Czekałem na pociąg na górnym peronie stacji Howard Beach niedaleko lotniska JFK. Świeciło słońce, szła bryza od oceanu, na dachu domu za torami łopotał gwieździsty sztandar. Była niedziela, spokój. Niski chłopak wyglądający na Pakistańczyka rozmawiał przez komórkę, bujając reklamówką. Obok przy automacie (wtedy, kilkanaście lat temu, były jeszcze czynne) wysoki gość w stetsonie, wytartych dżinsach i kowbojkach wyszeptał do żółtej słuchawki:
– Wsio w pariadkie u tiebia, Natasza?
W wagonie krzesła szły wzdłuż ścian, więc patrzyliśmy na siebie: stewardesa Delty w marynarce, spódnicy i butach na obcasie, arabskie kobiety w hidżabach, afrykańskie kobiety w białych sukniach do kostek, umorusani robotnicy w żółtych butach, zespół meksykańskich grajków w sombrerach. Po powrocie z Polski jechałem do siebie – na 116. Ulicę, róg 8. Alei, na południowy skrawek Harlemu, gdzie wynajmowałem pokój u rodziny Dominikańczyków. Nie musiałem się przesiadać. Otwarta w 1932 r. linia metra A biegnie przez 52 km od plaż Rockaway…