Subskrybuj
Ilustracja na podstawie fot. Dawid Żuchowicz/Agencja Wyborcza.pl
Pisarka, rysowniczka i feministka, autorka książki Najgorszy człowiek na świecie (2015) i komiksu Bohater. Ukończyła filozofię na UW.

Czy naprawdę tęsknimy za nudą?

W świecie nieustannej dostępności, w którym coraz więcej nas ekscytuje, jesteśmy tak zmęczeni, że marzymy czasem o tym, żeby się rozchorować. Marzymy, żeby być zwolnionym z obowiązku odpowiadania na to, co się dzieje w rzeczywistości. Ten stan bez bycia wzywanym, stan bez kortyzolu to jest nuda, o której myślimy.

Nie wiem, czy to nudę mamy na myśli, kiedy wyobrażamy sobie, jak pozbawieni zadań i celów, przyglądamy się z uwagą roślinom na brzegu jeziora. Jest to z pewnością marzenie o „nierobieniu rzeczy”. Marzenie o „kiedy wreszcie będę mogła już”, bo „już” oznacza, że zadania zostały wykonane, pranie zostało wyjęte, wniosek został wypełniony, dzieci nakarmione i badania wykonane. Być może kiedy mówimy o pragnieniu nudy, mamy na myśli możliwość wykonywania jednak czynności bez przymusu odrywania się od niej co kilkanaście, a nawet kilka minut. Być może mamy na myśli poczucie bezpieczeństwa. Być może czas wolny: taki, który należy tylko do nas. Błąd polega na tym, że gdy mówimy o tęsknocie za nudą, opisujemy tęsknotę za spokojem. A istotą nudy jest niepokój.

Czas, którego nie chcemy

Największy problem z pojęciem nudy polega na tym, że tym samym słowem opisujemy różne, często przeciwstawne sobie, stany. Nuda to (godna pochwały) bezczynność i (niebezpieczna) apatia. Monotonia. Niemożność rozumiana jako utknięcie w czasie i sytuacji, która może tylko minąć, ale w której z pewnością nie chcemy być. Melancholia. Brak podniet. Beznadzieja. Nuda to irytacja (towarzystwem, książką, debatą). Ale też samotność, mikre obumieranie bez możliwości kontaktu z innymi. To nie jest przyjemny stan.

Leszek Kołakowski nazywa ją doświadczeniem powszechnie znanym, które jest postrzegane na ogół negatywnie, a jednak nie daje się nazwać cierpieniem.

To rodzaj niechęci, delikatnego wstrętu. Tytułowe La Nausée Jeana Paula Sartre’a dają się przetłumaczyć jako „nudności”, a przecież to tekst opowiadający o skrajnej anhedonii, o niemożności znalezienia zadowolenia, to monografia nieokreślonego, a jednocześnie dojmującego dyskomfortu narratora. Dokładnie taką nieokreśloność opisuje definicja nudy w Wielkiej encyklopedii francuskiej. To „rodzaj nieprzyjemności, którego nie da się zdefiniować: nie jest to ani przygnębienie [chagrin], ani smutek [tristesse]; jest to swego rodzaju brak jakiejkolwiek przyjemności spowodowany nie wiedzieć czym w naszych narządach lub przedmiotach z zewnątrz, który miast zajmować naszą duszę, wytwarza w niej jakąś niemoc lub niesmak, do których nie sposób się przyzwyczaić” (podaję za Michałem P. Markowskim). Ja powiedziałabym, że wytwarza w duszy jakąś niemożność. W nudzie zdarzenia się nie łączą – nie istnieje dobrze spędzona ostatnia niedziela ani czekające mnie spotkanie z miłą osobą. Jest wieczne teraz, w którym znajduję się uwięziona w wykonywanym przez siebie zadaniu, z którego nikt i nic wyrwać mnie nie może. Jestem sparaliżowanym trwaniem skazanym na robienie tego, czego robić nie chcę. Język niemiecki, ten który lubi nazywać rzeczy najkonkretniej jak się da, nudę określa jako „czas dłużący się”. Gdyby nosił więcej znamion poezji, mógłby nudę nazwać „czasem, którego nie chcemy”.

Często szuka się analogii między nudą a średniowieczną acedią. Acedia, która jest czymś pomiędzy pustką, smutkiem i odrętwieniem, uznawana była za jeden z najcięższych grzechów. Ogarniała średniowiecznych mnichów, była poniekąd odrzuceniem świata stworzonego przez Boga, więc sugerowała, że Bóg nie jest doskonały, skoro stworzył świat niewystarczający. Odrzucenie świata w acedii przypomina odrzucenie czasu dziejącego się teraz w naszym doświadczeniu nudy sytuacyjnej – nie chcemy ofiarowanego nam (nie bardzo wiadomo przez kogo) czasu. Znamy przecież tylko doświadczenie czasu, który dzieje się w danej chwili (każdy inny jest wyobrażeniem – wspomnieniem bądź antycypacją), jeśli więc nie chcemy tego czasu, chcemy jakiegoś innego, to popełniamy grzech podobny acedii.

A przecież nasza tęsknota za nudą jest tęsknotą za czasem innym niż ten, który jest nam dany.

Tu powstaje paradoks: nudę konstytuuje niechęć do bycia teraz (i tu). Tęskniąc za nią, tęsknimy za czymś, co właśnie przeżywamy. Oczywiście pragnienie, żeby daną chwilę i miejsce zamienić na jakieś inne, podyktowane może być innym uczuciem niż nuda. Może to być lęk, złość, żal czy też frustracja. Jednak gdy redaktor Wielkiej encyklopedii francuskiej kawaler de Jaucourt pisze o niemożności zdefiniowania nudy, może być blisko stwierdzenia, że stany powodujące naszą niechęć do bycia tu i teraz bywają różne. Jedyne, co jest pewne, to niechęć. Ten, który się nudzi, zamknięty w wiecznym teraz, jest tym, który stracił nadzieję. Ci, którzy stracili wszelką nadzieję, są w piekle. Jeśli jednak ja sama nie mam już nadziei, to może mogą mi ją przynieść inni?

Nuda a samotność

Czytając kolejne poświęcone nudzie rozważania, czy to u Pessoi, czy u Ciorana, czy u Pascala, czy u Schopenhauera, nie mogę pozbyć się wrażenia (mimo swojego uwielbienia dla Pessoi), że ci uważani za wielkich intelektualiści byli przede wszystkim mizantropami. Pani Bovary, wielka powieść Gustave’a Flauberta o nudzie, przedstawia nam fantazję o życiu wyższych sfer, na które później narzekała w swoich dziennikach Virginia Woolf. To parada niekończących się przyjęć, zabierających nam czas i pozostawiających w stanie niesmacznej pustki. Niby coś się wydarzyło, ale wracamy do siebie, mamrocząc Sartre’owskie: „Piekło to inni”. Kiedy Beckett w swoim eseju o Prouście pisze: „Przyjaźń to wybieg społeczny, jest jak tapicerka, jak kosze na śmieci. Jej duchowe znaczenie jest żadne. Dla tego, kto życzy sobie zostać artystą, odrzucenie przyjaźni jest nie tylko wyrazem rozsądku – jest koniecznością”, mam wrażenie, że czytam manifest zbuntowanego 19-latka. Owszem, inni to piekło, jeśli traktują nas jako środek do wybranego przez siebie celu – czy jest nim wyrobienie narzuconej przez radę nadzorczą normy, czy też poprawienie sobie samopoczucia naszym kosztem.

Jednak kiedy myślę o nudzie, to myślę o niej przede wszystkim jako o braku innych ludzi.

Rozumianych nie jako tapicerka, szary szum czy grupa pochlebców. To brak Innego niż Ja. Kogoś, czyja obecność pozwala mi wyjść poza granice mojego świata.

Inni zagrażają mi, jeśli muszę się do nich dostosować. Istnieją sytuacje wymuszające na nas emancypację – opuszczamy rodzinę czy inne wspólnoty o charakterze zboru, takie, w jakich o pewnych rzeczach się nie mówi, a pewne rzeczy się robi, mimo że my nie umawialiśmy się z nikim na to, o czym się mówi, a czego nie robi. Emancypacja jest pewnym stadium rozwojowym: muszę zrozumieć, jakie postępowanie jest słuszne według mnie, czemu Ja chcę poświęcać czas i uwagę. Dokładnie tak opisuje to filozof i psycholog Viktor E. Frankl: dowiedzieć się, co to znaczy być mną i tylko mną, a nie tym, kim być się powinno. Kierkegaard pisze w Bojaźni i drżeniu: „Nie być samym sobą to jest właściwie rozpacz”, i ma na myśli stawanie się sobą w pewnym życiowym procesie. Emancypacja powinna przynieść ostateczne odpowiedzi oddalające nas od rozpaczy niebycia sobą: czy banał jest moim zdaniem głupi, czy interesuje mnie ekonomia, czy wierzę w metafizykę. Jeśli znam odpowiedzi na te oraz szereg innych pytań, to obecność Innego nie stanowi zagrożenia dla tego, kim Ja jestem. Mało tego, ta emancypacja dzieje się przecież w konfrontacji z Innym – przez potwierdzenie (mam tak samo) bądź też negację (nie, z tym się nie zgadzam).

Gdy myślę o nudzie, przychodzi mi do głowy pusty czas, w którym jestem tylko „ja”, „ja” i „ja” wypełniające jak eter miejsce, gdzie się znajduję. To zamknięcie mnie przeraża, przynosząc przeczucie, że jestem najpewniej jedyną osobą, która nie wie, co ze sobą zrobić. Bohater Sartre’a powie ci, że odczuwa mdłości, bo ma wrażenie, iż „myśli myślami kraba”, takimi, jakich inni jego zdaniem się boją. Są to myśli martwe, podmiotu niepewnego, czy sposób, w jaki odbiera świat, jest prawidłowy. Wszyscy dookoła niego zachowują się tak, jakby mdłości (nudności) ich nie dotyczyły, mają przygody i to o nich opowiadają, a narrator obserwuje ich zachowanie z niesmakiem (i znudzeniem). Jednak to nie niesmak prześladuje Roquentina, tylko osobność. Prawdziwe spotkanie z Innym niż Ja, spotkanie właściwe, a niebędące szarym szumem, przynosi dosyć nieoczekiwaną odpowiedź: innym też zdarza się myśleć myślami kraba. Czują podobne odosobnienie, nieprzystawalności i lęk, że nie wiedzą, jak żyć, jako jedyni na świecie.

Nadzieja, która przychodzi, jest dziwnego rodzaju – skoro nie tylko Ja nie potrafię, skoro Inny też się boi (zadzwonić do ZUS-u; tego, że nie zrozumiał; tego, że zostanie pominięty), możemy zawiązać spółkę.

Możemy razem nie wiedzieć albo dzielić się tym, co wiemy.

Bez Innego zostaję w stanie metafizycznej nudy. Pascal o nudzie metafizycznej, nudzie spojrzenia na naszą całą egzystencję, pisał tak: „Stan człowieka – niestałość, nuda, niepokój”. Podobnie widział nudę Arthur Schopenhauer, jako stan naprzemiennego miotania się od apatii do chęci jej przerwania. Gdy zostanie przerwana, a tym samym nasze pragnienie wyzwolenia się z nudy będzie zaspokojone, nuda pojawia się ponownie. To oczywiście zgrabne posępne konstrukcje, gdzie „rozrywka jest to największa z naszych niedoli: ona bowiem głównie przeszkadza nam myśleć o sobie i gubi nas nieznacznie”, jednak nie tylko brzmią efekciarsko. Wydają się również mieć niewiele wspólnego z codziennym, zwykłym doświadczeniem nudy. Czuję więc potrzebę zredefiniowania nudy egzystencjalnej – to nuda, w której (na skutek zewnętrznych okoliczności, takich jak własna nieumiejętność bycia z Innym, ale również brak miejsca oraz pretekstu, które umożliwiałyby mi to bycie) jestem sama. Sama dla siebie ze sobą.

To samo. Monotonia. Nadaremność

„Rozgrzebana pościel rano. Trzeba sprzątnąć. Zlikwidować. Każdego dnia od nowa porządkować. Usuwać. Właściwie proste. Zgarnąć, otworzyć tapczan, wrzucić do środka. Tyle że to jest bardzo stary grat (…). Trzeba dźwigać, podpierać kolanem, łapać zsuwającą się za tapczan pościel i w tak niewygodnym położeniu wpychać ją do skrzyni. Niby można by naprawić, ale chyba nie warto, lepiej to rozpadające się pudło wyrzucić. Wynieść na śmietnik taki ciężki tapczan? Śmieciarze z pewnością tego nie wywiozą. Zostanie na podwórzu. I wyrzucić, to znaczy kupić nowy” – to dosyć nietypowy początek jak na esej filozoficzny. I być może dlatego Krzątactwo Jolanty Brach-Czainy uważane jest za jeden z najważniejszych tekstów polskiej humanistyki. Przeze mnie, choć nie tylko.

Czy „tęsknota za nudą” nie jest też tęsknotą za monotonią? Bo świat, w którym żyjemy, wydaje się jeszcze bardziej nieoczekiwany niż 15 lat temu.

Wtedy nie przyszłoby nam do głowy, że zadania do zrobienia będą płynąć do nas z kilkunastu cyfrowych kanałów. „Czy odpowiadać na maila od szefa wysłanego w weekend? A na wakacjach?” – pyta Mark Fisher w Prywatyzacji stresu. Ale w dużym natężeniu docierają do nas nie tylko zadania. W filmie Truman Show co jakiś czas jako widzowie zaglądamy do reżyserki, gdzie na dziesiątkach ekranów widać twarz i otoczenie bohatera granego przez Jima Carreya. Dziś siedzimy non stop w reżyserce CNN, Al Jazeery i Super Expressu naraz – nie zauważamy już, że codziennie docierają do nas trzy informacje o czyjejś śmierci, siedem o rzeczach, przeciwko którym trzeba protestować, pięć o wojnie i dwanaście o Polsce. Douglas Rushkoff w książce Present Shock opisywał mechanizm generowania (to słowo jest bardzo na miejscu) kolejnych wiadomości mających wagę wiekopomnych zdarzeń: łączy go z powstaniem pierwszej 24-godzinnej stacji informacyjnej, czyli CNN. Doniosłych wiadomości na świecie jest mimo wszystko skończona liczba, lecz czymś trzeba było wypełnić dobę. CNN to matryca, to pierwsza materia świata informacyjnego, w którym żyjemy teraz. Każda wiadomość jest ważna, każdej nadano rangę.

Czy to nie dziwne, że marzymy o powtarzalności, monotonii, nudzie, o jednym dniu płaskiego wykresu? Owszem. Tylko że ta potrzeba jest znowu paradoksalna. Marzymy o monotonii, ponieważ byłaby zmianą w krajobrazie nieustannych ważnych doniesień. Nicniedzianie się byłoby czymś egzotycznym. Byłoby Znaczącym Zdarzeniem, ponieważ jesteśmy znużeni nieustającym ciągiem znaczących zdarzeń.

Jest to zadziwiające i trochę straszne, że pandemię, czas, w którym wiele osób zmarło, wiele straciło pracę i zdrowie, wspominamy nieoficjalnie i cicho jako czas, za którym tęsknimy.

Tęskniący mówią zamyśleni: „Nic się nie działo, wszystko było pozamykane, nagle było więcej czasu”. Tylko że zamknięci w domach i wypiekający chleb, nie byliśmy znudzeni. Wprost przeciwnie. Pandemia była wydarzeniem ekstremalnym. Dosłownie i w przenośni była stanem wyjątkowym. W dodatku, chociaż pewnie tego nie pamiętamy, dynamicznym. Ponieważ rzeczywistość pandemii była bezprecedensowa, to każdy jej aspekt, od nauki szkolnej, przez informacje medyczne, był nieustająco redefniowany.

Nuda doniosła

Trudno więc mówić o nudzie. Być może używamy tego terminu, kiedy myślimy o rzeczywistości, w której było „mniej”: mniej możliwości spędzania czasu, mniej towarów do wybierania, mniej ludzi na ulicach. Zasady z założenia dotyczyły wszystkich, świat stał się jakby bardziej egalitarny. Myślę, że gdy marzymy o nudzie, marzymy, po pierwsze, o tym, żeby „nikt nic od nas nie chciał”, czyli o bezczynności, po drugie, o tym, żeby świata, całego świata, było mniej. Po trzecie, jeśli mam mniej wyborów do dokonania, to mogę też robić rzeczy wolniej – mniejsza liczba fenomenów domaga się ode mnie interwencji. Te trzy parametry mamy na myśli, gapiąc się w okno i myśląc o jeziorze i roślinach przy nim – bezczynność, ograniczony wybór, spokojne tempo.

Brach-Czaina nie pisze o monotonii dającej ukojenie. O rytmicznym powtarzaniu jednej czynności, dzięki któremu zaczynamy myśleć o czymś nieoczekiwanym. To zagapienie się, zamyślenie ma swoje nazwy w języku neurologiczno-terapeutycznym i też jest stanem, za którym tęsknimy. Ale monotonia Brach-Czainy jest uciążliwa. To powtarzanie czynności skazane na niemającą końca cykliczność (zmywanie naczyń) albo natychmiastowe zapomnienie (bieg do autobusu). One nie tylko pochłaniają większość naszego dnia, one w dodatku są pozbawione znaczenia: „codzienność przemyka się ruchem spraw, którym brak wyraźnego kształtu (…). Najczęściej przyciąga uwagę nie podczas trwania zdarzeń, lecz po czasie jako coś, co było – chyba było – choć nie zostały nam w ręku żadne dowody. Jedyną poszlaką jest znużenie. Musiało chyba istnieć coś, co nas zmęczyło, choć z braku śladów zdaje się teraz raczej wyrwą w istnieniu niż istnieniem”.

To nadaremność.

Zobaczymy dalej, że można wynieść nadaremność na piedestał i twierdzić, że w niej oraz w nudzie migoce możliwość ujrzenia sensu istnienia.

Brach-Czaina, opisując kolejne niezauważalne działania, jest zdeterminowana, żeby w tym pochłaniającym nas codziennie przestawianiu przedmiotów i wypełnianiu tabel znaleźć wyższy sens.

Bo skoro nasze istnienie polega głównie na wykonywaniu czynności, którym odbieramy znaczenia, to może świadczyć o tym, że odbieramy to znaczenie sobie samym. Jest więc w Krzątactwie próba znalezienia wyższego sensu: sprzątanie mieszkania, układanie rzeczy w szafie, obieranie ziemniaka – nieznaczące czynności, które wykonujemy, są ostatecznym narzędziem w walce chaosu ze stwarzaniem. Możliwość, w której coś może być albo nie być, sprawia, że to my stajemy się centrum tej spekulacji.

Jest dwóch apologetów nudy wymienianych jednym tchem: pierwszy to Josif Brodski, który swój wykład dla studentów kończących edukację zatytułował po prostu Pochwała nudy, zatem nie trzeba go czytać żeby wiedzieć, że Brodski nie uważa jej za stan naganny. Drugi, Martin Heidegger, to jeden z trudniejszych do wyjaśnienia filozofów XX w. – jego poetyckie, brzmiące jak Sfinksowe zagadki konstrukcje, takie jak „bytowanie bytu”, są legendarne wśród absolwentów filozofii. Podejmuję się więc zadania niemożliwego – zreferowania poglądów na nudę Heideggera w kilku akapitach; robię to, bo jego koncepcja jest z jednej strony ciekawa, z drugiej (jak twierdzi chociażby monograf nudy Lars Svendsen) – absurdalna.

Heidegger rozróżnia bycie znudzonym (czymś) (Gelangweiltwerden von etwas) oraz nudzenie się (Sichlangweilen bei etwas). Kołakowski pisze: „Nuda jest takim zjawiskiem, które zachodzi, jeśli jest doświadczane, ale zarazem może być przypisane przedmiotowi postrzeganemu, a nie tylko temu, kto postrzega (nudzi mnie ta powieść, ta powieść jest nudna)”. Pierwszy rodzaj byłby czymś, co Kundera nazywa „nudą sytuacyjną”, drugi jest trudniejszym do uchwycenia stanem. Heidegger podaje tu przykład przyjęcia, na którym nie czuliśmy upływu czasu, jedzenie, towarzystwo i muzyka wydawały się zajmujące, a jednak po powrocie do domu zdaliśmy sobie sprawę z tego, że właściwie, choć nie czuliśmy tego w trakcie, całe przyjęcie było niesłychanie nudne. To doświadczenie znane wielu z nas. Pytanie brzmi jednak, czym było to, co nas tak znudziło. Heidegger twierdzi, że „ja” istniejące (Dasein) na czas przyjęcia zostało opuszczone na rzecz otoczenia. Pomimo atrakcji odczuwam pustkę, a to dowodzi, że wydarzenia, w których wzięłam udział, nie zaspokoiły moich prawdziwych potrzeb. Svendsen tłumaczy, że nuda jest reakcją na brak sensu. Właściwie istnieją różne stopnie nudy, ponieważ brak sensu może być różnego rodzaju: nie będziemy dzwonić do znajomych, bo i tak się z nami nie spotkają, nie zaczniemy remontu, ponieważ działania, które musielibyśmy w tym celu podjąć, są dla nas zbyt trudne i nie będziemy w stanie ich zrealizować, nie wstaniemy z kanapy, ponieważ nie ma dokąd pójść. Brak sensu możemy odczuwać jednak też poniewczasie – rozmowy, które odbyliśmy na przyjęciu, spełniały funkcję dekoratywną i jako takie przyniosły rozczarowanie. Kiedy mówimy znudzeni: „Nic się nie wydarzyło”, mamy na myśli: „Nie wydarzyło się nic, co dołożyłoby się do sensu mojego jestestwa”.

Zatrzymajmy się na chwilę przy sensie – sprawdźmy, czy ten rzeczownik nie jest skażony w naszym mniemaniu romantycznym nalotem. Romantyzm krzyczy ustami Novalisa: „Nie masz nic straszniejszego ponad nudę”. Romantyk nie wie, czego pragnie konkretnie, ale wie, że musi to być wzniosłe. Ten cień romantyzmu wisi, niestety, nad nami do dzisiaj, wydaje nam się, że sens jest mieszanką przygód rycerza Szaławiły i arystotelesowskich cnót. Nuda wynikająca z braku tak rozumianego sensu niektórych pcha w stronę fundamentalizmu, tak rodzą się Obrońcy Wartości.

Sensy jednak występują w liczbie mnogiej, są mniejsze, a nie fundamentalne, to małe sensy kierują na co dzień naszym postępowaniem, tak jak opisuje je Brach-Czaina.

Heidegger jednak nie poprzestaje na małym i oprócz dwóch wyżej wymienionych rodzajów nudy opisuje nudę najważniejszą, nudę doniosłą. Nudę, która pozwala nam zadawać pytania o metafizykę.

Nie jest łatwo wytłumaczyć, czym jest to najważniejsze obok trwogi (równie ważnego dla niego pojęcia) uczucie. To raczej stan, predyspozycja, niezależny od okoliczności, od nudzenia się bądź też bycia znudzonym. Nuda doniosła to bardziej predyspozycja poznawcza niż uczucie. To stan, w którym uzmysławiamy sobie, że wszystkie fenomeny są takie same. To konfrontacja z nicością. Przebłysk zrozumienia, że nasze czyny i wybory niewiele są warte, zdarza się, gdy zmuszeni jesteśmy myśleć o śmierci. Jeśli doświadczyliście żałoby, to wiecie, jak niecodzienną hierarchię wprowadza na co najmniej kilka dni. Jednak takie doświadczenie zrównania wszystkich fenomenów jest wynikiem trwogi. Nuda doniosła, w której rozumiemy / czujemy, że nic nie ma sensu, więc wszystko ma sens, jest doświadczeniem pozbawionym lęku. Bliżej mu do rezygnacji, ale przynoszącej spokój, nie zaś smutek. Podobną koncepcję proponuje sceptyk Sekstus Empiryk. Skoro każdemu zdaniu możemy przeciwstawić zdanie dowolne, to znaczy, że możemy zaniechać wypowiadania sądów (wskazówka niezwykle przydatna w czasach cyfrowego kapitalizmu). A ta konstatacja przynosi spokój ducha – ataraksję. Według Heideggera nuda doniosła pozwala zobaczyć rzeczy takie, jakie naprawdę są. Pozbyć się emocjonalnej oceny. Zmycie naczyń jest może ważne, jednak ich niezmycie jest obiektywnie takim samym fenomenem. W nudzie doniosłej przyglądamy się obydwu z obojętnością. Zawieszamy sąd. Jednocześnie w tym braku różnicy możemy obcować z przemijalnością. Wyobrażam sobie, że sypanie mandali i budowanie wymyślnych figur z masła, które jest częścią praktyki buddyjskiej, podobnie jak koany, bliskie są fenomenologii doniosłej nudy.

Problem polega jednak na tym, że nuda, tak jak ją odczuwamy, nie jest specjalnie doniosła. Mało wyraźna, nie daje się nazwać cierpieniem, zapleciona jest w czekanie, i to nie czekanie metafizyczne jak u Becketta: tramwaj przyjeżdża, kolejka do kasy się zmniejsza, dzień pracy (przynajmniej ten ustalony ustawowo) się kończy. Koncepcja Heideggera brzmi poetycko, ciekawie, z pewnością zagadkowo. Pytanie, czy stan, który opisuje, to nuda.

Świat bez przerw

Filozof Andreas Elpidorou wylicza, co składa się na stan nudy: niezadowolenie ze status quo; wycofanie zaangażowania; poczucie ograniczenia nakładanego na aktywność podmiotu; problemy z koncentracją uwagi; zwykle niskie, lecz niekiedy wysokie pobudzenie, zmiana sposobu percepcji czasu; deficyt znaczenia i poczucie, że wymogi sytuacji, w której się znajdujemy, są nieodpowiednie (nazbyt wysokie lub za niskie); specyficzna ekspresja cielesno-motoryczna (czyli pochylenie tułowia, podpieranie głowy ręką, mała ekspansywność przestrzenna i słaba dynamika ruchów).

Nie chce mi się. Nie chcę tego robić. Nie mogę się skupić. Niech to się skończy. Nie dam rady. Bolą mnie plecy. Tak można przetłumaczyć symptomy wypisane przez Elpidorou na nasze doświadczenie.

Mówimy, że tęsknimy za nudą, i rozumiem, skąd ta konstatacja. W świecie nieustannej dostępności, w którym coraz więcej elementów nas ekscytuje (filmy, cukierki, wiertarki, warsztaty), jesteśmy tak zmęczeni, że marzymy czasem o tym, żeby się rozchorować. Nawet może i znaleźć w szpitalu. Żeby wyzwoliła nas jakaś przypadłość niezbyt ciężka, ale na tyle poważna, by zwolnić nas z obowiązku odpowiadania na to, co się dzieje w rzeczywistości (responsywności). Ten stan bez bycia wzywanym, stan bez kortyzolu – to jest nuda, o której myślimy. Tęsknimy za tym, żeby nic się nie działo. Tylko że to nie jest nuda.

Ten rzeczownik w języku polskim pochodzi od „nużyć”, czyli męczyć, gnębić. Nuda to nie tylko statyczna sytuacja bez bodźców, zapraszająca do zastanowienia się, co właściwie można zrobić. „Znużenie” to stan zmęczenia, dostosowywania się do bezsensownych wymogów (osiem godzin w pracy, zatankować samochód, odpowiedzieć na maile, szkolenie, wyrobienie normy), otępienia, bo coś jeszcze trzeba. Wydaje mi się, że to stan, z którego chcemy się wydobyć, a nie coś, o czym marzymy. Kiedy mówimy o pragnieniu nudy, to brzmi jak prośba o przerwę. Za brak przerw winimy cyfrowy kapitalizm. Kilkanaście lat po tym jak założyliśmy konta na portalu społecznościowym, okazało się, że mamy obowiązek życia dwoma życiami naraz. Pewnie, są wyjątki. Ale nie możemy udawać, że większość z nas nie jest przywiązana do obowiązku życia cyfrowym życiem tak bardzo, iż wydaje się nam czymś niestosownym niezaglądanie do internetu. „Muszę sprawdzić, czy nikt do mnie nie pisze”. Muszę sprawdzić, czy nikt do mnie nie pisze, co najmniej raz na godzinę w dni robocze. Czekamy na autobus, a tymczasem w naszym czarnym telefonie może rozgrywać się poważna tragedia. Naszym obowiązkiem, powinnością jest sprawdzić, czy się nie dzieje. Jonathan Crary w 24/7 opisuje świat, który funkcjonuje bez przerwy (internet działa 24 godz. na dobę). I wylicza podmioty i działania dążące do tego, żeby wyeliminować wszystkie możliwe przerwy, w tym sen. To właśnie potrzeba przerwy, przestoju w dzianiu się powoduje, że nie chcemy zasnąć w nocy. Podkreślam „nie chcemy”, czyli jest to nasz wybór, a nie efekt ruminacji, wyliczania kolejnych powinności i zaniedbań.

Potrzebujemy przestoju i przerwy, żeby się pozbierać. Żeby uporządkować. Zrozumieć. Ale nie wiem, czy chcemy czuć niechęć do tego, co dzieje się w danej chwili, tak jak w najczęściej przywoływanym w tekstach o nudzie przykładzie z czekaniem na lotnisku (w wersji budżetowej – na dworcu). Wydaje mi się, że potrzebujemy raczej bezproduktywności (żeby wszystko już było zrobione). Braku obowiązków (żebym już nic nie musiała). Bezpieczeństwa (żeby nikt już ode mnie nic nie chciał). Wierzę w to, że sami musimy wywalczyć sobie te przerwy. Przekonywać siebie codziennie, że możemy robić tak, by zadania sobie ułatwiać. Że właściwe i słuszne jest robienie mniej, a nie więcej. Oraz że inni poradzą sobie bez nas i naszej nad nimi kontroli.

Zgoda na życie zwyczajne

Można nudę jednak chwalić jako najmniej doniosły ze wszystkich stanów. Najzwyklejszy. Nieunikniony i nużąco codzienny. Mniej więcej tak argumentował Brodski w Pochwale nudy, podkreślając, że słuchający go absolwenci spodziewają się, iż czeka ich życie wybitne, tymczasem staną nieuchronnie w obliczu monotonii i rutyny. Oraz przeciętności.

Doszło do dziwnego przesunięcia, w którym to, czy dobrze wykonujemy naszą pracę, definiuje nas we własnych oczach.

Nie wiem, czy naoglądaliśmy się zbyt wielu amerykańskich filmów, czy to neoliberalizm, czy potrzeba awansu klasowego. Myślę o tym idącym z brzucha lęku: jeśli nie wykonuję swojej pracy najlepiej (również tej nieodpłatnej, opiekuńczej), to znaczy, że jestem nikim. O przekonaniu, które jest zupełnie niezależne od naszej sytuacji ekonomicznej czy życiowej, przekonaniu, które gonić może redaktora, trenera personalnego, lektora albo kierownika. Muszę być doskonały(-ła), bezbłędny(-na) w swojej pracy – i to określa mnie przede wszystkim. W tym szaleństwie (bo to jest szaleństwo) definiuje mnie tylko wynik. A przecież oprócz tego mam inne cechy, są inne rzeczy, które mnie określają, niezależnie od wykonywanej pracy: to mogą być życzliwość, ciekawość, chęć niesienia pomocy (nie żeby zbawić świat, ale dlatego, że akurat mogę komuś pomóc), dowcip. Doniosłość nudy polega na braku jej doniosłości. Jest to stan średni, nieznaczny i nieuchronny. Objawienie metafizyczne, które nuda ze sobą niesie, to doświadczenie niewybitności, zwykłości i braku kontroli. Nie wiem, czy za tym tęsknimy, ale widzę w tym stanie możliwość jakiejś małej epifanii: doświadczanie życia jest doświadczaniem niedoskonałości. Dany moment nie jest taki, jak sobie życzymy. I myślę, że może w obcowaniu z tym „doświadczeniem powszechnie znanym, postrzeganym negatywnie, niebędącym jednak cierpieniem” jest jakaś szansa przyzwolenia sobie na życie niewybitne. Na życie, w którym nie zawsze nam się udaje, w którym jesteśmy średni. Mówiąc krótko – na życie nudne. I takie przyzwolenie niesie ze sobą wielką, doniosłą ulgę.

Artykuł pojawił się w numerze: Uwolnić się od kultu produktywności