Subskrybuj
fot. Anna Rezulak/KFP/REPORTER / Forum / Paweł Wodzyński/East News / z archiwum prywatnego
Literaturoznawca, poeta, tłumacz, krytyk literacki, adiunkt w Instytucie Filologii Romańskiej UJ oraz w Ośrodku Badań nad Awangardą UJ. Ostatnio wydał tom prozy poetyckiej Drożdżownia (2015) i monografię Status przedmiotów w poezji surrealizmu (2015).

W drogę!

Każdy środek transportu ma swój niepodrabialny rytm. Zapytaliśmy twórców kultury o to, jak najbardziej lubią podróżować. Ruszajmy więc razem z nimi: pociągiem, pieszo, rowerem i kajakiem

Grand Tour

Jakub Kornhauser

Dzięki pociągom można poznać świat od podszewki. Zwiedzić najdalsze zakamarki gminy, powiaty, województwa. Zwłaszcza gdy wleczemy się jak żółw ociężale, bo tory się wybrzuszyły albo górski teren nie pozwala na kosmiczne osiągi

„Z daleka?” – pyta pan Wojtek, mierząc wzrokiem mój rower z ciężkimi sakwami. Zanim zdążę odpowiedzieć, słyszę: „Uuuu, guma, współczucia”. Wszystko jasne, podczas zjazdu z Waligóry w Górach Suchych przebiłem dętkę na szutrowej ścieżce. Na stację w Głuszycy dotarłem na łysej obręczy, kręcąc z zawrotną prędkością 8 km/h. Czekam na pociąg do Wałbrzycha, a stamtąd do Wrocławia, gdzie wreszcie zmienię dętkę.

Tymczasem na peron schodzą się pasażerowie. Pan Wojtek z zapałem wylicza zalety podróżowania koleją: nie trzęsie, można rozprostować kości, są ładne widoki za oknem, a nie ma korków i czerwonej fali, do tego człowiek porozwiązuje sobie krzyżówki albo poczyta jakiś artykuł. „No a kanie i maślaki rosną o tu, przy peronie, wczoraj dwa kosze uzbierałem” – pokazuje mi chaszcze za stacją. Widzę, że grzyby ma w plecaku i specjalnym pojemniku przypominającym kojec dla kota.

„I toaleta jest” – dorzucam, ale pan Wojtek nie słyszy, bo akurat zaśmiewa się z szeregu anegdot z pociągiem w roli głównej. O peronie piątym na dworcu w Katowicach, na który nie da się trafić bez kompasu, bo GPS wariuje, o przystanku Kraków Olsza, zbudowanym w pół dnia z drewnianych belek i żwiru, żeby odciążyć remontowany dworzec główny, i po paru miesiącach rozebranym do gołej ziemi, oraz o stacji w Przysusze, która nie może być użytkowana, bo perony okazały się za krótkie i pasażerowie musieliby wysiadać prosto w trawę. Akurat to ostatnie wcale nie jest rzadkim widokiem – w Polsce mamy sporo przystanków i stacji, które nie mogą się pochwalić profesjonalnymi platformami peronowymi i pociągi klasy InterCity zatrzymują się przy ziemnych kopczykach – jak choćby we Wróbliku Szlacheckim koło Krosna.

Żeby wsiąść do wagonu, dobrze mieć drabinę albo przynajmniej taboret, gorzej, jeśli jest się z rowerem, tu nie pomoże nawet dźwig.

Panu Wojtkowi trudno wejść w słowo; raz po raz rzuca nazwami składów – z „Elfem” i „Flirtem” na pierwszym planie – oraz modelami lokomotyw. Nagle sięga do kieszeni i wyciąga okropnie wygnieciony notes na oko pamiętający międzywojnie. Próbuje odczytywać czasy przejazdów z poszczególnych stacji na Dolnym Śląsku, ale że nie wziął z domu okularów, opiera się głównie na swojej pamięci. Recytuje nazwy stacji w niesamowitym rytmie, zupełnie jakby deklamował fragmenty Lokomotywy Juliana Tuwima. Boję się, że wpadnie w trans i przegapi pociąg, który – jak ogłoszono kobiecym głosem – przyjedzie z 15-minutowym opóźnieniem. Przy czym może ono ulec zmianie.

Podczas oczekiwania tematem staje się kolejarska nowomowa, oscylująca między oksymoronicznymi hasłami w stylu „na peron wjedzie opóźniony pociąg przyspieszony” a złowieszczymi komunikatami, że oto „skład zdefektował na stacji”. Jedna z pań, która przytachała na dworzec gigantyczną walizę wielkości czołgu, nie ma dobrego zdania o kolei. Twierdzi, że nie słyszała o pociągu, który byłby czysty, przestrzenny i zawsze przyjeżdżał o czasie. Może w Japonii, bo u nas to tylko te stare, z siedzeniami z dermy i grzejnikami pod pupą, co potrafią w sekundę stopić podeszwę adidasów. Albo te szynobusy z demobilu, jak słyszała od szwagra kolegi z pracy, one znów psują się od zbyt częstego otwierania drzwi, więc trzeba naklejać informacje, że drzwi nieczynne.

Patrzę z niepokojem na pana Wojtka. Zrobił się całkiem czerwony i prawie idzie mu para z uszu. Nie ma zbyt dużo czasu, żeby wyłożyć swoje prokolejowe poglądy, więc ogranicza się do paru wątków. Kolej jako symbol nowoczesności. Jeśli do miejscowości doprowadzono tory, znaczy, że ma potencjał. Kolei brak – rychły upadek. Tradycje kolejarskie przekazywane z dziada pradziada. Kiedyś konduktor czy zawiadowca to był ktoś! No i te konteksty kulturowe – wszyscyśmy czytali o psie, który jeździł koleją, o pociągach pod specjalnym nadzorem i innych takich. A te dworce, proszę państwa, no to prawdziwe architektoniczne cacka. Była pani w Nowych Skalmierzycach? Tam to jak katedra wygląda, ludzie po wyjściu z pociągu w oniemieniu padają na klęczki.

Chętnie przytakuję, bo znam wiele miejscowości, które mogą się poszczycić pięknymi budynkami dworcowymi – wystarczy przejechać się wzdłuż tras kolei galicyjskiej. Inni są sceptyczni, lecz nie ma czasu na pogwarki, bo nadjeżdża szynobus i wszyscy cisną się do wejść, kto pierwszy, ten lepszy, tu nie ma miękkiej gry. Pani od walizy taranuje współpasażerów i wykłóca się o zniżkę z kierownikiem pociągu. My z panem Wojtkiem debatujemy za to o walorach krajoznawczych podróżowania koleją. Że z samochodu widać co najwyżej ekrany dźwiękochłonne, nie mówiąc o samolocie. A obrazów z jazdy pociągiem zbiera się na pęczki: dwa zające biją się po pyskach na polu pod Włocławkiem, para żurawi prowadzi malca nad wodę przed Sieradzem, małe fiaty ścigają się nad Sanem koło Stalowej Woli, poprzebierani w stroje klaunów ludzie machają flagami pod Iławą – licytujemy się zaciekle. Oczywiście pan Wojtek wygrywa, bo jest z Wałbrzycha, a tam chełpią się niebotycznym wiaduktem kolejowym zawieszonym nad dzielnicą Podgórze. Człowiek się czuje jak na Evereście. Andrzej Jakimowski pokazał to świetnie w Sztuczkach.

Zgadzamy się co do jednego: dzięki pociągom można poznać świat od podszewki. Zwiedzić najdalsze zakamarki gminy, powiaty, województwa. Zwłaszcza gdy wleczemy się jak żółw ociężale, bo tory się wybrzuszyły albo górski teren nie pozwala na kosmiczne osiągi, jak między Suchą Beskidzką a Żywcem albo Grybowem a Nowym Sączem.

„Nic dziwnego, że ludzie uwielbiają jeździć koleją i mają to za atrakcję godną wakacyjnych szaleństw” – mówię do pana Wojtka. „E tam. To ten smar. Towot w słońcu. Jak narkotyk, panie, tu nie ma o czym gadać”. Pan Wojtek przypomina sobie dzieciństwo w Korszach. Trudno nie kochać kolei, gdy się jest z tego pruskiego miasta na północ od Olsztyna. To jedna z tych miejscowości, które chlubią się kolejarską tradycją. Wymieniamy uwagi o książkach korszanina Jakuba Michalczeni, a właściwie to mój monolog, bo pan Wojtek ogranicza się do stwierdzenia, że znał jego ojca czy wujka – sam już nie jest pewien. Bohaterami krótkich próz Michalczeni są mikole, którzy spędzają całe dnie na oglądaniu pociągów i szwendaniu się po kolejowych nieużytkach. „Co za mikole?” – pana Wojtka najwyraźniej ominęła ta faza. Opowiadam mu więc o całkiem licznej społeczności amatorów kolejnictwa, którzy spędzają pół życia na zwiedzaniu stacji, dokumentowaniu stanu kolejowej architektury i sporządzaniu skomplikowanych rejestrów linii, połączeń i rozkładów jazdy. „Pan też jest mikolem” – informuję rozmówcę.  – „Z takim notesem to nie ma innej opcji”. „Może i tak – zgadza się z uśmiechem – choć wolałbym tytuł szlachecki”.

Bo fakt, takie uznanie kopnęło choćby Michaela Palina, legendarnego aktora i komika, członka grupy Monty Pythona, który w pewnym momencie poświęcił się pisaniu książek podróżniczych. Ale ten etap kariery rozpoczął od nagrywania godzinnych dokumentów dla BBC, w których podróżuje lokalnymi pociągami po Anglii i Szkocji, a następnie Irlandii i Irlandii Północnej (jeden z filmów miał ładny metagramowy tytuł Derry to Kerry).

Okazuje się, że najwięcej przygód czeka na turystę nie w dżungli czy na Antarktydzie, tylko w potencjalnie nudnych miasteczkach, do których pewnie nigdy byśmy nie zajrzeli, gdyby nie zatrzymywał się w nich pociąg.

Palin wypromował w ten sposób modę na mikropodróżowanie, której to formie aktywności sprzyja kolej. I m.in. za te, bądź co bądź, patriotyczne zasługi królowa nagrodziła go tytularną godnością.

„Swoją drogą” – wtrącam do opowieści polską nutkę, bo widać, że panu Wojtkowi i pani od walizy, która przysłuchuje się nam zza automatu z biletami, zebrało się na ckliwości – „był i podobny film o polskiej kolei”. Bo był: w cyklu dokumentów BBC Great Little Railways znalazło się miejsce na prezentację dwóch naszych linii w filmie Briana Blesseda Nasielsk to Pułtusk & Komańcza to Cisna. „Na pewniaka! – wykrzykują wszyscy pasażerowie, bo jak się okazuje, cały szynobus żyje opowieściami kolejarskimi, jak gdyby były to co najmniej Opowieści kanterberyjskie. – Bo my to niby gorsi od tych Wyspiarzy?”

Niebotyczny wiadukt pokonany, meldujemy się na dworcu w Wałbrzychu, który znajduje się na wzgórzu nad miastem, właściwie tuż przy linii górskich lasów. Z trudem pakuję sakwy i wyprowadzam rower, ale co ma powiedzieć pani z walizą większą od szafy? Panu Wojtkowi nie trzeba dwa razy powtarzać, sadzi susy i już, całując rączki, pomaga towarzyszce podróży niczym najlepszy tragarz. „Jak mikol mikolowi!” – odmachuje mi na do widzenia. Ja przechodzę na drugi peron, gdzie rozsiadam się wśród pachnących smarem torowisk. Popołudniowe słońce świeci mocno, lipiec chyli się ku sierpniowi, a lis, który właśnie wyszedł zza starej lokomotywy, rozgląda się po stacji i odbiega w stronę gór.

Normalnie, czyli pieszo

Ola Synowiec

Niespieszne podróże piesze to dla mnie synonim wolności. Nieprzypadkowo przymiotniki od słów „wolno” i „wolność” brzmią dokładnie tak samo

W trakcie wędrówek z moim partnerem Arkiem Winiatorskim, czy to w pieszej podróży z Panamy do Kanady, czy to podczas obchodzenia Polski wokół jej granic, w kółko słyszeliśmy to jedno pytanie: dlaczego nie podróżujemy „normalnie”? „Normalnie”, czyli autem lub innym pojazdem. My odpowiadaliśmy wtedy innym pytaniem: od kiedy „normalnie” znaczy właśnie samochodami? Istnieją one przecież raptem od 100 lat z hakiem, są zaledwie krótkim epizodem w historii ludzkości. Gdyby się głębiej zastanowić, to właśnie piesze wędrówki są dla naszego gatunku najbardziej „normalne”. Kocham je za to, że pozwalają zwrócić się na powrót do natury człowieczeństwa. Te 5 km/h to przecież najbardziej dla nas naturalne tempo do oglądania świata.

„Wy to pewnie wiecie, jak wielki jest świat, co?” – zapytał nas gdzieś na poboczach centralnego Meksyku Saúl, kierowca ciężarówki. Zanim wyruszyliśmy w tę pierwszą pieszą podróż, może faktycznie tak było. Świat wydawał nam się absolutnie mierzalny, na przestrzał googlowalny, zinwigilowany przez człowieka i zdjęcia satelitarne. Ale jakimś dziwnym trafem gdy tylko zwolniliśmy, nagle zaczął się powiększać, rozciągać. O te mikroświaty, które dla większości ludzkości są tylko kilkoma literkami na mapie. O historie, na które szkoda miejsca w bilionach terabajtów internetu. O krajobrazy, których nie znajdziemy na Google Street View. A jeśli nawet tam są, to nikomu pewnie nie przyjdzie na myśl, żeby upuścić na nie ciekawskiego pomarańczowego ludzika.

Wszystko przez samą mechanikę marszu. Bo musimy gdzieś odpocząć, zrobić zakupy, zatrzymać się na noc – często w miejscowościach, których nigdy inaczej byśmy nie odwiedzili.

To tam na schodach pod sklepem w wolno sączącej się rozmowie słuchamy historii ludzi, których nigdy inaczej byśmy nie poznali.

To prawda, w takiej podróży nie zobaczymy tylu miejsc co podczas zwiedzania samochodem. Ale czy naprawdę o liczbę odwiedzonych miejsc chodzi? Podczas pieszych wycieczek nie mamy trzech hiperatrakcji dziennie, mamy jedną pomniejszą i cieszymy się nią jak dzieci. Wędrówki to wielka szkoła doceniania. Małych rzeczy, które na co dzień mamy za pewnik: prozaiczne gniazdko w ścianie, woda w kranie, dach nad głową podczas ulewy.

Kocham Polskę za całą siatkę szlaków, a polskie góry za sieć schronisk, ich ideę i wieczorny klimat w stołówkach. To niesamowite, że najdłuższy szlak w polskich górach, Główny Szlak Beskidzki, rośnie nam na coś w rodzaju polskiego Camino de Santiago: że staje się zjawiskiem, ze specyficzną społecznością i kulturą wokół. Że ludzie ruszają często w pojedynkę – żeby coś sobie ustawić, przemyśleć na nowo swoje życie. Lubię też te mniej zdeptane szlaki, których PTTK wyznaczyło w Polsce na potęgę, takie jak Szlak Zamków Piastowskich czy Szlak Wygasłych Wulkanów, jak też cały ich system odznak, który mobilizuje do pokonywania kolejnych kilometrów i odwiedzania kolejnych miejsc (wciąż – do wyczerpania zapasów – można się starać np. o Odznakę Krajoznawczą PTTK Województwa Katowickiego – how cool is that!).

Najbardziej jednak lubię iść poza szlakiem. Pozwalać sobie zmieniać trasę, skręcać, zbaczać, by zobaczyć, „co jest tam”. Do takiego wędrowania nie trzeba mieć drogich ciuchów z goreteksu (najlepszy sprzęt to taki, jaki mamy w domu!), wystarczą otwartość i ciekawość świata. Bo żeby przeżyć przygodę, nie trzeba jechać na drugi koniec globu.

Na takim podejściu wyrósł trend nazywany „mikrowyprawami”. Mikrowyprawy udowadniają, że przygoda może czaić się nawet pod domem, wystarczy tylko spojrzeć na swoją okolicę z innej perspektywy.

Krzysiek „Semp” Bielecki, twórca pierwszych gier miejskich w Warszawie, nazwał je wtedy Urban Playground – zamieniając niejako miasto w plac zabaw. Lubię to określenie. Gry miejskie są zresztą świetnym pomysłem na takie mikrowyprawy. Można też po prostu wysiąść w drodze z pracy dwa przystanki wcześniej i resztę pokonać pieszo. Lub zmienić trasę z pracy do domu. Albo wsiąść do pociągu i pojechać gdzieś niedaleko, ale w ciemno. Wziąć kompas i spróbować iść cały czas na północ. Dać na spacerze prowadzić się psu.

Kiedy wędrujemy, świat odbieramy wszystkimi zmysłami. To immersja, której nie doświadczymy w nawet najlepszej grze komputerowej. Te lody, które jem na schodach pod sklepem w upalny dzień po kilku kilometrach chodzenia, będą najlepszymi lodami w życiu. Ziemia po deszczu nigdy nie pachniała tak intensywnie. A krajobrazy nie były tak piękne. Może właśnie dlatego, że w tym wędrowaniu już nie tylko je obserwuję, lecz staję się ich częścią. To ja jestem krajobrazem.

Shane O’Mara w swojej książce Idź na spacer przytacza szereg badań naukowych, które wskazują na pozytywny wpływ chodzenia na naszą psychikę. Pisze, że skuteczność chodzenia jest przez wielu naukowców porównywalna pod tym względem z kuracją farmakologiczną i kognitywną terapią behawioralną. Zaznacza, że chodzenie może być jednym z oręży w profilaktyce depresji.

Aktywność fizyczna może też wywierać pozytywny wpływ na zdolność uczenia się oraz pamięć, a także na kreatywność. Już antyczni filozofowie nauczali w trakcie spacerów, a filozof Fryderyk Nietzsche stwierdził, że „wszystkie wielkie myśli rodzą się podczas marszu”. Psycholodzy z Uniwersytetu Stanforda przeprowadzili serię eksperymentów, w których testom poddano osoby siedzące, pchane na wózkach lub chodzące (na świeżym powietrzu lub po bieżni). We wszystkich testach chód jakiegokolwiek rodzaju powodował znaczną poprawę wyników, przy czym największy poziom kreatywności wykazały osoby spacerujące na zewnątrz. Irlandzki matematyk William Rowan Hamilton wpadł na formułę mnożenia kwaternionów właśnie podczas jednej z regularnych dwugodzinnych przechadzek. Co roku w rocznicę tego wydarzenia odbywa się upamiętniający to odkrycie spacer, w którym uczestniczą matematycy z całego świata.

Chodzenie jest zdrowe nie tylko dla naszego ciała i psychiki, ale też dla świata – jest w końcu praktycznie bezemisyjne. Olga Tokarczuk w wywiadzie dla magazynu „Pismo” mówiła, że podróżnicy w trosce o naszą planetę powinni stać się właśnie piechurami. Chodzenie jest też kwintesencją wszystkich modnych teraz trendów, jak mindfulness, treningi uważności, kąpiele leśne czy cała filozofia slow. Zamiast czytać poradniki czy płacić za trenerów, może warto na początek spróbować trochę połazić? Wystarczy zrobić pierwszy…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką
Artykuł pojawił się w numerze: Sztuka uważnego podróżowania