W piątek 3 października prezydent Trump postawił Hamasowi ultimatum. Jego przekaz był jasny: do niedzieli wieczór przyjmujecie mój plan dla Gazy albo „rozpęta się piekło”. Przedstawiony kilka dni wcześniej plan zakładał natychmiastowy rozejm, wymianę wszystkich zakładników żywych i martwych na prawie 2 tys. Palestyńczyków pozostających w więzieniach izraelskich, rozbrojenie Hamasu, oddanie przez organizację władzy w Gazie, przekazanie zarządzania Strefą technokratycznemu gabinetowi palestyńskiemu wspieranemu przez międzynarodową Radę Pokoju z Donaldem Trumpem na czele, wprowadzenie międzynarodowych sił rozjemczych. Izrael ma się wycofać z części Gazy, a z czasem z całego jej terytorium. Zrezygnuje z okupacji i aneksji Gazy, nikt z mieszkańców nie będzie zmuszony do opuszczenia Strefy. Dziewiętnasty punkt planu zakładał, że w niesprecyzowanej bliżej przyszłości mogą powstać warunki do stworzenia drogi do państwowości palestyńskiej. Hamas nie czekał długo, jeszcze tego samego dnia zgodził się na przyjęcie planu. Przynajmniej tak brzmiące tytuły zalały media natychmiast po tym, jak kierownictwo polityczne organizacji wydało wieczorny komunikat. W reakcji Trump nakazał premierowi Netanjahu bezzwłocznie przerwać bombardowania Gazy. W krótkim oświadczeniu wydanym w noc szabasową rząd poinformował, że armia przechodzi na pozycje defensywne. W sobotę rano okazało się, że uczestniczymy w medialnej grze, której wynik przez kolejne dni wisiał na włosku. Najkrócej mówiąc, ani Hamas nie przyjął warunków planu, ani Izrael nie przerwał…
Reporter, pisarz, autor i prowadzący podcast „Raport o stanie świata”. Laureat nagrody dla Dziennikarza Roku w konkursie Grand Press 2020