Subskrybuj
Eseista, publicysta, redaktor w Wydawnictwie Czarne, publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Polityce” i „Piśmie”. Autor książki o afektach i złudzeniach w późnym kapitalizmie Moja osoba. Eseje i przygody (2020). Intensywnie pracuje nad książką o Łodzi i okolicach

Pomiędzy Kadyksem a Myczkowem

Nie ma dla mnie większej przyjemności niż ów moment uświadomienia sobie, że jestem – i przez jakiś czas będę – gdzie indziej.

W tekście zatytułowanym Przybliżenia czego? Georges Perec konstatował na poły dramatycznie, na poły praktycznie, czyli po swojemu, iż: „Przesypiamy nasze życie snem bez snów. Ale gdzie jest nasze życie? Gdzie są nasze ciała? Gdzie nasza przestrzeń?” (tłum. M. Ławniczak). Jego twórczość, zwłaszcza ta eseistyczno-wspomnieniowa, nasiąknięta autobiografizmem, operująca technicznym omal konkretem, byłaby więc realizacją owego postulatu, odpowiedzią na ów zestaw pytań. Stąd powracające stale u niego inwentarze nazw, ludzi i zjawisk, rejestry detali, miniencyklopedie doświadczeń, odtwarzanie tras i trajektorii, wnikliwe charakterystyki znajomych ulic, własnych pokoi, odkrytego dopiero co terenu. W licznych przypadkach brzmiał Perec niczym kosztorysant, rzeczoznawca, autor instrukcji obsługi urządzeń, a nie literat w natchnieniu. Próba sporządzenia spisu pokarmów płynnych oraz stałych, które spożyłem w ciągu roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego czwartego – oto tytuł jednego z takich właśnie projektów. Ostatecznie chyba trudno zdecydować, czy w tym wszystkim chodziło o rekonstrukcję świata, który z każdą sekundą rozpada się bardziej i niknie, czy o zaprowadzenie słowami prywatnego ładu.

Dlatego mogę swój temat ująć i po perecowsku.

Otóż mam 48 lat i przez te 48 lat życia udało mi się spędzić urlop w następujących krajach – Hiszpania (3 razy), Włochy (3 razy), Francja (2 razy), Holandia, Anglia, Portugalia, Grecja (Kreta). Do tego, oczywiście, kilkadziesiąt miejsc w Polsce. Na koloniach – 6 razy. Tuszyn Las, Sieniawa, Debrznica (dwa lata z rzędu), Jastrzębia Góra, Gdzieś (bo nie pamiętam nazwy tej miejscowości położonej nad tamą i rzeką). Biwak w Inowłodzu – lipiec między pierwszą a drugą klasą liceum. Kemping w Karwii. Wyjazd w Bieszczady. Poronin. Czerwcowa objazdówka po Dolnym Śląsku szlakiem pijalni wód mineralnych i zrujnowanych dworzyszczy. Jezioro Omulew w 1989 r. Krutynia z rodzicami. Jakaś wieś zimą pod Zakopanem. Ta sama, ale w majówkę rok później. Dziwnówek – raz z mamą na kwaterze przy głównej ulicy, raz z A., w tzw. czasach studenckich, przy wejściu na plażę. Z mamą jeszcze Kołobrzeg w schyłkowym PRL-u. Z mamą, babcią i, póki żył, dziadkiem letnisko w Głownie, co sierpień i przez omal cały sierpień. Liczne agro z własną już rodziną – pod Poznaniem, pod Toruniem, pod Białymstokiem, przy obwodzie kaliningradzkim, na obrzeżach Suwałk, w autentycznej chacie na Roztoczu, pod Tykocinem, w Jabłonce na Mazurach. Jesienią – grzyby. Wpierw na próbę Samule („wieś […] położona w województwie podlaskim, w powiecie kolneńskim, w gminie Turośl”) i Puszcza Notecka, ale od bitej dekady wyłącznie Góry Świętokrzyskie. Zdarzyło się też, rzecz jasna, i niejedno lato, gdy nie wyjeżdżałem – z wyboru, braku pieniędzy, różnie. Lato w mieście, rozprażonej, ludnej Łodzi, było latem książek i karnawału, czytania Joyce’a, Woolf, Buczkowskiego, przesiadywania nocą w „Kaliskiej” i „Belfaście”, powrotów o świcie pośród śpiewu ptaków i śpiewu tramwajów, było jednocześnie ekstazą i zamułą.

U Flauberta i w pingwiniarni

Choć ten model narracji o moich wywczasach udanie porządkuje magmę przeszłości, to jednak w przekładzie na cyfry, ilości i nazwy ginie wszystko, co żywe. Obrazy z tamtych rajz i pobytów, które wciąż noszę w głowie, już się z tej głowy nie wydostają. Sceny ruchome zmarmurzają się. Pamięć czeźnie. Nikt się nie domyśli, jakie przeżycia, intensywne, pierwsze, mieszczą się w zapisie „Myczków” lub „Kadyks, lato 2011”. Cóż bowiem z tego, że obliczę, iż przez pół wieku życia odwiedziłem tyle a tyle miejsc i zapiszę je w porządku chronologicznym w gęstym geograficznym akapicie bądź wybiorę strukturę poematu i umieszczę jedne nad drugimi, strona za stroną? Na co konstatacja, że nie opuściłem nigdy – albo: dotąd – kontynentu zwanego Europą albo że moje wyprawy zagraniczne obierają kierunek zachodni i południowy, unikam zaś, bardziej lub mniej świadomie, wschodu i północy? Wakacje w Polsce zbiegają mi poza wielkimi miastami – no i?

Katalogowanie pozwala nie zapomnieć, lecz nie przywraca tego, co minione i warte opowiedzenia. Spis jest spisem. Siatka pobytów i peregrynacji, choćby i najdalszych, przywodzi na myśl anatomiczną grafikę serca. Wszystko się zgadza, jednak krew nie przepływa.

Bo gdybym wzorem autora Dwustu czterdziestu trzech pocztówek w prawdziwych kolorach poprzestał na topografii i spisach – przedmiotów turystycznych, obiektów, w których zamieszkiwałem, będąc na urlopie, środków transportu, jakimi przemieszczałem się pomiędzy ojczyzną a destylacją tudzież destynacjami – to czy mój czytelnik ujrzałby w tym wszystkim mnie jako homo viator, czy wyjawiłaby mu się jakakolwiek prawda o mnie w podróży, poza domem w cudzych pokojach, na szemrzących bez ustanku lotniskach?

Pamiętam, że dwutygodniowa ekspedycja flaubertowska po Normandii i Bretanii wymagała od nas łącznie ponad 20 przesiadek.

Dla efektu załóżmy, że było ich 27. Ale nawet ów precyzyjny wynik – imponujące 27 miast ogólnikowego „ponad 20” – w żaden sposób nie oddaje piękna, głębi i niepowtarzalności tego doświadczenia. W rzeczonym „27” nie ma, absolutnie nie ma, nie było i nie będzie morskiego wręcz bujania poniemieckiego tramwaju nr 46 łączącego Zgierz z Łodzią, nie ma TGV, który okazał się luxtorpedą z lekka strupieszałą, lotów samolotem ponad zachodnioeuropejską mandalą zabudowań i pól, w chmurach, w dolnych partiach kosmosu, nie ma lokalnych autobusów za 1 euro, dzięki którym można snuć się od dziury do dziury, a w rezultacie podziwiać takie widoki jak palma na tle kremowobiałej willi i oceanu ze stali, nie ma również sunącego ospale składu do Quiberon pełnego francuskiej młodzieży zwolnionej tymczasowo z obowiązku szkolnego, autokaru do widmowego wyspa Mont Saint-Michel, najróżniejszych podwód przewożących nas do omiatanych bryzą miasteczek, które ja znałem z książek o Operacji Overlord, a moja żona – z literatury brytyjskiej.

Z resztą wakacyjnych przygód jest podobnie. Hotel Don Pedro w Sewilli, mieście kościołów, i tamtejszy portier, który w naszej obecności przeklinał pod nosem czterdziestostopniowe andaluzyjskie upały, a może i po części jakieś własne tarapaty. Kołobrzeg, z którego zapamiętałem maliny z bitą śmietaną i ten dzień, kiedy topiłem się przy wietrznej, bezsłonecznej pogodzie. W agro pod Toruniem właściciel oferował gościom nawet samodzielnie wzniesioną piramidę energetyczną – godzinna sesja we wnętrzu tej budowli ponoć resetowała w człowieku cywilizacyjne złogi i lęki. Prom na Wight, do Amalfi, na Santorini. Wizyta w pingwiniarni w Bournemouth. Długie polegiwanie nad Wartą, sunącym bezgłośnie srebrem. Nasz synek na plaży w Salou, ten niewielki, mamroczący kosmita w pieluszce wodoodpornej i pancerzu z filtrów UV. Boiska drużyn czwartoligowych pośród kukurydzy, nauka pływania w przypałacowym basenie von Hohenzollernów w Debrznicy, który to pałac służył jako lipcowa małpiarnia dla klas IV–VI z łódzkiego interioru, mecz Anglia–Kamerun, niekończące się przemarsze wzdłuż szos, zielone noce, olimpiady w ping-ponga, film Youngbloodna wideo, nietoperze kamikadze w trakcie kolonijnej watry. Gouda o poranku, kalabryjskie zmierzchy, Alpy jak fototapeta, kładki na bagnach Biebrzy, ogród botaniczny w Neapolu – krucha idylla pośród jakby giełdy samochodowej połączonej z wysypiskiem śmieci. Nocne burze w tych miejscach, w których nie było, albo prawie nie było, sztucznego światła, dzięki czemu przypominały stare dobrze znane filmy zrekonstruowane cyfrowo w technice HD.

Coraz dalej i bez pośredników

Perecowskie kroniki nie odnotowują tego wszystkiego; są jak spijanie wina widelcem. Ale, co należy jednak oddać tej metodzie autoarchiwizacji, pozwalają ujrzeć siebie na mapie świata. Raptem wyskakuję niczym jaskrawopomarańczowa boja w kilwaterze półwiecza, które przeminęło. Zauważam teraz, m.in. dzięki temu, że na użytek tego tekstu wypisałem sobie w notatkach miejscowości i daty, dwie prawidłowości: im jestem starszy, tym zapuszczam się dalej i dalej. Jest to przeciwieństwo nawyków wakacyjnych poprzednich pokoleń naszej rodziny, albowiem dziadkowie moi, kiedy byli młodzi, co najwyżej wybierali się na „letnisko” tuż pod Łódź do takich miejscowości jak Polik i Gałkówek, gdzie „odnajmowali pokój u gospodarzy”. Ich odpoczynek nie przybierał wyszukanych form – chodzili na grzyby i…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Prawo do wytchnienia