Subskrybuj
Pisarka i dziennikarka zajmująca się nauką i środowiskiem, publikowała na łamach m.in. „New Yorkera”, „The Daily Telegraph”, „NME”, „Guardiana”. Autorka książki Lisy. Historia miłości i odrazy (2019)

Jak rodzi się matka

Nauka mówi, że proces powstawania więzi rodzic–niemowlę i przemiana macierzyńska są bardziej zróżnicowane, interesujące i dzikie niż mdłe obrazki na kartkach wręczanych z okazji Dnia Matki. Matrescencja narusza ideę, zgodnie z którą jawimy się jako samowystarczalne jednostki, odizolowane od reszty żywego świata.

Kobiety i miłość są fundamentem.

Zbadaj je, a zagrozisz samej strukturze kultury.

Shulamith Firestone, The Dialectic of Sex: The Case for Feminist Revolution

Przepraszam, że ten tekst jest do bani, z jakiegoś powodu odkąd mam dziecko jestem totalnym umysłowym wrakiem. Jakby moje iq spadło o dobre 50 punktów i słowa wydają mi się dziwnie skomplikowane lol.

Grimes, Instagram, 2020

 

Gdy w moim ciele rozwijało się ludzkie zwierzę, zaczęłam zdawać sobie sprawę, że ktoś mnie tu w coś wrabia. Gdy opuściło moje ciało, dostrzegłam to jeszcze wyraźniej.

Ciąża, potem poród, a następnie – ważny czas – wczesne macierzyństwo po prostu nie przystawały do kulturowych, społecznych i filozoficznych narracji, jakie towarzyszyły mi w procesie dorastania. To, co czułam i widziałam, kłóciło się z tym, czego uczono mnie o kobietach i mężczyznach, ojcach i matkach; nie umiałam powiązać swojego aktualnego doświadczenia z tym, co do tej pory przyswoiłam na temat ciała, umysłu, indywidualnej i relacyjnej jaźni oraz struktur życia społecznego.

Z początku uznałam, że wariuję. Desperacko szukałam sposobów na wyjaśnienie przeżyć, które właśnie mi się przytrafiają. Uświadomiłam sobie, że mój umysł został skolonizowany przez nieadekwatne wyobrażenia dotyczące kobiecości, macierzyństwa, wartości, a nawet miłości: korzenie mojego siedliska toczył rak.

Przeczucie, że popełniono kardynalne błędy, przekazując mi wiedzę o kobiecym ciele i doświadczeniu macierzyństwa, pojawiło się dość wcześnie. Pierwszego dnia, gdy poczułam mdłości, czyli mniej więcej w piątym tygodniu ciąży, byłam podekscytowana. „Poranne mdłości” to oznaka zdrowej ciąży, czytałam i utwierdzałam się w przekonaniu, że realizuje się coś, co wcześniej wydawało mi się tajemnicze i nieuchwytne: że nareszcie wewnątrz mnie jest      dziecko, o którym zawsze marzyłam. Nudności, gdy tylko się pojawiły, były nasilone, ale pomyślałam, cóż, zobaczymy, poranek trwa około czterech godzin  – to mniej niż jedna czwarta mojego dnia, resztę doby przesypiam – dam radę. Skubałam herbatniki imbirowe i sączyłam wodę łyk po łyku.

Wybiło południe. Silne nudności utrzymywały się. Piętnasta. Bez zmian.

Osiemnasta. O co chodzi?

Dwudziesta. Jak to?

Dwudziesta druga. Wciąż były.

Potem, niezmiennie, następnego dnia, następnego i następnego, i następnego. Cały dzień, codziennie. Przez pięć miesięcy.

Jednocześnie wydawało się, że w moim umyśle przebiega równoległa, jeszcze bardziej niepokojąca zmiana. Byłam przeszczęśliwa z powodu ciąży, przywiązana do rosnącego we mnie stworzenia, ale z każdym upływającym tygodniem gasłam, stawałam się coraz bardziej introwertyczna i rozbita. Nie znałam języka, za pomocą którego mogłabym zrozumieć lub opisać tę przemianę, lecz sama moja świadomość wydawała się inna: jej struktura się zmieniła, uległa przekształceniu. To mnie przeraziło. Było tak, jakby ktoś wprowadził się i rozgościł nie tylko w mojej macicy, ale również w mózgu. Pomyślałam, że pewnie w ten sposób działa wyobraźnia; ciążę traktowałam przecież jako stosunkowo prosty proces fizyczny z kilkoma „hormonalnymi” dniami raz na jakiś czas. Sądziłam, że dziecko będzie rosło we mnie jak w doniczce, a ja pozostanę tą samą osobą. Ale, jak się okazuje, byłam w błędzie.

Kiedy zbliżał się terminu porodu, uświadomiłam sobie, że dojrzewa we mnie coś jeszcze: dziwny zestaw niezbadanych moralnych przekonań dotyczących macierzyństwa.

W tamtym czasie nie wiedziałam dokładnie, skąd wzięłam te pomysły, lecz po urodzeniu dziecka stało się dla mnie jasne, że za kluczowy element bycia dobrą matką uznaję poświęcenie się. Koniec z niezależnością, teraz celem mojego życia ma być służenie innym w intensywny i ostatecznie ofiarny sposób.

Naprawdę nie wiedziałam prawie nic o doświadczeniu macierzyństwa i o pracy polegającej na wychowywaniu czy na opiece nad kimkolwiek. Nigdy nie widziałam obrazu przedstawiającego kobietę w trakcie porodu. Nigdy nie słyszałam piosenki o byciu w ciąży. Nigdy nie czytałam książki o utracie własnego „ja” we wczesnym macierzyństwie. Nigdy nie oglądałam sztuki teatralnej o chorobach psychicznych dotykających matki. Nigdy nie zmieniałam pieluchy ani nie spędzałam czasu z małymi dziećmi. A mimo to wyrobiłam sobie zaskakująco pryncypialne przekonanie o tym, czego to wszystko wymaga.

Dziecko rosło, a ja odkrywałam, że gdybym próbowała zrobić cokolwiek dla mnie samej, cierpiałabym z powodu poczucia winy i trudnego do opisania dyskomfortu. Bardzo starałam się rozwikłać te karzące uczucia – oddzielić je od pragnienia, by chronić i kochać własne dziecko oraz troszczyć się o nie. Musiałam zlokalizować źródła tego dysonansu, aby dowiedzieć się, jak dbać o rozwój mojej córki i jednocześnie starać się jakoś żyć. Wszędzie szukałam wskazówek.

Światełko w tunelu

W końcu natknęłam się na koncepcję „instytucji macierzyństwa” wprowadzoną przez feministkę, poetkę i eseistkę Adrienne Rich, która w książce Zrodzone z kobiety[i]  opublikowanej w 1976      r. ukazała, jak szersze uwarunkowania społeczne – słowem: patriarchat – przekształciły macierzyństwo w „nowoczesną instytucję” obwarowaną własnymi zasadami, ograniczeniami i oczekiwaniami społecznymi, z których wszystkie miały na celu kontrolowanie zachowań i myśli kobiet. Rich podkreślała, że to społeczno-kulturowa instytucja macierzyństwa, a nie posiadanie dzieci jako takie, jest przyczyną ucisku kobiet i może wręcz okaleczać relacje matki i dziecka.

Instytucja ta umacnia ideę, że kobiety rodzą się wyposażone w „naturalny” macierzyński „instynkt” i nie muszą rozwijać wiedzy ani umiejętności związanych z opieką.

Nierówne relacje władzy między matką a dzieckiem stanowią, zdaniem Rich, odzwierciedlenie dynamiki władzy w społeczeństwie. Jest to konfiguracja skazująca matki na porażkę. Instytucja „uznaje wszystkie matki za mniej lub bardziej winne niepowodzeń swoich dzieci” (tłum. Joanna Mizielińska)[ii]. Może jednak nie oszalałam.

Zdumiewające, jak aktualna pozostaje treść Zrodzonych z kobiety, choć od jej powstania minęło ponad 40 lat. Głos Rich był pierwszym, który uchwycił pochłaniający mnie dylemat. Została matką w latach 50. Prawie 70 lat później opisane przez nią tabu trzymają się znakomicie. Zszokowało mnie, gdy zdałam sobie sprawę, że najważniejsze przekonania, jakie żywiłam na temat macierzyństwa, były dokładnie takie same jak te, o których wspominała Rich: „że matka »naturalna« jest osobą bez innej tożsamości, która może odnaleźć całkowite spełnienie w byciu całymi dniami z małymi dziećmi oraz żyjąc ich tempem; że izolacja matek i dzieci razem w domu jest całkowicie zrozumiała, że miłość macierzyńska jest, powinna być, całkiem dosłownie, bezinteresowna”[iii].

Jak to możliwe? Dorastałam, czytając Greer, Beauvoir i Firestone. Dlaczego więc dziś jako 30-latka mam głęboko zaszczepiony tamten archetyp?

Nagle zdałam sobie sprawę, że choć zawsze chciałam mieć dzieci, nie darzyłam szczególnie wielkim szacunkiem ani matek, ani ich pracy. Czułam wręcz potrzebę ukrycia pewnych aspektów mojej ciąży i wczesnego macierzyństwa przed współpracownikami i pracodawcami. Zinternalizowałam przekaz, zgodnie z którym należy oddzielić macierzyństwo od reszty życia, trzymać je za klauzurą; spodziewałam się, że ludzie, z którymi pracuję, będą mnie osądzali i uznawali za gorszą tylko przez to, że mam dzieci. Widziałam, jak nisko ceni się pracę macierzyńską, zarówno pod względem ekonomicznym, jak i społecznym: nie jest to centrum władzy ani szacunku. Wręcz przeciwnie. Społeczeństwo z jednej strony negatywnie ocenia kobiety bezdzietne, a z drugiej na bycie „matczyną” reaguje uciszaniem, ograniczaniem i umniejszaniem. Bałam się, że zostanę zdefiniowana – i w rezultacie skreślona – przez pracę reprodukcyjną.

Ale kiedy zaczęłam przyglądać się bliżej mojemu dotychczasowemu podejściu do macierzyństwa, sama się zdziwiłam. Postrzegałam je jako bezmyślne i nieintelektualne, niewiele warte i nudne, nic szczególnego. W dodatku niespecjalnie produktywne. Wyglądanie „jak mamuśka” też nie należało do moich aspiracji. Nie chciałam roztaczać wokół siebie „smrodu obciachowego macierzyństwa”, jak to ujęła pisarka Rufi Thorpe[i]. Sprawowanie opieki nie wiązało się ani ze szczególnymi wyzwaniami, ani z wysokim statusem. Myślałam, że to prosta robota. Ha!

Wkrótce przekonałam się, że opieka jest o wiele trudniejsza, bardziej konfrontacyjna, ekscytująca i kreatywna, piękniejsza, bardziej stresująca, niepokojąca, satysfakcjonująca, żmudna, transformująca, ożywiająca i (od czasu do czasu) otępiająca niż sobie wyobrażałam, a ponadto znacznie istotniejsza dla pracującego społeczeństwa niż zwykło się o tym mówić. Czułam, że coraz bardziej zależy mi na tym, aby ustalić przyczyny ciągłego braku autentycznego szacunku i wsparcia dla niewidzialnej pracy związanej z ciążą, rodzeniem dzieci i opieką nad nimi. Chciałam je poznać chociażby z tego powodu, że wiedziałam już, jaką niosą za sobą krzywdę.

Nie tak miało być

Podczas porodu przekonałam się, jak to jest być robioną w bambuko. Pociągała mnie idea porodu „naturalnego” i wierzyłam w to, co usłyszałam i przeczytałam: jeśli się zrelaksuję, zastosuję mantry i pozytywne afirmacje, nie odczuję zbyt dużego bólu i wszystko będzie dobrze. Nie było.

Kolejne godziny, tygodnie i miesiące okazały się czasem pogłębiającego się wyobcowania i frustracji spowodowanej brakiem języka, którym mogłabym wyrazić prawdę o porodzie. Zawsze wierzyłam w moc słów, w tym przypadku mnie zawiodły. Nikt nie mówił o bólu; o porodzie jako procesie emocjonalnym; o tym, jak to jest, gdy rośnie w tobie drugi człowiek, gdy jesteś dwojgiem ludzi naraz, a następnie zostajesz opuszczona, wypychasz człowieka do istnienia.

Moja wiedza o emocjonalnych i psychologicznych transformacjach, które zachodzą po porodzie, była zerowa. Nie miałam pojęcia, że coś dzieje się z moim mózgiem – że dosłownie zmienia kształt.

Nie miałam pojęcia, że to, co nadchodzi, jest niepokojem, pełną życia romantycznością, poczuciem winy, transcendencją, przerażeniem, psychodelią, utratą kontroli, pęknięciem „ja”.

Dlatego, przez chwilę, odpuściłam. Zdałam się na język, który został mi dany: oficjalny leksykon mówienia o macierzyństwie. Stanęłam w jednym szeregu z tymi, które jeśli nawet czasem przyznają, że są nieco zmęczone, to tylko o ile dopowiedzą na jednym oddechu, że kochają swoje dziecko i – och, tak – nic lepszego niż macierzyństwo nie mogło im się przytrafić.

Jak to się nazywa

Oślepiona i coraz bardziej odizolowana, wpadłam do króliczej nory. Odeszłam nie wiadomo gdzie i nie byłam pewna, czy wrócę. Na nowo konfrontowałam się ze sobą: z moim dziecięcym „ja”, z odsłoniętymi, nagimi korzeniami wczesnych zaburzeń psychicznych. Nie tego się spodziewałam. Sądziłam, że początki macierzyństwa będą delikatne, błogie, spokojne i ciche: skąpane w miękkim świetle. Okazały się hardcorowe, ostre i warczące. Nie było bladoróżowo; lecz brązowo od gówna i czerwono od krwi. Co więcej, tak wyglądało najbardziej polityczne spośród moich doświadczeń, przepełniały je konflikt, dominacja, dramat, walka i władza.

Pytania wirowały. Co dzieje się z moim mózgiem, z umysłem i ciałem? Dlaczego tak źle czuję się w domu, matkując małemu dziecku? Dlaczego tak źle czuję się z dala od niego? Dlaczego mam wrażenie, że mój układ nerwowy nie jest do tego przystosowany?

Postanowiłam rozwikłać te zagadki. Ponieważ zajmowałam się dziennikarstwem naukowym, pisałam o zdrowiu i ekologii, w pierwszej kolejności sięgnęłam po raporty z badań i czasopisma naukowe, czytałam o neurobiologii, endokrynologii i chorobach psychicznych diagnozowanych u matek. Szybko zdałam sobie sprawę, że apatia kulturowa wobec najbardziej przełomowej zmiany w życiu człowieka idzie w parze z zaniechaniem w obszarze nauk – biologicznych i społecznych – które równie rzadko pochylają się nad tą kwestią. W 2011r. w „Journal of Psychiatric and Mental Health Nursing” znalazł się artykuł szkockich naukowców wskazujący na „próżnię w zbiorze dowodów” dotyczących badań nad depresją poporodową, podstawową chorobą psychiczną związaną z macierzyństwem[i]. Jednak od tego czasu coraz więcej uwagi poświęca się doświadczeniu macierzyństwa. Kilka lat później opublikowano wyniki pierwszego nowatorskiego badania z obszaru neuronauki, które ukazuje nie tylko to, jak drastyczne zmiany w mózgu matki wywołują ciąża i wczesne macierzyństwo, ale też, że opieka nad niemowlętami może doprowadzać do przekształceń w mózgach innych osób, nie mających za sobą doświadczenia ciąży.

Zapoznając się z tymi tekstami, zdałam sobie sprawę, że ma na mnie wpływ o wiele więcej „natury” niż mi się dotychczas wydawało, choć i „kultura” dotyczy mnie w sporym zakresie. Przestudiowałam historię „nowoczesnej instytucji macierzyństwa”, dowiadując się, jak i dlaczego po raz pierwszy skonstruowano oczekiwania dotyczące macierzyńskiej niewoli i poświęcenia, oraz jak kapitalizm i systemy patriarchalne połączyły siły, tworząc nasze dzisiejsze wyobrażenia o kobiecości i macierzyństwie – nazywam je współczesną instytucją intensywnego macierzyństwa. Przeprowadziłam wywiady z ekspertami z różnych dziedzin: biologii ewolucyjnej, nauk społecznych, psychoanalizy, filozofii, neuronauki, opieki zdrowotnej i psychiatrii, dzięki czemu przekonałam się, jak świeżo upieczonych rodziców zwodzi się, wpajając im błędne przekonania dotyczące korzyści płynących z „tradycyjnej” nuklearnej struktury rodziny – przekonania, które rutynowo pomijają lub ignorują sposób wychowywania dzieci angażujący sieci społeczne, jaki funkcjonuje w większości miejsc na świecie.

Kiedy nasze dziecko miało prawie dziewięć miesięcy, nastąpił przełom. W artykule w „The New York Times”  napisanym przez Alexandrę Sacks[ii], psychiatrę specjalizującą się w zagadnieniach związanych z reprodukcją, natknęłam się na słowo, z którym dotąd się nie spotkałam. To pojęcie zawierało w sobie wszystko to, co wtedy czułam, widziałam i czytałam.

Matrescencja[1].

„Proces stawania się matką, który antropolodzy nazywają »matrescencją«, nie został dostatecznie zbadany przez środowisko medyczne” – pisze Sacks. Zamiast skupiać się na przemianie tożsamości kobiety, większość analiz poświęca się rozwojowi dziecka. Ale historia kobiety, nie tylko w kontekście tego, jak jej psychologia wpływa na wywiązywanie się z obowiązków rodzicielskich, jest również istotnym zagadnieniem badawczym”.

Odetchnęłam.

Artykuł porusza zagadnienie mieszanki emocji, które odczuwają matki. Radość, tak, „przynajmniej co jakiś czas”. „Ale większość matek doświadcza również zamartwiania się, rozczarowania, poczucia winy, rywalizacji, frustracji, a nawet gniewu i strachu”.

Myśl, że takie emocje są zupełnie normalne, sprawiła, że po raz pierwszy od miesięcy z ulgą rozluźniłam barki. Czytałam dalej.

„Zbyt wiele kobiet wstydzi się otwarcie mówić o swoich skomplikowanych doświadczeniach z obawy przed oceną. Ten rodzaj izolacji społecznej może nawet skutkować depresją poporodową”.

Szukałam „matrescencji”, matczynienia, w słowniku. Matisse. Matkobójstwo. Matutinum. Nie ma matrescencji.

Sprawdziłam w słowniku etymologicznym. Matriarcha. Matrykulacja. Matrymonium. Nie ma matrescencji.

Zastanawiałam się, czy uda mi się przynajmniej znaleźć jakieś wyrazy, które kojarzą macierzyństwo z procesem emocjonalnym.

Zerknęłam na wyraz „matka”.

  1. kobieta rodzic
  2. łono, w tym znaczeniu od XIV , poprzedzone krzyżykiem, oznaczającym termin przestarzały. I, ach, tu jest coś jeszcze. Histeria (również z krzyżykiem). Zerknęłam: „Zaburzenia czynnościowe układu nerwowego, które uważano za spowodowane nieprawidłowościami funkcjonowania macicy”.

Sprawdzałam kolejne znaczenie wyrazu „matka”. „Nalot, osad”, określenie z XVI w. „Kleista substancja powstająca w wyniku procesu fermentacji przy produkcji octu” – to z XVII w. A także „pierwotna surowa substancja”. Zastanawiałam się, czy na…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Glukozowe pułapki