Trwają dyskusje, czy znał 28 języków czy też 23. Tłumaczył bodaj z 18, w tym z sanskrytu, tybetańskiego i pali, o banalnych wszystkich językach europejskich nie wspominając. Pamiętam osłupienie Roberto Calasso, szefa elitarnego wydawnictwa Adelphi w Mediolanie, gdy zobaczył listę autorów tłumaczonych przez Kanię, kręcił głową z niedowierzaniem: „Przecież to są wszystko moi autorzy: Eliade, Cioran, Kerényi, Graves, ale ja do każdego z nich potrzebuję osobnego tłumacza – a ten facet robi to sam!”. Najbardziej niesamowita była rozbrajająca szczerość i prostota, z jaką Irek mówił, że tego akurat języka nauczył się w miesiąc, tamtego, bo chciał w oryginale przeczytać Boską komedię – z równą łatwością kto inny mógłby przejrzeć gazetę i miałoby się wrażenie, że zajmuje mu to mniej więcej tyle samo czasu.
Jak nikt inny
Nie pamiętam dokładnie okoliczności, w jakich się poznaliśmy – zapewne przy okazji jego odwiedzin w redakcji, gdzie zwykł wpadać bez uprzedzenia – ale doskonale pamiętam wspólną przygodę, jaką było wydawanie w Znaku pomnikowej serii „Mity. Obrazy. Symbole”. Był to autorski projekt Ireneusza Kani. Jako jej redaktor proponował kolejne tytuły, niektóre sam tłumaczył (np. Potęgę mitu Josepha Campbella). W serii opublikowaliśmy ponad 20 tytułów, w tym dzieła takich klasyków, jak: Mircea Eliade, Gerschom Scholem, C.S. Lewis, Jean-Paul Roux, Manfred Lurker, Umberto Eco, Roberto Calasso (Zaślubiny Kadmosa z Harmonią, ze wstępem Josifa Brodskiego). Z polskich książek Góry niewzruszone Jacka Woźniakowskiego i Pustelnicy i demony Ryszarda Przybylskiego. Irek bardzo był z tej serii dumny i rzeczywiście ten flagowy okręt Znaku stanowi jedno z najpiękniejszych i najambitniejszych dokonań edytorskich naszego wydawnictwa.
Przedmiotem dumy Irka była także klasyczna pozycja Giuseppe Tucciego Mandala wydana z jego rekomendacji w Znaku w roku 2002. Do kogóż innego jak nie do tego znawcy buddyzmu mogliśmy się zwrócić z prośbą o przetłumaczenie do serii „Teologia Żywa” Aspektów buddyzmu kard. Henriego de Lubaca? Z kolei do Dziennika azjatyckiego Thomasa Mertona Ireneusz Kania opracował przypisy oraz słownik terminów i pojęć.
Tłumaczenie z hiszpańskiego Słownika symboli Cirlota dało początek ponad 20 lat trwającej grze, jaką prowadziłem z Irkiem przy każdej okazji. Zaczęło się od tego, że wyznał mimochodem, iż musiał w tym słynnym słowniku poprawić ponad 100 merytorycznych błędów różnego kalibru, od marginalnych po fundamentalne (na marginesie można tu zaznaczyć, że w Księgach Jakubowych Olgi Tokarczuk, którym od razu po lekturze wróżył Nobla, znalazł jedynie trzy błędy, w tym dwa dotyczące nazw miejscowych). Gdy opowiedziałem o tym poecie i tłumaczowi Ablowi Murcii Soriano, pobladł, szepcząc: „Przecież Cirlot to jest biblia!”. Po takim wyznaniu naszego geniusza zacząłem go indagować: „Irku kochany, wszystkie te wielkie europejskie słowniki symboli: Cirlota, Chevaliera, Biedermanna, firmowane przez prestiżowe wydawnictwa jak Knaur czy Penguin, są dziełami niejako z drugiej ręki. Przecież jeśli chodzi o źródła, symbole czy święte księgi Wschodu, autorzy tych słowników posługują się przekładami niemieckimi, angielskimi, francuskimi – ty zaś sięgałbyś wprost do sanskrytu i pali, tybetańskiego i chińskiego, do hebrajskiego czy greki. Nikt inny na świecie nie potrafiłby stworzyć takiego słownika. I sprzedalibyśmy go na cały świat!”. Irek zignorował moje podniecenie, wyznając, że nie jest tym zainteresowany. Argument, że mielibyśmy – i on, i wydawnictwo – złote klamki, nie zrobił na nim najmniejszego wrażenia. Do propozycji moich powracałem latami, z podobnym skutkiem. Irka właśnie pociągało tłumaczenie kanonu palijskiego, Suttanipāty. Zbioru nauk buddyzmu pierwotnego czy kolejnego dzieła Ciorana. Pomysł, żeby stworzyć mały zespół, którym by kierował i który wyręczałby go np. w kwerendach bibliotecznych, też nie spotkał się z aprobatą. Był człowiekiem prawdziwie wolnym. Nie potrzebował sławy, jaką przyniósłby mu taki słownik, nie robiły na nim wrażenia honoraria, zaliczki i procenty, którymi – znając jego pełen dezynwoltury stosunek do pieniądza – nawet nie usiłowałem go mamić. W desperacji sięgnąłem po argumenty na pograniczu szantażu: „Irku, jeżeli naprawdę mnie kochasz, zrobisz to dla mnie – obiecałem sobie, że nie przejdę na emeryturę bez wydania twojego słownika – wszystko jedno: symboli, mitów, archetypów, toposów. Możesz zrobić, jaki zechcesz”. „Kocham cię – odpowiadał – ale w najbliższym czasie słownika tego nie zrobię, bo teraz pochłania mnie Muttāvali. Księga wypisów starobuddyjskich”. „No właśnie – tu molestowanie przybrało postać bardziej wyrafinowaną – Irku, wszak nam obu bliski jest buddyzm, prawda?”. „Prawda”. „A co jest istotą buddyzmu? Współczucie dla wszystkich żywych istot cierpiących z powodu swej ignorancji. Możesz tutaj zgromadzić dużo dobrej karmy, oświecając pogrążonych w niewiedzy”. „Słuchaj, do tego każdy musi dojść sam. Nie można tego zrobić za nikogo”. Przekomarzaliśmy się w ten sposób latami, właściwie do niemal ostatnich spotkań w saloniku w Austerii, gdzie regularnie co poniedziałek bywał z żoną Marią, zwaną przezeń Maricą.
Po drodze mieliśmy rozmaite przygody wydawnicze. Kiedy odwiedziłem go pewnego dnia, Irek wyjął z szafki obszerny maszynopis. „Przetłumaczyłem dla własnej przyjemności Greka Zorbę. Nie byłem w stanie czytać od lat wznawianego przez Muzę przekładu Nikosa Chadzinikolau. Denerwowało mnie, że tłumacz nic z tego dzieła nie zrozumiał. Grek Zorba to dzieło filozoficzne, ważną rolę odgrywa w nim nietzscheanizm, bergsonizm, buddyzm – a ten, kiedy czegoś nie rozumiał, opuszczał całe fragmenty albo coś dopisywał. Poza tym jako człowiek, który dotarł do Polski po wojnie wraz z falą greckich imigrantów, w większości komunistów, ocenzurował tę książkę – opuścił trzy strony, gdzie Zorba opowiada o okrucieństwach rewolucji, jaką przeżył w Rosji. Tak mnie to złościło, że przełożyłem to dla siebie con amore”. „Irku, ależ ja od razu to tłumaczenie od ciebie kupuję – wydamy to w Znaku”. Poniosło mnie trochę, bo kiedy zwróciliśmy się do właścicieli praw, Nikos Kazantzakis Estate, odpowiedzieli, że prawa do Greka Zorby ma w Polsce Wydawnictwo Muza. Okazało się, że licencja Muzy wygasa za dwa lata. Kupiliśmy zatem tłumaczenie Irka, zapłaciliśmy za prawa, kiedy było już to możliwe, i wydaliśmy arcydzieło Kazantzakisa.
Przypomniałem sobie opowieści Irka o ukochanej Krecie, gdzie zdarzało mu się w górach przysiąść w rowie z pasterzami i wdać w dyskusję w lokalnym narzeczu. Albo o rozmowie na Krecie w mieście Rethymnon ze starym antykwariuszem – o Kawafisie, którego Wiersze zebrane Irek przetłumaczył. Księgarz, wysłuchawszy go, udał się do piwnicy, skąd przyniósł przepiękne, oprawne w biały półskórek wydanie Kawafisa i wręczył je Irkowi ze słowami: „Kto jak kto, ale pan zasługuje na to, by je mieć”.
Humor i bezkompromisowość
Trudno określić Ireneusza Kanię jednym słowem. Na pewno w jego wypadku nie jest wystarczające słowo „geniusz”. Był oryginałem, chyba nie do końca świadomym swojej ekscentryczności. Był chudy, żylasty, świetnie umięśniony, szybki w ruchach. W młodości odnosił sukcesy w zapasach i w skoku w dal, do niedawna podnosił ciężary, kiedy za długo siedział przy maszynie do pisania, urządzał sobie dla relaksu kilkudziesięciokilometrowe przejażdżki na rowerze, świetnie pływał. W naszym jubileuszowym kabarecie na 40-lecie Znaku Pisarze do piórkazaimprowizowaliśmy brawurowy dialog, kiedy…