Subskrybuj
Chłopiec z plemienia Ogieków z zebranym miodem, rezerwat Mount Elgon (pogranicze Kenii i Ugandy), 2016 r. fot. Katy Migiro/Reuters/Forum
Chłopiec z plemienia Ogieków z zebranym miodem, rezerwat Mount Elgon (pogranicze Kenii i Ugandy), 2016 r. fot. Katy Migiro/Reuters/Forum
Dziennikarka i aktywistka w organizacjach zajmujących się pracą z mniejszościami i uchodźcami. Zainicjowała Marsz dla Aleppo nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla w 2018 r. Uczestniczka warsztatów i współpracowniczka Haliny Bortnowskiej
Kenijski dziennikarz śledczy, mieszka w Nairobi. Zajmuje się tematyką praw człowieka, bezpieczeństwa i zmiany klimatycznej.

Niedokończona walka Ogieka

Jeśli działalność człowieka zdegradowała ekosystemy, to ograniczenie dostępu do nich powinno pozwolić naturze wyzdrowieć. Z pozoru wydaje się to logiczne. Pomija się jednak w ten sposób rozróżnienie między tymi, którzy żyli w równowadze z naturą, a tymi, którzy wykorzystywali ją dla zysku.

Wyobraź sobie taką sytuację: budzisz się pewnego ranka, a urzędnicy stojący pod twoimi drzwiami oznajmiają ci, że twój dom nie należy już do ciebie. Nie ma czasu na pakowanie: ty i twoja rodzina zostajecie zmuszeni do opuszczenia domu, a on zostaje zburzony lub podpalony na twoich oczach. Nie wiesz, gdzie będziesz spać najbliższej nocy. Twój pies ucieka w panice. Grób twojej babci, miejsce, w którym spoczywają twoi przodkowie, stają się właśnie częścią „ziemi rządowej” – terytorium, gdzie wstęp jest zakazany. A kiedy pytasz dlaczego, mówią ci, że to dla „większego dobra” – dla ochrony przyrody, dla rozwoju. Ale wkrótce w te same lokalizacje wprowadzają się nowi ludzie związani z rządem lub biznesem, zabierając to, co kiedyś było twoje. Nazwałbyś to sprawiedliwością?

Las, który kiedyś był domem

Pięćdziesięcioletni Daniel Kobei dorastał w kenijskim lesie Mau, świecie samym w sobie. To tam biegał boso ze swoimi braćmi i kuzynami, wspinał się po drzewach, by zbierać miód, potrafił mówić cichym językiem dzikiej przyrody.

– Spędzaliśmy weekendy głęboko w lesie. Nosiłem siekierę mojego ojca i materiały do rozpalania ognisk. Smakowałem życie, czułem radość i spokój, wracając do domu z lepkimi od miodu palcami i kieszeniami wypełnionymi dzikimi owocami – wspomina. – Lubiliśmy mówić, że las to nasz supermarket, nasza apteka, nasze sanktuarium, nasza dusza. Teraz każą nam bez niego żyć. Ale czy można żyć bez duszy? – pyta.

Położony wśród rozległych krajobrazów Kenii w dolinie Rift kompleks leśny Mau od tysięcy lat jest domem Ogieków i ich przodków. Jako jedna z niewielu pozostałych w kraju społeczności łowiecko-zbierackich Ogiekowie od wieków utrzymują głęboki związek z tymi wyżynnymi lasami. Ich styl życia obraca się wokół tradycyjnych form zdobywania pożywienia, w tym pszczelarstwa – praktyk, które podtrzymują istnienie nie tylko ludzi, ale też różnorodność biologiczną lasu.

Kenia jest domem dla ponad 25 rdzennych społeczności, z których każda ma unikalną kulturę i historię.

Wśród nich są Masajowie, znani ze swojego pasterskiego nomadyzmu, Turkana z północnego zachodu, Samburu, Rendille, Borana, Endorois i Sengwerowie, którzy, podobnie jak liczący 50 tys. osób Ogiekowie, od dawna polegają właśnie na ziemiach przodków, aby przetrwać. Grupy te często łączy głęboko zakorzeniony związek z naturą.

Las Mau ma znaczenie nie tylko dla Ogieków, lecz także dla całego regionu. Służy jako ważny obszar zlewiska, zasilając rzeki, które podtrzymują rolnictwo, dziką przyrodę i ośrodki miejskie w całej Afryce Wschodniej. Tradycyjna wiedza i zwyczaje Ogieków były kluczem do utrzymywania tego delikatnego ekosystemu w stanie równowagi. Ich dogłębne zrozumienie flory i fauny lasu pozwala im współistnieć z naturą w sposób, który współczesne wysiłki na rzecz ochrony przyrody dopiero zaczynają doceniać.

Środowisko naturalne na całym świecie podlega ciągłym zmianom, napędzanym przez procesy klimatyczne, klęski żywiołowe, eksploatację zasobów i decyzje polityczne. Obecne transformacje środowiskowe są złożoną mieszanką zjawisk naturalnych i interwencji człowieka, często zacierając granice między przyczynami naturalnymi i sztucznymi. Szybkość i charakter takich zmian kształtują sposób, w jaki społeczności dostosowują się i radzą sobie z nimi. Przykładowo: klęski żywiołowe, takie jak trzęsienia ziemi, zwykle wywołują zbiorowe reakcje i solidarność wśród dotkniętych nimi osób. Inaczej jest z długotrwałymi konfliktami o zasoby – operacje wydobywcze lub spory o system handlu uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla ujawniają złożone kwestie władzy i sprawiedliwości. Chociaż inicjatywy te obiecują korzyści ekonomiczne dla wielu osób, jednocześnie marginalizują lokalne społeczności, często czyniąc z ich środowisk to, co w literaturze określa się jako „strefy poświęcenia” – miejsca celowo narażone na szwank w pogoni za postępem gospodarczym.

Szept lasu Mau

Pierwszy raz odwiedziłam las Mau dobrych kilka lat temu. Droga wiła się w górę na pagórkach, a minibus podskakiwał nad głębokimi kałużami rdzawego błota. Zapach wilgotnej ziemi i świeżego deszczu wypełniał powietrze, mieszając się z okazjonalnym powiewem dymu z odległych domostw. Pola kukurydzy i pasące się bydło rozciągały się na pofałdowanym terenie.

Po jakimś czasie pola uprawne zniknęły. Wysokie, rodzime drzewa zastąpiły uprawy, a ich gęsty baldachim jakby filtrował popołudniowe światło, tworząc złotą mgiełkę.

Gdy wyszliśmy na zewnątrz, uderzyła mnie cisza – tylko brzęczenie owadów i okazjonalny krzyk małp zakłócały spokój. Las żył, ale raczej szeptał, niż krzyczał. Grube pnącza wiły się wokół masywnych pni, a podszycie pokryte było paprociami i opadłymi liśćmi, których brzegi wciąż lśniły od ostatniego deszczu. Powietrze było chłodne i ciężkie od wilgoci, niosło bogaty aromat drewna i dzikiego miodu. Gdzieś ponad naszymi głowami, ukryte wśród koron drzew, zwisały ule, umieszczone tam przez Ogieków. Znali te lasy jak własną kieszeń – poruszali się bez wysiłku, bosymi stopami po wilgotnej glebie. Wskazywali rośliny o właściwościach leczniczych, z cichym doświadczeniem śledzili ślady zwierząt i wspominali stare historie swoich przodków, którzy żyli w harmonii z tą ziemią na długo przed pojawieniem się dróg i ogrodzeń.

Im dalej zagłębialiśmy się w Mau, tym jakby bardziej dziko i dostojnie robiło się wokół. Jednak nawet tam wdarła się ingerencja człowieka. Gdzieś między majestatycznymi drzewami pojawiały się nienaturalne polany. Ogiek, który był moim przewodnikiem, westchnął głęboko:

– Wszystko to było wcześniej lasem – powiedział cicho, pokazując na polanę. – Ale spójrz na to teraz. Co, kiedy cały nasz las zniknie i zamilknie? Czy echo pił łańcuchowych może zastąpić śpiew ptaków i pszczół?

Gdy słońce zaczęło zachodzić, światło przenikało przez liście, malując las w odcieniach bursztynu i szmaragdu. Był oszałamiający, przy tym jednocześnie kruchy i rozmywający się. Nigdy nie widziałam czegoś takiego. Bo las Mau nie jest tylko miejscem – jest życiem, domem, a dla Ogieków to duża część tego, kim są.

Od strażników do wygnańców

Lud Ogieków przeżył bolesną historię przesiedleń trwającą ponad 100 lat, dramatycznie zmieniając swój tradycyjny sposób życia. Wyzwania zaczęły się od ingerencji kolonialnej, kiedy kolej Kenia–Uganda przecięła ich terytoria, sprowadzając białych osadników. Ci szybko wycięli część świętych lasów pod rolnictwo. Brytyjskie władze kolonialne systematycznie pozbawiały Ogieków ich ziemi: najpierw siłą, usuwając ich z domów przodków i próbując zasymilować ze społecznościami Masajów. Ogiekowie się bronili, stawiali i nieustannie wracali do swoich lasów. Surowe rozporządzenia kolonialne jeszcze bardziej utrwaliły te niesprawiedliwości, redefiniując własność ziemi, aby całkowicie wykluczyć Ogieków. Projekty rozwojowe, takie jak niezapowiedziana i niekonsultowana budowa elektrowni wodnych, tylko pogłębiały konflikty.

Podczas jednej ze szczególnie brutalnych eksmisji domy i pola Ogieków zostały zniszczone przez pożar, co zmusiło ich do przeniesienia się do kontrolowanych przez rząd osiedli, gdzie społeczność tę zmuszono do wycinania własnych lasów pod plantacje.

Daniel jest poruszony, kiedy o tym wszystkim mówi:

– Od zawsze nas eksmitowali: zarówno za rządów kolonialnych, jak i w niepodległej Kenii, zawsze z jakąś nową, dobrą wymówką. Kiedyś chodziło o to, żeby to biali osadnicy dostali naszą ziemię, potem zaś, po uzyskaniu niepodległości, zaczęto wykorzystywać przeciw nam argument ochrony przyrody.

W październiku 2009 r. Kenijska Służba Leśna wydała 30-dniowe zawiadomienie o eksmisji Ogieków, a oficjalnym powodem była ochrona lasu Mau. Choć prawnie przecież las należał do nich. Eksmisje nasiliły się w marcu 2016 r., kiedy około 1 tys. osób zostało siłą usuniętych przez policję.

– Mimo wszystkich przeciwności nie wyobrażaliśmy sobie, że pewnego dnia ktoś się tu zjawi i powie nam, iż musimy się wynosić – mówi Daniel. – Nigdy nie sądziliśmy, że ziemia, w której leżą nasi przodkowie, z dnia na dzień zostanie uznana za nie naszą.

Pomimo tych powtarzających się wysiedleń Ogiekowie nie przestali walczyć. Tu nie chodzi przecież tylko o walkę o ziemię czy utratę domów, ale także o utratę tożsamości kulturowej.

Podczas gdy rząd usprawiedliwia swoje działania hasłem ochrony przyrody, ironia pozostaje w mocy: Ogiekowie, których sama nazwa oznacza opiekuna roślin i zwierząt, chronili las Mau przez wieki – tylko po to, by zostać wyrzuconymi w imię jego ochrony.

Kto tak naprawdę chroni przyrodę?

U podstaw globalnych wysiłków na rzecz ochrony przyrody leży głęboki paradoks: dążenie do jej ochrony często odbywa się kosztem ludzi, którzy chronili ją od pokoleń. Rządy i organizacje środowiskowe opowiadają się za ambitnymi celami – takimi jak plan 30 x 30, przyjęty przez ponad 100 państw,  którego celem jest objęcie 30% planety ścisłą ochroną do 2030 r. – przedstawiając je jako niezbędne rozwiązania w zakresie zmian klimatu i ochrony różnorodności biologicznej. Z pozoru wydaje się to logiczne. Jeśli działalność człowieka zdegradowała ekosystemy, to ograniczenie dostępu do nich powinno pozwolić naturze wyzdrowieć. Rozumowanie to opiera się jednak na celowym wymazywaniu historii, nie rozróżniając między tymi, którzy żyli w równowadze z naturą, a tymi, którzy wykorzystywali ją dla zysku.

Coraz częściej mówi się o „kolonializmie klimatycznym”: zjawisku, w którym państwa i korporacje z globalnej Północy narzucają krajom Południa kosztowne strategie ochrony środowiska, ignorując lokalne potrzeby i prawa.

Jednym z przykładów są projekty kredytów węglowych, które pozwalają bogatym krajom „kupować” emisje kosztem wysiedleń i ograniczeń dla rdzennych społeczności żyjących w chronionych lasach. Kredyty węglowe powstają, gdy projekt – np. zakaz wstępu do lasu – ma rzekomo zapobiec emisji CO₂, a „zaoszczędzone” w ten sposób tony dwutlenku węgla są sprzedawane jako prawo do emisji firmom i państwom, które nie chcą ograniczyć własnych zanieczyszczeń.

Sprzeczności te są szczególnie widocznie w Kenii, gdzie rdzenna ludność, taka jak Ogiekowie i Sengwerowie – społeczności posiadające głęboko zakorzenioną wiedzę na temat zrównoważonego zarządzania terenami – była wielokrotnie eksmitowana z lasów swoich przodków pod pozorem ochrony przyrody. Ich obecność jest przedstawiana jako zagrożenie, podczas gdy prawdziwe czynniki powodujące wylesianie: wycinka lasów, grabież ziemi i komercyjne rolnictwo, są wygodnie ignorowane. Choć przecież jest to jasne: kiedy lasy znajdują się pod opieką rdzennych mieszkańców, różnorodność biologiczna kwitnie. Kiedy lasy znajdują się pod kontrolą państwa lub korporacji, następuje zniszczenie. Mimo to mit „nietkniętej dziczy” utrzymuje się, pozwalając rządom na wyrzucanie rdzennych zarządców i jednocześnie na kontynuowanie destrukcyjnych dla środowiska projektów w innych miejscach.

Korzenie tego myślenia tkwią w polityce „Fortress Conservation” biorącej swój początek jeszcze z czasów kolonialnych.

To model, który miał na celu oddzielenie ludzi od natury w dokładnie taki sam sposób, w jaki niegdyś mocarstwa kolonialne oddzielały rdzenną ludność od jej ziem. Dziś ta sama logika jest przepakowywana w język ekologizmu. Tak jak niegdyś władze kolonialne odrzucały rdzenne społeczności jako „prymitywne” i niezdolne do posiadania ziemi, tak współcześni obrońcy przyrody zbyt często postrzegają tradycyjne sposoby życia jako przeszkody, które należy pokonać, a nie jako rozwiązania, które należałoby przyjąć.

Jednak badania przeczą tezom owych obrońców. Dokument To Conserve Nature, Protect Human Rights (2021) Johna Knoxa i Victorii Tauli-Corpuz, byłych specjalnych sprawozdawców ONZ, podkreśla, że suwerenność rdzennej ludności i ochrona przyrody nie są przeciwstawnymi siłami – w rzeczywistości wzajemnie się wzmacniają. Ich wezwanie do ochrony rdzennych społeczności jako prawdziwych obrońców bioróżnorodności nie jest jedynie imperatywem etycznym – to ekologiczna konieczność.

Podstawowy problem z programami takimi jak 30 x 30 polega na tym, że redukują one ochronę przyrody do gry liczb. Celem jest zabezpieczenie określonego odsetka gruntów, a to, w jaki sposób te grunty są zarządzane, kto jest wysiedlany i czy w dłuższej perspektywie takie podejście w ogóle działa, jest pomijane. Ochrony przyrody nie można jednak mierzyć wyłącznie w hektarach. Musi być mierzona odpowiedziami na pytania: czy faktycznie dane działanie powstrzymuje degradację środowiska? Czy wspiera społeczności najlepiej przygotowane do ochrony przyrody? Czy uznaje i naprawia przeszłe niesprawiedliwości?

Kiedy o tym rozmawiamy, w głosie Daniela słychać ciche oburzenie:

– Oskarżają nas o niszczenie lasów. Ale kto ma maszyny do wyrębu i traktory, które niszczą nasze domy? Kto wydaje licencje na wyrąb naszych lasów? Nie są to Ogiekowie: my chronimy, nie niszczymy.

Kiedy to mówi, w grupie, z którą siedzimy, zapada ciężka cisza. Taka cisza, że można sobie wyobrazić echo tych upadających drzew, o których rozmawiamy.

Istnieją jednak inne rozwiązania. Dyrektor Minority Rights Group International Joshua Castellino doradza prawne uznanie suwerenności rdzennej ludności nad jej ziemiami oraz projektowanie działań ochronnych wspólnie z nią. Twierdzi, że instytucje środowiskowe muszą zmienić struktury władzy i oddać je w ręce tych, którzy od pokoleń żyją w harmonii z naturą. Do tego zdecydowanie przeciwstawia się odgradzaniu natury od ludzi, argumentując, że ochrona musi rozprzestrzeniać się na zewnątrz z obszarów kierowanych przez rdzenną ludność, zamiast narzucać jej źle dopasowany model.

Przecież prawdziwa ochrona przyrody nie polega na rysowaniu linii na mapie i ogłaszaniu obszaru „chronionym”.

Chodzi o zrozumienie, że ekosystemy nie są odizolowanymi obszarami dzikiej przyrody, ale żywymi, wzajemnie połączonymi systemami ukształtowanymi przez tych, którzy nazywają je domem od tysiącleci. Jeśli ochrona przyrody będzie nadal wykorzystywana jako broń do wysiedlania, nie tylko nie uratuje środowiska, lecz zniszczy społeczności, których przetrwanie jest splecione z samą ziemią.

Kenia: różne plemiona, ta sama walka

Ogiekowie w Kenii nie są jedyną rdzenną społecznością stojącą w obliczu wywłaszczenia, marginalizacji i wykluczenia w imię ochrony przyrody i rozwoju. W całym kraju myśliwi-zbieracze, pasterze i mniejszości etniczne walczą z tymi samymi siłami: z grabieżą ziemi, wykluczeniem politycznym i wymazywaniem kultury.

Sengwerowie też byli wielokrotnie eksmitowani z lasu Embobut, a ich domy zostały spalone przez Kenijską Służbę Leśną.

Endorois spotkał podobny los, gdy w latach 70. zostali siłą usunięci ze swoich ziem w pobliżu jeziora Bogoria, aby zrobić miejsce dla rezerwatu stworzonego z myślą o ruchu turystycznym. Chociaż orzeczenie Afrykańskiego Trybunału Praw Człowieka uznało później ich prawa, wdrażanie postanowienia trwało powolnie, a Endorois wciąż w dużej mierze pozostają wywłaszczeni.

W międzyczasie Masajowie, jedna z najbardziej znanych społeczności w Kenii, borykają się z nieustannym wkraczaniem na ich ziemie, szczególnie w hrabstwach Narok i Kajiado, gdzie najlepsze obszary wypasu są stale przejmowane przez prywatne rancza i rezerwaty dzikiej przyrody obsługujące turystów.

Ich słynni wojownicy w czerwonych szatach mogą być podziwiani na pocztówkach, jednak w rzeczywistości wielu Masajów zmaga się z wysiedleniami, fragmentacją ziemi i trudnościami ekonomicznymi.

Nawet mniejsze grupy łowiecko-zbierackie, takie jak Aweer (Dahalo) w Lamu, ucierpiały z powodu polityki ochrony przyrody, która zakazała ich tradycyjnych praktyk łowieckich, zmuszając wielu mężczyzn do opuszczenia kraju w poszukiwaniu pracy, podczas gdy ich rodziny borykają się z głodem i niepewnością.

W całej Kenii walka wygląda tak samo: społeczności o głębokich, rodowych więziach z ziemią są uważane za „zacofane” i nieuznawane przez państwo, podczas gdy siły polityczne i gospodarcze rzeźbią ich terytoria pod parki narodowe, rolnictwo i turystykę. Dla wielu z nich samo istnienie jest aktem buntu – walczą nie tylko o ziemię, ale również o uznanie za równych obywateli w kraju, który często traktuje ich jako niewidzialnych.

Kim jesteśmy, gdy znika las?

„Kiedy znikną drzewa, czy nasze historie przetrwają?” – zastanawiają się na głos starsi członkowie rdzennych społeczności. Młodzi ludzie wyrażają podobne obawy: „Kim w ogóle będziemy?”.

Co dzieje się z psychiką społeczności, gdy ziemie ich przodków – fundament ich tożsamości kulturowej i duchowego dobrostanu – zostają im odebrane?

Dla Ogieków odpowiedź leży w głębokim emocjonalnym cierpieniu. Filozof Glenn Albrecht nazywa to „solastalgią” – udręką związaną z utratą znajomego środowiska, które wciąż istnieje, choć zostało nieodwracalnie zmienione. Powtarzające się eksmisje nie tylko fizycznie wyparły Ogieków, ale zadały im głębokie rany psychiczne, objawiające się depresją, lękiem i stresem pourazowym. Ich tożsamość i poczucie bezpieczeństwa są głęboko wplecione w tkankę leśną, co sprawia, że utrata ziemi staje się egzystencjalnym pęknięciem, zrywającym więzi, które przetrwały pokolenia.

Projekt Land Body Ecologies bada to skrzyżowanie ekologii, zdrowia psychicznego i rdzennej wiedzy, wzywając do uznania wywłaszczenia za coś więcej niż tylko prawne lub polityczne nadużycie – jest to trauma psychiczna, która odbija się echem przez pokolenia.

Daniel mówi:

– Jako rdzenni mieszkańcy wiemy, że nasze zdrowie jest splecione z naszym krajobrazem, nasze zioła z naszą kulturą, nasz miód z naszą tradycją. Jako społeczność jesteśmy zainteresowani ochroną naszego języka, zaczęliśmy nawet pisać i nauczać w języku ogiekowym.

Erozja kultury Ogieków zarówno podważa dobrobyt społeczności,  jak też grozi utratą istotnej wiedzy ekologicznej niezbędnej do ochrony różnorodności biologicznej.

Na przykład ich głęboka wiedza na temat miodu została obecnie potwierdzona naukowo, ujawniając jego silne właściwości przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe, przeciwzapalne, przeciwalergiczne i przeciwnowotworowe – korzyści, które Ogiekowie uznawali od wieków. Niestety, współczesne narracje często odrzucają tak wyrafinowane rdzenne zrozumienie jako przypadkowe, pomijając jego celowy charakter i głębokie znaczenie kulturowe.

Atrament na papierze, deszcz na domach

Społeczność Ogieków odniosła jednak kluczowe zwycięstwo sądowe w swojej długiej walce o potwierdzenie praw do ziemi przodków. W maju 2017 r. Afrykański Trybunał Praw Człowieka i Ludów wydał przełomowe orzeczenie, w którym stwierdził, że kenijski rząd naruszył kulturowe, religijne i majątkowe prawa Ogieków poprzez przymusową eksmisję. Pomimo międzynarodowego uznania i nakładanych kar wyrok wdrażano powoli. Skłoniło to do dalszej interwencji sądowej w czerwcu 2022 r., kiedy to Trybunał nakazał Kenii wypłacenie blisko 160 mln szylingów kenijskich (ok. 1,3 mln dolarów) odszkodowania za szkody materialne i moralne oraz nakazał wytyczenie granic i nadanie Ogiekom zbiorowego prawa własności do ziemi, czyli formalne oddanie jej do ich wspólnego zarządzania ziemiami przodków. Decyzja ta to precedens w zakresie ochrony praw rdzennej ludności nie tylko w całej Afryce, ale i na świecie.

Niemniej starszyzna społeczności powtarza, że mimo świętowanych zwycięstw sądowych eksmisje są kontynuowane, a w praktyce niewiele się zmieniło.

– Nagłówki gazet w 2017 r. nazwały to przełomowym zwycięstwem – mówił mi jeden ze starszych. – Ale tutaj, w lesie Mau, nie ma świętowania: rozbite domy, opuszczone ule i rodziny wciąż czekające na powrót. Orzeczenie napisane atramentem nie ochroni mojej rodziny przed deszczem.

Widziałem takie reakcje wyraźnie odzwierciedlone w oczach wszystkich starszych. Gdy siedzieli w półkolu na wytartych drewnianych stołkach, ich twarze wyglądały jak rzeźbione ciężarem wspomnień i strat. Pomiędzy nami cicho tliło się ognisko, którego cienki dym unosił się w wilgotnym powietrzu lasu Mau. Niektórzy starsi opierali się o solidne pnie drzew, ich bose stopy wciskały się w ziemię, a dłonie spoczywały na rzeźbionych laskach, wygładzonych przez dziesięciolecia zmagań. Ich wełniane szale, narzucone na wyblakłe koszule, niosły zapach dymu drzewnego, ziemi. I utrzymującego się smutku. Za nimi rozciągał się przekształcony krajobraz; gęsty las zastąpiony płatami pól uprawnych i uporządkowanymi rzędami obcej sosny – widocznymi bliznami pozostawionymi przez wycinkę i przesiedlenia.

Jeden ze starszych, siwy i smutny, przemówił pierwszy. Jego głos był powolny, miarowy i zmęczony, ale pełen siły:

– Sąd powiedział, że wygraliśmy – wyjaśnił, trzymając podniszczoną kopię przełomowego orzeczenia z 2017 r. – Ale powiedz mi, jak możemy być wygranymi, kiedy nasze dzieci wciąż śpią w zimnie, kiedy nasza ziemia wciąż nie jest nasza?

W grupie rozległ się szmer. Inny starszy, wyższy i bardziej surowy, delikatnie stuknął laską o ziemię. Jego głos był stanowczy, sfrustrowany:

– Obiecali nam sprawiedliwość – powiedział. – A sprawiedliwość to nie kawałek papieru w Nairobi. Sprawiedliwość to powrót do domu bez strachu!

Przykłady ze świata

Walka Ogieków w Kenii nie jest odosobnionym przypadkiem – odbija się echem w doświadczeniach rdzennych społeczności na całym świecie.

W Stanach Zjednoczonych Czirokezi i inne grupy rdzennych Amerykanów zostały siłą usunięte ze swoich ziem podczas Szlaku Łez, brutalnej XIX-wiecznej relokacji, która kosztowała życie tysiące ludzi.

W Amazonii rdzenne grupy, takie jak Yanomami, nadal walczą z nielegalnym wydobyciem i wylesianiem, które zagrażają zarówno ich ziemi, jak i przetrwaniu.

Australijskie społeczności Aborygenów od dawna borykają się z polityką rządową, która pozbawia ich terytoriów i próbuje wymazać ich kulturę, od przymusowych wysiedleń po politykę asymilacji.

Nawet w północnej Europie Saamowie walczyli i dalej walczą z rządami ograniczającymi ich tradycyjne tereny hodowli reniferów na rzecz ekspansji przemysłowej.

Historie te pokazują globalny wzorzec: ludy rdzenne wciąż i wciąż muszą chronić swoje ziemie przed potężnymi interesami państwowymi i gospodarczymi.

W listopadzie 2023 r. po raz kolejny doszło do eksmisji Ogieków. Kenijskie władze, wspierane przez policję i Kenijską Służbę Leśną, zaatakowały wsie, burząc domy, paląc dobytek i pozostawiając setki rodzin uwięzionych w zimnych, ulewnych deszczach bez schronienia, jedzenia i zapewnienia im zaspokojenia podstawowych potrzeb. Rząd znów bronił tych działań pod sztandarem ochrony środowiska, argumentując, że rdzenne społeczności muszą odejść, by można było chronić las. Zarazem destrukcyjne praktyki, takie jak nielegalne pozyskiwanie drewna i komercyjne rolnictwo na terenach chronionych, pozostają w dużej mierze niekontrolowane.

Szczególnie ucierpiała wioska Sasimwani, gdzie w jedną noc ponad 700 rodzin straciło dach nad głową. Organizacje praw człowieka głośno potępiły te działania jako nielegalne, niehumanitarne i symptomatyczne dla niepokojącego trendu, w którym polityka środowiskowa przyczynia się do  wywłaszczenia rdzennych społeczności.

Według Josepha Towetta, starszego Ogieka, potrzebna jest szersza reorganizacja systemu osadniczego w Mau.

– Musimy odkupić ziemie zagrabione przez politycznie powiązanych ludzi i przesiedlić tych, którzy zostali nielegalnie osiedleni na terenach leśnych. Rozwiązalibyśmy wówczas problem eksmisji raz na zawsze – twierdzi Towett.

Ta reorganizacja jeszcze nie nastąpiła, ale Ogiekowie podejmują na jej rzecz lokalne wysiłki. Społeczność aktywnie mapuje granice ziem przodków, tworzy komitety ds. zarządzania gruntami wspólnotowymi i opracowuje kompleksowe, oparte na współpracy plany ochrony, aby zademonstrować swoje zaangażowanie i możliwości jako prawdziwi zarządcy środowiska.

Towett chciałby zobaczyć Ogieków włączonych do projektów ochrony przyrody, w tym do kredytów węglowych.

– Jeśli prawa do ziemi Ogieków zostaną uznane, pozostałe obszary mogłyby być objęte projektami kompensacyjnymi, w których Ogiekowie byliby oficjalnymi partnerami. Z projektu będzie wynikał podział korzyści poprzez umowę ze społecznością, określającą, w jaki sposób wpływy z kredytów węglowych przyniosą korzyści społeczności, w tym budowę szkół – mówi.

Przywracanie praw, ożywianie lasów

Joshua Castellino, wspomniany już dyrektor wykonawczy Minority Rights Group, ostro skrytykował ostatnie działania Kenii, podkreślając fundamentalną sprzeczność: podczas gdy rząd twierdzi, że ochrona przyrody jest uzasadniona, nadal nielegalnie eksmituje Ogieków, zamiast umożliwić im przywrócenie ekosystemu ich przodków. Organizacja zdecydowanie wzywa rząd Kenii do natychmiastowego wstrzymania wszystkich eksmisji, zapewnienia niezbędnej pomocy humanitarnej i pełnego wdrożenia decyzji Afrykańskiego Trybunału.

Daniel zwięźle ujmuje filozofię Ogieków:

– Nie odrzucamy ochrony przyrody. Mówimy: bądźmy jej częścią. Przywróćmy las, posadźmy drzewa i chrońmy ziemię tak, jak zawsze to robiliśmy.

Inny ze starszyzny dodaje:

– Kiedy byłem dzieckiem, budziliśmy się na dźwięk pszczół, wspinaliśmy się na drzewa przed śniadaniem i wracaliśmy do domów z miodem. Dziś moje dzieci mogą być obudzone przez buldożery. Ule są puste, drzewa zniknęły, a ziemia, która karmiła nas przez wieki, została ogrodzona w imię ochrony przyrody.

Być może największą ironią – i zarazem największą szansą – jest to, że tylko dzięki prawdziwej współpracy z Ogiekami Kenia może w końcu uzdrowić las Mau, przekształcając dziedzictwo wysiedleń we wzorcowy model sprawiedliwości społecznej i zarządzania środowiskiem. Nie chodzi tylko o ochronę drzew; chodzi o zachowanie godności, tożsamości i prawa przyszłych pokoleń do odziedziczenia lasu, który rozwija się zarówno ekologicznie, jak i kulturowo.

Inny starszy cicho zauważa:

– Za każdym razem gdy przechodzę przez Mau, widzę duchy. Drzew. Rzek. Dzieci, które nigdy nie poznały ziemi pod stopami. Las pamięta. Nawet jeśli ludzie zapomnieli.

Artykuł pojawił się w numerze: Tęsknota za offlinem