Subskrybuj
Krystyna Dąbrowska fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl
Pisarka, dziennikarka, publicystka, współzałożycielka Fundacji „Kultura nie boli”. W Big Book Cafe koordynuje i spina w całość program literacki. Autorka książek Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Znaki szczególne, Pojutrze. O miastach przyszłości, Między walizkami....

Lubię myślnik

Współcześnie język często w ogóle nie niesie treści. Jesteśmy bombardowani zdaniami, które nic nie mówią. Wydaje mi się, że poezja jest głosem oporu, jego obroną. Poezja to praca, która utrzymuje język w stanie świeżości.

Spotykamy się przy śniadaniu. Poranek to Twoja ulubiona część dnia?

Tak, i prawdę mówiąc, jedno śniadanie już zjadłam. To była owsianka. Wczesny poranek i wieczór są najlepsze do myślenia, do pisania. W ciągu dnia mój umysł przechodzi na tryb praktyczny i uśpiony, niewiele się w nim wydarza. Kiedy zaczynałam tłumaczyć poezję, przekładałam wiersze amerykańskiego poety Williama Carlosa Williamsa. Pisał w jednym z nich, że gdy wstaje, jego umysł płonie. To jest moment czystości, jeszcze nic się nie zdarzyło, nie zdążyło cię rozproszyć. Długo po przebudzeniu jestem niezdolna do kontaktu, niczego nie oglądam, nie słucham, nie przyjmuję żadnych treści. Mogę tylko myśleć, pisać, notować – być dla siebie.

A gdzie jest kres tego niewinnego poranka?

Trudno wyliczyć, te pierwsze dwie, trzy godziny to czas dla wyobraźni i intensywnego myślenia. Jeśli mam coś zaczęte, po trosze napisane, to właśnie wtedy znajduję najlepsze rozwiązania i ciągi dalsze. A później wkracza świat zewnętrzny.

I zaczyna się czas prozy.

Na co dzień walczę z mnóstwem wątpliwości, z samozwątpieniem. A rano to wszystko mnie opuszcza. Mam najwięcej energii, skupienia i pewności siebie. Pomagam sobie tym, że do południa mam wyciszony telefon. Na zegarku zaś przez całą zimę czas letni.

Po co?

Żebym nie dostała depresji. Jestem uzależniona od światła. Od kilku lat nie przestawiam czasu na zimowy i dzięki temu w listopadzie i grudniu w moim świecie ciemno robi się dopiero o wpół do piątej, a nie już po trzeciej. Oto sztuczka przeciwko ciemnicy.

Co pora jasności zmienia w życiu?

To się dzieje na poziomie biologicznym. Choćby teraz, gdy siedzimy tu w zimny, ale słoneczny dzień, i od razu lepiej się czuję, mam więcej chęci do życia. Jestem też krótkowidzem uzależnionym od patrzenia – może właśnie wada wzroku sprawia, że świat widzialny ma dla mnie wielkie znaczenie.

Fizycznie karmię się obrazami, światłem, słońcem. Nie mogę przebywać w ciemnych pomieszczeniach.

Jestem dzieckiem z wysokiego bloku, dorastałam na 11. piętrze. Mieliśmy tam ogromne okna, pamiętam wlewające się do pokojów światło. I widoki. Poszłam ostatnio na to osiedle, moja koleżanka graficzka ma tam pracownię. Bloki są nadal obskurne, lecz widoki i światło nadal wspaniałe.

Co widziałaś z okien swojego dzieciństwa?

Jeziorko Czerniakowskie, które jest rezerwatem przyrody, bardzo pięknym. Latem słyszałam skowronki i żaby. A z okien pokoju rodziców i kuchni widać było olbrzymią elektrociepłownię Siekierki. Jak się robiło ciemno, elektrownia wypuszczała ciemne kłęby dymu i potwornie przy tym hałasowała. Z okien widzieliśmy też plac zabaw i boisko, a dalej działki i pola. Pod blok przychodzili ludzie z krowami. Mijałam je w drodze do szkoły. Niby Warszawa, a trochę wieś. I takie też było nasze dzieciństwo, włóczyliśmy się po działkach, po dzikich terenach. Towarzyszyły nam legendy i plotki.

Plotki?

Na przykład o tym, że w okolicy krąży zboczeniec. Krążył naprawdę, choć my nie wiedzieliśmy, co to słowo znaczy. Urósł w naszych małych głowach do rangi mitycznego stwora.

Dzieciństwo w latach 80. i 90. składało się na czas po części mityczny, baśniowy i prawdziwie dramatyczny. Jak się żyje w bloku, to ma się na wyciągnięcie ręki całe społeczeństwo w miniaturze.

Ciągle jakieś trudne historie się zdarzały. Dorośli nie chronili nas przed swoimi problemami, byliśmy zanurzeni w kocioł ludzkiego życia. Połowa osiedla to były bloki uniwersyteckie, moja mama dostała tam mieszkanie jako biolożka, a drugą połowę zamieszkiwali milicjanci z rodzinami.

Nie mówiliście sobie „dzień dobry”?

Mówiliśmy. Tata mojej koleżanki z klasy był mundurowym, chyba lekarzem. Pamiętam, że po katastrofie samolotu na Kabatach jeździł identyfikować zwłoki. Miałam wtedy 7 lat i o tym wypadku mówili wszyscy – i rodzice, i my.

Pamiętam tę katastrofę. Dorastałam w tym samym czasie. I również pamiętam prawdziwe problemy dorosłych. Moje przyszywane ciocie z osiedla – kobiety na skraju załamania nerwowego, wypadki i śmierci, rozstania, przemoc w domach, choroby. Zastanawiam się, jak one się w nas odkładają, co z nich po latach zostaje.

Dla mnie te wspomnienia mają ogromną wartość i chociaż nie idealizuję czasu dzieciństwa, często do nich wracam. Pomagają zrozumieć, co się ze mną dzieje w dorosłym życiu, przydają się do pisania. Dzieciństwo jest soczewką, zgęszczeniem i zalążkiem rozmaitych wydarzeń i znaczeń, które powracają do nas po latach, często już bardziej zrozumiałe. Chociaż trudne doświadczenia są mieczem obosiecznym. Weźmy katastrofę samolotu w Lesie Kabackim. Cała Polska to przeżywała. Dla mnie wstrząs był tak silny, że do dziś boję się latać. Mimo to jestem za mocnym przeżywaniem rzeczywistości i za tym, żeby się przed nią nie chronić.

Kiedy się umawiałyśmy, prosiłaś, żebyśmy zobaczyły się w kolejnym miesiącu, bo właśnie nad czymś pracujesz. Ale ja się spieszyłam i uparłam. A w dodatku spotkałyśmy się rano, gdy lubisz być tylko dla siebie. Czy będąc poetką, wyłączającą telefon do południa, żyjesz jednak pod presją czasu i zewnętrznych bodźców?

Oczywiście. Banalna prawda jest taka, że z poezji nie da się żyć. Zresztą nawet gdybym mogła, nie chciałabym pisać tylko wierszy. Poezja musi się karmić innymi aktywnościami. Ja zawsze tłumaczyłam poezję albo pisałam artykuły, po studiach na ASP zajmowałam się grafiką. Także dlatego, że wiersze nie pojawiają się na zamówienie. Czasem się piszą, a czasem nie. Więc i ja oddaję teksty na deadline,  mam w życiu jednak pewien luksus – mogę robić to, co naprawdę kocham.

Twoja poezja wyrasta z rzeczywistości i doświadczeń, z obserwacji codzienności, z podróży. Ale poetom wciąż chyba towarzyszy takie wyobrażenie, że zamieszkujecie jakiś magiczny nawias, który pozwala spojrzeć z boku.

Nie żyję poza rzeczywistością, jestem w niej silnie zanurzona. Jako poetka potrzebuję jednak zakodowanej wewnętrznie zdolności spojrzenia na siebie i świat trochę z pozycji kosmitki, aby ująć doświadczenie w formie artystycznej.

Pamiętam wiersz Julii Hartwig, która rzadko pozwalała sobie w poezji na irytację, lecz raz napisała z wściekłością o tym, że ludzie widzą poetę jako kogoś, kto tak sobie polata nad światem.

A Hartwig była zaangażowana w działalność opozycyjną, zbiórki, różne podziemne akcje i złościł ją ten stereotyp, zgodnie z którym ona niby unosi się gdzieś wysoko nad wszystkim, co się dzieje. Poeci nie siedzą na chmurach, machając nogami.

Ale coś ich jednak z przyziemności wyróżnia.

Mam podejście staroświeckie, uważam, że poezja potrzebuje marzycielstwa. Elementu, który rozbija codzienną i logiczną strukturę wydarzeń. I powoduje, że moja głowa pracuje w sposób trochę nieobliczalny. Choćby przez to, że jedno zdarzenie zaraz kojarzy mi się z innym, uruchamia wyobraźnię i wspomnienia. Szłam tu na spotkanie z Tobą i się zamyśliłam, pomyliłam ulice. Odpłynęłam. To chyba Baudelaire pisał, że poeci powinni się trochę lenić. Potrzebuję czasu i przestrzeni, w której nic nie muszę, pozwalam rzeczom zdarzać się w głowie i wokół mnie.

Jak opierasz się pędowi świata, który przypomina oszalałą karuzelę?

Zawsze miałam w sobie coś z abnegatki. Mogę żyć skromnie, nie mam pragnienia zarabiania pieniędzy. Jakoś udaje mi się utrzymać z literatury i prac okołoliterackich. Staram się zachować niezależność od presji ciągłego przypominania o sobie.

Nie jestem zbyt aktywna w mediach społecznościowych.

Wiem, że u wielu osób piszących ten odruch nie wynika z próżności, tylko ze stresu, że jak siebie nie pochwalisz, nikt tego nie zrobi. Jak o sobie nie przypomnisz, to cię zapomną. Wszyscy naokoło się promują, zatem ty też musisz, bo bez tego zginiesz. Ja pomyślałam: „No to najwyżej zginę”. Ale przynajmniej zachowam wolność. Nie mogę brać udziału w galopie, bo mnie to wykańcza. I w tym sensie nie wsiadłam na karuzelę. Może też miałam trochę szczęścia, że nie wylądowałam w agencji reklamowej.

Bo na początku stulecia, gdy kończyłaś studia, młodych i zdolnych natychmiast przejmował biznes. I ta generacja po latach pracy dla korporacji budziła się jak ze złego snu.

Ja chyba nie zatroszczyłam się o tego rodzaju karierę. Robiłam trochę projektów graficznych z wolnej stopy. Wcześnie uzależniłam się od bycia wolnym strzelcem. To wymaga zabiegania o zlecenia, ale też daje swobodę. Jakoś sobie radzę.

Aspekt ekonomiczny na pewno ma znaczenie, kluczowa wydaje mi się jednak twoja decyzja, żeby nie brać udziału w rozmaitych obsesjach współczesności. Ciekawe, dlaczego tak pędzimy? Może rywalizujemy ze sztucznymi systemami na efektywność?

A może jeśli się już coś zacznie, to bardzo trudno przestać. Nie myślisz wtedy racjonalnie, w pędzie w ogóle nie ma kiedy myśleć. A wielu ludzi boi się mieć życie niezorganizowane, niewypełnione zadaniami i zobowiązaniami. Zadaniowość wykańcza, lecz też zapewnia doraźny cel. Sprawia, że nie musisz poszukiwać większego celu ani w ogóle zadawać sobie pytań.

A Ty zdecydowałaś się być przy zwątpieniu?

Zawsze chciałam pisać. A jak się pisze wiersze, momenty zwątpienia są nieuniknione. Trzeba mieć też w sobie gotowość na bycie raz na wozie, raz pod wozem – taka jest natura tej pracy. Gdybym wybrała inaczej, byłabym nieszczęśliwa. A próbuję być czasem choć trochę szczęśliwa.

Jak żyjesz na co dzień, poetko?

Sporo wyjeżdżam. Bardzo lubię podróżować. To się pewnie wzięło z dorastania w końcówce PRL-u, gdy podróżowanie było czymś rzadkim i egzotycznym. Moi rodzice są maniakami wypraw rowerowych.

Staram się tak organizować sobie życie, żeby dużo być w drodze – pomaga w tym czasami aplikowanie o rezydencje i stypendia.

Wyjazdy uwalniają mnie z codziennych trybów, dają czas na pisanie, umożliwiają, co dla mnie ważne, poznawanie pisarzy i poetów z różnych krajów – ludzi, którzy mają inne, inspirujące punkty odniesienia. Podróż zawsze przynosi niespodzianki. Jesienią spędziłam miesiąc w Japonii, a niedługo jadę do Hongkongu, niemal już całkiem zduszonego przez Chiny. To smutne, a zarazem ciekawi mnie, jak to będzie – doświadczyć miejsca, które świeżo utraciło wolność.

Trudne podwórko dla poetki. Żeby pojechać, trzeba być dobrym w pisaniu wniosków?

Nie jestem w tym najlepsza i tego nie znoszę, ale zwycięża pokusa pobycia gdzie indziej. Stypendia to loteria. Do Japonii trafiłam nieoczekiwanie, właściwie chciałam jechać do Stanów. Od lat tłumaczę poezję z angielskiego. Niestety, moje starania o wyjazd do Stanów nie wyszły, a akurat był nabór na rezydencję w Japonii, więc wysłałam wniosek, który już miałam gotowy. I tam się spodobał. Okazało się, że nie mogłam lepiej trafić. Najczęściej udaje się nie to, o co zabiegamy.

Kiedy jedziesz daleko, co się dzieje z twoimi myślami? Czy wtedy twoja poezja jest bardziej stamtąd niż stąd?

Różnie. W Japonii przeżyłam szok ludzki, kulturowy, wszelki. Przywiozłam stamtąd gruby zeszyt notatek. Mieszkałam w akademiku w Kioto i przez pół dnia oglądałam miasto, chodziłam po świątyniach, patrzyłam na ludzi, zanurzałam się. A przez drugie pół dnia mogłam być w pracowni, która mieściła się w księgarni na szóstym piętrze domu towarowego. I tam robiłam notatki. Po powrocie do Polski powstało kilka wierszy i myślę, że na nich się nie skończy. Wiele rzeczy muszę jeszcze przetrawić.

Z kolei kilka lat temu byłam na stypendium na amerykańskiej farmie, na zupełnym pustkowiu. Tam nie mieliśmy zbyt wielu wrażeń, jeśli nie liczyć osiołka i ślepego konia na sąsiedniej farmie, które odwiedzałam i zresztą napisałam o nich wiersz

. To było stypendium typu laboratorium: nic cię nie rozprasza, pracujesz w skupieniu. W moim pisaniu podróże są jedynie punktem wyjścia do poruszania spraw, mam nadzieję, uniwersalnych. W nowych miejscach szukam chwil i sytuacji, które przez swoją obcość, paradoksalnie, przywołują to, co bardzo intymne i osobiste.

Podasz przykład?

W Kioto wzięłam udział w warsztacie organizowanym przez japońską poetkę. Eksperyment polegał na tym, że podałam jej dłoń, jak do uścisku, i tak złączone ręce zanurzałyśmy rytmicznie w gorącej parafinie, aż zastygła na naszych dłoniach rzeźba. Skojarzyło mi się to z dzieciństwem – gdy podczas wizyt na cmentarzu zanurzaliśmy z bratem palce w płynnym wosku w zniczach. I o tym napisałam wiersz. Nie ma w nim śladu tamtej poetki ani Japonii. Jest moje dzieciństwo. I to, jak dzieci na swój sposób upamiętniają zmarłych, nawiązują z nimi kontakt, uciekając od nudnych obrządków dorosłych. Poezja tak działa – sytuacja dziwna lub nowa pozwala znaleźć drogę do siebie.

A kto w erze późnego kapitalizmu płaci poetom za to, żeby myśleli i pisali wiersze?

Też różnie. Byłam raz na rezydencji finansowanej z prywatnych środków zamożnej filantropki. W Japonii pisarka Kyoko Yoshida zorganizowała rezydencję na wzór tej, w której sama uczestniczyła kiedyś w Iowa. Nie chciała uzależniać się finansowo od jednej instytucji, dlatego współpracuje z różnymi. I akurat mój pobyt był finansowany przez Unię Europejską. Z kolei do Hongkongu jadę na zaproszenie amerykańskiego Baptist University, który wszystko opłaca. To instytucja opozycyjnie nastawiona wobec rządu w Pekinie. Nie wiadomo, jak długo będzie tam swobodnie działać.

Od kryzysu demokracji do utraty wolności w poezji krótka droga.

Boję się tego potwornie. Kiedy Donald Trump wygrywa wybory prezydenckie w USA, a oczywiście rozumiem, że wygrał je demokratycznie, to szukamy wyjaśnień w tym, że ludzie są demokracją zmęczeni, rozczarowani, że nie wierzą w system. Ale nie mówimy o poziomie głębszym – o groźbie utraty wolności. Mam wrażenie, że pogrążeni w codziennych frustracjach ludzie zapominają, co jest na szali. A groźnie jest teraz w wielu krajach świata, także w Polsce, mimo że u nas w ostatnich wyborach na szczęście zwyciężyła demokracja.

Andrzej Leder mówi, że kruszenie się demokracji liberalnej to jedynie objaw głębokiego i nieodwracalnego kryzysu kultury europejskiej i krachu pozycji Europy w świecie w ogóle. A co Ty myślisz?

Chyba nie mam narzędzi, żeby to ocenić. Ale tak na zdrowy rozum powiedziałabym, że znaczenie ma to, jaki kto ma bagaż doświadczeń. Ludzie, którym nigdy nie odebrano wolności, po prostu nie wiedzą, co ryzykują. Nie zdają sobie sprawy, czym ona jest. Zajęci codziennym życiem, w pędzie i kieracie, mogą nawet nie uważać wolności za szczególnie ważną. A populistyczni demagodzy zręcznie odwracają uwagę, przekonują, że co innego jest istotne i potrzebne. W tym amoku udaje się nie zauważyć, że na obietnicach Donalda Trumpa zyskać mogą wyłącznie najbogatsi, a jego pomysły grożą autorytaryzmem na skalę światową. Do tego dochodzi manipulacja informacją, uczuciami, słabościami.

Wielu z nas nie ma możliwości, żeby się przed tymi złożonymi procesami bronić. Zresztą wielu nawet nie próbuje, woli proste i wygodne odpowiedzi.

Problem z wolnością jest wreszcie taki, że dopóki się ją ma, ona pozostaje abstrakcją. Łatwiej straszyć imigrantami, którzy rzekomo zabiorą nam pracę, niż przebić się z ostrzeżeniami przed zniewoleniem.

To spróbuj wolność skonkretyzować. Jakie ryzyka widzisz?

Groźbę utraty pokoju. Zagrożenie wojną jest realne, a stawka – bardzo wysoka. Co mam do stracenia? Elementarne bezpieczeństwo od konfliktu zbrojnego i przemocy. Wolność słowa. Wolność głosowania w wyborach. Możliwość życia w świecie, którego przywódcy poważnie traktują globalny kryzys klimatyczny. To kolejne zjawisko, które brzmi ogólnikowo, ale wszystkich dotyka. I gdy płoną wzgórza Los Angeles albo tonie Stronie Śląskie, przestaje być abstrakcją. Poezja też wydaje się nieuchwytna, tymczasem pisanie jest zajęciem bardzo konkretnym – to działanie w języku. I moja wolność polega choćby na tym, że nie słucham demagogów, którzy niszczą język i manipulują ludzkimi umysłami.

Jeśli pisanie wierszy jest rodzajem aktu wolności, to ich czytanie chyba także? Bo dziś dążąc do informacji, czytając z nadzieją na lepsze rozumienie świata, często lądujemy w ciemnych zaułkach dezinformacji, fałszu. Wobec tego wzięcie do ręki drukowanego tomu wierszy oznacza wolność – od algorytmów, reklam, zbierania naszych danych.

W wirtualnej rzeczywistości zatracamy możliwość weryfikacji treści. Nie mamy sposobów, by samodzielnie rozpoznać głęboko zafałszowane informacje. Na szczęście możemy jeszcze czytać staroświecko, pójść do księgarni albo biblioteki, na wystawę albo na koncert. Uczestniczyć w kulturze i świecie na własnych warunkach. Choć to wymaga coraz większego wysiłku. Czuję, że muszę się bronić przed zalewem bodźców, wkładam coraz więcej pracy w wyławianie tego, co ważne i ciekawe, z masy nieistotności. Kiedy wyjeżdżam, oczyszczam głowę, robię detoks. I wtedy wyraźnie czuję, że można odpuścić sobie ciągłe „nadążanie” i że wcale nie grozi to ignorancją.

W Japonii poznałam Clare Wigfall, brytyjską pisarkę, która mieszka w Berlinie. Ma 49 lat. Opublikowała w życiu jedną książkę, The Loudest Sound and Nothing, świetny zbiór opowiadań wydany przez renomowaną oficynę Faber & Faber. Clare jest zupełnie pozbawiona parcia na szkło, uczy na uniwersytecie, ma trójkę dzieci. Pisze i na pewno wyda jeszcze coś wspaniałego. Spotkanie z nią przywróciło mi wiarę w bycie pisarką dla samego pisania. Brzmi to idealistycznie, ale niedawno jeszcze takie nie było. Pisało się, aby stworzyć dobrą literaturę. I pisało się…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zostaw alkohol, chodź tańczyć