Kiedy miałem 23 lata, straciłem ciszę. Utrata czegoś, czego nie ma, okazała się trudniejsza, niż można by przypuszczać. Nieważką bezgłośność zastąpił brzęk monet i dźwięk polerowania metalu. W miejsce pustki zjawił się nieustępliwy, donośny, nieprzerwany dźwięk, któremu brakowało źródła, ale nie ciężaru.
Zanim zniknęła, cisza wydobywała dźwięki, dodawała im kontekstu. Pośpieszne kroczki psa wybiegającego na czyjeś powitanie. Przenikliwy śmiech ciut irytującego sąsiada. Pluskot, a po nim głęboki bulgot nurkowania w basenie. Cisza za każdym razem ustępowała, robiąc miejsce na dźwięk. Splatali się oboje w nieustannym tańcu.
Aż tu nagle, kiedy spodziewałem się, że cisza wróci, przyszło dzwonienie. Minęło pięć lat i wciąż słyszę je tak samo jak na początku: dzwonienie, które jak na ironię nie pochodzi z niczego w otaczającym mnie świecie, choć jego obecność sugeruje coś wręcz przeciwnego.
Tinnitus albo szumy uszne – tak nazywa się to schorzenie. Przypomina hałaśliwy pogłos po koncercie albo długiej imprezie, a w niektórych przypadkach, również w moim, nie mija po dniu czy dwóch. Właśnie z tego powodu ta przypadłość jest bardzo frustrująca. Sam dźwięk nie jest jakoś szczególnie okropny, a ja mam jeszcze to szczęście, że mój wewnętrzny gwizdek nie zagłusza świata wokół. Tinnitus dotyka od 10 do 20% dorosłej populacji, a każda osoba doświadcza go nieco inaczej, różna bywa jego głośność i barwa. Niektórym może nawet sprawiać ból, ale mnie najtrudniej przychodzi radzenie sobie z poczuciem bezsilności. Z tym, że nieustannie wygląda zza rzeczywistych dźwięków, że ciągle tam jest.
Nie istnieje jedna metoda leczenia tinnitusu, nie ma też jednej przyczyny.
Można się go nabawić na niezliczone sposoby. Utrata słuchu, zalegająca woskowina, stres, urazy szczęki i szyi, zapalenia ucha i choroby przewlekłe to tylko niektóre z przyczyn, ale jak dotąd nie wiemy, co właściwie sprawia, że nasze zmysły rejestrują szum, którego nie ma.
Ja doświadczyłem powikłań po infekcji ucha, która zostawiła mnie z akustyczną wersją fantomowej kończyny. W przypadkach przewlekłych szumów usznych przeobrażeniu ulegają niektóre ścieżki neuronalne w układzie limbicznym mózgu i w sąsiadujących z nim obszarach. Jedne bywają nadmiernie pobudzane, inne zostają stłumione. Zważywszy na to, że właśnie ten obszar mózgowy odpowiada za naszą świadomość, uwagę i regulację emocji, efektem zmian są trudności w ocenie natarczywych sygnałów akustycznych z zewnątrz i w decydowaniu, czy powinno się na nie zwracać uwagę, czy pozwolić im wtopić się w tło.
Potrzeba przeciwieństwa
Pamiętam, kiedy uświadomiłem sobie, że tinnitus mi już nie minie. Zacząłem się bać zamkniętych przestrzeni. Nie byłem w stanie korzystać ze słuchawek, zaśnięcie było naprawdę trudne. Nocą, kiedy świat milkł, otwierałem wszystkie okna w pobliżu mojej sypialni i próbowałem skupiać się na odgłosach samochodów i psów, byle tylko nie przeważyło wewnętrzne brzęczenie. Najbardziej lubiłem, kiedy padało. Nieustanne bębnienie kropel deszczu o ściany i okna było jak grająca białe szumy orkiestra dęta, która koiła zmysły.
Aplikowano mi tym samym naturalną terapię akustyczną. Nieustanny, powtarzalny i łatwy do zignorowania dźwięk, dokładnie taki, jaki zalecają psychologowie, aby złagodzić dyskomfort powodowany przez chroniczny tinnitus.
Naprawdę brakowało mi chwili ciszy, zupełnie jakbym stracił kogoś bliskiego.
Nie próbuję tu dezawuować niczyjej utraty ani żałoby, ale przecież część tego procesu to akceptacja, że ktoś bliski i wyjątkowy już nie wróci. Nie byłem gotowy zmierzyć się z faktem, że teraz to już też moja rzeczywistość.
Skoncentrowałem się na dźwięku, próbowałem ustalić, czy jego wysokość lub barwa zmieniały się w ciągu dnia, a nawet starałem się w niego wsłuchiwać, kiedy przeszkadzały w tym dźwięki z zewnątrz. W badaniach wykazano częściowy zanik istoty szarej w mózgu oraz zwiększoną pobudliwość jądra półleżącego u niektórych pacjentów. Ta ostatnia część mózgu współtworząca grupę jąder podstawnych (bezpośrednio powiązaną z układem limbicznym) odgrywa istotną rolę przy uzależnieniach i depresji. W rezultacie pobudzenia dźwiękowe wiążą się z silnymi i niejednoznacznymi reakcjami emocjonalnymi. Nie mogę być oczywiście pewny, że doszło do takich zmian także w moim przypadku, choć przecież nie tylko tego się obawiam.
Z masochistyczną konsekwencją zacząłem szukać przejawów ciszy, gdziekolwiek dało się je znaleźć. W Estetyce ciszy (1969) Susan Sontag pisze tak: „»Cisza« nie może obejść się bez własnego przeciwieństwa. Tak jak nie ma »góry« bez »dołu« czy »lewego« bez »prawego«, tak też ciszę rozpoznać można tylko wtedy, gdy jest się świadomym swego dźwiękowego lub językowego otoczenia” (tłum. D. Żukowski).
I ja byłem więc skłonny szukać gdzie się da, aby znaleźć nieobecność i pustkę. Znajdowałem je głównie w postaci drogocennych wspomnień.
Pamiętam badania terenowe na biologii, w których uczestniczyłem jeszcze przed licencjatem. Było to kilka lat przed tym, jak dostałem szum w pełnym wymiarze godzin. Pojechaliśmy pod La Malinche, wygasły wulkan na granicy dwóch meksykańskich stanów, Tlaxcala i Puebla. Wspięliśmy się na jedno z najwyższych wzgórz u jego podnóża, wchodziliśmy coraz głębiej i głębiej w gęsty las w poszukiwaniu grzybów, porostów i bakterii z rodzaju streptomyces. Szukaliśmy ich w korzeniach drzew, wśród powalonych pni i w szczelinach kory. Powietrze było chłodne i wilgotne, namacalne w drobnym deszczu czy raczej zgęstniałej mgle przysłaniającej uśpiony wulkan. Im wyżej się wspinaliśmy, tym stawaliśmy się cichsi. Po części dlatego, że byliśmy zmęczeni, a po części dlatego, że każdy podświadomie milknie w bliskości czegoś tak imponującego jak śpiący wulkan wznoszący się na 4,5 tys. m n.p.m., miejsce gęste od azteckiej historii i azteckich tradycji. Szliśmy po grzbiecie uśpionego olbrzyma i nasze kroki były ogromne, jakby ucieleśniała się przez nie jego istota. Każde stąpnięcie było głośne niby odwiert w kopalni liści i gałązek, nawet szyszki, spadając z drzew, wybuchały jak ręczne granaty. Ani się obejrzeliśmy, a las pochłonął wszystkie nasze dźwięki.
Po dotarciu na najwyżej położony płaskowyż rozdzieliliśmy się, żeby zbadać większy teren. Niespodziewanie niczym ciężka zasłona spadła na nas mgła, straciliśmy się wzajemnie z oczu i każde trafiło do własnej komory bezechowej. Przez chwilę próbowałem jeszcze coś badać, w końcu jednak postanowiłem po prostu podziwiać krajobraz. Nikt mnie nie mógł zobaczyć, zatem zdecydowałem się poharcować po przewróconym pniu. Każdy krok był zdobyciem kolejnego, jeszcze wyższego szczytu tej krainy, przynajmniej do chwili kiedy poślizgnęła mi się stopa, a ja, protobiolog, z westchnieniem i panicznym machaniem rąk zjechałem po mokrej kłodzie, wydając przy tym serię najosobliwszych dźwięków w całym moim życiu. Nie było na nie żadnej odpowiedzi. Nie powróciły do mnie echem, bo pochłonęła je poduszka z lasu i mgły. Nagle nie czułem ani ziemi pode mną, ani obłoków w górze. Ogarnął mnie bezbrzeżny spokój, wśród którego słychać było tylko stłumiony dźwięk przesuwającej się mgły, opadające z rzadka liście i mój oddech. Nic więcej.
Czarna bezdźwięczność
Takie doświadczenia należą już dla mnie do przeszłości. Gdybym już wtedy miał tinnitus, zamiast ogromu pustej przestrzeni słyszałbym dzwonienie w uszach. Dzisiaj bardzo wyraźnie dostrzegam każdą chwilę ciszy, której nie mogę doświadczyć. Dość osobliwe zajęcie. Próbować znaleźć nic.
Pomyślałem, że branie wcześniej ciszy za pewnik sprawiło, że teraz coraz trudniej przeżyć mi jej wyjątkowe chwile – no i bez przerwy przeszkadza ten irytujący dźwięk. Ale przecież z szumami usznymi czy bez dźwięk właściwie nigdy nie milknie. Niby jak miałbym więc odnaleźć absolutną ciszę?
Cisza to przestrzeń między dźwiękami.
Dzięki niej jeden odgłos oddziela się od drugiego. Postrzegamy dźwięki wszędzie, choć są one w istocie wyjątkami od reguły. Sontag pisze: „Cisza istnieje w świecie pełnym mowy i innych dźwięków, a każdy jej przejaw to określony odcinek czasu przerywany dźwiękami”. Szukając ciszy, lekceważyłem ją.
John Cage skomponował utwór 4’33’’ (1952) i są to dokładnie 4 min 33 sek., podczas których orkiestra musi być cicho. Jedyny zapis w nutach brzmi „tacet” i oznacza czas odpoczynku, w którym muzycy nie wydają dźwięków. Wydawało mi się, że moje szumy uszne pozbawiły mnie szansy na doświadczenie tej kontrowersyjnej i skłaniającej do refleksji kompozycji, ale w rzeczywistości to nawet gdybym wybrał się na jej wykonanie wcześniej, zupełnie nie zrozumiałbym, o co tak naprawdę chodzi. W chwili, w której zaczyna się koncert, muzycy zajmują swoje miejsca, widownia staje się częścią orkiestry. Kaszlnięcie, skrzypnięcie siedzenia, ziewnięcie, skrępowany słuchacz, który zmienia pozycję. Każda z tych rzeczy to opisywany przez Sontag podziurawiony dźwiękami odcinek czasu, a reszta to czarna bezdźwięczność, w której zaczynamy rozbrzmiewać.
Na początku była cisza. Kiedy się rodzimy, obwieszczamy zjawienie się wśród żywych donośnym krzykiem. Nic przeto dziwnego, że początek wszechświata nazwaliśmy dźwięcznie Wielkim Wybuchem. Kiedy zaś umieramy, powracamy w ciszę, którą przerywają dopiero wspomnienia innych o nas. Być może właśnie dlatego prosimy w zachodnich kulturach o minutę ciszy – aby słowa nie zakrywały tego, co czujemy, aby wczuć się w tych, którzy już nic nie powiedzą, a może i dlatego, że gule w gardle nie pozwalają nam nic z siebie wydusić.
W Oaxaca, północno-wschodnim regionie Meksyku, rdzenne wspólnoty narodu Mixe podchodzą do śmierci zgoła inaczej. Każdemu, kto przychodzi opłakiwać zmarłą osobę, opowiadają ostatnie chwile jej życia. Jak zauważa pisarka i językoznawczyni Yásnaya Elena Aguilar Gil w artykule w „Gatopardo”, w ten sposób „wymieranie zostaje włączone w historię życia”. Mixe „tworzą znaczenie śmierci, nadają jej znaczenie i spójność, wyrywają śmierć ze świata ciszy i zapomnienia, czyniąc ją częścią życia”.
Musiałem utracić ciszę, żeby zrozumieć, jak niewyobrażalne znaczenie przypisujemy rzeczom nieuchwytnym.
Jak ujął to kiedyś Cage: „Nie ma czegoś takiego jak pusta przestrzeń czy pusty czas. Zawsze jest coś do zobaczenia, coś do usłyszenia. W istocie choćbyśmy próbowali stworzyć ciszę, nie możemy”. To, co nazywamy ciszą, Liam Heneghan, profesor nauk o środowisku na DePaul University w Chicago, określił jako „avoesis”, czyli nieobecność dźwięków tworzonych przez człowieka. Nawet tamta chwila z Malinche, którą hołubiłem we wspomnieniach, była pełna dźwięków. Spadające liście,…