Ojciec był zły. Wprawdzie tym razem nie wywijał nikomu przed nosem palcem, nie walił pięścią w stół, nie krzyczał, a broda nie trzęsła mu się od gniewu i obelg, ale i tak poznałem, że panuje nad sobą z najwyższym trudem. Zmienił się w bombę, wokół której należało chodzić na paluszkach, milcząc. Przypominał wielkie, groźne zwierzę z gatunku ludojad dla podsycenia satysfakcji i zabawy darujące swoim przyszłym ofiarom jeszcze kwadrans życia, pół godziny nadziei. Obywał się bez słów. Pomagał nam mechanicznie. Sapał. Najpewniej chciał, żeby to wszystko już dobiegło końca, dzięki czemu mógłby wrócić do siebie, wjechać na siódme piętro, nabić sczerniałą dulawkę popularnym, wyjąć z barku żytnią albo bałtycką, otworzyć słoik własnoręcznie ukiszonych ogórków i rozsiąść się na tapczanie w cichym i – co najważniejsze – pustym M-3. Przypuszczam, że nie wybuchł tylko dlatego, iż znajdowaliśmy się w miejscu publicznym, tłocznym, argusookim, bardzo akustycznym. Ojciec zwykł dymić kameralnie.
Nie pamiętam, czy do Budapesztu odjeżdżaliśmy z dworca Łódź Kaliska czy Łódź Fabryczna. Pamiętam, że ojciec był zły, bo to on miał tam jechać. Ale ostatecznie zamiast niego pojechałem tam z mamą ja. Ojciec nie zdążył czy też nie zdołał dopełnić jakichś formalności. Nie mógł tego niefartu przetrawić. Odprowadził nas, targał bagaże, umościł w kuszetce i pomachał na pożegnanie, lecz aż dławił się od goryczy i wściekłości. Nie rozumiałem wtedy, o co mu właściwie chodzi. Mój ośmioletni mózg dość szybko znalazł rozwiązanie – pojedzie następnym razem! Czy ojciec był zły, bo przez biurokratyczny wymóg, bezduszny i nie do sforsowania, stracił okazję na wyprawę do krainy tokaju i mangalicy, czy też przeczuł, stwierdziłem poniewczasie, że oto żadnego następnego razu nie będzie?
Podróż na inną planetę
Był rok 1983 albo 1984. Dwa tygodnie na Węgrzech upłynęły nam z mamą w rytmie pracy i przyjemności. Od rana do wczesnego popołudnia handlowaliśmy na okolicznych rynkach, jak reszta wycieczki zakładowej, towarem wwiezionym do ojczyzny Maraiego sposobem bardziej lub mniej legalnym, na sobie, pod warstwami bagażu, w improwizowanych schowkach w przedziale. Po powrocie krążyliśmy z kolei po naszej miejscowości i w przeciwieństwie do reszty owej wycieczki zakładowej, trzódki roztropnisiów i skner, trwoniliśmy forinty zarobione na żwirze, w błocie i na stołach w, powiedzmy, Siofoku, na tajemnicze, a niedostępne w rozpadającej się Polsce smaki i konsystencje – zielonkawe lody miętowe, serdelki z papryką, halászlé, oranżady. Było znać różnicę pomiędzy tu i tam – u Jaruzela, w piekle otępiających kolejek, pośród niedoborów i ersatzów. Momentami nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem. Przykładowo maleńkie, przydomowe winnice na podwórkach. Prócz tego jeszcze kompletnie niezrozumiały i dziwacznie brzmiący język, monumentalne zabytki Budapesztu i nazwy, których nie zapomniałem do dziś – Balatonboglár, Balatonlelle, Balatonszemes, Balatonőszöd, Fonyód. Węgry to była inna planeta.
Ojciec nawet się nie ucieszył z węgierskich prezentów. Co to było? Obowiązkowo dezodorant Derby, niewykluczone, że i zegarek elektroniczny, bo przywieźliśmy ich stamtąd, z tej „szwajcarii” z melodyjkami, kilka.
Wciąż był rozżalony. Ten stan potraktowaliśmy ostatecznie jako typowy dla niego foch. Ojciec był patologicznie humorzasty. Często ni stąd, ni zowąd przestawał się odzywać, zachmurzał się, wzdychał, sprawdzał nerwowo, która godzina, ile jeszcze czasu będzie musiał spędzić z tym kimś, kto raptem wywoływał u niego irytację lub znudzenie. Nigdy nie wiedzieliśmy, kiedy znowu – i dlaczego – zatnie się w nim mechanizm rozmowy, wygaśnie jakakolwiek serdeczność.
Powtórzę, nie rozumiałem. Nie rozumiałem, że może chciał wreszcie zobaczyć coś więcej niż Fabrykę Domów, w której ciężko pracował jako suwnicowy i zbrojarz, swoje osiedle, kamienice i bloki kumpli, domek rodziców przy ul. Jelenia. Nigdy przecież nie był gdzieś naprawdę daleko. Grzyby i wędkarstwo o godzinę drogi od Łodzi, wczasy z nami na Mazurach i raz w Kołobrzegu, odwiedziny w podłódzkich wsiach u rodziny, bo szczep Najderów zamieszkiwał przestrzeń między Wolą Rakową a Rokicinami, służba wojskowa w Słubicach. A ja, ośmioletni gnojek, przejechałem właśnie nocnym pociągiem południe Polski i Czechosłowację, zobaczyłem Dunaj i mosty w Budapeszcie, dalej z Budapesztu, przez Székesfehérvár, autokarem dotarłem nad Balaton.
Na dworcu w Budapeszcie, gdy niemrawo formowaliśmy się jako wycieczka z Kombinatu Robót Drogowych w Łodzi i zarazem od nowa, po byciu przez kilkanaście godzin umęczonymi ciałami, ludzie, to tam być może widziałem Orient Express – stał na peronie pociąg, wokół którego krzątali się mężczyźni w paradnych uniformach, jeden z wagonów tego pociągu zamieniono w coś na kształt palarni o wielkich, panoramicznych oknach, dzięki czemu zobaczyłem rozłożystą palmę, fotele, obicia i popielnice na wysokich nóżkach. Czy jeden z pasażerów w tej palarni opieszale i nobliwie ćmił cygaro, czy moją pamięć trwale już zaburzył późniejszy kadr z ekranizacji powieści Agaty Christie bądź innego kryminału, którego intrygę napędzał trup w luksusowym środku transportu?
A on tego nie widział. I nie zobaczy. Miał wtedy 45 lat. Był robotnikiem, niezrzeszonym komunistą. Brakowało mu tzw. żyłki do interesów, nie współtworzył ponadto sieci rzutkich, obrotnych znajomych. Ominęły go więc saksy i delegacje do ZSRR, nie mówiąc o urlopie w bułgarskich Złotych Piaskach.
Był człowiekiem lokalnym – Zdziśkiem z Widzewa. Na Widzewie się urodził, mieszkał, bawił, hołubił nieliczne, aczkolwiek intensywne kontakty towarzyskie, uprawiał działkę na terenie ROD Księży Młyn przy Milionowej.
Kiedy po pięćdziesiątce zachorował, ograniczył zasięg swojej obecności w pobliskim świecie. Zależy, jak spojrzeć – kurczący się z miesiąca na miesiąc krąg życia, napierająca strefa śmierci. Tu, na Widzewie, umarł – w Szpitalu Jonschera, o kilkaset metrów od swojej ukochanej renklody, owocującej hojnie co dwa lata papierówki, rządku agrestów, dwóch szklarni, truskawek odmiany Senga Senga i stadka kur o żeńskich imionach. Jego ostatnią podróżą, precyzyjniej – wywózką, była ta w niegościnne, obce mu zupełnie rejony, na cmentarz przy Szczecińskiej, po drugiej stronie miasta, u tego miasta kresu, w komunalnym Hadesie przy granicy ze Zgierzem.
Zatem ojciec był zły, tam na dworcu Kaliskim czy Fabrycznym, bo rozumiał lub przeczuł albo tylko po ludzku żałował, a ja post factum obdarowuję go zdolnościami profetycznymi i nadświadomością, że ostatnia szansa na zobaczenia nie-Polski właśnie odjeżdża mu sprzed nosa. Kimże bowiem jesteśmy w obliczu nieubłaganej konsekwencji fatum? Mógł więc jedynie pomachać nam z peronu i wrócić do siebie. Wróciwszy – wjechać na siódme piętro, nabić sczerniałą dulawkę sportem, wyjąć z barku żytnią albo bałtycką, otworzyć słoik własnoręcznie ukiszonych ogórków i rozsiąść się na tapczanie w cichym i pustym mieszkaniu z widokiem na słońce i niebo nad Widzewem, ciągnącą się w nieskończoność Łódź.
Otwarcie pierścienia
Te Węgry sprzed czterdziestu lat– i ojciec, i udaremniona ojca mojego na Węgry ekskursja – wróciły do mnie za sprawą lektury książki Daniela Mendelsohna zatytułowanej Trzy pierścienie. Rzecz o wygnaniu, opowieści i losie. Wprawdzie są Trzy pierścienie rozprawą o tzw. kompozycji pierścieniowej, przez co w rezultacie także i esejem o tych, co wędrowali i o wędrujących pisali – Homer, Sebald, Fénelon, Auerbach – ale wywód literaturoznawczo-historyczny poprzedzają u Mendelsohna partie nader osobiste.
Albowiem Mendelsohn wspomina, jak po napisaniu monumentalnych Zagubionych. W poszukiwaniu sześciorga spośród sześciu milionów, jednocześnie historii rodzinnej i historii zagłady jego konkretnej rodziny i wielu innych rodzin żydowskich podczas II wojny światowej w Europie Wschodniej, był wewnętrznie spustoszony i niezdolny do napisania czegokolwiek jeszcze. Nic dziwnego. Zagubieni opowiadają bowiem o ludziach, na których polowano jak na zwierzęta i którzy sami musieli przemienić się w zwierzęta – krety, gryzonie, dżdżownice, ćmy – żeby przetrwać, miesiąc za miesiącem, w schowkach i kryjówkach, pomimo obław, wśród sadystów, chciwych kolaborantów, bezinteresownych nienawistników, zawodowych szpicli. Jest to ponadto istny katalog bestialstwa, który pieczołowicie zestawił Mendelsohn w trakcie rekonstruowania losu swoich bliższych i dalszych krewnych oraz ich znajomych. Mam tu na myśli konających z pragnienia, zakłutych, pobitych na śmierć, oszalałych z przerażenia, zastrzelonych, zagazowanych w Bełżcu i tamże zmielonych młynkiem do mielenia kości na pył. Remedium na horror, który nijak nie chciał opuścić jego głowy, zobaczył, w końcu – filolog klasyczny, w napisaniu książki o Odysei, noszącej tytuł An Odyssey. A Father, a Son, and an Epic. W Trzech pierścieniach Mendelsohn pisze tak:
„Była to raczej opowieść o ostatnich miesiącach życia mojego ojca, które w dość osobliwy sposób stały się odzwierciedleniem »Odysei«. W styczniu 2011, w wieku osiemdziesięciu jeden lat, ojciec zadecydował, że weźmie udział w moim seminarium na temat eposu, przeznaczonym dla pierwszorocznych studentów – co mimo niewątpliwego komizmu sytuacji okazało się doświadczeniem, które wywarło przemożny wpływ na niego, na mnie i moich podopiecznych. W czerwcu, tuż po zakończeniu roku akademickiego, doszły nas słuchy o rejsie po Morzu Śródziemnym, rzekomo śladem podróży Odyseusza. Postanowiliśmy wybrać się na tę wycieczkę, podczas której ojciec doznał wszechstronnej przemiany, metamorfozy w taką wersję siebie, do jakiej nie miałem dostępu przez całe nasze wspólne życie. Jesienią tego samego roku ojciec przewrócił się na parkingu i doznał obrażeń, które z czasem przyczyniły się do rozległego wylewu i ostatecznie śmierci” (tłum. D. Kozińska).
Książka ta, jak wyznaje w Trzech pierścieniach, wyszła mu ogromna. Po czterech latach pracy liczyła bowiem 600 stron. Tyle że nie był z niej zadowolony – czuł, że opowieść nie ma flow, nie płynie, ale toczy się, męczy czytającego, by nie powiedzieć: nuży, i jest pozbawiona iskry, tego czegoś, co sprawia, że nie można doczekać się wydarzeń i myśli na kolejnej stronie. Zaprzyjaźniony redaktor po zapoznaniu się z maszynopisem doradził mu: „używaj retrospekcji, wybiegaj w przyszłość, nie przejmuj się chronologią”. Namawiał go również na zastosowanie techniki zwanej kompozycją pierścieniową. „W takiej kompozycji narracja wydaje się zbaczać w dygresję (punkt odejścia od narracji głównej wyznacza wers formularny lub scena archetypowa), tyle że owa…