Subskrybuj
Ichiryusai Hiroshige, Glicynia przy świątyni Kameido, plansza 57 z serii: Sto słynnych widoków Edo, 1856 fot. Muzeum Narodowe w Krakowie
Japońska pisarka, autorka wielokrotnie nagradzanych powieści, zbiorów opowiadań i esejów, m.in. Drzewa i Nagareru. Drzewa stanowiły jedną z inspiracji dla Wima Wendersa do stworzenia filmu Perfect Days

Glicynia

Może to glicynia podziałała aż tak na emocje mojej małej córki, przyciągając jej wzrok na targu roślin? Może później tak samo wpłynęła na emocje mojego ojca, powodując jego wybuch złości?

Pytano mnie wielokrotnie, co tak naprawdę sprawiło, że oddałam swoje serce roślinom. Nie jestem pewna, czy aż tak bardzo się poświęciłam – po prostu drzewa i krzewy, które otaczają mnie każdego dnia, które widzę i o których słyszę, dodają trochę szczęścia do mojego życia. Tylko tyle.

Choćby to, że dziś rano widziałam po drodze piękne kwiaty granatu. Albo że tego roku, wskutek częstego gradobicia, drzewa miłorzębu nie wybarwiły się tak pięknie jak w poprzednich latach. Wszystkie te obrazy czy zasłyszane wieści wywołują we mnie silne uczucia, które potem często są ze mną przez kolejne dwa lub trzy dni. Myślę jednak, że na mojej wrażliwości względem roślin zaważyły trzy sprawy z wczesnego dzieciństwa.

Pierwszym czynnikiem było środowisko. Na działce, gdzie mieszkaliśmy, było trochę drzew i krzewów. Drugim – to, czego mnie nauczono. Może „nauka” to za duże słowo, jednak zdecydowanie rodzice popchnęli mnie w kierunku świata roślin. Trzecim zaś – moja zazdrość. Była ona niczym odskocznia, to dzięki zazdrości dostrzegłam, jak wyglądają drzewa i kwiaty.

Sprawiedliwy prezent

Jako dziecko mieszkałam na wsi – była to mała wioska rolnicza na przedmieściach – stąd naturalnie wokół mnie zawsze było dużo roślinności. Czy to uprawy na polach i polach ryżowych, czy też krzewy gęsto porastające brzegi rowów irygacyjnych, wreszcie rośliny uprawiane przez ogrodnika – przy każdym domu zawsze było dużo zieleni. Dzieci same z siebie oswajały się z drzewami i krzewami.

Prócz tego jednak moi rodzice co rusz dokładali starań, bym lepiej poznała przyrodę. Miałam dwójkę rodzeństwa i każde z nas dostało drzewko. By jednak nie doszło do żadnej niesprawiedliwości, rodzice postanowili zasadzić dla każdego po jednym drzewku tego samego gatunku. I tak posadzono w naszym ogrodzie trzy mandarynki, trzy persymony, trzy wiśnie oraz trzy kamelie – każdą z oznaczeniem właściciela. Właściciel mógł robić, co chciał, z kwiatami i owocami ze swojego drzewka, ale jego obowiązkiem było chronić je przed szkodnikami i dziękować ogrodnikowi, gdy ten podsypał świeżego nawozu. Teren naszego ogrodu był wystarczająco duży, lecz myślę, że rodzice postąpili tak również dlatego, aby przyciągnąć naszą, dzieci, uwagę do kwitnących i owocujących drzew i zainteresować nas nimi.

Dźwięk lotosu

Mój ojciec lubił też urządzać zgadywanki: „Co to za liść?”. Brał liść i kazał zgadywać, z którego drzewa pochodzi.

Pewnie miało nam to pomóc rozpoznawać różne gatunki drzew. Moja starsza siostra była najlepsza w te zgadywanki. Czy to uschnięty i martwy, czy zwinięty w rurkę, służący owadom za gniazdo, czy wreszcie pojedynczy liść pierzastozłożony – bez trudu odgadywała gatunek drzewa. Potrafiła nawet dopasować pączek, który jeszcze się nie rozwinął. Ja również potrafiłam odgadnąć pochodzenie niektórych z nich, ale kiedy ojciec pokazał mi zasuszony liść, dałam się podejść. Wtedy właśnie moja siostra – przypatrując się temu z boku – odpowiedziała, wprawiając ojca w rozbawienie. Nie czułam się z tym dobrze. Nie znosiłam, kiedy siostra się tak popisywała, a z drugiej strony, choćbym nie wiem jak się starała, nie byłam w stanie jej dorównać. Siostra zadzierała nosa i mówiła: „Przecież ty też mogłabyś się w końcu tego nauczyć” – a jednak u mnie, czy to przez wrodzone cechy charakteru, czy dlatego, że byłam roztrzepana, bardzo często górę brała niepewność i się poddawałam. Wtedy jasno dostrzegłam różnicę między dobrym, zdolnym dzieckiem a tym gorszym.

Moja uzdolniona siostra zawsze radowała ojca, a ten nie robił jej nigdy żadnych wymówek, tylko starał się ją uczyć jeszcze więcej i więcej. Ze mną tak nie było. Starsza siostra zawsze kroczyła równo z ojcem, ja musiałam podążać za nimi z tyłu. Cierpiałam w samotności przepełniona zazdrością. Jedna z nas urodziła się obdarzona inteligencją i zadowalając tych, którzy ją uczyli, sama rozwijała się szczęśliwie i harmonijnie. Druga, ta mniej bystra, tylko frustrowała swoich nauczycieli, sama zaś nie potrafiła się z niczego cieszyć, zamiast tego pielęgnowała swoją zazdrość. To musiało się tak skończyć. Środowisko, w którym żyłam, i wychowanie, jakie odebrałam od rodziców, z pewnością były czynnikami, które rozwinęły we mnie pasję do roślin, ale niejednokrotnie zdaję sobie sprawę, że o wiele silniejszym motywem była zazdrość o starszą siostrę.

Jednak moja siostra odeszła przedwcześnie. Ojciec nieraz wspominał później z żalem, że zamierzał posłać ją na studia botaniczne – wtedy zrozumiałam, jak wielkie wiązał z nią nadzieje i jak ciężko było mu pogodzić się ze śmiercią córki.

Dziecko to zawsze dziecko, nawet jeśli nie jest zbyt uzdolnione. Po śmierci mojej siostry ojciec dalej dużo opowiadał mnie i młodszemu bratu o kwiatach i drzewach. Materiałów dydaktycznych mieliśmy wokół siebie pod dostatkiem. Kwiaty białej rzodkwi kwitną na biało, ale po kilku dniach końcówki płatków stają się jasnofioletowe lub jasnokarmazynowe. Kwiat mandarynki nie tylko pięknie pachnie; jeśli rozerwiesz go i poliżesz dno, przekonasz się, jak słodki jest jego nektar. Czym różnią się kwiaty moreli i brzoskwini? Czy wiesz, dlaczego psia sofora, kocia wierzba czy szczurze mochi nazywają się właśnie tak?

„Ponoć kwiaty lotosu wydają dźwięki, kiedy zakwitają. Nie masz ochoty się przekonać?” – gdy to usłyszałam, zafascynowana, wstawałam wcześnie rano. Z tego, co byłam w stanie dosłyszeć, kwiaty nie wydawały żadnego dźwięku, ale jednak coś było słychać. Słaby dźwięk, jakby tarcie czy przesuwanie. Płatki miały dość złowieszczo wyglądającą pionową smugę i były szorstkie w dotyku. Czyżby skrzypiały i trzeszczały, gdy się otwierają?

To wszystko było dla mnie szalenie interesujące. W bladofioletowym odcieniu kwiatów białej rzodkwi dostrzegłam smutek i nutę samotności jarzyny rosnącej w najdalszym rogu pola, kwiaty mandarynki o słodkim nektarze, przyciągającym roje much, prężyły się żywo ku górze, a wzruszenie na widok kwiatów lotosu czy kwiatów wiesiołka czteroskrzydłego zapierało mi dech. To była prawdziwa fascynacja, emocje, które pozostały ze mną na długo. Nawet jako dziecko doskonale rozumiałam, że to zupełnie inne doświadczenie niż zabawa w berka czy skakanie na skakance.

Urok glicynii

Kwiaty glicynii były równie imponujące. Już pojedyncze, o kształcie motyli, wyglądały wspaniale, a gdy kwitły w skupiskach, miały szczególny urok. My, dzieci, nie mogliśmy tego przegapić. Trudno jednak było zerwać te kwiaty. Glicynie płożące się nad rzeką miały krótkie kiście – pewnie dlatego, że rosły dziko. Z kolei te w ogrodzie miały piękne, długie grona, ale nie mogliśmy zrywać ich bez pozwolenia. Dlatego dzieci szukały glicynii pod okapami starych domów lub wokół stawów w opuszczonych ogrodach, by tam zrywać jej kwiaty. Też chciałam chodzić w takie miejsca, jednak ojciec surowo mi zabraniał. Mówił, że kraty pergoli, po których pięła się glicynia, na pierwszy rzut oka wyglądają porządnie, ale wiele z nich jest już przegniłych i mogą runąć pod byle naciskiem. Szczególnie te, które były wystawione na działanie wody – nawet ogrodnik postępował z nimi ostrożnie, a już absolutnie nie wolno było tam chodzić dzieciom.

W okolicy był również stary, opuszczony ogród, którego bramę zamknięto na cztery spusty, a strażnik pilnował domu, chociaż ten był w ruinie.

Tyle razy błagałam ojca o glicynię, że w końcu mnie tam zabrał.

Na posesji znajdował się również staw w kształcie tykwy z wydrążoną szyją – dlatego potocznie nazywano go stawem Tykwy. U nasady szyi znajdował się ziemny mostek. Staw był dość duży i gęsto porośnięty roślinnością – wyglądał bardziej jak dwa stawy niż jak jedna tykwa. Nad jego większą częścią stały dwie pergole z glicynią, a nad mniejszą – jedna. Ale to właśnie wielkie ciemnofioletowe kwiaty o długich kiściach obok mniejszej części stawu odznaczały się wyjątkowym pięknem. Przednia część pergoli zdążyła się już zapaść i kwiaty z tamtej strony kwitły tak nisko, że prawie dotykały wody. Glicynia była w szczytowej fazie kwitnienia i co rusz zrzucała płatki na taflę wody. Z miejsca, gdzie upadały z delikatnym pluskiem, rozchodziły się wokół koncentryczne fale, które nakładając się na siebie, stopniowo zanikały. Jasne słońce świeciło wprost na kwiaty, jego promienie odbijały się również od delikatnych wzorów na tafli wody, skutkiem czego na glicynię na pergoli bez ustanku padał blask od wody, odbierając jej naturalne piękno. Stada much – niczym w pijanym szale – latały wokół kwiatów. Brzęczenie ich skrzydeł wydawało jednostajny dźwięk, pozbawiony zmian natężenia. Staliśmy w miejscu już dłuższy czas i wtedy doleciał do nas zapach kwiatów. Wokoło nie było nikogo, tylko słońce, kwiaty, muchy i woda. Słyszałam brzęczenie skrzydeł owadów i delikatne pluski opadających na wodę płatków, poza tym jednak panowała kompletna cisza. W tej ciszy, oszołomieniu, a może i zadumie stałam obok mojego ojca. Syciłam się tą chwilą, jednak gdy pomyślałam o tym później, to przecież nie było w niej niczego szczególnego – patrzyłam jedynie na kwiaty glicynii. Nie wiem, dlaczego się tak nimi zauroczyłam.

Wszystko stało się jasne znacznie później, kiedy przeczytałam esej na temat glicynii napisany przez mojego ojca. Stwierdził w nim, iż błogosławieństwem jest, że jej kwiaty nie kwitną jesienią, że odgłos skrzydeł much opowiada o witalności przyrody, że patrząc na te kwiaty, człowiek czuje, jakby jego serce dryfowało gdzieś między niebem a ziemią, nie myśląc o niczym i nie przynależąc do żadnego z tych światów. Dokładnie tak samo czułam się wtedy, obserwując kwiaty w starym ogrodzie. Jednak tekst tego eseju powstał na kilka lat przed moimi narodzinami i jakieś trzynaście lub czternaście lat przed sytuacją z podziwianiem kwiatów przy opuszczonym stawie. Skoro tak się stało, mogę się domyślać, że mój ojciec przed napisaniem tego eseju w 1898 r. przeżył już kiedyś – patrząc na jakąś glicynię – to dziwne uczucie dryfowania między niebem a ziemią.

Zastanawiam się również, czy ojciec coś do mnie wtedy powiedział. Niczego takiego sobie nie przypominam, w pamięci pozostały mi tylko wspomnienia moich oczu, uszu i nosa. Nie mogę sobie wyobrazić, żeby ojciec powiedział mi wtedy coś, o czym pisał wcześniej w eseju, i żeby tymi słowami wprowadził mnie w senny stan umysłu. Myślę raczej, że ojciec i ja staliśmy i obserwowaliśmy się w milczeniu. Czy była to rozmowa dwóch serc? A może porozumienie bez słów ojca z córką, na poziomie emocji? A może to glicynia roztaczała delikatną, tajemniczą atmosferę? Ilekroć o tym myślę, dopada mnie niejasne poczucie melancholii.

Tęsknota za zielenią

W 1923 r. przeprowadziłam się do miasta. Do tamtego momentu mieszkałam pośród zieleni, lecz przeprowadzka spowodowała, że zerwałam kontakt ze wszystkim, co kiełkowało lub porastało liśćmi. Jednak w tamtych czasach domy w miastach nie wyglądały tak surowo jak obecnie – nawet w wynajmowanych domach przy bramie, w sieni czy w rogu małego ogródka zawsze znajdowała się choćby jakaś fatsja czy aukuba. W ciągnących się długimi rzędami wzdłuż ulic kamienicach czynszowych – choć nie miały okazałych bram – mieszkańcy starali się zawsze uprawiać pod okapami coś zielonego. W bardziej eleganckich domach siano powój i pozwalano mu pełzać pod wykuszem,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Sztuka uważnego podróżowania