokalipsy klimatycznej i gentryfikacji to jedno. Nasze urlopy i podróże są również, jak wszystko inne, kwestią polityczną, etyczną, ekonomiczną, klasową. Bo jak w rozmowie z Magdaleną Gryn z „Forbesa” dowodził Dominik Lewiński, „(…) przymus podróżowania, nawet taki moralny, bierze się stąd, że turystyka jest rodzajem nowego szlachectwa, narzędziem społecznej dystynkcji. (…) W tej chwili wyznacznikiem wartości życia jest liczba i jakość podróży rozumiana jako forma destynacji. To jest tak, że im więcej podróżujesz – i w im ciekawsze miejsca – tym uchodzisz za ciekawszego człowieka, bogatszego w doświadczenia, przeżycia”.
Instagramowy ideał życia to właśnie to: luksus i podróże.
Widzieliśmy takie zdjęcia miliony razy – młodzi atrakcyjni ludzie na tle ikonicznych zabytków w stolicach Nowego i Starego Świata, młodzi atrakcyjni ludzie na balkonie ekskluzywnego hotelu z widokiem na panoramę którejś z metropolii, młodzi atrakcyjni ludzie nad basenem albo na plaży na tle oceanicznego turkusu, młodzi atrakcyjni ludzie pod wieżami Dubaju, Tokio, Nowego Jorku, młodzi atrakcyjni ludzie na którejś z azjatyckich wysp, pod którąś z azjatyckich świątyń, na skraju azjatyckiej dżungli, młodzi atrakcyjni ludzie w Afryce rozumianej jako jeden wielki kraj-sawanna z prawdziwymi zwierzętami znanymi z Króla Lwa, z lekka znudzeni młodzi atrakcyjni ludzie w restauracji – kopiec muli, esencjonalny mikrodeser, alchemiczny drink – rzeczywistość relacjonowana przez młodych atrakcyjnych ludzi – idealnie zaścielone podwójne łóżko, kolejka do czegoś, miejscowy owad, własne stopy, bulaj samolotu.
Oczywiście w odpowiedzi na tak ostentacyjną konsumpcję i pozę wytworzył się nurt turystyki antyinstagramowej, w ramach której bywa się w miejscach bezdyskusyjnie nieatrakcyjnych, na prowincji, w głuszy, w krajach, które nie słyną z niczego, pośród niczego, dokumentując owo nic jakimś przedpotopowym gratem, bywa, że i na kliszę. Poruszone widoczki, krzywe perspektywy, nieostrość, kudłaty piesek, ciąg garaży, papierosy, czipsy, piwo w puszkach w kokonie białej foliówki z marketu, zamknięty fryzjer, otwarty wulkanizator, zabałaganiona ulica, oto ta kontrestetyka, remedium na filtr i blichtr.
W innym „autoportretowym” eseju Klasowe walki o rekreację Krzysztof Świrek przekonywał, iż „rekreacja jednej klasy jest męką dla innej. (…) Różne klasy, wybierając konkretne formy rekreacji, w rozmaity sposób interpretują jej ideę i wyrażają odmienne życzenia: klasa robotnicza podczas wypoczynku »neguje pracę«, więc wypoczynek ma polegać na »nicnierobieniu«. Klasa średnia w pakiecie z all inclusive kupuje sobie »luksus« niemyślenia o wydatkach – tej nieskończonej wewnętrznej negocjacji między zobowiązaniami, aspiracjami a grubością portfela. Klasa wyższa wybiera miejsca niedostępne dla innych – rekreacją potwierdza wyjątkowość sposobów życia, wyobrażoną (duchową »suwerenność« jednostki) i rzeczywistą (materialną – bo nikogo więcej na rozrywki nie stać)”.
Prowadzi to do nader interesującego paradoksu – niektórzy bogacze płacą słono za to, żeby w czasie tzw. wolnym, na urlopie, podczas odpoczynku od stresów i zmęczenia bycia szefem czy właścicielem, zmęczyć się jak najwięcej, być nadaktywnym, przekraczać nie jako siebie za pomocą wysiłku fizycznego albo eksploracji trudno dostępnych przestrzeni.
Lenienie się jest uznawane za oznakę słabości i praktykę rodem z klas niższych.
Osobników z tych klas nie tylko traktuje się z pogardą, ale i stroni od nich, bo są głośni, liczni, „prymitywni” i mają podobne im dzieci. Parafrazując Świrka – urlop to często męka i walka. Wyścig o pierwszeństwo dostępu, bój o wygodę, wojna o ciszę, kampania przeciwko ciałom i zachowaniu, które uważamy za nieodpowiednie, szkodliwe, wstrętne. Wielu z nas czeka na możliwość wypoczynku przez cały rok, a sam ów wypoczynek kosztuje niemało pieniędzy i wyrzeczeń, dlatego chcemy, żeby od początku do końca wszystko toczyło się po naszej myśli, pogoda była akurat, jedzenie smaczne, atrakcje dostępne od ręki, a współwypoczywający – serdeczni i kulturalni. Kiedy bywa inaczej, stają się naszym koszmarem, naszymi najgorszymi wrogami.
***
Nie ma dla mnie większej przyjemności niż ów moment uświadomienia sobie, że jestem – i przez jakiś czas będę – gdzie indziej. Niekiedy ta iluminacja spływa już na lotnisku, po przylocie i odebraniu bagażu, gdy słyszę mechaniczne komunikaty wygłaszane w kobiecym obcym języku, niekiedy w taksówce mknącej przez tajemniczy metropolitarny ogrom, w hotelu, na pierwszym spacerze, jeszcze innym razem – pierwszej nocy, która wpływa do pokoju razem z dźwiękiem i zapachem cudzej ziemi. Ale przecież i powroty są równie przejmujące i przyprawiają o zawrót głowy. Choć nie witają mnie modernistyczne kamienice i różane ogrody, a po prostu Zgierz, to czy własne mieszkanie po długiej nieobecności nie jest małą fiestą, Prado samego siebie? O to napięcie pomiędzy tu i tam, już a jeszcze, dom, poza domem, o te przepływy, cykl, ruch, zmianę stanu skupienia rzeczy i ludzi może w tym wszystkim chodzić.