Subskrybuj
Beata Domaszewicz fot. Szymon Wykrota
Beata Domaszewicz fot. Szymon Wykrota
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Kto się czego boi

Słowa: „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie”, przeczytane o piątej rano w ośrodku dla uchodźców z Ukrainy, ustawiają cały dzień jednym pytaniem: dlaczego w kraju, gdzie wciąż tylu ludzi wierzy w Boga z „doświadczeniem migranckim”, coraz więcej z nich chce, żeby uchodźców w ogóle tu nie było?

Przy zadłużeniu mieszkania dobrze płacić przynajmniej 50 zł miesięcznie. Inaczej rusza eksmisja. Beata Domaszewicz, jedna z pierwszych w Radomiu osób zajmujących się pedagogiką ulicy, mija wejście, z którego zostały tylko odrzwia. Korytarz na parterze jest nieoświetlony, ale przez okna klatki schodowej przechodzi światła w sam raz, żeby wyminąć drobne śmieci, a nawet kałużę, pozostawioną najpewniej przez psa ujadającego zza drzwi jednego z mieszkań.

– Wpłata co najmniej takiej sumy pokazuje, że dłużnikowi zależy na mieszkaniu i na spłacie należności – wyjaśnia Beata. – Nie udaje, że „zapomniał”. Nie ukrywa, że ma problemy. Stara się i wtedy nikt go stąd nie wyrzuci.

Stoi na tle lamperii o nieustalonym kolorze, która wygląda jak gazetka ścienna bloku. Mniej więcej wiadomo, co kto komu robi albo by zrobił. Obsceniczne rysunki i intymne zwierzenia. Żarty i groźby. W niedalekim sąsiedztwie czarne litery na białej kartce zapowiadają, kiedy rozpocznie się remont klatki schodowej, więc administracja prosi o usunięcie rzeczy. Termin minął co prawda parę dni temu, jednak w ciemnych korytarzach wciąż zalega cisza.

Wracając do pięciu dych: jeżeli dłużnik nie znajdzie nawet tak skromnej sumy, musi opuścić mieszkanie socjalne. Czyli: wejście bez drzwi, zarośnięte obejście i klatkę schodową z osiedlową pornografią, dwie łazienki na jednym korytarzu, z jakich korzystają wszyscy mieszkańcy piętra, tzn. ci nieliczni, którzy jeszcze w bloku pozostali. Trzeba zostawić nieocieplone ściany i wypaczone okna, z powodu czego zimą ucieka z mieszkań ciepło, dlatego mieszkańcy dogrzewają się farelkami. Idące błyskawicznie w górę rachunki za prąd każdy stara się jednak opłacać w miarę regularnie, bo boi się odcięcia od sieci. Administracja bloku socjalnego musi zatem na swoją należność poczekać, aż ludzie zaoszczędzą trochę grosza poza sezonem grzewczym.

Beata próbuje w ciemnościach wypatrzyć numer poszukiwanego mieszkania, w którym po raz pierwszy pojawiła się dwie dekady temu. Ponieważ na pukanie nikt nie odpowiada, co jej nie dziwi, bo ludzie z bloku socjalnego nie lubią niespodziewanych gości (a nuż ktoś z administracji?), kontynuuje wątek zadłużenia. Nie kończy się ono z momentem opuszczenia przez dłużnika mieszkania socjalnego ani nawet z chwilą jego śmierci. Niezapłacone należności przechodzą z rodziców na dzieci. W teczce „Sprawy ludzi”, którą pedagożka trzyma u siebie w domu niedaleko Szydłowca, są liczne tego przykłady. Jako osoba zaufania publicznego pojawiała się w sądzie, by wyjaśnić, że dziecko mieszkało z rodzicami, lecz nie decydowało o tym, że pieniądze zamiast na rachunki szły na życie. Tak, czasami też na alkohol. Bo to są w sumie porządni ludzie, ale lubią się napić. No i mają słabą wolę. Jeżeli więc dziecko, mimo takich warunków, skończyło szkołę, poszło do pracy, dlaczego je obciążać obowiązkiem zapłacenia np. kilku tysięcy złotych długu po rodzicach?

– Zaproponowałam prezydentowi miasta stworzenie programu odpracowywania długów, jednak na razie nic z tego nie wyszło – Beata Domaszewicz dopowiada, ponawiając pukanie. – A jaki jest sens zmuszać wnuki do opłacania pobytu nigdy niewidzianego dziadka w domu pomocy społecznej? Na oko widać, że nie ma żadnego poza tym, że wierzyciel ma zajęcie.

Za drzwiami coś się jednak dzieje, przeto kobieta dodaje tylko, że w takiej sytuacji trzeba udowodnić w sądzie brak więzi między dziadkiem a wnukiem czy wnuczką. Pomagała w takich sprawach nieraz, składając zeznania i sporządzając pisma, które potem osobiście nadawała na poczcie, wysyłając za własne pieniądze listy polecone.

– Dzisiaj już tak nie robię – dopowiada. Nie wyjaśnia jednak dlaczego, bo właśnie otworzyły się drzwi.

Anioły w Radomiu

„Spielmobil” wymyślili Niemcy, a do Polski pomysł sprowadziło Stowarzyszenie Pedagogów i Animatorów Klanza w Lublinie. Organizowało nawet szkolenia, prezentując, na czym polega „autobus zabawy” i co można osiągnąć, przyjeżdżając nim do dzieci, ale własnego nie posiadali. Pierwszy zorganizowała Beata Domaszewicz – absolwentka studium menadżerów kultury i studium teatralnego, z doświadczeniem pracy w domu kultury i w domu dziecka, zdobywanym od końca lat 80. w Radomiu. W 2005 r. Beata przedstawiła pomysł pracowniczce miejskiego funduszu antyalkoholowego. Kolejne sześć miesięcy zabrało Beacie przekonanie paru ludzi z MOPS-u i urzędu miasta, że stary autosan, wycofany z usług PKS-u, w sam raz nada się do tego, co chce robić. Za miejskie pieniądze kupiono zabawki do gier zespołowych i zatrudniono stażystów. Autobus miał stały rozkład jazdy i parkował w wyznaczonym miejscu zawsze na czas.

Wyszczerbiona u dołu brama z rozeschniętych desek znajduje się przy radomskim rynku dwa kroki od dawnej kamienicy rodziny Deskurów, gdzie dzisiaj ma siedzibę centrum organizacji pozarządowych. Trzy kroki dzielą ją z kolei od muzeum z imponującą kolekcją obrazów Jacka Malczewskiego oraz ulicy Rwańskiej, która prowadzi do dzielnicy Kazimierz w pobliże pierwszej siedziby Sejmu polskiego, gdzie w 1505 r. uchwalono pierwszą konstytucję: Nihil novi. Beata potrafiła oddzielić wylot Rwańskiej kotarą od reszty miasta, by razem z jej mieszkańcami i właścicielami sklepów wyczarować na jedną dobę inny świat. Grał kataryniarz, z różnych kątów wyglądały anioły, które latały po Radomiu było nie było, dawnym mieście żydowskim – niczym na obrazach Chagalla. Były spektakle, wystawy i gry uliczne.

Teraz kroki odbijają się od powały długiej sieni przyrynkowej kamienicy. Na ścianach widać więcej cegieł niż tynku, ale przez wąski dziedziniec, prowadzący do ogrodu, łatwo zawiesić na dwóch gwoździach kawał tkaniny w charakterze tła sceny albo kurtyny i urządzić spektakl z miejscowymi dziećmi.

– Do pedagogiki zabawy zaprowadziła mnie robota w kulturze – opowiada Beata, rozpytując jednocześnie o dawnych znajomych z kamienicy. – Przy okazji wydarzeń organizowanych w centrum zawsze pojawiały się dzieci bez rodziców, którymi nikt się nie zajmował. Mieszkały m.in. tutaj, nim zaczęto ich rodziny przenosić na osiedla mieszkań socjalnych, do dzielnic oddalonych od centrum miasta.

„Spielmobil” jeszcze tam wtedy nie przyjeżdżał. Beata pojawiła się sama, by zabrać czterech chłopców, których rodziny przeniesiono już z kamienic przy rynku, na piknik do muzeum rzeźby w Orońsku. Jarka, Włodka, Adriana i Szymka spotkała na drodze pełnej kałuż, prowadzącej do bloków, w towarzystwie kolegów i koleżanek. Jej nos i gardło drażnił dym z kominów miejscowej fabryki łączników, kiedy usiłowała ich policzyć. Gdy doszła do trzydziestego siódmego dziecka, miała już w głowie plan. Zapytała jeszcze, czy mają tutaj boisko albo świetlicę. Pytanie było niedorzeczne, bo gdyby istniało jedno albo drugie, dzieci siedziałyby właśnie tam, a nie na drodze pełnej kałuż w pobliżu niskich szarych domków, krytych papą, i w gryzącym oczy dymie. Wróciła do domu i zadzwoniła do dyrektora liceum plastycznego Emilki, najmłodszej córki, z którym organizowała wyjazd do Orońska.

– Jest problem… – zaczęła i opowiedziała, co zobaczyła na drodze blisko fabryki.

– Nie szkodzi – przerwał jej, a potem usłyszała to, czego się jakoś spodziewała. – Weźmiemy drugi autokar.

Do czego służy zabawa?

– Ludzie chcą pomagać – zapewnia Beata po wyjściu z mieszkania Ilony, która nie tylko otworzyła drzwi, ale i ucieszyła się widokiem „Beci”, jak przez całe lata dzieci z osiedla zwracały się do pani Domaszewicz. – Tu są dwa małe sklepiki. Gdy „autobus zabawy” urządzał ogniska, ich właściciele sami przynosili produkty. A przecież nie powinni tego robić. Każdy z nich prowadził zeszyt, notując towar wydany klientom bez pieniędzy, za który płacili, gdy otrzymali pensję, emeryturę czy zasiłek. Może to nawet byli rodzice albo dziadkowie dzieci, które spędzały czas w „autobusie zabawy”. Oni chcieli zrobić coś dobrego. Nie wiedzieli tylko, jak się do tego zabrać.

Nie każdy rozumiał, dlaczego autobus przyjeżdża, żeby bawić się z dziećmi albo zabrać je na piknik czy na lody.

– Lekcje należy z nimi odrabiać, a nie zabawy organizować – rzuciła kiedyś fotoreporterka radomskiego dodatku „Gazety Wyborczej”, która zainteresowała się pracą z „dziećmi ulicy”.

Tylko czy Sławek zacząłby mówić, gdyby np. rozwiązywano z nim zadanie z matematyki? Milczeniem zareagował na paraliżujący strach, gdy obserwował, jak tata bije mamę. Pierwsze słowa po miesiącach milczenia zaczął nieśmiało śpiewać, gdy Beata zaintonowała piosenkę o dziesięciu klaunach. Usłyszała jego cichy głos za plecami i prawie się poryczała.

„Spielmobil” zabierał dzieci z obsmarowanych klatek schodowych, żeby mogły się bawić i przestały się martwić o mamę, „która z kimś pije”, albo o tatę, „bo znowu nie ma go w domu”. Poza tym przywoził temat spotkania, np. Pippi Langstrump, rozdającą dzieciom pestki arbuza, żeby nie dorastały. Beata rozdawała więc pestki, przekonując, że warto przygotować się do dorosłości, podejmując pierwsze obowiązki. Zabawa pozwalała jej uniknąć moralizowania, bo gra toczyła się przecież o wysoką stawkę.

Dzieci miały uwierzyć na słowo, że dorosłe życie inne niż to, które znają, jest możliwe, nawet jeśli niektóre nie wierzyły w istnienie czegoś tak banalnego jak obiad. Według nich uwierzyć można było w kromkę chleba z keczupem, a nie w pierogi czy zupę.

– Jak to Bartuś nie zje obiadu? – zdziwiła się s. Elżbieta, której zgromadzenie na prośbę Beaty zgodziło się przyjąć do przedszkola kilkoro dzieci, przychodzących do „autobusu zabawy”. Bo wydaje się, że jeśli ktoś jest głodny, powinien opróżnić talerz w try miga. Bartuś potrafił jeść trzy kwadranse, przeżuwając powoli kęsy podawane widelcem przez Beatę. Nie wstydził się. Nie odmawiał jedzenia nieznanych mu potraw. Po prostu całe życie jadł mało, więc potrzebował czasu, żeby jego skurczony żołądek przyjął większy posiłek.

Dzieci miały także uwierzyć w możliwość życia w domu bezpiecznym i komfortowym, nawet jeśli pierwszą kąpiel w wannie bierze się w wieku 10 lat. Jak Magda z kamienicy przy radomskim rynku, która przyszła do mieszkania Beaty i czwórki jej dzieci, prosząc o przenocowanie, bo „mama kogoś sobie przyprowadziła”.

Z pozyskaniem zaufania, że z każdej sytuacji jest wyjście, było jeszcze trudniej niż z przekazaniem wiary w istnienie obiadu i wanny, bo co można zrobić, kiedy zapomniało się twarzy taty? I jeszcze trzeba udawać przed obcymi, że tato częściej niż w domu mieszka w zakładzie karnym? Wyjście się znalazło: osadzeni, którzy tego chcieli i nie sprawiali problemów za kratami, zaczęli spotykać się ze swoimi dziećmi, i to nie w zakładzie, ale w ogrodzie albo w innym terenie zielonym. Beacie udało się przekonać do takiego rozwiązania dyrektorów dwóch zakładów karnych.

Konkrety i kontynuacje

Córka Ilony, której stopy w skarpetkach wychodziły jeszcze spod kołdry mimo południowej pory, chętnie znalazłaby jakieś zajęcie. Plewienie kwiatów? Czemu nie. Dwudziestolatka odstawiła telefon, który wzięła do ręki od razu po otwarciu oczu, i zapewniła:

– Jeszcze koleżankę przyprowadzę, która jest pracowita.

Klomby do uporządkowania znajdują się przy hotelu, który Spółdzielnia Socjalna Pierrot & Róża, założona w 2013 r. przez Beatę Domaszewicz, trójkę jej dzieci i przyjaciółkę, wynajmuje od początku czerwca. Beata nazywa go Rodzinnym Domem Tradycji i opowiada o trwających tam przygotowaniach do skromnego wesela Angeli – Ukrainki, która z córką Wasylisą uciekła do Polski na początku marca 2022 r. Beata wspomina o projektach pomocowych realizowanych aktualnie przez spółdzielnię, kiedy z jej torebki przebija się dźwięk telefonu.

– Zostałam matką chrzestną – mówi po chwili uradowana. Nie dziecka jednak, a wniosku o dofinansowanie, który pomogła wypełnić ludziom z pewnej organizacji pozarządowej ze świętokrzyskiego.

Swoją pierwszą dotację, z kilkudziesięciu później pozyskanych, otrzymała z Funduszu Inicjatyw Obywatelskich prawie 20 lat temu. Fundusze pozwoliły jej, w ramach założonego przez siebie stowarzyszenia Podwórkowe Anioły, nie porzucić pracy w dzielnicach socjalnych, kiedy pieniądze z miasta się skończyły. Brak kontynuacji przeszkadza jej w myśleniu projektowym do dzisiaj.

– A ludzie? A cele? – pyta retorycznie.

Ilona i Beata rozmawiają o konkretach. Pierwsza, czego potrzebuje, by spokojnie żyć: „chałupy z własną łazienką” i pracy dla syna, który prawie nie wstaje od komputera. Druga dzieli się wiedzą.

– Chcesz pomagać, nie oceniaj – powie później Mateusz Biernacki, najstarszy syn Beaty. Jest asystentem międzykulturowym, pracuje przy projektach spółdzielni socjalnej. – Mama zapraszała do naszego domu w Radomiu dzieci z Pragi (to taka szemrana dzielnica w Szydłowcu), które jarały szlugi pod domem. Zwrócisz im uwagę, możesz zapomnieć o współpracy. A mamie zależało, żeby te dzieci zobaczyły dom, gdzie siada się do stołu, żeby razem zjeść obiad i pogadać. Bekanie i puszczanie bąków też należało zignorować. Chcesz dotrzeć do człowieka, bierz go takim, jaki jest. I licz na to, że jak pożyje choć trochę z innymi ludźmi, sam odważy się coś zmienić u siebie.

Ilona nie jest więc roszczeniowa ani niezaradna. Wie, czego chce, tylko nie wie, jak to osiągnąć. Beata Domaszewicz tę wiedzę ma: dzieli się konkretnymi informacjami, użytecznymi niczym dobrze napisany wniosek o grant. Pyta, czy Ilona złożyła już wniosek o rentę wdowią. Jeszcze nie? Beata nikomu jeszcze tego świadczenia nie załatwiała, ale jak „przejdzie pierwszą osobę”, przekaże jej, jak ma się do tego zabrać. Dodatkowy grosz pomoże jej znaleźć mieszkanie bez grzyba i z własną łazienką. A co do roboty dla starszego dziecka, to pogada z Mateuszem, bo ten zatrudnił jakiś czas temu Maćka, „który był wiadomo gdzie”. Może będzie kogoś jeszcze potrzebował.

– Maćka nikt nie chciał zatrudnić ze względu na jego pobyty w zakładach penitencjarnych – dopowiada później Mateusz. – Dzisiaj to mój najlepszy pracownik.

Drabina do nieba

„Ćpunka pomagania”, jak Beatę Domaszewicz nazywał Marek Liciński, specjalista od resocjalizacji społecznej, nie wyręcza już nikogo. Nauczyła się, że należy pomagać tym, którzy dzięki wsparciu dalej idą już sami. Ale kiedyś tak nie było.

– Gdybym był twoim dzieckiem ulicy, tobyś to dla mnie zrobiła – mówił mały Mateusz, rozgoryczony.

– I miał rację – przyznaje Beata. – Pismo od kuratora? Zorganizuję. Taksówki, które zawiozą dzieci do przedszkola? Zapłacę, skoro zawiodła firma, która podpisała na to umowę. Miałam wrażenie, że jak odpuszczę, zaprzepaszczę czyjeś nadzieje na zmianę życia albo stanie się coś nieodwracalnego lub strasznego. A potem i tak stało się to, co się stało: pani Agnieszka, która bywała u mnie w domu, chroniąc się przed przemocowym mężem, została przez niego zamordowana. Niewiele wcześniej zmarł ojciec moich dzieci. Kilka miesięcy później sama mierzyłam się z nowotworem, a kiedy szczęśliwie wyszłam z choroby, właściwie nie mieliśmy z czego żyć. Musiałam nauczyć się pomagania, które by mnie nie pożerało. Stawiania granic, żeby mieć czas i przestrzeń dla siebie i swoich spraw.

Stoi na schodach prowadzących do ogrodu na tyłach szydłowieckiej synagogi, który rodzina Ajzenbergów wybudowała w 1730 r. dla robotników swojej garbarni. Od grudnia 2023 r. miejsce, z którego oryginalna, barokowo-klasycystyczna, pozostała jedynie ściana frontowa z trzema oknami i gankiem, należy do spółdzielni socjalnej. Stoi więc pod nieistniejąca kuczką, która poza świętem Sukkot, kiedy należy modlić się w szałasach, pełniła funkcję altany, i przedstawia plany. Święta Sukkot w Szydłowcu nikt już, rzecz jasna, nie obchodzi, od kiedy w Holokauście zginęli niemal wszyscy tamtejsi Żydzi, czyli ponad 70% przedwojennej społeczności miasteczka.

– Ale spektakl zrobić można – stwierdza. – Zwłaszcza dzisiaj, kiedy coraz więcej ludzi znowu zaczyna się bać. Ukrainek z małymi dziećmi, bo pobierają 800 plus, mimo że pracują na to świadczenie, bo są legalnie zatrudnione i płacą podatki. Uchodźców, chociaż znakomicie odnajdują się w Polsce, a ich obecności w gospodarce po prostu potrzebujemy. Żydów też się obawiano, bo mieli zabierać pracę, domy… Dzisiaj w Szydłowcu nie ma ani jednego Żyda. Z tych, którzy tu żyli przed 1939 r., ocalała garstka, która rozpierzchła się po świecie. Zresztą ja też się boję: brunatnych pomruków na horyzoncie. Tak bym to ogólnie ujęła. Można by więc zrobić…

Pomysły płyną wartko: warsztaty międzykulturowe, koncerty, wystawy, spektakle dla dzieci i dorosłych. Tytuł własnej sztuki: Drabina do nieba, ma już od lat, rozpisane są wątki i fabuła. Brakuje czasu, żeby wymyślić ją do końca. W dawnej synagodze miałby więc powstać dom kultury i miejsce spotkań.

– Lubię spotykać ludzi ze sobą – stwierdza. – Mam nawet taki plan na emeryturę: zakładam farmę z siecią domków do wynajęcia na dowolny czas (nawet do końca życia) dla ludzi, którzy potrzebują miejsca do pracy w samotności. Ktoś maluje? Proszę bardzo. W tzw. normalnym życiu nie sposób skończyć książki? Można wyjechać pod Szydłowiec, by na farmie skończyć dzieło. Jeden domek byłby wspólny, gdyby jednak od czasu do czasu ktoś potrzebował rozmowy albo chociaż wspólnego wypicia kawy w milczeniu. Będę tam prowadzić bibliotekę starych nasion albo szkółkę rzadkich odmian drzew owocowych. Chciałabym, by znalazł tam miejsce mój drugi syn, który z powodu nawrotów choroby psychicznej nie powinien mieszkać sam.

Coś innego niż zysk

W hotelu pokoje są zajęte, poza dwoma wynajmowanymi turystom, których poza sezonem jest jak na lekarstwo. W pozostałych mieszkają Ukrainki z dziećmi. Niektóre przebywają tam od późnej zimy 2022 r., kiedy w Polsce uchodźcom z dobytkiem zapakowanym w reklamówki pomagali wszyscy. U progu lata 2025 r. angażowali się nieliczni. W czerwcu na spotkaniu z miejscowymi władzami poproszono, żeby rodziny uchodźcze zaczęły zwalniać pokoje. Nie nerwowo, bez pośpiechu, ale tak, by do końca roku już ich nie było.

– Mam dwójkę dzieci i wstaję o piątej rano, by zdążyć ze wszystkim przed pracą – powiedziała „pani z ministerstwa”, zaproszona na spotkanie. – Dlaczego Ukrainki nie potrafią żyć samodzielnie, tylko potrzebują ośrodka?

Beata Domaszewicz, zaangażowana w pomaganie rodzinom uchodźczym, przez wiele następnych dni zastanawiała się, co miała na to dopowiedzieć. Że Natalia przeszła w Polsce chorobę nowotworową, ma dwoje małych dzieci i pracuje jako kucharka, choć w Ukrainie miała salon kosmetyczny? Pilna, akuratna, ale nie zarabia tyle, żeby samodzielnie się utrzymać. No i jest w trakcie remisji. Gdyby Beata przypomniała, że Ukrainki są tu bez babci czy cioci, które mogłyby zająć się dziećmi w awaryjnej sytuacji, mówiłaby banały. Może trzeba było opowiedzieć, jak trudno czasami obcokrajowcom korzystać z polskiej służby zdrowia, więc znajome Ukrainki i ich dzieci zapisuje na wizyty jej 80-letnia mama, dawna rejestratorka w przychodni? O tym, że pomoc w ośrodkach od dawna nie jest darmowa – 1700 zł miesięcznie płaci dorosły, 450 zł kosztuje pobyt dziecka; z opłat zwalnia wychowywanie co najmniej trójki dzieci albo niepełnosprawność – przypominać nie było sensu, bo uczestnicy spotkania to przecież wiedzieli. A może trzeba było powiedzieć, że ona, Beata Domaszewicz, nie słucha serwisów informacyjnych?

Od dziewczyn z ośrodka dowiaduje się na bieżąco, kto z bliskich czy znajomych zginął na froncie albo komu spaliło się mieszkanie i został z niczym. One są jej portalem informacyjnym.

„Darmo otrzymaliście…” – do Beaty wróciły przeczytane rano słowa z Ewangelii Mateuszowej, gdy przeglądała ubrania w ciucholandzie, zastanawiając się, w jaki sposób kobiety z ośrodka do końca roku mają stać się w pełni samodzielne. Wyciągnęła letnią sukienkę. Oceniając po rozmiarze, powinna być w sam raz dla Poli, która miała trzy miesiące, gdy kilka tygodni po wybuchu wojny jej mama pojawiła się z nią w nocy w hotelu.

Pomysł by się znalazł, np. w ekonomii społecznej, której popularyzacji sporo energii poświęcił w ostatnich latach życia zmarły w 2020 r. Henryk Wujec. Nie chodzi w niej o spiętrzanie zysków, więc nazywana jest też ekonomią solidarności. Biznes ma nie przynosić strat i pozwalać godnie żyć ludziom zaangażowanym w jego prowadzenie. Poza tym powinien zapewniać możliwość nauki zawodu i samodzielnej życiowej nawigacji tym, którzy nie wynieśli jej z domu albo znaleźli się „poza burtą”, np. z powodu wojny i migracji. Tak jak Beata Domaszewicz założyła spółdzielnię socjalną, m.in. dla zatrudniania osób, którym trudno odnaleźć się na rynku pracy, bo dorastali w trudnych rodzinach, tak instytucje czy prywatne osoby, które prowadzą ośrodki dla uchodźców, mogłyby prowadzić je jako przedsiębiorstwa ekonomii społecznej.

Beata Domaszewicz opowiada, jak powinno to wyglądać. Wystarczyłoby przeprowadzić szkolenie. Może wtedy nie zrezygnowano by z prowadzenia miejsc, gdzie rodziny uchodźcze mogą być razem i udzielać sobie wsparcia? Bo jeśli tacy ludzie jak ona czegoś się boją, to właśnie tego: pozostawienia ludzi z doświadczeniem wojny i wygnania samym sobie w kraju, który staje im się coraz bardziej niechętny.

Imiona osób z dzielnic socjalnych, z którymi współpracowała bohaterka tekstu, zostały zmienione. Na jej prośbę nie podano też nazw dzielnic Radomia, gdzie mieszkają, ani nazwy miejscowości, gdzie pomaga rodzinom uchodźczym z Ukrainy.

Artykuł pojawił się w numerze: Między słowami. Jak budować głębsze relacje