Byłam jakoś w połowie liceum, kiedy przeczytałam w „Wyborczej”, że gdzieś tam, na Ochocie w Warszawie, odbywają się warsztaty dziennikarskie, w których mogę wziąć udział. Poszłam, posłuchałam, po zajęciach prowadzący zapytał mnie, jak mi się podobało, a ja szczerze mu odpowiedziałam, że wcale. – Pójdź w czwartek o 18.00 do siedziby Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka [wtedy przy Brackiej]. Tylko się nie przyznawaj, ile masz lat, bo to warsztaty dla studentów. Prowadzi je Halina Bortnowska.
Wtedy pierwszy raz o niej usłyszałam. Zresztą o Helsinkach też. Poszłam i nie wiedziałam, że obecność Haliny w moim życiu nada mu kierunek i kształt, pewnie już na zawsze.
Na korytarzu w siedzibie na Brackiej były tłumy, które ledwo mieściły się w pokoju. Halina zawsze miała problem ze wzrokiem, więc długo udało mi się w tym tłumie ukryć mój wiek. W kolejnym roku warsztatów Halina zaprosiła mnie do bycia jej asystentką: do umawiania spotkań, zapraszania gości, motywowania uczestników, porządkowania listów, notowania myśli. Mnie, dziewczynę z bloku, z rodziny, w której nikt nieskończył studiów. Chyba dopiero wtedy przyznałam się jej, ile mam lat.
Animatorka warsztatów (mówiła, że animacja to ożywianie duszy), publicystka (a przez 22 lata redaktorka i sekretarzyni redakcji miesięcznika „Znak”), filozofka, wychowawczyni, teolożka, aktywna uczestniczka światowego ruchu ekumenicznego, współtwórczyni polskiego ruchu hospicyjnego, założycielka Stowarzyszenia Młodych Dziennikarzy Polis, członkini Komitetu Helsińskiego w Polsce, fundatorka i działaczka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, wieloletnia przewodnicząca jej Rady. Te wszystkie określenia są prawdziwe – o czym dowiadywałam się rok po roku. Ale dla mnie to Hala: drogowskaz, latarnia morska, moralny kompas, w sprawach maleńkich i największych. Od wtedy, od pierwszego spotkania, aż do dziś.
Wiedziała
Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz odważyłam się powiedzieć do niej „Halu” – czy w pierwszym roku, czy później? Kiedy dołączyłam na Bracką, Bortnowska miała już prawie 70 lat, a ja pewnie z 17. Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz byłam u niej na Domaniewskiej, w jej maleńkim mieszkanku pełnym książek, kwiatów, drzewek i ćwierkania ptaków, które dokarmiała. Lata bliskiej współpracy z Halą zlewają mi się dziś w jedną wielką i ważną rozmowę o świecie. My, młodzi ludzie wokół Hali, byliśmy jak te wróble i sikorki z jej okna: staraliśmy się fruwać blisko. Byliśmy też jak te wielkie rośliny w jej pokoju: rośliśmy powoli, podlewani jej bliskością i sugestiami, karmieni domową zupą i ciepłym ciastem.
Był czas, kiedy bywałam u niej codziennie, odwoziłam Halę na rozmaite spotkania albo z nich przywoziłam.
Przed czwartkowymi warsztatami odbierałam ją z metra, po warsztatach odprowadzałam. Uwielbiałam te momenty, kiedy mogłam mieć Halę tylko dla siebie. Zadać każde pytanie, otrzymać pytanie od niej – prezent, który zawsze otwierał na coś oczy. Bo Hala wiedziała. Czasem miałam wrażenie, że wszystko.
Wiedziała, oczywiście, jak napisać dobry felieton czy reportaż. Które zdanie wykreślić, jak zmienić tytuł. Wiedziała, jak publicznie, mądrze i bez agresji czy eskalacji różnic skomentować sprawy społeczne: od religijnych, przez ekumenizm, prawa człowieka, ludobójstwo, bioetykę, aż do lustracji. Wiedziała, jak zrobić miejsce w grupie, nawet dla tych najbardziej cichych i nieśmiałych. Wiedziała, że w demokratyzującej się Polsce, jeszcze przed wejściem do Unii, potrzeba edukacji nieformalnej, pracy w grupach, warsztatów, debat. Wiedziała, że trzeba iść za konstelacją własnych wartości, i krok po kroku pomagała nam te nasze wartości odnajdywać. Wiedziała, że przywództwo w grupie (choćby młodych dziennikarzy) to usługa, a nie posiadanie. Że warto troszczyć się o ciągłość.
Wiedziała, że to, co robi się dla bliskich, można robić też dla wszystkich.
„A może tak to właśnie jest, że poprzez potrzebę swoich bliskich odkrywa się, że da się zrobić coś, może podobnego, dla innych?” – powiedziała mi (znalazłam niedawno w notatkach!), kiedy rozmawiałyśmy o moim bracie, który jeździ na wózku i którego niewyraźną mowę tłumaczyłam innym. Miałam ten przywilej, że byłam blisko niego, rozumiałam – więc mogłam podzielić się tym z innymi. Dziś robię to na co dzień: pracuję z mniejszościami etnicznymi, religijnymi i językowymi na całym świecie, staram się zrobić w społeczeństwie przestrzeń na ich głosy, język i przekaz, wspieram dziennikarzy w pisaniu o nich. Bo niewygodnie mi, kiedy ktoś inny ma gorzej. Ale to przecież Hala, opowiadając o czasach wojennej Warszawy, mówiła nam, że nie smakowało jej, kiedy jadła przy głodnych. Mówiła też (znów wracam do notatek) o tym, że niekoniecznie przetrwają najsilniejsi, lecz może ci, którzy opiekują się najsłabszymi – jak afrykańskie likaony? Bo nie chodzi o to, żeby żyć kosztem innych, ale być może coś dać innym, choćby własnym kosztem? Nie wiem, ile w mojej głowie dziś mojego własnego głosu, a ile głosu Hali, kiedy podejmuję kolejne zawodowe i prywatne decyzje. Jednak przez ostatnie 20 lat nie zliczę nawet, ile razy zadawałam sobie pytanie: „Co zrobiłaby Hala..?”.
Pamiętam
Kiedy prowadzę grupę i ktoś znika albo obiecuje coś i nie dowozi, mogłabym się zezłościć, jednak po chwili przypominam sobie Halę, która spotkania warsztatowe przyrównywała do spotkań pod baobabem, kiedy niektóre plemiona afrykańskie nie pytają przybysza, skąd idzie, ile zostanie i dokąd zmierza, tylko po prostu zapraszają i goszczą. Spod baobabu można sobie pójść, pod baobab można wrócić.
Kiedy wydaje mi się, że nie da się stworzyć szybko wartościowego tekstu, przypominają mi się wszystkie wydania gazetek okolicznościowych, które tworzyliśmy z Halą w zaledwie kilka dni, w twórczym szale, podczas wielu edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Watch Docs, Festiwalu Filmowego „Żydowskie Motywy” czy Festiwalu AfryKamera.
Kiedy gdzieś w Afryce Zachodniej (sporo tam ostatnio pracuję) ląduję w nowym dla mnie miejscu i systemie, po chwili przypominam sobie tom „Znaku”, w którym Hala opisywała swoje wrażenia z Tanzanii, gdy w jednej spódnicy prowadziła spotkania, ale stawiała warunek: że najpierw ona musi posłuchać osób lokalnych, a dopiero potem może powiedzieć coś ze swojej perspektywy.
Że jeżeli ma wątpliwości – to pyta. Że nic nie bierze za oczywiste.
Kiedy pracuję z żydowską organizacją Hebrew Immigrant Aid Society i muzułmańską organizacją Islamic Relief Worldwide nad wspólnym projektem o mowie nienawiści w Europie, staram się stworzyć przestrzeń i słuchać ich doświadczeń. Odnajduję też stare notatki ze spotkań Wirydarza, kolejnej podgrupki Hali, działającej przeciwko antysemityzmowi i ksenofobii. Odkopuję dobre, sprawdzone ćwiczenia i przemyślenia.
Kiedy czasem w mojej głowie rodzi się pomysł, żeby coś zrobić, żeby się za czymś wstawić albo czemuś głośno i niepopularnie sprzeciwić, ale boję się, że będę w tym sama, momentalnie widzę Halę w październikowym chłodzie i deszczu podczas Światowego Dnia Przeciw Karze Śmierci zbierającą na ulicy podpisy. Czasem stała tak sama albo tylko z jedną czy jednym z nas. Nie ma znaczenia, czy będziesz sam, jeśli w coś bardzo wierzysz.
Kiedy jakiś tekst czy książka naukowa wydają mi się nudne i nieżyciowe, przypomina mi się pasja Hali do nauk ścisłych. Sama chciała kiedyś studiować biologię molekularną, chciała wiedzieć, rozumieć, znać prawdę o otaczającym nas świecie. Nas, humanistów, zaangażowała do wieloletniej pracy wokół Festiwalu Nauki w Warszawie – tworzyliśmy Internetową Gazetę Festiwalu, a ja zobaczyłam, jak fascynujące mogą być matematyka i fizyka.
Kiedy pracuję z dziećmi czy młodzieżą z dużych miast, przypominam sobie, jak bardzo Hala chciała, żebyśmy my – młodzi z Warszawy – poznawali też Polskę.
Jeździliśmy prowadzić warsztaty w różne części kraju, a na letnie obozy na wschód, do maleńkich Milen- kowiec. Byliśmy tam w kontakcie z mniejszościami zamieszkującymi te tereny, chodziliśmy na spacery ciszy, zatrzymując się przy pojedynczych drzewach czy w dzikim polu.
Kiedy piszę o mniejszości romskiej albo prowadzę warsztaty dziennikarskie o pisaniu na jej temat, pamiętam wszystkie spotkania z Lidką Ostałowską, w których brałam udział dzięki Hali. Na zawsze zapamiętałam, że nie ma dobrego tekstu o Romach bez głosów romskich.
Kiedy robię wywiady, przypominam sobie wszystkie spotkania z Teresą Torańską, w których brałam udział dzięki Hali. Kto miał takie szczęście, żeby jego pierwszy w życiu wywiad był redagowany i komentowany przez Torańską we własnej osobie?
Kiedy sama mam szansę przedstawić młodym ludziom innych wartościowych ludzi – chętnie się nimi dzielę, zapraszając ich na warsztaty, spotkania czy debaty, podając numer telefonu czy maila. My wszyscy, dzieci Hali, dzięki niej mieliśmy dostęp do Kapuścińskiego, Kuronia, a nawet Dalajlamy. A także do czeczeńskich uchodźców, Romów czy buddystów. Inspiracją należy się dzielić.
Kiedy dostaję mailem czy choćby przez Instagrama wiadomość od młodego dziennikarza czy dziennikarki z prośbą o radę albo rzucenie okiem na tekst, pamiętam, że Hala zawsze odpisywała czy skomentowała. Mówiła nam, że przejęła to od Hanny Malewskiej, z którą pracowała ponad 10 lat w „Znaku”: nie zostawia się tekstu bez odpowiedzi.
Kiedy angażuję się w wolontariat, żeby pomóc osobom w potrzebie: zranionym czy chorym, dzwonią mi w uszach słowa Hali o tym, jak ważne jest zauważanie dyskomfortu, odgadywanie z mowy ciała, co danej osobie może być potrzebne. I że takie spotkanie ma im dać więcej wolności w ich trudnej sytuacji. Dużo z tego wiedziałam sama, ale doświadczenia Hali z hospicjum, którymi chętnie się ze mną dzieliła, nadały moim przemyśleniom kształt. Kiedy czasem przechodzi mi przez myśl, czy osoba, której pomagam, jest dobra, słyszę słowa Hali o tym, że każdy człowiek zasługuje na to, żeby się o niego zatroszczyć. Ona sama troszczyła się nie tylko o najsłabszych, lecz też tych najbardziej potępionych przez większość. Ona chyba nikogo nie potępiała.
Kiedy współtworzę organizację A World of Neighbours, która skupia osoby z różnych środowisk religijnych, zajmujące się w praktyce tematem migracji w Europie, podczas spotkań, będąc otoczoną i zafascynowaną imamem z Londynu i rabiną ze Szwecji, nie mogę przestać myśleć o Hali, która brała udział w II Soborze Watykańskim i była pierwszą kobietą na Wydziale Teologii w Leuven w Belgii, czerpiąc z przemyśleń pastorów niemieckich, holenderskich czy brytyjskich. 60 lat temu!
Kiedy walczyłam z budowaniem wysokich murów wokół obozów dla uchodźców w Grecji i pojechałam tam m.in. z Janką Ochojską, żeby solidaryzować się z obozem Ritsona i przyjaciółmi uchodźcami, przypomniały mi się historie Hali z Hongkongu, gdy (jeszcze przed włączeniem Hongkongu do Chin) poleciała tam, żeby doradzać chrześcijanom, jak działać w trudnych warunkach, i wylądowała w obozie dla uchodźców z Chin i Wietnamu. Po latach pamiętała bardzo dobrze, jak wpływa wysoki mur na ludzi w środku i na ludzi na zewnątrz. Jak dzieli i wzmacnia nieporozumienie i nienawiść. Jak bardzo dużo złego robi.
Kiedy jestem zaproszona do trudnej grupy, żeby porozmawiać na jakiś drażliwy temat, czasem myślę, że sobie nie poradzę.
A potem przypominam sobie dziesiątki, setki spotkań, które współprowadziłam z Halą albo na jej prośbę: dla młodych i starych, w szkole dla niewidomych, w więzieniach, podczas polsko-niemieckich spotkań w Oświęcimiu. Na takich doświadczeniach można budować.
Angażuję się
Kiedy ktoś mi mówi (od lat i stale), że nie można mieszać dziennikarstwa z aktywizmem i że wreszcie powinnam się zdecydować, w którą stronę pójdę, myślę o Hali w Nowej Hucie, która weszła między robotników zakładających Komisję Robotniczą Hutników Solidarność, żeby napisać reportaż dla „Tygodnika Powszechnego”, ale szybko zrozumiała, że ważniejszą potrzebą jest pisanie komunikatów, protokołów, a także mediacje między grupami. Nie zawsze ma się komfort bycia niezaangażowanym dziennikarzem. Kiedy dzieje się coś ważnego, trzeba się włączyć w działanie.
Kiedy pracowałam w „Gazecie Wyborczej”, miałam rozkręcić kampanię Odnajdźmy się – projekt promujący szukanie znajomych z dawnych lat. Wydawało mi się to dość banalne, ale Hala zleciła mi zadanie odnalezienia jej szkolnej przyjaciółki z czasów przedwojennej Warszawy. Tym właśnie otworzyłam kampanię, a nauczyłam się, że z większości działań, jeśli tylko się chce, można wyciągnąć coś bardzo wartościowego.
Kiedy w 2016 r. w oblężonym Aleppo w Syrii działo się piekło, pamiętałam słowa Hali, że przyłożenie ręki do rzeczy ważnych, jeśli tylko ma się taką okazję, to nasz obowiązek.
Zorganizowałam wtedy Civil March for Aleppo, wielomiesięczną demonstrację, w której poszło blisko 4 tys. osób, z Berlina do syryjskiej granicy. Marsz był nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla, a ja nabrałam pewności, że jeśli można, to trzeba.
Kiedy zderzam się ze złem, gdzieś podczas mojej pracy: w miejscach konfliktu czy na europejskich granicach, pamiętam słowa Hali: „Najstraszniejszą rzeczą, jaką robią oprawcy, jest to, że wyzwalają w nas oprawców”. I bardzo staram się nie zacząć nienawidzić i nie dać w sobie wyzwolić oprawcy.
Kiedy sprzeczam się z mężem, bo przecież nie zawsze jest różowo, myślę o Hali i jej mężu Kaziku, o tym, jak trzymali się za ręce na spacerach, i o tym, jak mi mówiła: „Aniu, czuję, że małżeństwo jest codziennym trudem i codziennym cudem”.
Kiedy słyszę od mojej córki o konflikcie w klasie i o tym, że ktoś jest nielubiany, powtarzam ślepo za Halą: „Nigdy nigdzie nie można się zgodzić na to, że wykluczenie kogoś z grupy to rzecz normalna. Trzeba spróbować zrozumieć, co się dzieje”. I próbuję córce pomóc zrozumieć.
Kiedy ludzie są okrutni, też próbuję zrozumieć.
Hala, dzieląc się wojennymi doświadczeniami, a także refleksjami po lekturach, spokojnie tłumaczyła nam wszystkim, że jeżeli obecność słabszych jest odebrana jako rodzaj zagrożenia, my – ludzie – potrafimy być okrutni. Dziś sama w pracy szukam rozwiązań na to, jak pracować z tymi lękami, zamiast je ignorować. Kiedy od 2021 r. razem z Grupą Granica działałam na granicy polsko-białoruskiej, gdzie do dziś umierają ludzie, sama szukałam dla siebie sposobu radzenia sobie z tym tematem. Jak zrobić coś sensownego przy takiej skali problemu? I pamiętałam o wspomnieniach Hali z czasów wojny, kiedy wierzyła w przywracanie normalności, w przywracanie miejsca dla człowieka w konkretnej sytuacji, nawet najczarniejszej. I o jej wspomnieniach, kiedy jeździła do internowanych w PRL-u, razem z ich dziećmi, starając się uczynić choć jeden moment bardziej pogodnym. I trzymam się tego, przytulając przy podawaniu zupy w lesie czy bawiąc się rękawiczkami z przemarzniętymi uchodźczymi dziećmi. Ta tragedia nie przerasta mnie też dzięki Hali. Mówiła nam (również słowami w wywiadzie rzece Joli Steciuk Wszystko będzie inaczej): być może myślicie, że jeśli jest jakiś wielki problem, to trzeba w tym temacie bardzo dużo zrobić. Nie. „Można zrobić niewiele. Byle to było wszystko, co jest możliwe. Możliwe dla mnie, w danym momencie. Jeśli to jest wszystko, to musi wystarczyć”.
My z niej
Wszystkie te Halinowe lekcje powracają teraz do mnie jak bumerang. Dużo o Niej myślę. Widzę Jej grube oprawki okularów. Widzę ją z białymi różami, symbolem antynazistowskim, chrześcijańskim. Widzę papierowe gwiazdy ze złotymi myślami, które rozdawała nam wszystkim latami podczas wigilijnych spotkań (nigdy gwiazd nie zabrakło, choć były nas tłumy!).
Wiem, że miałam szansę zaczerpnięcia z niecodziennego źródełka. Ja i setki – wtedy – młodych ludzi, bo Halina zainicjowała warsztaty ponad 30 lat temu, w 1992 r. Dostaliśmy od niej dobro, mądrość i wrażliwość na świat. Otworzyła nam oczy na drugiego człowieka, swoim własnym przykładem. Uczyła myślenia, pisania i działania z szacunkiem, otwartością i odpowiedzialnością. Nie pozwalała na obojętność wobec potrzeb i trudności innych, bo sama nigdy nie była obojętna. My wszyscy z Niej. Czujemy wdzięczność i czujemy zobowiązanie. Spróbujemy Cię nie zawieść, Halu.