Subskrybuj
Beata Domaszewicz fot. Szymon Wykrota
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Kto się czego boi

Słowa: „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie”, przeczytane o piątej rano w ośrodku dla uchodźców z Ukrainy, ustawiają cały dzień jednym pytaniem: dlaczego w kraju, gdzie wciąż tylu ludzi wierzy w Boga z „doświadczeniem migranckim”, coraz więcej z nich chce, żeby uchodźców w ogóle tu nie było?

Przy zadłużeniu mieszkania dobrze płacić przynajmniej 50 zł miesięcznie. Inaczej rusza eksmisja. Beata Domaszewicz, jedna z pierwszych w Radomiu osób zajmujących się pedagogiką ulicy, mija wejście, z którego zostały tylko odrzwia. Korytarz na parterze jest nieoświetlony, ale przez okna klatki schodowej przechodzi światła w sam raz, żeby wyminąć drobne śmieci, a nawet kałużę, pozostawioną najpewniej przez psa ujadającego zza drzwi jednego z mieszkań.

– Wpłata co najmniej takiej sumy pokazuje, że dłużnikowi zależy na mieszkaniu i na spłacie należności – wyjaśnia Beata. – Nie udaje, że „zapomniał”. Nie ukrywa, że ma problemy. Stara się i wtedy nikt go stąd nie wyrzuci.

Stoi na tle lamperii o nieustalonym kolorze, która wygląda jak gazetka ścienna bloku. Mniej więcej wiadomo, co kto komu robi albo by zrobił. Obsceniczne rysunki i intymne zwierzenia. Żarty i groźby. W niedalekim sąsiedztwie czarne litery na białej kartce zapowiadają, kiedy rozpocznie się remont klatki schodowej, więc administracja prosi o usunięcie rzeczy. Termin minął co prawda parę dni temu, jednak w ciemnych korytarzach wciąż zalega cisza.

Wracając do pięciu dych: jeżeli dłużnik nie znajdzie nawet tak skromnej sumy, musi opuścić mieszkanie socjalne. Czyli: wejście bez drzwi, zarośnięte obejście i klatkę schodową z osiedlową pornografią, dwie łazienki na jednym korytarzu, z jakich korzystają wszyscy mieszkańcy piętra, tzn. ci nieliczni, którzy jeszcze w bloku pozostali. Trzeba zostawić nieocieplone ściany i wypaczone okna, z powodu czego zimą ucieka z mieszkań ciepło, dlatego mieszkańcy dogrzewają się farelkami. Idące błyskawicznie w górę rachunki za prąd każdy stara się jednak opłacać w miarę regularnie, bo boi się odcięcia od sieci. Administracja bloku socjalnego musi zatem na swoją należność poczekać, aż ludzie zaoszczędzą trochę grosza poza sezonem grzewczym.

Beata próbuje w ciemnościach wypatrzyć numer poszukiwanego mieszkania, w którym po raz pierwszy pojawiła się dwie dekady temu. Ponieważ na pukanie nikt nie odpowiada, co jej nie dziwi, bo ludzie z bloku socjalnego nie lubią niespodziewanych gości (a nuż ktoś z administracji?), kontynuuje wątek zadłużenia. Nie kończy się ono z momentem opuszczenia przez dłużnika mieszkania socjalnego ani nawet z chwilą jego śmierci. Niezapłacone należności przechodzą z rodziców na dzieci. W teczce „Sprawy ludzi”, którą pedagożka trzyma u siebie w domu niedaleko Szydłowca, są liczne tego przykłady. Jako osoba zaufania publicznego pojawiała się w sądzie, by wyjaśnić, że dziecko mieszkało z rodzicami, lecz nie decydowało o tym, że pieniądze zamiast na rachunki szły na życie. Tak, czasami też na alkohol. Bo to są w sumie porządni ludzie, ale lubią się napić. No i mają słabą wolę. Jeżeli więc dziecko, mimo takich warunków, skończyło szkołę, poszło do pracy, dlaczego je obciążać obowiązkiem zapłacenia np. kilku tysięcy złotych długu po rodzicach?

– Zaproponowałam prezydentowi miasta stworzenie programu odpracowywania długów, jednak na razie nic z tego nie wyszło – Beata Domaszewicz dopowiada, ponawiając pukanie. – A jaki jest sens zmuszać wnuki do opłacania pobytu nigdy niewidzianego dziadka w domu pomocy społecznej? Na oko widać, że nie ma żadnego poza tym, że wierzyciel ma zajęcie.

Za drzwiami coś się jednak dzieje, przeto kobieta dodaje tylko, że w takiej sytuacji trzeba udowodnić w sądzie brak więzi między dziadkiem a wnukiem czy wnuczką. Pomagała w takich sprawach nieraz, składając zeznania i sporządzając pisma, które potem osobiście nadawała na poczcie, wysyłając za własne pieniądze listy polecone.

– Dzisiaj już tak nie robię – dopowiada. Nie wyjaśnia jednak dlaczego, bo właśnie otworzyły się drzwi.

Anioły w Radomiu

Spielmobil” wymyślili Niemcy, a do Polski pomysł sprowadziło Stowarzyszenie Pedagogów i Animatorów Klanza w Lublinie. Organizowało nawet szkolenia, prezentując, na czym polega „autobus zabawy” i co można osiągnąć, przyjeżdżając nim do dzieci, ale własnego nie posiadali. Pierwszy zorganizowała Beata Domaszewicz – absolwentka studium menadżerów kultury i studium teatralnego, z doświadczeniem pracy w domu kultury i w domu dziecka, zdobywanym od końca lat 80. w Radomiu. W 2005 r. Beata przedstawiła pomysł pracowniczce miejskiego funduszu antyalkoholowego. Kolejne sześć miesięcy zabrało Beacie przekonanie paru ludzi z MOPS-u i urzędu miasta, że stary autosan, wycofany z usług PKS-u, w sam raz nada się do tego, co chce robić. Za miejskie pieniądze kupiono zabawki do gier zespołowych i zatrudniono stażystów. Autobus miał stały rozkład jazdy i parkował w wyznaczonym miejscu zawsze na czas.

Wyszczerbiona u dołu brama z rozeschniętych desek znajduje się przy radomskim rynku dwa kroki od dawnej kamienicy rodziny Deskurów, gdzie dzisiaj ma siedzibę centrum organizacji pozarządowych. Trzy kroki dzielą ją z kolei od muzeum z imponującą kolekcją obrazów Jacka Malczewskiego oraz ulicy Rwańskiej, która prowadzi do dzielnicy Kazimierz w pobliże pierwszej siedziby Sejmu polskiego, gdzie w 1505 r. uchwalono pierwszą konstytucję: Nihil novi. Beata potrafiła oddzielić wylot Rwańskiej kotarą od reszty miasta, by razem z jej mieszkańcami i właścicielami sklepów wyczarować na jedną dobę inny świat. Grał kataryniarz, z różnych kątów wyglądały anioły, które latały po Radomiu było nie było, dawnym mieście żydowskim – niczym na obrazach Chagalla. Były spektakle, wystawy i gry uliczne.

Teraz kroki odbijają się od powały długiej sieni przyrynkowej kamienicy. Na ścianach widać więcej cegieł niż tynku, ale przez wąski dziedziniec, prowadzący do ogrodu, łatwo zawiesić na dwóch gwoździach kawał tkaniny w charakterze tła sceny albo kurtyny i urządzić spektakl z miejscowymi dziećmi.

– Do pedagogiki zabawy zaprowadziła mnie robota w kulturze – opowiada Beata, rozpytując jednocześnie o dawnych znajomych z kamienicy. – Przy okazji wydarzeń organizowanych w centrum zawsze pojawiały się dzieci bez rodziców, którymi nikt się nie zajmował. Mieszkały m.in. tutaj, nim zaczęto ich rodziny przenosić na osiedla mieszkań socjalnych, do dzielnic oddalonych od centrum miasta.

Spielmobil” jeszcze tam wtedy nie przyjeżdżał. Beata pojawiła się sama, by zabrać czterech chłopców, których rodziny przeniesiono już z kamienic przy rynku, na piknik do muzeum rzeźby w Orońsku. Jarka, Włodka, Adriana i Szymka spotkała na drodze pełnej kałuż, prowadzącej do bloków, w towarzystwie kolegów i koleżanek. Jej nos i gardło drażnił dym z kominów miejscowej fabryki łączników, kiedy usiłowała ich policzyć. Gdy doszła do trzydziestego siódmego dziecka, miała już w głowie plan. Zapytała jeszcze, czy mają tutaj boisko albo świetlicę. Pytanie było niedorzeczne, bo gdyby istniało jedno albo drugie, dzieci siedziałyby właśnie tam, a nie na drodze pełnej kałuż w pobliżu niskich szarych domków, krytych papą, i w gryzącym oczy dymie. Wróciła do domu i zadzwoniła do dyrektora liceum plastycznego Emilki, najmłodszej córki, z którym organizowała wyjazd do Orońska.

– Jest problem… – zaczęła i opowiedziała, co zobaczyła na drodze blisko fabryki.

– Nie szkodzi – przerwał jej, a potem usłyszała to, czego się jakoś spodziewała. – Weźmiemy drugi autokar.

Do czego służy zabawa?

– Ludzie chcą pomagać – zapewnia Beata po wyjściu z mieszkania Ilony, która nie tylko otworzyła drzwi, ale i ucieszyła się widokiem „Beci”, jak przez całe lata dzieci z osiedla zwracały się do pani Domaszewicz. – Tu są dwa małe sklepiki. Gdy „autobus zabawy” urządzał ogniska, ich właściciele sami przynosili produkty. A przecież nie powinni tego robić. Każdy z nich prowadził zeszyt, notując towar wydany klientom bez pieniędzy, za który płacili, gdy otrzymali pensję, emeryturę czy zasiłek. Może to nawet byli rodzice albo dziadkowie dzieci, które spędzały czas w „autobusie zabawy”. Oni chcieli zrobić coś dobrego. Nie wiedzieli tylko, jak się do tego zabrać.

Nie każdy rozumiał, dlaczego autobus przyjeżdża, żeby bawić się z dziećmi albo zabrać je na piknik czy na lody.

– Lekcje należy z nimi odrabiać, a nie zabawy organizować – rzuciła kiedyś fotoreporterka radomskiego dodatku „Gazety Wyborczej”, która zainteresowała się pracą z „dziećmi ulicy”.

Tylko czy Sławek zacząłby mówić, gdyby np. rozwiązywano z nim zadanie z matematyki? Milczeniem zareagował na paraliżujący strach, gdy obserwował, jak tata bije mamę. Pierwsze słowa po miesiącach milczenia zaczął nieśmiało śpiewać, gdy Beata zaintonowała piosenkę o dziesięciu klaunach. Usłyszała jego cichy głos za plecami i prawie się poryczała.

Spielmobil” zabierał dzieci z obsmarowanych klatek schodowych, żeby mogły się bawić i przestały się martwić o mamę, „która z kimś pije”, albo o tatę, „bo znowu nie ma go w domu”. Poza tym przywoził temat spotkania, np. Pippi Langstrump, rozdającą dzieciom pestki arbuza, żeby nie dorastały. Beata rozdawała więc pestki, przekonując, że warto przygotować się do dorosłości, podejmując pierwsze obowiązki. Zabawa pozwalała jej uniknąć moralizowania, bo gra toczyła się przecież o wysoką stawkę.

Dzieci miały uwierzyć na słowo, że dorosłe życie inne niż to, które znają, jest możliwe, nawet jeśli niektóre nie wierzyły w istnienie czegoś tak banalnego jak obiad. Według nich uwierzyć można było w kromkę chleba z keczupem, a nie w pierogi czy zupę.

– Jak to Bartuś nie zje obiadu? – zdziwiła się s. Elżbieta, której zgromadzenie na prośbę Beaty zgodziło się przyjąć do przedszkola kilkoro dzieci, przychodzących do „autobusu zabawy”. Bo wydaje się, że jeśli ktoś jest głodny, powinien opróżnić talerz w try miga. Bartuś potrafił jeść trzy kwadranse, przeżuwając powoli kęsy podawane widelcem przez Beatę. Nie wstydził się. Nie odmawiał jedzenia nieznanych mu potraw. Po prostu całe życie jadł mało, więc potrzebował czasu, żeby jego skurczony żołądek przyjął większy posiłek. Dzieci miały także uwierzyć w możliwość życia w domu bezpiecznym i komfortowym, nawet jeśli pierwszą kąpiel w wannie bierze się w wieku 10 lat. Jak Magda z kamienicy przy radomskim rynku, która przyszła do mieszkania Beaty i czwórki jej dzieci, prosząc o przenocowanie, bo „mama kogoś sobie przyprowadziła”. Z pozyskaniem zaufania, że z każdej sytuacji jest wyjście, było jeszcze trudniej niż z przekazaniem wiary w istnienie obiadu i wanny, bo co można zrobić, kiedy zapomniało się twarzy taty? I jeszcze trzeba udawać przed obcymi, że tato częściej niż w domu mieszka w zakładzie karnym? Wyjście się znalazło: osadzeni, którzy tego chcieli i nie sprawiali problemów za kratami, zaczęli spotykać się ze swoimi dziećmi, i to nie w zakładzie, ale w ogrodzie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Między słowami. Jak budować głębsze relacje