Ojciec był zły. Wprawdzie tym razem nie wywijał nikomu przed nosem palcem, nie walił pięścią w stół, nie krzyczał, a broda nie trzęsła mu się od gniewu i obelg, ale i tak poznałem, że panuje nad sobą z najwyższym trudem. Zmienił się w bombę, wokół której należało chodzić na paluszkach, milcząc. Przypominał wielkie, groźne zwierzę z gatunku ludojad dla podsycenia satysfakcji i zabawy darujące swoim przyszłym ofiarom jeszcze kwadrans życia, pół godziny nadziei. Obywał się bez słów. Pomagał nam mechanicznie. Sapał. Najpewniej chciał, żeby to wszystko już dobiegło końca, dzięki czemu mógłby wrócić do siebie, wjechać na siódme piętro, nabić sczerniałą dulawkę popularnym, wyjąć z barku żytnią albo bałtycką, otworzyć słoik własnoręcznie ukiszonych ogórków i rozsiąść się na tapczanie w cichym i – co najważniejsze – pustym M-3. Przypuszczam, że nie wybuchł tylko dlatego, iż znajdowaliśmy się w miejscu publicznym, tłocznym, argusookim, bardzo akustycznym. Ojciec zwykł dymić kameralnie. Nie pamiętam, czy do…
Eseista, publicysta, redaktor w Wydawnictwie Czarne, publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Polityce” i „Piśmie”. Autor książki o afektach i złudzeniach w późnym kapitalizmie Moja osoba. Eseje i przygody (2020). Intensywnie pracuje nad książką o Łodzi i okolicach