Korea Południowa ma najszybciej starzejące się społeczeństwo na świecie. W 2018 r. współczynnik dzietności w tym kraju spadł poniżej jednego dziecka na kobietę, zaś w 2024 r. wynosił 0,75. A wszystko to podobno wina feministek.
Domyślam się, że chodzi Ci o 4B, po polsku „4 razy nie”, czyli radykalny ruch feministyczny, w ramach którego kobiety odmawiają mężczyznom czterech rzeczy: seksu (bisekseu), randkowania (biyeonae), małżeństw (bihon) i rodzenia dzieci (bichulsan). To zjawisko, o którym swego czasu było głośno w zachodnich mediach. Amerykańskie tiktokerki wręcz podawały Koreanki za wzór walki z patriarchatem, a tymczasem tutaj… mało kto słyszał o 4B. Sama nie znam żadnej osoby identyfikującej się z tym ruchem, wielu Koreańczyków nie kojarzy nawet samego skrótu.
Prawdą jest jednak, że feminizm ma w Korei złą prasę, postrzegany jest jako ruch wywrotowy, burzący społeczny porządek i godzący w interesy mężczyzn. Badania wskazują, że młodzi mężczyźni w wieku 20–30 lat, zwani tutaj idaenam, postrzegają siebie często jako ofiary feminizmu.
Ponad 58% z nich jest zdecydowanie przeciwnych feministycznym postulatom, a prawie 26% uważa, że są bardziej dyskryminowani niż kobiety.
Jako argument najczęściej przywołują obowiązkową służbę w wojsku, która w Korei obejmuje jedynie mężczyzn, a także społeczną presję, by mężczyzna zarabiał więcej i osiągał sukcesy zawodowe. Dla nich feminizm to ideologia, która dąży nie tyle do równości płci, ile do wyniszczenia płci męskiej. W związku z tym obserwujemy zwrot młodych mężczyzn w stronę radykalnie konserwatywnych ruchów meninistycznych. Trzeba jednak zaznaczyć, że obie strony tego sporu reprezentują dwie skrajne postawy, które – choć wzbudzają emocje – tak naprawdę są marginalne. Na pewno nie można powiedzieć, że powodem, dla którego w Korei mamy niską dzietność, jest to, że kobiety w ramach walki z patriarchatem zaczęły odmawiać związków z mężczyznami i rodzenia dzieci.
A jednak według badań cytowanych w sierpniu zeszłego roku przez „The Wall Street Journal” co druga kobieta w wieku 20–49 lat mieszkająca w Korei nie planuje mieć dzieci. Co wobec tego nimi kieruje?
Przyczyny są dużo bardziej złożone, a przede wszystkim – pragmatyczne. Zacznę od najbardziej podstawowej rzeczy, czyli od tego, że młodych Koreańczyków nie stać na zakup własnego mieszkania. W lipcu 2024 r. średnia cena za metr kwadratowy w Korei wynosiła ponad 6 mln wonów, czyli 17 tys. zł, przy czym dla Seulu ta kwota była już ponaddwukrotnie wyższa. To są horrendalnie wysokie sumy, nawet biorąc pod uwagę, że Koreańczyk zarabia miesięcznie średnio prawie 4 mln wonów (ok. 10,5 tys. zł).
Ale na tym nie koniec problemów. Żeby kupić mieszkanie z rynku pierwotnego, nie możesz tak po prostu wyszukać ogłoszenia i złożyć oferty.
Musisz wziąć udział w loterii. A żeby wziąć udział w loterii, należy założyć specjalne konto w banku i co miesiąc zasilać je kwotą min. 20 tys. wonów.
W przeliczeniu na złotówki to niewiele, bo trochę ponad 50 zł, lecz kwota jest tu drugorzędna, chodzi o czas, przez jaki prowadzi się konto. Im dłużej zbierasz pieniądze, tym więcej punktów przysługuje ci w loterii (niektórzy zbierają nawet 20 lat!). Dodatkowo przyznaje się m.in. punkty za wiek, staż pracy, wysokość pensji, liczbę dzieci, staż małżeński. Są też pewne obostrzenia – nie można np. posiadać innego mieszkania.
Brzmi to jak coś bardzo skomplikowanego. Dlaczego wprowadzono taki system?
Korea to w 70% kraj górzysty, a więc niezdatny do zabudowy. Jest wielkości jednej trzeciej powierzchni Polski, a mieszka tu ponad 50 mln ludzi. Oczywistą konsekwencją tego jest olbrzymi popyt na mieszkania, te budowane zarówno przez państwo, jak i przez prywatnych deweloperów. Obecnie, przy niebotycznie wysokich cenach mieszkań, trochę się to zmienia i czasem w takich loteriach bierze udział mniej osób, niż jest mieszkań, więc niektóre lokale pozostają niewykupione. Natomiast w gorętszych okolicach lub gdy cena jest adekwatna, konkurencja jest ogromna. W skrajnych przypadkach bywa, że w takim konkursie na jedno lokum przypada kilkadziesiąt tysięcy chętnych!
Pierwszeństwo mają niektóre grupy – jak np. ludzie młodzi, nowożeńcy i rodziny wielodzietne. Dla nich przeznaczona jest osobna pula mieszkań na danym osiedlu. Wtedy takie młode pary czy rodziny rywalizują w loterii tylko ze sobą, a nie ze wszystkimi chętnymi, zatem konkurencja jest mniejsza. Co roku rząd stara się, żeby np. taka pula mieszkań dla nowożeńców była wyższa.
Niedawno przeprowadziłaś się z rodziną do nowego, własnego mieszkania. Czy też musieliście dosłownie wygrać los na loterii, żeby je kupić?
Uznaliśmy, że nie chcemy aż tyle czekać – zwłaszcza że w ubiegłym roku urodził się nasz syn – i zdecydowaliśmy się na mieszkanie z rynku wtórnego. Wybraliśmy takie, które znajduje się w tzw. sindosi, czyli nowym mieście, dzielnicy zaprojektowanej od zera. Parę lat temu były tutaj pola, aż władze przeznaczyły te tereny pod budowę nowoczesnych osiedli. Osoby, które mają dzieci, chętnie wybierają życie w takich miejscach przede wszystkim ze względu na infrastrukturę: żłobki, przedszkola, szkoły podstawowe. Tutaj pod nosem mam pięciu pediatrów, a w mojej starej dzielnicy, zamieszkanej głównie przez seniorów, był jeden – i to daleko. Nie bez znaczenia jest też tak banalna sprawa jak… wysokość krawężników. W poprzednim miejscu zamieszkania wyszliśmy z wózkiem tylko raz i to był koszmar: krawężniki wysokie na 10 cm lub więcej są normą, w dodatku często na ulicach w ogóle nie ma chodników. Teraz spacery to czysta przyjemność: nie dość, że tam, gdzie trzeba, krawężniki są obniżone, to jeszcze wszędzie mamy windy i drzwi automatyczne. Nic dziwnego, że przez tydzień widziałam tutaj więcej rodzin z wózkami dziecięcymi niż w ciągu pięciu ostatnich lat.
Skoro już o wózkach mowa, zapytam Cię o pewną szokującą statystykę, która jakiś czas temu obiegła media na całym świecie. Koreańska platforma Gmarket podała, że w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2023 r. sprzedała więcej wózków dla psów niż dla dzieci. Czy rzeczywiście można powiedzieć, że dla Koreańczyków zwierzak stał się substytutem dziecka?
Pamiętam, że gdy pierwszy raz zobaczyłam na wystawie sklepowej wózki dla czworonogów pokazywane razem z wózkami dziecięcymi, też przecierałam oczy ze zdumienia. Z jednej strony to, jak mieszkańcy Korei traktują swoich pupili, rzeczywiście może dla Europejczyków niewiele różnić się od traktowania dzieci. Gama akcesoriów, jakie można nabyć dla zwierzaków, naprawdę robi wrażenie. Z drugiej strony tylko jedna trzecia koreańskich gospodarstw domowych posiada kota lub psa. W Polsce jest to ponad połowa.
Z czego zatem wynikają dane Gmarketu?
W Korei wózki dla pupili są czymś powszechnym, bo w wielu lokalach obowiązuje zakaz wstępu z psem, ale można do nich wjechać z czworonogiem w wózku. Inna sprawa, że dane, które podajesz, są z platformy internetowej, podobnej trochę do polskiego Allegro. Koreańczycy chętniej kupią w sieci niedrogi wózeczek dla psa niż dużo bardziej kosztowny wózek dla dziecka – ten będą woleli obejrzeć i nabyć w sklepie stacjonarnym. Wreszcie, tak jak wspomniałam, po koreańskich miastach naprawdę trudno poruszać się z wózkiem, więc młodzi rodzice preferują nosidełka. Wózek kupują dopiero, gdy dziecko jest już za duże, by je nosić. To też wpływa na niższą sprzedaż wózków dziecięcych niż np. w Polsce, gdzie zazwyczaj najpierw kupuje się gondolę, a potem dodatkowo spacerówkę.
Wielu Koreańczyków jako przyczynę rezygnacji z rodzicielstwa podaje też wysokie koszty utrzymania dziecka, związane przede wszystkim z edukacją.
Rzeczywiście, edukacja w Korei jest droga (wydatki na nią stanowią średnio 12% rodzinnego budżetu), ale nie dlatego, że w szkołach mamy wysokie czesne. Drogie są hagwony, czyli akademie zajęć pozalekcyjnych, do których uczęszczają praktycznie wszystkie dzieci. Presja na sukces edukacyjny, a potem zawodowy jest tutaj ogromna. Powszechne jest korzystanie z korepetycji, zatem jeśli nie zapiszesz dziecka na dodatkowe lekcje, to będzie ono zostawało w tyle za rówieśnikami. Jeżeli nie będzie sobie radzić w szkole, to nie dostanie się na dobrą uczelnię, a potem – nie będzie mogło nawet pomarzyć o dobrej pracy.
Przeciętny licealista śpi zaledwie 5,5 godziny na dobę i większość czasu spędza na nauce do egzaminów, które de facto decydują o całej jego przyszłości.
Owszem, pieniądze grają tu pewną rolę, jednak według mnie źródłową przyczyną jest toksyczny stosunek koreańskiego społeczeństwa do nauki i sukcesu zawodowego. Część osób nie chce skazywać swoich dzieci na to, co sami przeszli, i dlatego w ogóle rezygnuje z bycia rodzicami.
To nie jest kwestia wyłącznie szkoły, lecz też tego, jak wygląda późniejsza praca, prawda?
Zdecydowanie. Koreańczycy ustawowo pracują 52 godziny tygodniowo, ale w rzeczywistości siedzą w biurze do momentu, aż ich szef wyjdzie z pracy. Zachowaniu work-life balance nie pomagają też zwyczajowe hoesiki, czyli kolacje firmowe, które często przeciągają się do późna. Nawet ja – osoba prowadząca własną firmę – odczuwam ten brak równowagi, bo Taejin, mój mąż, pracuje na etat. Choć jesteśmy w komfortowej sytuacji, bo sama decyduję, jak długi czas spędzę na urlopie macierzyńskim, niełatwo jest opiekować się noworodkiem, gdy jedna osoba codziennie wraca do domu najwcześniej po dziewiętnastej.
Jak wygląda w Korei sprawa urlopów rodzicielskich?
Na papierze – świetnie, to jeden ze sposobów, jakimi rząd chce zachęcić obywateli do posiadania dzieci. Każdemu z rodziców przypada po roku urlopu wychowawczego, który można wykorzystać w dowolnym momencie. Jeśli oboje pracują na etacie, mogą nawet starać się o wydłużenie tego okresu do półtora roku dla każdego z nich. Dodatkowo matce z okazji narodzin dziecka przysługuje 90 dni urlopu do wykorzystania przed porodem i po nim; ojcu do niedawna przysługiwało 10 dni, zaś od zeszłego roku wydłużono ten okres dwukrotnie.
A jeśli chodzi o praktykę?
Gdy w listopadzie urodził się Teoś, mój mąż teoretycznie mógł wziąć 20 dni wolnego, ale skończyło się na tym, że wykorzystał tylko cztery dni urlopu „porodowego” i tak ustawił sobie grafik w pracy, by spędzić z nami w sumie 10 dni. Tylko że potem musiał „odrobić nieobecność” i przez cały grudzień nie miał ani jednego dnia wolnego. Kilka dni urlopu z tej puli wykorzystał na czas przeprowadzki w lutym, lecz wiem, że czuł się z tym bardzo niekomfortowo – widział, że nie jest to zbyt dobrze odbierane przez jego szefostwo. Dużą rolę odgrywa tu tzw. nunchi, czyli umiejętność wyczucia sytuacji. Nawet jeśli Koreańczyk wie, że prawnie należy mu się urlop, będzie czuł się niezręcznie, biorąc go ze świadomością, że pracodawcy jest to nie na rękę. Gdy zachęcałam Taejina, żeby powalczył o 20 dni urlopu, które przysługują mu z okazji narodzin dziecka, dał mi do zrozumienia, że nawet nie będzie próbował. I tak jest w mniejszości, bo według statystyk z 2022 r. tylko 28% ojców przynajmniej częściowo skorzystało z prawa do dodatkowego urlopu.
Naprawdę tak trudno dostać kilka dni wolnego, by zająć się dzieckiem? Przecież w kraju, który zmaga się z rekordowo niską dzietnością, powinno to być priorytetem.
W wielkich koncernach typu Samsung otrzymanie urlopu na dziecko nie jest problemem (dlatego tzw. czebole są najbardziej pożądanym przez Koreańczyków miejscem pracy), ale w średnich i małych firmach sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Dotyczy to także matek. Moja koleżanka, która zatrudniona jest w niewielkiej, kilkuosobowej firmie, po trzech miesiącach od urodzenia dziecka musiała wrócić do pracy, bo nie miał kto jej zastąpić.
I kto w takiej sytuacji zajmuje się dzieckiem? Dziadkowie?
Jeśli mają taką możliwość, to młodzi rodzice są w naprawdę luksusowej sytuacji. Zdarza się, że na forach internetowych Koreańczycy pytają, jaką kwotę powinni zaoferować swojej mamie czy teściowej za opiekę nad wnukami – lecz większość osób nie jest w stanie korzystać z pomocy rodziców. Nawet trzymiesięczne, półroczne dzieci posyła się do żłobków, choć i tu sprawa nie jest prosta, bo miejsc wciąż brakuje.
Dlatego – mimo zmian w ostatnim czasie – często matka zmuszona jest zrezygnować z kariery.
Widzę po kobietach w swoim najbliższym otoczeniu, że wiele z nich po ślubie albo po zajściu w ciążę rzuca pracę. Dobrze wiedzą, że po pierwsze, nie będą miały komu powierzyć opieki nad dzieckiem, a po drugie, po powrocie z macierzyńskiego ich szanse na rozwój zawodowy będą znikome: na ich miejsce zostanie zatrudniony ktoś inny, a jako matki nie dostaną prędko awansu.
W wielu koreańskich tekstach kultury – np. w bestsellerowej powieści Kim Ji-young. Urodzona w 1982 Cho Nam-joo – wyraźnie podkreśla się, że ciężar wychowania dziecka spada na kobietę. To adekwatny obraz koreańskiego życia rodzinnego?
Z tego, co obserwuję, ojcowie coraz bardziej angażują się w wychowanie dzieci jako równoprawni partnerzy, a nie ktoś, kto w najlepszym razie „pomaga” przy dzieciach. W młodszym pokoleniu odchodzi się już raczej od modelu, w którym ojciec jest tylko od zarabiania pieniędzy, a domem i dziećmi całkowicie zajmuje się matka. Choć – jak widać z danych na temat wykorzystywania urlopów przez ojców – nie można mówić o równym podziale obowiązków rodzicielskich.
Czy to prawda, że w Korei posiadanie dziecka wciąż jest mocno powiązane z zawarciem związku małżeńskiego?
Rzeczywiście, samodzielne rodzicielstwo jest bardzo rzadkie, a kobiety, które urodziły dziecko poza małżeństwem, spotykają się z ostracyzmem. Rzadkością jest też, by para mieszkająca ze sobą bez ślubu decydowała się na zostanie rodzicami. A że Koreańczycy zawierają związki małżeńskie późno, często grubo po trzydziestce, to jeśli planują dziecko, nieraz od razu po ślubie zaczynają procedurę in vitro.
Jako para zmagająca się z niepłodnością mogliśmy skorzystać z częściowo refundowanej procedury zapłodnienia in vitro, co stanowi część polityki prorodzinnej koreańskich władz.
Kiedyś w Seulu, gdzie dzietność jest rekordowo niska, bo wynosi 0,55 dziecka na kobietę, dofinansowanie było uzależnione od wieku potencjalnej matki (osoby po 45. roku życia otrzymywały niższą kwotę) i dochodów pary, która starała się o dziecko (refundacja obejmowała jedynie osoby, których przychód wynosił mniej niż 180% mediany zarobków).
Parę lat temu zniesiono te ograniczenia i bardzo dobrze, bo nawet mimo refundacji procedura in vitro jest bardzo droga.
Jak wygląda opieka nad przyszłą mamą i dzieckiem?
W Korei za każdą wizytę u lekarza płaci się określoną (zazwyczaj niewielką) kwotę, ale kobieta wraz z potwierdzeniem ciąży otrzymuje voucher na sumę 1 mln wonów (ok. 3 tys. zł) do przeznaczenia na usługi medyczne i leki. Jeśli wszystko przebiega bez komplikacji, te pieniądze powinny wystarczyć do pokrycia wszystkich kosztów związanych z opieką zdrowotną. Oczywiście przy ciąży z in vitro fundusze kończą się dużo szybciej.
Istnieje całkowita dowolność co do metody porodu – każda kobieta indywidualnie decyduje, czy chce rodzić naturalnie czy przez cesarskie cięcie, i żaden z tych sposobów nie jest uznawany za lepszy. Cesarka na życzenie to standard, ten sposób wybiera większość Koreanek. Przyczyny są zarówno medyczne, jak i… logistyczne. Datę porodu przez cesarskie cięcie ustala się co do dnia, a więc od razu można zaplanować urlop – a tego, jak wiadomo, lepiej wziąć jak najmniej. Koreanki nie mają czasu na oddanie biegu spraw naturze.
Potem jednak matka i dziecko mogą spędzić trochę czasu w sanatorium poporodowym i wiem, że Ty także skorzystałaś z takiej możliwości.
Tak, i jestem tego bardzo zadowolona. W takim sanatorium młodej mamie w opiece nad noworodkiem pomaga cały sztab wykwalifikowanej kadry. To daje możliwość regeneracji – kobieta ma czas (najczęściej ok. dwóch tygodni), by zadbać o siebie, może się wyspać, bo zawsze ktoś w tym czasie zajmie się dzieckiem. Po materiałach publikowanych na moim kanale widzę, że wielu Polaków bardzo negatywnie ocenia koreańską opiekę okołoporodową i uważa, że matka powinna non stop spędzać czas z dzieckiem, bo inaczej nie wytworzy z nim więzi. A przecież to nie tak, że dziecko jest wtedy odseparowane od matki. Ja uważam sanatoria poporodowe za świetne rozwiązanie, bo po powrocie do domu miałam siłę, by zająć się synkiem.
Korea Południowa z końcem 2024 r. została zaliczona do społeczeństw superstarzejących się (super-aged), czyli takich, w których min. 20% populacji ma 65 lat lub więcej. Czy są jakieś przesłanki, by sądzić, że uda się zapobiec implozji demograficznej?
Niedawno triumfalnie ogłoszono, że w 2024 r. wskaźnik dzietności było nieco wyższy niż w roku poprzednim, co zdarzyło się po raz pierwszy od ośmiu lat (w 2023 r.osiągnął on rekordowo niski poziom: 0,72). Niektórzy jednak żartują – i może być w tym ziarnko prawdy – że po prostu wielu Koreańczyków chciało mieć dziecko urodzone w roku smoka.
W Korei dużą wagę przywiązuje się do chińskich znaków zodiaku, które zmieniają się co roku w 12-letnim cyklu, i znak smoka uważany jest za najpotężniejszy, najbardziej pożądany. Pesymiści twierdzą więc, że w 2025 r. liczba urodzeń znów spadnie.
Koreańskie władze od lat wychodzą z siebie, żeby zachęcić obywateli do posiadania dzieci. Poza kilkoma sposobami, które wymieniłam, wprowadzono szereg innych benefitów mających na celu zwiększenie dzietności. Jeśli oboje rodzice pracują, to łatwiej dostać kredyt. Im więcej dzieci w rodzinie, tym łatwiej zapisać dziecko do żłobka i łatwiej kupić mieszkanie, o czym wspominałam już wcześniej. Były też niezbyt szczęśliwe pomysły jak np. opublikowana na rządowej stronie mapka, na której pokazywano liczbę kobiet w wieku rozrodczym w danym regionie. Miało to podobno zmobilizować je do rodzenia dzieci, ale tylko wywołało powszechne oburzenie – uznano, że w ten sposób instrumentalizuje się kobiety, sprowadzając je wyłącznie do roli potencjalnych matek. Mapka szybko została usunięta.
Według prognoz w ciągu 40 lat populacja Korei Południowej zmniejszy się o jedną trzecią, a siła robocza skurczy się o połowę. Co wtedy?
Przede wszystkim będziemy mieć spory problem z systemem emerytalnym. W Korei został on wprowadzony dopiero w 1988 r. (wcześniej obowiązek opieki nad starzejącymi się rodzicami spadał głównie na dzieci, co jest mocno zakorzenione w konfucjanizmie, dominującym tutaj systemie filozoficzno-religijnym) i w związku z tym wiele osób musi pracować do późnego wieku, bo ma bardzo niskie emerytury albo nie ma ich wcale. Osoby będące teraz w wieku produkcyjnym mają już plan emerytalny, tylko pytanie, czy za 40 lat będzie miał kto na niego pracować. Rozwiązaniem ma być otwarcie rynku na pracowników z zagranicy, bo Korea wciąż jest bardzo homogenicznym krajem. Dlatego władze starają się przyciągnąć siłę roboczą na wszystkich szczeblach kwalifikacji. Pracownicy fizyczni napływają zazwyczaj z krajów Azji Południowej i Południowo-Wschodniej, z Zachodu rekrutowani są chętni do pracy umysłowej, np. nauczyciele angielskiego, pracownicy korporacji, marketingowcy, inżynierowie, programiści. Władze uznały, że nie ma innej drogi, bo statystyki mówią same za siebie: wśród małżeństw ze stażem niższym niż pięć lat ok. 30% to rodziny typu dink, czyli dual income, no kids (z ang. podwójna pensja, zero dzieci). Czyli nie zanosi się tu na wielkie zmiany.
Kiedy opowiadasz o tych wszystkich udogodnieniach dla młodych rodziców, władze Korei wydają mi się wzorem w kwestii polityki prorodzinnej. Dlaczego trudno odwrócić trend spadającej dzietności?
W swojej książce Polka w Korei pisałam o Hell Joseon, czyli piekle Joseon. Joseon to nazwa dawnego królestwa obejmującego tereny Korei Północnej i Południowej. Wielu mieszkańców Korei uważa, że nie da się tu żyć i lepiej nie sprowadzać dzieci w takie miejsce – do piekła Joseon. Dopóki to się nie zmieni, szanse na to, że Koreańczycy zmienią swoje podejście do posiadania potomstwa, są raczej nikłe.
Ty jednak z własnej woli wybrałaś ten kraj jako miejsce do życia. Ma też chyba wiele jasnych stron?
Dla mnie zdecydowanie Korea Południowa ma więcej jasnych stron niż tych ciemnych, po prostu o tych ciemnych mówi się głośniej i częściej. Życie tutaj oceniam jako naprawdę wygodne, przede wszystkim dlatego, że cały system usług publicznych działa bardzo sprawnie: od fantastycznej opieki zdrowotnej, przez fenomenalnie zorganizowaną komunikację miejską po zaskakująco szybko załatwiane sprawy urzędowe (oczywiście bywają wyjątki, jak to z urzędami). Poza tym może zabrzmi to banalnie, ale choć mieszkam tu już prawie 12 lat, Korea i Koreańczycy wciąż potrafią mnie zaskakiwać. Oczywiście nie mogę zapominać, że mimo koreańskiego obywatelstwa w oczach miejscowych zawsze pozostanę cudzoziemką. Ta szczególna pozycja pozwala mi stać nieco z boku – i nierzadko daje taryfę ulgową w kwestiach społecznych czy kulturowych
Agnieszka Klessa-Shin – Koreanistka, prowadzi kanał na YouTube „Pyra w Korei”, autorka książki Polka w Korei. Jak się żyje w kraju K-popu, kimchi i Samsunga (2023)