Kobiety i miłość są fundamentem.
Zbadaj je, a zagrozisz samej strukturze kultury.
Shulamith Firestone, The Dialectic of Sex: The Case for Feminist Revolution
Przepraszam, że ten tekst jest do bani, z jakiegoś powodu odkąd mam dziecko jestem totalnym umysłowym wrakiem. Jakby moje iq spadło o dobre 50 punktów i słowa wydają mi się dziwnie skomplikowane lol.
Grimes, Instagram, 2020
Gdy w moim ciele rozwijało się ludzkie zwierzę, zaczęłam zdawać sobie sprawę, że ktoś mnie tu w coś wrabia. Gdy opuściło moje ciało, dostrzegłam to jeszcze wyraźniej.
Ciąża, potem poród, a następnie – ważny czas – wczesne macierzyństwo po prostu nie przystawały do kulturowych, społecznych i filozoficznych narracji, jakie towarzyszyły mi w procesie dorastania. To, co czułam i widziałam, kłóciło się z tym, czego uczono mnie o kobietach i mężczyznach, ojcach i matkach; nie umiałam powiązać swojego aktualnego doświadczenia z tym, co do tej pory przyswoiłam na temat ciała, umysłu, indywidualnej i relacyjnej jaźni oraz struktur życia społecznego.
Z początku uznałam, że wariuję. Desperacko szukałam sposobów na wyjaśnienie przeżyć, które właśnie mi się przytrafiają. Uświadomiłam sobie, że mój umysł został skolonizowany przez nieadekwatne wyobrażenia dotyczące kobiecości, macierzyństwa, wartości, a nawet miłości: korzenie mojego siedliska toczył rak.
Przeczucie, że popełniono kardynalne błędy, przekazując mi wiedzę o kobiecym ciele i doświadczeniu macierzyństwa, pojawiło się dość wcześnie. Pierwszego dnia, gdy poczułam mdłości, czyli mniej więcej w piątym tygodniu ciąży, byłam podekscytowana. „Poranne mdłości” to oznaka zdrowej ciąży, czytałam i utwierdzałam się w przekonaniu, że realizuje się coś, co wcześniej wydawało mi się tajemnicze i nieuchwytne: że nareszcie wewnątrz mnie jest dziecko, o którym zawsze marzyłam. Nudności, gdy tylko się pojawiły, były nasilone, ale pomyślałam, cóż, zobaczymy, poranek trwa około czterech godzin – to mniej niż jedna czwarta mojego dnia, resztę doby przesypiam – dam radę. Skubałam herbatniki imbirowe i sączyłam wodę łyk po łyku.
Wybiło południe. Silne nudności utrzymywały się. Piętnasta. Bez zmian.
Osiemnasta. O co chodzi?
Dwudziesta. Jak to?
Dwudziesta druga. Wciąż były.
Potem, niezmiennie, następnego dnia, następnego i następnego, i następnego. Cały dzień, codziennie. Przez pięć miesięcy.
Jednocześnie wydawało się, że w moim umyśle przebiega równoległa, jeszcze bardziej niepokojąca zmiana. Byłam przeszczęśliwa z powodu ciąży, przywiązana do rosnącego we mnie stworzenia, ale z każdym upływającym tygodniem gasłam, stawałam się coraz bardziej introwertyczna i rozbita. Nie znałam języka, za pomocą którego mogłabym zrozumieć lub opisać tę przemianę, lecz sama moja świadomość wydawała się inna: jej struktura się zmieniła, uległa przekształceniu. To mnie przeraziło. Było tak, jakby ktoś wprowadził się i rozgościł nie tylko w mojej macicy, ale również w mózgu. Pomyślałam, że pewnie w ten sposób działa wyobraźnia; ciążę traktowałam przecież jako stosunkowo prosty proces fizyczny z kilkoma „hormonalnymi” dniami raz na jakiś czas. Sądziłam, że dziecko będzie rosło we mnie jak w doniczce, a ja pozostanę tą samą osobą. Ale, jak się okazuje, byłam w błędzie.
Kiedy zbliżał się terminu porodu, uświadomiłam sobie, że dojrzewa we mnie coś jeszcze: dziwny zestaw niezbadanych moralnych przekonań dotyczących macierzyństwa.
W tamtym czasie nie wiedziałam dokładnie, skąd wzięłam te pomysły, lecz po urodzeniu dziecka stało się dla mnie jasne, że za kluczowy element bycia dobrą matką uznaję poświęcenie się. Koniec z niezależnością, teraz celem mojego życia ma być służenie innym w intensywny i ostatecznie ofiarny sposób.
Naprawdę nie wiedziałam prawie nic o doświadczeniu macierzyństwa i o pracy polegającej na wychowywaniu czy na opiece nad kimkolwiek. Nigdy nie widziałam obrazu przedstawiającego kobietę w trakcie porodu. Nigdy nie słyszałam piosenki o byciu w ciąży. Nigdy nie czytałam książki o utracie własnego „ja” we wczesnym macierzyństwie. Nigdy nie oglądałam sztuki teatralnej o chorobach psychicznych dotykających matki. Nigdy nie zmieniałam pieluchy ani nie spędzałam czasu z małymi dziećmi. A mimo to wyrobiłam sobie zaskakująco pryncypialne przekonanie o tym, czego to wszystko wymaga.
Dziecko rosło, a ja odkrywałam, że gdybym próbowała zrobić cokolwiek dla mnie samej, cierpiałabym z powodu poczucia winy i trudnego do opisania dyskomfortu. Bardzo starałam się rozwikłać te karzące uczucia – oddzielić je od pragnienia, by chronić i kochać własne dziecko oraz troszczyć się o nie. Musiałam zlokalizować źródła tego dysonansu, aby dowiedzieć się, jak dbać o rozwój mojej córki i jednocześnie starać się jakoś żyć. Wszędzie szukałam wskazówek.
Światełko w tunelu
W końcu natknęłam się na koncepcję „instytucji macierzyństwa” wprowadzoną przez feministkę, poetkę i eseistkę Adrienne Rich, która w książce Zrodzone z kobiety[i] opublikowanej w 1976 r. ukazała, jak szersze uwarunkowania społeczne – słowem: patriarchat – przekształciły macierzyństwo w „nowoczesną instytucję” obwarowaną własnymi zasadami, ograniczeniami i oczekiwaniami społecznymi, z których wszystkie miały na celu kontrolowanie zachowań i myśli kobiet. Rich podkreślała, że to społeczno-kulturowa instytucja macierzyństwa, a nie posiadanie dzieci jako takie, jest przyczyną ucisku kobiet i może wręcz okaleczać relacje matki i dziecka.
Instytucja ta umacnia ideę, że kobiety rodzą się wyposażone w „naturalny” macierzyński „instynkt” i nie muszą rozwijać wiedzy ani umiejętności związanych z opieką.
Nierówne relacje władzy między matką a dzieckiem stanowią, zdaniem Rich, odzwierciedlenie dynamiki władzy w społeczeństwie. Jest to konfiguracja skazująca matki na porażkę. Instytucja „uznaje wszystkie matki za mniej lub bardziej winne niepowodzeń swoich dzieci” (tłum. Joanna Mizielińska)[ii]. Może jednak nie oszalałam.
Zdumiewające, jak aktualna pozostaje treść Zrodzonych z kobiety, choć od jej powstania minęło ponad 40 lat. Głos Rich był pierwszym, który uchwycił pochłaniający mnie dylemat. Została matką w latach 50. Prawie 70 lat później opisane przez nią tabu trzymają się znakomicie. Zszokowało mnie, gdy zdałam sobie sprawę, że najważniejsze przekonania, jakie żywiłam na temat macierzyństwa, były dokładnie takie same jak te, o których wspominała Rich: „że matka »naturalna« jest osobą bez innej tożsamości, która może odnaleźć całkowite spełnienie w byciu całymi dniami z małymi dziećmi oraz żyjąc ich tempem; że izolacja matek i dzieci razem w domu jest całkowicie zrozumiała, że miłość macierzyńska jest, powinna być, całkiem dosłownie, bezinteresowna”[iii].
Jak to możliwe? Dorastałam, czytając Greer, Beauvoir i Firestone. Dlaczego więc dziś jako 30-latka mam głęboko zaszczepiony tamten archetyp?
Nagle zdałam sobie sprawę, że choć zawsze chciałam mieć dzieci, nie darzyłam szczególnie wielkim szacunkiem ani matek, ani ich pracy. Czułam wręcz potrzebę ukrycia pewnych aspektów mojej ciąży i wczesnego macierzyństwa przed współpracownikami i pracodawcami. Zinternalizowałam przekaz, zgodnie z którym należy oddzielić macierzyństwo od reszty życia, trzymać je za klauzurą; spodziewałam się, że ludzie, z którymi pracuję, będą mnie osądzali i uznawali za gorszą tylko przez to, że mam dzieci. Widziałam, jak nisko ceni się pracę macierzyńską, zarówno pod względem ekonomicznym, jak i społecznym: nie jest to centrum władzy ani szacunku. Wręcz przeciwnie. Społeczeństwo z jednej strony negatywnie ocenia kobiety bezdzietne, a z drugiej na bycie „matczyną” reaguje uciszaniem, ograniczaniem i umniejszaniem. Bałam się, że zostanę zdefiniowana – i w rezultacie skreślona – przez pracę reprodukcyjną.
Ale kiedy zaczęłam przyglądać się bliżej mojemu dotychczasowemu podejściu do macierzyństwa, sama się zdziwiłam. Postrzegałam je jako bezmyślne i nieintelektualne, niewiele warte i nudne, nic szczególnego. W dodatku niespecjalnie produktywne. Wyglądanie „jak mamuśka” też nie należało do moich aspiracji. Nie chciałam roztaczać wokół siebie „smrodu obciachowego macierzyństwa”, jak to ujęła pisarka Rufi Thorpe[i]. Sprawowanie opieki nie wiązało się ani ze szczególnymi wyzwaniami, ani z wysokim statusem. Myślałam, że to prosta robota. Ha!
Wkrótce przekonałam się, że opieka jest o wiele trudniejsza, bardziej konfrontacyjna, ekscytująca i kreatywna, piękniejsza, bardziej stresująca, niepokojąca, satysfakcjonująca, żmudna, transformująca, ożywiająca i (od czasu do czasu) otępiająca niż sobie wyobrażałam, a ponadto znacznie istotniejsza dla pracującego społeczeństwa niż zwykło się o tym mówić. Czułam, że coraz bardziej zależy mi na tym, aby ustalić przyczyny ciągłego braku autentycznego szacunku i wsparcia dla niewidzialnej pracy związanej z ciążą, rodzeniem dzieci i opieką nad nimi. Chciałam je poznać chociażby z tego powodu, że wiedziałam już, jaką niosą za sobą krzywdę.
Nie tak miało być
Podczas porodu przekonałam się, jak to jest być robioną w bambuko. Pociągała mnie idea porodu „naturalnego” i wierzyłam w to, co usłyszałam i przeczytałam: jeśli się zrelaksuję, zastosuję mantry i pozytywne afirmacje, nie odczuję zbyt dużego bólu i wszystko będzie dobrze. Nie było.
Kolejne godziny, tygodnie i miesiące okazały się czasem pogłębiającego się wyobcowania i frustracji spowodowanej brakiem języka, którym mogłabym wyrazić prawdę o porodzie. Zawsze wierzyłam w moc słów, w tym przypadku mnie zawiodły. Nikt nie mówił o bólu; o porodzie jako procesie emocjonalnym; o tym, jak to jest, gdy rośnie w tobie drugi człowiek, gdy jesteś dwojgiem ludzi naraz, a następnie zostajesz opuszczona, wypychasz człowieka do istnienia.
Moja wiedza o emocjonalnych i psychologicznych transformacjach, które zachodzą po porodzie, była zerowa. Nie miałam pojęcia, że coś dzieje się z moim mózgiem – że dosłownie zmienia kształt.
Nie miałam pojęcia, że to, co nadchodzi, jest niepokojem, pełną życia romantycznością, poczuciem winy, transcendencją, przerażeniem, psychodelią, utratą kontroli, pęknięciem „ja”.
Dlatego, przez chwilę, odpuściłam. Zdałam się na język, który został mi dany: oficjalny leksykon mówienia o macierzyństwie. Stanęłam w jednym szeregu z tymi, które jeśli nawet czasem przyznają, że są nieco zmęczone, to tylko o ile dopowiedzą na jednym oddechu, że kochają swoje dziecko i – och, tak – nic lepszego niż macierzyństwo nie mogło im się przytrafić.
Jak to się nazywa
Oślepiona i coraz bardziej odizolowana, wpadłam do króliczej nory. Odeszłam nie wiadomo gdzie i nie byłam pewna, czy wrócę. Na nowo konfrontowałam się ze sobą: z moim dziecięcym „ja”, z odsłoniętymi, nagimi korzeniami wczesnych zaburzeń psychicznych. Nie tego się spodziewałam. Sądziłam, że początki macierzyństwa będą delikatne, błogie, spokojne i ciche: skąpane w miękkim świetle. Okazały się hardcorowe, ostre i warczące. Nie było bladoróżowo; lecz brązowo od gówna i czerwono od krwi. Co więcej, tak wyglądało najbardziej polityczne spośród moich doświadczeń, przepełniały je konflikt, dominacja, dramat, walka i władza.
Pytania wirowały. Co dzieje się z moim mózgiem, z umysłem i ciałem? Dlaczego tak źle czuję się w domu, matkując małemu dziecku? Dlaczego tak źle czuję się z dala od niego? Dlaczego mam wrażenie, że mój układ nerwowy nie jest do tego przystosowany?
Postanowiłam rozwikłać te zagadki. Ponieważ zajmowałam się dziennikarstwem naukowym, pisałam o zdrowiu i ekologii, w pierwszej kolejności sięgnęłam po raporty z badań i czasopisma naukowe, czytałam o neurobiologii, endokrynologii i chorobach psychicznych diagnozowanych u matek. Szybko zdałam sobie sprawę, że apatia kulturowa wobec najbardziej przełomowej zmiany w życiu człowieka idzie w parze z zaniechaniem w obszarze nauk – biologicznych i społecznych – które równie rzadko pochylają się nad tą kwestią. W 2011r. w „Journal of Psychiatric and Mental Health Nursing” znalazł się artykuł szkockich naukowców wskazujący na „próżnię w zbiorze dowodów” dotyczących badań nad depresją poporodową, podstawową chorobą psychiczną związaną z macierzyństwem[i]. Jednak od tego czasu coraz więcej uwagi poświęca się doświadczeniu macierzyństwa. Kilka lat później opublikowano wyniki pierwszego nowatorskiego badania z obszaru neuronauki, które ukazuje nie tylko to, jak drastyczne zmiany w mózgu matki wywołują ciąża i wczesne macierzyństwo, ale też, że opieka nad niemowlętami może doprowadzać do przekształceń w mózgach innych osób, nie mających za sobą doświadczenia ciąży.
Zapoznając się z tymi tekstami, zdałam sobie sprawę, że ma na mnie wpływ o wiele więcej „natury” niż mi się dotychczas wydawało, choć i „kultura” dotyczy mnie w sporym zakresie. Przestudiowałam historię „nowoczesnej instytucji macierzyństwa”, dowiadując się, jak i dlaczego po raz pierwszy skonstruowano oczekiwania dotyczące macierzyńskiej niewoli i poświęcenia, oraz jak kapitalizm i systemy patriarchalne połączyły siły, tworząc nasze dzisiejsze wyobrażenia o kobiecości i macierzyństwie – nazywam je współczesną instytucją intensywnego macierzyństwa. Przeprowadziłam wywiady z ekspertami z różnych dziedzin: biologii ewolucyjnej, nauk społecznych, psychoanalizy, filozofii, neuronauki, opieki zdrowotnej i psychiatrii, dzięki czemu przekonałam się, jak świeżo upieczonych rodziców zwodzi się, wpajając im błędne przekonania dotyczące korzyści płynących z „tradycyjnej” nuklearnej struktury rodziny – przekonania, które rutynowo pomijają lub ignorują sposób wychowywania dzieci angażujący sieci społeczne, jaki funkcjonuje w większości miejsc na świecie.
Kiedy nasze dziecko miało prawie dziewięć miesięcy, nastąpił przełom. W artykule w „The New York Times” napisanym przez Alexandrę Sacks[ii], psychiatrę specjalizującą się w zagadnieniach związanych z reprodukcją, natknęłam się na słowo, z którym dotąd się nie spotkałam. To pojęcie zawierało w sobie wszystko to, co wtedy czułam, widziałam i czytałam.
Matrescencja[1].
„Proces stawania się matką, który antropolodzy nazywają »matrescencją«, nie został dostatecznie zbadany przez środowisko medyczne” – pisze Sacks. Zamiast skupiać się na przemianie tożsamości kobiety, większość analiz poświęca się rozwojowi dziecka. Ale historia kobiety, nie tylko w kontekście tego, jak jej psychologia wpływa na wywiązywanie się z obowiązków rodzicielskich, jest również istotnym zagadnieniem badawczym”.
Odetchnęłam.
Artykuł porusza zagadnienie mieszanki emocji, które odczuwają matki. Radość, tak, „przynajmniej co jakiś czas”. „Ale większość matek doświadcza również zamartwiania się, rozczarowania, poczucia winy, rywalizacji, frustracji, a nawet gniewu i strachu”.
Myśl, że takie emocje są zupełnie normalne, sprawiła, że po raz pierwszy od miesięcy z ulgą rozluźniłam barki. Czytałam dalej.
„Zbyt wiele kobiet wstydzi się otwarcie mówić o swoich skomplikowanych doświadczeniach z obawy przed oceną. Ten rodzaj izolacji społecznej może nawet skutkować depresją poporodową”.
Szukałam „matrescencji”, matczynienia, w słowniku. Matisse. Matkobójstwo. Matutinum. Nie ma matrescencji.
Sprawdziłam w słowniku etymologicznym. Matriarcha. Matrykulacja. Matrymonium. Nie ma matrescencji.
Zastanawiałam się, czy uda mi się przynajmniej znaleźć jakieś wyrazy, które kojarzą macierzyństwo z procesem emocjonalnym.
Zerknęłam na wyraz „matka”.
- kobieta rodzic
- łono, w tym znaczeniu od XIV , poprzedzone krzyżykiem, oznaczającym termin przestarzały. I, ach, tu jest coś jeszcze. Histeria (również z krzyżykiem). Zerknęłam: „Zaburzenia czynnościowe układu nerwowego, które uważano za spowodowane nieprawidłowościami funkcjonowania macicy”.
Sprawdzałam kolejne znaczenie wyrazu „matka”. „Nalot, osad”, określenie z XVI w. „Kleista substancja powstająca w wyniku procesu fermentacji przy produkcji octu” – to z XVII w. A także „pierwotna surowa substancja”. Zastanawiałam się, czy na te znaczenia wpłynęła biblijna historia Ewy – zerwanie jabłka, nieposłuszeństwo wobec Boga, pierwsza grzesznica.
Sięgnęłam po inne słowniki. „Matrescencji”, czynienia matką, brak. Kiedy zapisywałam ten wyraz na komputerze, edytor tekstu usilnie podkreślał go kropkowaną czerwoną linią. Teraz, lata później, nadal tak reaguje, plami czerwienią całą stronę. Nie ma takiego wyrazu, twierdzi. To nie istnieje.
Tyle że istnieje. Poza okresami dzieciństwa i dojrzewania nie ma innego czasu w życiu człowieka, który wiązałby się z równie drastycznymi zmianami psychologicznymi, społecznymi i fizycznymi.
Nowonarodzona matka
Zamówiłam opublikowaną w 1973 r. książkę zatytułowaną Being Female: Reproduction, Power and Change. Tom został zredagowany przez Danę Raphael, nieżyjącą już amerykańską antropolożkę medycyny. Jej esej Matrescence, Becoming a Mother, A “New / Old Rite de Passage” uznaje się za tekst, w którym pojęcie matczynienia pojawia się po raz pierwszy. Okładka – w brązie, pomarańczu i beżu– wskazuje, że to praca rodem z lat siedemdziesiątych. Pod tytułem znajduje się grafika przedstawiająca kobietę siedzącą na podłodze, jej nagie ciało przysłaniają ręce i nogi.
W swoim eseju Raphael porównuje kultury Zachodu z kulturą Tikopii, wulkanicznej wyspy w archipelagu Wysp Salomona. Na Zachodzie, kiedy na świat przychodzi dziecko, ogłaszamy: „urodziło się dziecko”. Na Tikopii mówi się: „kobieta urodziła”. Funkcjonuje tam pojęcie „nowonarodzona matka”[iii].
Raphael ubolewa nad tym, że od wielu lat etnografowie nie interesują się obrzędowością związaną z macierzyństwem. Na Zachodzie, pisze, macierzyństwo jest uważane za „nudne i niezmienne”.
Zaczęłam zastanawiać się nad rytuałami przejścia – wydarzeniami lub obrzędami, za pomocą których pieczętuje się ważne przemiany w życiu człowieka. Nie przychodził mi do głowy żaden tego rodzaju zwyczaj powiązany z matrescencją. Wikipedia, w haśle poświęconym osiąganiu pełnoletności, wspomina się o bar micwie i bat micwie, imprezie z okazji sweet sixteen, balu debiutantek, skaryfikacji, pierwszej menstruacji, rytualnej wędrówce. Jest też tam sekcja dotycząca obrzędów religijnych. Brałam udział w tych chrześcijańskich. Chrzest. Bierzmowanie. Zastanawiałam się, czy znajdę wzmiankę o baby shower, rytuale, któremu chyba najbliżej do matrescencji. Nie znalazłam. W ogóle nie opisywano tu procesu stawania się rodzicem.
„Kluczowym okresem głębokich zmian, który do tej pory pomijano, jest okres MATRESCENCJI, czas stawania się matką” – pisze Raphael. „Podczas tego procesu, tego rytuału przejścia, zachodzą zmiany w fizycznym stanie kobiety, w jej pozycji w obrębie grupy, w jej życiu emocjonalnym i codziennej aktywności, w jej tożsamości i w relacjach ze wszystkimi wokół”[iv].
To cytat z książki starszej ode mnie o dekadę. Prawie pół wieku później wciąż ledwo dostrzegamy psychologiczne i fizjologiczne znaczenie stawania się matką: jak wpływa ono na mózg, układ hormonalny, funkcje poznawcze, odporność, psychikę, mikrobiom i stosunek do samej siebie. To jest problem. Wszyscy wiedzą, że nastolatki mogą czuć się niekomfortowo i niepewnie, ponieważ dotykają ich ekstremalne zmiany psychiczne i cielesne, ale gdy chodzi o przyjście na świat dziecka, od kobiet oczekuje się, że z łatwością przejdą do zupełnie nowego „ja” i nowej roli, i że stanie się to podczas jednego z najbardziej chwiejnych i delikatnych momentów w życiu.
Nie jesteś sama
Wiedza o matrescencji w końcu dodała mi pewności siebie i pozwoliła rozmawiać otwarcie z innymi świeżo upieczonymi matkami, dzięki czemu wkrótce zdałam sobie sprawę, że są podobnie jak ja zaskoczone tym, co przeżywają. Sądzą, że to one ponoszą winę za to, że tak ciężko znoszą ten czas. Żartowałyśmy, że w obliczu stresu, który odczuwamy na co dzień, kusząca wydaje się „fantazja o szpitalu macierzyńskim” – wizja drobnego złamania nogi lub ręki, w wyniku którego mogłybyśmy spokojnie poleżeć i odpocząć, oddając się pod cudzą opiekę. Wywierały na nas nacisk normy rodzicielstwa XXI w., twardsze, bardziej surowe i ściślej skoncentrowane na dziecku niż kiedykolwiek wcześniej. Normy te, w połączeniu z neoliberalną polityką gospodarczą, erozją wspólnot i wymogiem, aby z powodu coraz wyższych kosztów życia finanse większości rodzin opierały się na dwóch źródłach dochodu, prowadziły do nieprawdopodobnego poziomu napięcia, poczucia winy i złego stanu zdrowia matek.
Ciąża i wczesne macierzyństwo to niebezpieczny okres dla zdrowia i dobrostanu. W wyniku powikłań związanych z ciążą i połogiem na całym świecie co dwie minuty umiera kobieta, większość zgonów ma miejsce w krajach o niskich dochodach[v].
Nawet biorąc pod uwagę postępy współczesnej medycyny i skupiając się na krajach o wysokich dochodach i z wykwalifikowaną opieką medyczną, można zauważyć, w jak wielkim stopniu młode matki są narażone na rozmaite problemy zdrowotne. Trudno dokładnie określić, ile kobiet czuje się źle w okresie przed i po porodzie. W Wielkiej Brytanii, gdzie mieszkam, dotychczas sądzono, że od 10 do 15% kobiet mierzy się problemami związanymi ze zdrowiem psychicznym – włączając w to depresję, począwszy od lekkiej i umiarkowanej aż po ciężką, lęk, PTSD i psychozę – w okresie ciąży lub w pierwszym roku macierzyństwa.
Jednak nowsze dane sugerują, że problemy te mogą dotykać nawet 20% matek[vi]. Wynikałoby z tego, że tylko w Wielkiej Brytanii każdego roku ponad 100 000 kobiet w okresie matrescencji cierpi w wyniku różnego rodzaju dolegliwości związanych z psychiką. Depresję poporodową diagnozuje się u 17% matek na całym świecie. Przyjmując, że globalna populacja matek liczy dwa miliardy, oznacza to, że ponad 340 mln kobiet doświadcza w okresie okołoporodowych różnych trudności związanych ze zdrowiem psychicznym. Prawdopodobieństwo wystąpienia epizodów depresyjnych w tym okresie jest dwa razy większe w porównaniu z innymi etapami życia kobiety[vii]. Jest jeszcze wyższe w przypadku kobiet o kolorze skóry innym niż biały, wzrasta też w przypadku kobiet należących do nieuprzywilejowanych grup społeczno-ekonomicznych borykających się z systemowymi nierównościami w zakresie ochrony zdrowia, oraz wśród kobiet, które doświadczyły różnego rodzaju utraty (poronienia, porodu martwego, śmierci noworodka lub starszego dziecka, którym się opiekowały)[viii][ix][x]. W Wielkiej Brytanii główną przyczyną zgonów kobiet w okresie okołoporodowym, rozumianym jako czas od sześciu tygodni do roku po porodzie, jest samobójstwo[xi]. Nie ma wątpliwości, że sytuacja jest poważna.
Co gorsza, liczby te możemy uznać za zaniżone: według National Childbirth Trust (NCT), najbardziej wpływowej brytyjskiej instytucji zajmującej się rodzicielstwem, aż połowa młodych matek ma problemy ze zdrowiem psychicznym, ale z kolei tylko połowa tej grupy korzysta z pomocy[xii]. Wiele kobiet z różnych, powiązanych ze sobą przyczyn – wiele z nich ma związek z groźbą stygmatyzacji i dyskryminacji, a w ostatecznym rozrachunku z lękiem przed odebraniem im dzieci – niechętnie decyduje się na leczenie. Jak zaznacza pisarka i aktywistka Sandra Igwe, to ogromny problem, z którym zmagają się w Anglii Czarne kobiety, dla których brak zaufania do usług socjalnych, strach oraz wstyd stanowią główne przeszkody w poszukiwaniu niezbędnej opieki medycznej[xiii].
– Ogólnie rzecz biorąc, jako społeczeństwo poświęcamy za mało uwagi dobrostanowi psychicznemu – mówi mi Alain Gregoire, psychiatra, konsultant okołoporodowy[xiv]. – Za nisko cenimy też matki i nieszczególnie interesujemy się rodzicami oraz małymi dziećmi – dodaje. Świadczy o tym brak odpowiednich inwestycji w usługi położnicze i niski poziom opieki poporodowej. W 2014 r. w raporcie angielskiego naczelnego lekarza kraju stwierdzono, że opieka poporodowa „nie realizuje celów, do których została powołana”[xv].
Badanie sondażowe z 2010 r. zlecone przez magazyn „Motherdom” ukazało, jak wiele kobiet doświadcza spadku nastroju (45%), lęku (54%) i depresji (35%) w okresie po urodzeniu dziecka[xvi]. Co piąta nie mówi nikomu o swoich uczuciach, a ponad połowa (59%) twierdzi, że nie znajduje wsparcia w rodzinie. Prawie połowa ankietowanych matek (45%) deklaruje, że ze wszystkim musi radzić sobie sama. Dlaczego? Być może ma to coś wspólnego z faktem, że nieco ponad jednak piąta (22%) z nich sądzi, że inni uznają je za „słabe”. Wcześniejsze badania sugerują, że połowa matek dzieci poniżej piątego roku życia doświadcza regularnie lub ciągle „intensywnej rozpaczy emocjonalnej”[xvii].
Ojcowie też cierpią. W 2022 r, badanie przeprowadzone przez naukowców z Ohio State University wykazało, że 66% rodziców spełnia kryteria wypalenia, a stres i zmęczenie obniżają ich zdolność radzenia sobie i funkcjonowania[xviii].
Na kolejnych etapach matrescencji, wraz z narodzinami moich synów w latach 2019 i 2021, odkryłam, że przytłaczająca większość matek, które poznałam i których słuchałam w tamtym okresie, była oszołomiona i zdezorientowana. Czułam, że muszę kontynuować śledztwo w sprawie tego, co wiąże się z procesem stawania się matką i dlaczego tak jest. Chciałam wiedzieć, ile chorób psychicznych łączących się z macierzyństwem było nieuniknionych, a jak wielu można było zapobiec dzięki skuteczniejszemu leczeniu i lepszej opiece – dzięki sprawiedliwszemu społeczeństwu. W jakim stopniu poporodowa choroba psychiczna ma charakter samoistny i biologiczny, a w jakim jest zrozumiałą odpowiedzią na projekt współczesnego rodzicielstwa? Dlaczego macierzyństwo w moim społeczeństwie jest tak zagrażające zdrowiu psychicznemu i dobrostanowi kobiet? Podejrzewałam, że wzrost liczby „zaburzeń” nastroju w okresie okołoporodowym może mówić nam coś ważnego o tym, w jaki sposób żyjemy. W przeciwieństwie do kultur, w których stawanie się matką traktuje się jako poważny, traumatyczny kryzys życiowy, opatrzony szczególnymi społecznymi obrzędami i rytuałami, społeczeństwa Zachodu nie uznają matrescencji za istotną przemianę: przemianę obejmującą całe spektrum emocjonalnych i egzystencjalnych pęknięć, przemianę niejednokrotnie prowadzącą do choroby, przemianę, podczas której celebrować można nie tylko dziecko, ale również matkę. W ogóle nie dbamy zbyt dobrze ani o matki, ani o siebie nawzajem.
Kim jest matka?
Niedługo po tym, jak po raz pierwszy zetknęłam się z pojęciem matrescencji, przeprowadziłam wywiad z Alexandrą Sacks. Powiedziała mi, że na początek dobrym rozwiązaniem jest po prostu mówienie o matrescencji: czasami może to wystarczyć i zapobiec złemu samopoczuciu matek. – Kobiety wiedziałyby, że ambiwalencja, którą odczuwają, jest czymś zwykłym i nie należy się jej wstydzić; czułyby się mniej stygmatyzowane, a bardziej normalne, co z kolei obniżyłoby wskaźniki depresji poporodowej.[xix].
Moja historia matrescencji to historia kobiety, która została matką swoich biologicznych dzieci będąc w związku heteroseksualnym. Ale oczywiście nie wszystkie matki mają za sobą doświadczenie ciąży, rodzą swoje dzieci i są z nimi biologicznie spokrewnione. Praca związana z macierzyństwem nie jest również działalnością wyłącznie kobiecą. Matkują mężczyźni. Matkują dziadkowie. Matkują ludzie nie mający własnych dzieci. Jednak w społeczeństwie, w którym żyję, to nadal głównie kobiety zajmują się opieką, szczególnie nad najmłodszymi. Interesują mnie oczekiwania kulturowe i społeczne powiązane z płcią oraz sposoby wywierania nacisku na kobiety będące rodzicami, kobiety socjalizowane do ról żeńskich, dlatego częściej posługuję się pojęciem „matka” niż „rodzic”.
Aktualne badania nad mózgiem i zdrowiem psychicznym kobiet, które zostały matkami – wiele wyników opublikowano dopiero w ostatnich kilku latach – powinny zmienić sposób naszego myślenia o rodzinach u progu nowej drogi życia i potrzebnym im wsparciu, strukturze świata pracy i żałosnym poziomie inwestycji w opiekę okołoporodową. Niedawno przeprowadzone analizy ewolucyjne i antropologiczne wskazują, jak zdumiewające i opresyjne są nasze współczesne ideały dotyczące macierzyństwa. Nauka mówi, że neurobiologiczny proces powstawania więzi rodzic-niemowlę i przemiana macierzyńska są bardziej zróżnicowane, interesujące i dzikie niż mdłe obrazki na kartkach wręczanych z okazji Dnia Matki. Matrescencja narusza ideę, zgodnie z którą jawimy się jako samowystarczalne jednostki, odizolowane od reszty żywego świata.
Moje dzieci dały mi radość, zadowolenie, spełnienie, zadziwienie i zachwyt w oszałamiającej obfitości. Ale jest to tylko fragment historii.
Tłumaczyła Magdalena Czech
Fragment pochodzi z książki Matrescence: On the Metamorphosis of Pregnancy, Childbirth and Motherhood wydanej przez Allen Lane. Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji
[i] A. Rich, Zrodzone z kobiety. Macierzyństwo jako doświadczenie i instytucja, tłum. J. Mizielińska, Wydawnictwo Sic!, Warszawa: 2000 [1976]. Fragmenty książki ukazały się również w zbiorze: A. Rich, Eseje zebrane, tłum. K. Gucio, Karakter, Kraków: 2024.
[ii] Tamże, s. 307.
[iii] Tamże, s. 59.
[iv] R. Thorpe, Mother, writer, monster, maid, „Vela magazine”, 2016. https://velamag.com/mother-writer-monster-maid/.
[1] Ten trudny do przełożenia termin, z angielskiego matrescence, pojawia się już w polskim dyskursie medialnym, choć to nadal kalka językowa. W raz z kodyfikowaniem się dyskursu, można się zastanowić, czy dobrym polskojęzycznym ekwiwalentem nie byłby neologizm „matczynienie” – proces czyniący z kogoś matkę. Używam tego wyrażenia jako synonimu (przyp. tłum.)
[i] L. Wylie i in., The enigma of post-natal depression: An update, „Journal of Psychiatric and Mental Health Nursing”, 18 (1), 2010, s. 48–58.
[ii] A. Sacks, The birth of a mother, „The New York Times”, 08.05.2017; https://www.nytimes.com/2017/05/08/well/family/ the-birth-of-a-mother.html.
[iii] D. Raphael (red.), Being Female: Reproduction, Power and Change Mouton & Co., The Hague: 1975, s. 65.
[iv] Tamże, s. 66.
[v] WHO, Maternal mortality, 2019; https://www.who.int/ news-room/fact-sheets/detail/ maternal-mortality.
[vi] NHS, Funding boost for new mums’ mental health, luty 2018; https://www.england.nhs.uk/2018/02/ funding-boost-for-new-mums-mental-health/.
[vii] Z. Wang i in., Mapping global prevalence of depression among postpartum women, „Translational Psychiatry”, 11 (543), 2021; https://www.nature.com/articles/ s41398-021-01663-6.
[viii] H. Watson i in., A systematic review of ethnic minority women’s experiences of perinatal mental health conditions and services in Europe, „PLOS One”, 14 (1), 2019; <https://journals.plos.org/plosone/
article?id=10.1371/journal.pone.0210587>.
[ix] L. Ban i in., Impact of socioeconomic deprivation on maternal perinatal mental illnesses presenting to UK general practice, „British Journal of General Practice”, 62 (603), 2012; https://bjgp.org/content/62/603/e671.
[x] M. Knight i in., Saving Lives, Improving Mothers’ Care, listopad 2021; <https://www.npeu.ox.ac.uk/assets/downloads/ mbrrace-uk/reports/ maternal-report-2021/MBRRACE-UK_Maternal_Report_2021_-_FINAL_-_WEB_VERSION.pdf>.
[xi] A. Tubb, Suicide remains the leading cause of direct maternal death in first postnatal year, „Maternal Mental Health Alliance”, 11.11.2021; https://maternalmentalhealthalliance.org/news/ mbrrace-suicide-leading-cause-maternal-death/.
[xii] NCT, The hidden half, 2019; <https://www.nct.org.uk/sites/default/files/ 2019-04/NCT%20The%20Hidden%20Half_0.pdf>.
[xiii] Sandra Igwe, My Black Motherhood: Mental Health, Stigma, Racism and the System, Jessica Kingsley Publishers, London: 2022.
[xiv] Wywiad przeprowadzony z dr. Alainem Gregoiren, 10.04.2017.
[xv] S. C. Davies, Annual Report of the Chief Medical Officer, 2014, The Health of the 51%: Women, Department of Health, London: 2015.
[xvi] How are you really feeling?, „Motherdom” (wiosna 2019), s. 5.
[xvii] S. Maushart, The Mask of Motherhood, Penguin, London: 1999), s. 9.
[xviii] B. M. Melnyk, P. Lusk, Pandemic parenting: Examining the epidemic of working parental burnout and strategies to help, National Association of Pediatric Nurse Practitioners/ Springer Publishing Company, 2022; https://wellness.osu.edu/sites/default/files/documents/2022/05/OCWO_ParentalBurnout_3674200_Report_FINAL.pdf.
[xix] Wywiad przeprowadzony przez autorkę z dr Alexandrą Sacks, 5 września 2018.
Tłumaczyła Magdalena Czech
Fragment pochodzi z książki Matrescence. On the Metamorphosis of Pregnancy, Childbirth and Motherhood. © Lucy Jones & Allen Lane, 2023 Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji