Subskrybuj
Pisarka, rysowniczka i feministka, autorka książki Najgorszy człowiek na świecie (2015) i komiksu Bohater. Ukończyła filozofię na UW.

Czy naprawdę tęsknimy za nudą?

W świecie nieustannej dostępności, w którym coraz więcej nas ekscytuje, jesteśmy tak zmęczeni, że marzymy czasem o tym, żeby się rozchorować. Marzymy, żeby być zwolnionym z obowiązku odpowiadania na to, co się dzieje w rzeczywistości. Ten stan bez bycia wzywanym, stan bez kortyzolu to jest nuda, o której myślimy.

Nie wiem, czy to nudę mamy na myśli, kiedy wyobrażamy sobie, jak pozbawieni zadań i celów, przyglądamy się z uwagą roślinom na brzegu jeziora. Jest to z pewnością marzenie o „nierobieniu rzeczy”. Marzenie o „kiedy wreszcie będę mogła już”, bo „już” oznacza, że zadania zostały wykonane, pranie zostało wyjęte, wniosek został wypełniony, dzieci nakarmione i badania wykonane. Być może kiedy mówimy o pragnieniu nudy, mamy na myśli możliwość wykonywania jednak czynności bez przymusu odrywania się od niej co kilkanaście, a nawet kilka minut. Być może mamy na myśli poczucie bezpieczeństwa. Być może czas wolny: taki, który należy tylko do nas. Błąd polega na tym, że gdy mówimy o tęsknocie za nudą, opisujemy tęsknotę za spokojem. A istotą nudy jest niepokój.

Czas, którego nie chcemy

Największy problem z pojęciem nudy polega na tym, że tym samym słowem opisujemy różne, często przeciwstawne sobie, stany. Nuda to (godna pochwały) bezczynność i (niebezpieczna) apatia. Monotonia. Niemożność rozumiana jako utknięcie w czasie i sytuacji, która może tylko minąć, ale w której z pewnością nie chcemy być. Melancholia. Brak podniet. Beznadzieja. Nuda to irytacja (towarzystwem, książką, debatą). Ale też samotność, mikre obumieranie bez możliwości kontaktu z innymi. To nie jest przyjemny stan.

Leszek Kołakowski nazywa ją doświadczeniem powszechnie znanym, które jest postrzegane na ogół negatywnie, a jednak nie daje się nazwać cierpieniem.

To rodzaj niechęci, delikatnego wstrętu. Tytułowe La Nausée Jeana Paula Sartre’a dają się przetłumaczyć jako „nudności”, a przecież to tekst opowiadający o skrajnej anhedonii, o niemożności znalezienia zadowolenia, to monografia nieokreślonego, a jednocześnie dojmującego dyskomfortu narratora. Dokładnie taką nieokreśloność opisuje definicja nudy w Wielkiej encyklopedii francuskiej. To „rodzaj nieprzyjemności, którego nie da się zdefiniować: nie jest to ani przygnębienie [chagrin], ani smutek [tristesse]; jest to swego rodzaju brak jakiejkolwiek przyjemności spowodowany nie wiedzieć czym w naszych narządach lub przedmiotach z zewnątrz, który miast zajmować naszą duszę, wytwarza w niej jakąś niemoc lub niesmak, do których nie sposób się przyzwyczaić” (podaję za Michałem P. Markowskim). Ja powiedziałabym, że wytwarza w duszy jakąś niemożność. W nudzie zdarzenia się nie łączą – nie istnieje dobrze spędzona ostatnia niedziela ani czekające mnie spotkanie z miłą osobą. Jest wieczne teraz, w którym znajduję się uwięziona w wykonywanym przez siebie zadaniu, z którego nikt i nic wyrwać mnie nie może. Jestem sparaliżowanym trwaniem skazanym na robienie tego, czego robić nie chcę. Język niemiecki, ten który lubi nazywać rzeczy najkonkretniej jak się da, nudę określa jako „czas dłużący się”. Gdyby nosił więcej znamion poezji, mógłby nudę nazwać „czasem, którego nie chcemy”.

Często szuka się analogii między nudą a średniowieczną acedią. Acedia, która jest czymś pomiędzy pustką, smutkiem i odrętwieniem, uznawana była za jeden z najcięższych grzechów. Ogarniała średniowiecznych mnichów, była poniekąd odrzuceniem świata stworzonego przez Boga, więc sugerowała, że Bóg nie jest doskonały, skoro stworzył świat niewystarczający. Odrzucenie świata w acedii przypomina odrzucenie czasu dziejącego się teraz w naszym doświadczeniu nudy sytuacyjnej – nie chcemy ofiarowanego nam (nie bardzo wiadomo przez kogo) czasu. Znamy przecież tylko doświadczenie czasu, który dzieje się w danej chwili (każdy inny jest wyobrażeniem – wspomnieniem bądź antycypacją), jeśli więc nie chcemy tego czasu, chcemy jakiegoś innego, to popełniamy grzech podobny acedii.

A przecież nasza tęsknota za nudą jest tęsknotą za czasem innym niż ten, który jest nam dany.

Tu powstaje paradoks: nudę konstytuuje niechęć do bycia teraz (i tu). Tęskniąc za nią, tęsknimy za czymś, co właśnie przeżywamy. Oczywiście pragnienie, żeby daną chwilę i miejsce zamienić na jakieś inne, podyktowane może być innym uczuciem niż nuda. Może to być lęk, złość, żal czy też frustracja. Jednak gdy redaktor Wielkiej encyklopedii francuskiej kawaler de Jaucourt pisze o niemożności zdefiniowania nudy, może być blisko stwierdzenia, że stany powodujące naszą niechęć do bycia tu i teraz bywają różne. Jedyne, co jest pewne, to niechęć. Ten, który się nudzi, zamknięty w wiecznym teraz, jest tym, który stracił nadzieję. Ci, którzy stracili wszelką nadzieję, są w piekle. Jeśli jednak ja sama nie mam już nadziei, to może mogą mi ją przynieść inni?

Nuda a samotność

Czytając kolejne poświęcone nudzie rozważania, czy to u Pessoi, czy u Ciorana, czy u Pascala, czy u Schopenhauera, nie mogę pozbyć się wrażenia (mimo swojego uwielbienia dla Pessoi), że ci uważani za wielkich intelektualiści byli przede wszystkim mizantropami. Pani Bovary, wielka powieść Gustave’a Flauberta o nudzie, przedstawia nam fantazję o życiu wyższych sfer, na które później narzekała w swoich dziennikach Virginia Woolf. To parada niekończących się przyjęć, zabierających nam czas i pozostawiających w stanie niesmacznej pustki. Niby coś się wydarzyło, ale wracamy do siebie, mamrocząc Sartre’owskie: „Piekło to inni”. Kiedy Beckett w swoim eseju o Prouście pisze: „Przyjaźń to wybieg społeczny, jest jak tapicerka, jak kosze na śmieci. Jej duchowe znaczenie jest żadne. Dla tego, kto życzy sobie zostać artystą, odrzucenie przyjaźni jest nie tylko wyrazem rozsądku – jest koniecznością”, mam wrażenie, że czytam manifest zbuntowanego 19-latka. Owszem, inni to piekło, jeśli traktują nas jako środek do wybranego przez siebie celu – czy jest nim wyrobienie narzuconej przez radę nadzorczą normy, czy też poprawienie sobie samopoczucia naszym kosztem.

Jednak kiedy myślę o nudzie, to myślę o niej przede wszystkim jako o braku innych ludzi.

Rozumianych nie jako tapicerka, szary szum czy grupa pochlebców. To brak Innego niż Ja. Kogoś, czyja obecność pozwala mi wyjść poza granice mojego świata.

Inni zagrażają mi, jeśli muszę się do nich dostosować. Istnieją sytuacje wymuszające na nas emancypację – opuszczamy rodzinę czy inne wspólnoty o charakterze zboru, takie, w jakich o pewnych rzeczach się nie mówi, a pewne rzeczy się robi, mimo że my nie umawialiśmy się z nikim na to, o czym się mówi, a czego nie robi. Emancypacja jest pewnym stadium rozwojowym: muszę zrozumieć, jakie postępowanie jest słuszne według mnie, czemu Ja chcę poświęcać czas i uwagę. Dokładnie tak opisuje to filozof i psycholog Viktor E. Frankl: dowiedzieć się, co to znaczy być mną i tylko mną, a nie tym, kim być się powinno. Kierkegaard pisze w Bojaźni i drżeniu: „Nie być samym sobą to jest właściwie rozpacz”, i ma na myśli stawanie się sobą w pewnym życiowym procesie. Emancypacja powinna przynieść ostateczne odpowiedzi oddalające nas od rozpaczy niebycia sobą: czy banał jest moim zdaniem głupi, czy interesuje mnie ekonomia, czy wierzę w metafizykę. Jeśli znam odpowiedzi na te oraz szereg innych pytań, to obecność Innego nie stanowi zagrożenia dla tego, kim Ja jestem. Mało tego, ta emancypacja dzieje się przecież w konfrontacji z Innym – przez potwierdzenie (mam tak samo) bądź też negację (nie, z tym się nie zgadzam).

Gdy myślę o nudzie, przychodzi mi do głowy pusty czas, w którym jestem tylko „ja”, „ja” i „ja” wypełniające jak eter miejsce, gdzie się znajduję. To zamknięcie mnie przeraża, przynosząc przeczucie, że jestem najpewniej jedyną osobą, która nie wie, co ze sobą zrobić. Bohater Sartre’a powie ci, że odczuwa mdłości, bo ma wrażenie, iż „myśli myślami kraba”, takimi, jakich inni jego zdaniem się boją. Są to myśli martwe, podmiotu niepewnego, czy sposób, w jaki odbiera świat, jest prawidłowy. Wszyscy dookoła niego zachowują się tak, jakby mdłości (nudności) ich nie dotyczyły, mają przygody i to o nich opowiadają, a narrator obserwuje ich zachowanie z niesmakiem (i znudzeniem). Jednak to nie niesmak prześladuje Roquentina, tylko osobność. Prawdziwe spotkanie z Innym niż Ja, spotkanie właściwe, a niebędące szarym szumem, przynosi dosyć nieoczekiwaną odpowiedź: innym też zdarza się myśleć myślami kraba. Czują podobne odosobnienie, nieprzystawalności i lęk, że nie wiedzą, jak żyć, jako jedyni na świecie.

Nadzieja, która przychodzi, jest dziwnego rodzaju – skoro nie tylko Ja nie potrafię, skoro Inny też się boi (zadzwonić do ZUS-u; tego, że nie zrozumiał; tego, że zostanie pominięty), możemy zawiązać spółkę.

Możemy razem nie wiedzieć albo dzielić się tym, co wiemy.

Bez Innego zostaję w stanie metafizycznej nudy. Pascal o nudzie metafizycznej, nudzie spojrzenia na naszą całą egzystencję, pisał tak: „Stan człowieka – niestałość, nuda, niepokój”. Podobnie widział nudę Arthur Schopenhauer, jako stan naprzemiennego miotania się od apatii do chęci jej przerwania. Gdy zostanie przerwana, a tym samym nasze pragnienie wyzwolenia się z nudy będzie zaspokojone, nuda pojawia się ponownie. To oczywiście zgrabne posępne konstrukcje, gdzie „rozrywka jest to największa z naszych niedoli: ona bowiem głównie przeszkadza nam myśleć o sobie i gubi nas nieznacznie”, jednak nie tylko brzmią efekciarsko. Wydają się również mieć niewiele wspólnego z codziennym, zwykłym doświadczeniem nudy. Czuję więc potrzebę zredefiniowania nudy egzystencjalnej – to nuda, w której (na skutek zewnętrznych okoliczności, takich jak własna nieumiejętność bycia z Innym, ale również brak miejsca oraz pretekstu, które umożliwiałyby mi to bycie) jestem sama. Sama dla siebie ze sobą.

To samo. Monotonia. Nadaremność

„Rozgrzebana pościel rano. Trzeba sprzątnąć. Zlikwidować. Każdego dnia od nowa porządkować. Usuwać. Właściwie proste. Zgarnąć, otworzyć tapczan, wrzucić do środka. Tyle że to jest bardzo stary grat (…). Trzeba dźwigać, podpierać kolanem, łapać zsuwającą się za tapczan pościel i w tak niewygodnym położeniu wpychać ją do skrzyni. Niby można by naprawić, ale chyba nie warto, lepiej to rozpadające się pudło wyrzucić. Wynieść na śmietnik taki ciężki tapczan? Śmieciarze z pewnością tego nie wywiozą. Zostanie na podwórzu. I wyrzucić, to znaczy kupić nowy” – to dosyć nietypowy początek jak na esej filozoficzny. I być może dlatego Krzątactwo Jolanty Brach-Czainy uważane jest za jeden z najważniejszych tekstów polskiej humanistyki. Przeze mnie, choć nie tylko.

Czy „tęsknota za nudą” nie jest też tęsknotą za monotonią? Bo świat, w którym żyjemy, wydaje się jeszcze bardziej nieoczekiwany niż 15 lat temu.

Wtedy nie przyszłoby nam do głowy, że zadania do zrobienia będą płynąć do nas z kilkunastu cyfrowych kanałów. „Czy odpowiadać na maila od szefa wysłanego w weekend? A na wakacjach?” – pyta Mark Fisher w Prywatyzacji stresu. Ale w dużym natężeniu docierają do nas nie tylko zadania. W filmie Truman Show co jakiś czas jako widzowie zaglądamy do reżyserki, gdzie na dziesiątkach ekranów widać twarz i otoczenie bohatera granego przez Jima Carreya. Dziś siedzimy non stop w reżyserce CNN, Al Jazeery i Super Expressu naraz – nie zauważamy już, że codziennie docierają do nas trzy informacje o czyjejś śmierci, siedem o rzeczach, przeciwko którym trzeba protestować, pięć o wojnie i dwanaście o Polsce. Douglas Rushkoff w książce Present Shock opisywał mechanizm generowania (to słowo jest bardzo na miejscu) kolejnych wiadomości mających wagę wiekopomnych zdarzeń: łączy go z powstaniem pierwszej 24-godzinnej stacji informacyjnej, czyli CNN. Doniosłych wiadomości na świecie jest mimo wszystko skończona liczba, lecz czymś trzeba było wypełnić dobę. CNN to matryca, to pierwsza materia świata informacyjnego, w którym żyjemy teraz. Każda wiadomość jest ważna, każdej nadano rangę.

Czy to nie dziwne, że marzymy o powtarzalności, monotonii, nudzie, o jednym dniu płaskiego wykresu? Owszem. Tylko że ta potrzeba jest znowu paradoksalna. Marzymy o monotonii, ponieważ byłaby zmianą w krajobrazie nieustannych ważnych doniesień. Nicniedzianie się byłoby czymś egzotycznym. Byłoby Znaczącym Zdarzeniem, ponieważ jesteśmy znużeni nieustającym ciągiem znaczących zdarzeń.

Jest to zadziwiające i trochę straszne, że pandemię, czas, w którym wiele osób zmarło, wiele straciło pracę i zdrowie, wspominamy nieoficjalnie i cicho jako czas, za którym tęsknimy.

Tęskniący mówią zamyśleni: „Nic się nie działo, wszystko było pozamykane, nagle było więcej czasu”. Tylko że zamknięci w domach i wypiekający chleb, nie byliśmy znudzeni. Wprost przeciwnie. Pandemia była wydarzeniem ekstremalnym. Dosłownie i w przenośni była stanem wyjątkowym. W dodatku, chociaż pewnie tego nie pamiętamy, dynamicznym. Ponieważ rzeczywistość pandemii była bezprecedensowa, to każdy jej aspekt, od nauki szkolnej, przez informacje medyczne, był nieustająco redefniowany.

Nuda doniosła

Trudno więc mówić o nudzie. Być może używamy tego terminu, kiedy myślimy o rzeczywistości, w której było „mniej”: mniej możliwości spędzania czasu, mniej towarów do wybierania, mniej ludzi na ulicach. Zasady z założenia dotyczyły wszystkich, świat stał się jakby bardziej egalitarny. Myślę, że gdy marzymy o nudzie, marzymy, po pierwsze, o tym, żeby „nikt nic od nas nie chciał”, czyli o bezczynności, po drugie, o tym, żeby świata, całego świata,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Uwolnić się od kultu produktywności