Subskrybuj
Palestyńskie dziewczynki bawiące się w ruinach miasta Gaza zniszczonego w wyniku izraelskich ostrzałów podczas święta Id al-Fitr, 31 marca 2025 r. fot. Mahmoud Issa/Anadolu/Getty
Reporter, pisarz, autor i prowadzący podcast „Raport o stanie świata”. Laureat nagrody dla Dziennikarza Roku w konkursie Grand Press 2020

Zaklinanie wojny

Zginęło prawie 2 tys. Izraelczyków i 70 tys. Palestyńczyków. Strefę Gazy zrównano z ziemią, życie milionów ludzi zostało bezpowrotnie zniszczone. Nikt nie przewiduje poważnie, że w bliskiej przyszłości konflikt rzeczywiście dobiegnie końca.

W piątek 3 października prezydent Trump postawił Hamasowi ultimatum. Jego przekaz był jasny: do niedzieli wieczór przyjmujecie mój plan dla Gazy albo „rozpęta się piekło”. Przedstawiony kilka dni wcześniej plan zakładał natychmiastowy rozejm, wymianę wszystkich zakładników żywych i martwych na prawie 2 tys. Palestyńczyków pozostających w więzieniach izraelskich, rozbrojenie Hamasu, oddanie przez organizację władzy w Gazie, przekazanie zarządzania Strefą technokratycznemu gabinetowi palestyńskiemu wspieranemu przez międzynarodową Radę Pokoju z Donaldem Trumpem na czele, wprowadzenie międzynarodowych sił rozjemczych. Izrael ma się wycofać z części Gazy, a z czasem z całego jej terytorium. Zrezygnuje z okupacji i aneksji Gazy, nikt z mieszkańców nie będzie zmuszony do opuszczenia Strefy. Dziewiętnasty punkt planu zakładał, że w niesprecyzowanej bliżej przyszłości mogą powstać warunki do stworzenia drogi do państwowości palestyńskiej.

Hamas nie czekał długo, jeszcze tego samego dnia zgodził się na przyjęcie planu. Przynajmniej tak brzmiące tytuły zalały media natychmiast po tym, jak kierownictwo polityczne organizacji wydało wieczorny komunikat. W reakcji Trump nakazał premierowi Netanjahu bezzwłocznie przerwać bombardowania Gazy. W krótkim oświadczeniu wydanym w noc szabasową rząd poinformował, że armia przechodzi na pozycje defensywne.

W sobotę rano okazało się, że uczestniczymy w medialnej grze, której wynik przez kolejne dni wisiał na włosku. Najkrócej mówiąc, ani Hamas nie przyjął warunków planu, ani Izrael nie przerwał bombardowań Gazy. Kierownictwo polityczne organizacji zgodziło się tylko na wypuszczenie zakładników, domagając się negocjacji pozostałych punktów planu. W znanych dotychczas okolicznościach reakcja premiera Izraela Netanjahu byłaby przewidywalna: Hamas odrzuca plan, a Siły Obronne Izraela (IDF) przystępują do kolejnej fazy wojny. Jednak warunki, które postawił obu stronom konfliktu Donald Trump, były dalekie od oczywistych. Niektóre izraelskie źródła podają, że Trump zastraszył Netanjahu, zapowiadając, że jeśli nie przerwie bombardowań, Ameryka wycofa swoje poparcie dla Izraela. Być może jednak wcale nie musiał tego robić: izraelski premier sam zrozumiał, że zakreślone przez Trumpa pole manewru właśnie mu się skończyło.

Kolejne kilka dni w egipskim Szarm el-Szejk trwały negocjacje Izraela i Hamasu prowadzone za pośrednictwem Kataru, Egiptu i Stanów Zjednoczonych. W poniedziałek 13 października 20 zakładników, którzy przeżyli koszmar dwóch lat w niewoli, wróciło do Izraela, a prawie 2 tys. Palestyńczyków, wielu z nich przetrzymywanych bez wyroku sądu, ale też 250 z wyrokami za morderstwa i terroryzm, wyszło z izraelskich więzień. Izrael wycofał wojska na uzgodnioną linię, zostawiając sobie kontrolę nad ponad połową Strefy. Ponad 2 mln mieszkańców Gazy obudziło się z nadzieją, że tym razem wojna naprawdę dobiegła końca.

Rodzina z przemocowym ojcem

Ceruja Szalew jest jedną z najbardziej znanych i najczęściej tłumaczonych pisarek izraelskich. Gdy przed laty zaczynała tworzyć, programowo trzymała się z dala od bieżących wydarzeń. Opisy życia wewnętrznego miały być jej osobistym protestem przeciwko polityce, która wdzierała się w życie Izraelczyków bez pytania o zgodę. Ponad dekadę temu w jej pisarstwie nastąpił zwrot. W kolejnych powieściach opisy relacji międzyludzkich były przedstawiane w kontekście historycznym. W ostatniej książce Los wraca do korzeni państwa Izrael, dokonując wiwisekcji relacji rodzinnych i intymnych na tle burzliwych bliskowschodnich wydarzeń.

Z autorką spotykam się w jej pięknym domu zawieszonym na zboczach góry Karmel w Hajfie, gdzie przeprowadziła się z Jerozolimy.

– To już osiem lat, ale wciąż brak mi Jerozolimy. Ciągle mam wrażenie tymczasowości.

Pytam, czy to polityka i historia definiują Izraelczyków.

– Tak, wierzę, że historia jest sednem naszej egzystencji i naszej tożsamości. Historia scalała nas – naród żydowski, nie tylko Izraelczyków – przez 2 tys. lat, kiedy nie mieliśmy państwa i byliśmy na wygnaniu w wielu krajach. Ten cud trwania pod wspólną tożsamością umożliwił nam powrót do naszej historycznej ziemi i pozwolił przetrwać. Historia i Biblia, która odzwierciedla dzieje Izraela, nadal są tutaj bardzo ważne. Chciałabym jednak, abyśmy umieli wyciągnąć więcej wniosków z przeszłości.

Jedną z bohaterek Losu jest była terrorystka Rachela, członkini organizacji Lechi, stosującej bardziej radykalne metody walki z Brytyjczykami i Arabami od Hagany, a nawet Irgunu, ugrupowań lepiej znanych i bardziej docenianych w dzisiejszym Izraelu. Lechi, znana również jako Gang Sterna (od nazwiska jednego z jej liderów), dokonywała zamachów na Arabów i Brytyjczyków, w 1940 r. zaoferowała nawet pomoc Niemcom w walce z Brytyjczykami na Bliskim Wschodzie. We wrześniu 1948 r. po zamordowaniu przez Lechi szwedzkiego polityka Folkego Bernadotte’a, który był mediatorem w wojnie Żydów z Arabami, a wcześniej pomógł w ocaleniu życia tysięcy Żydów, przywódcy Lechii zostali aresztowani przez władze Izraela, organizację zdelegalizowano, a jej działania do dziś uważane są przez wielu Izraelczyków za skrajny i szkodliwy dla państwa epizod w historii armii izraelskiej. Bohaterka odczuwa urazę do Izraela, ma poczucie zmarnowanego życia. Pytam, jak mocno takie uczucia determinują poglądy Izraelczyków. Przez ostatnie dwa lata coraz częściej wydarzenia po 7 października postrzegane są poza Izraelem jako zemsta, wojna, której celem jest zabicie jak największej liczby Palestyńczyków.

– Resentymenty rozwinęły się w Izraelu na wiele sposobów. Uważam, że sam Netanjahu odczuwał głęboką urazę, kiedy był młody, a także kiedy doszedł do władzy. To ta niechęć sprawia, że staje się on wrogi wobec wszystkich, którzy są przeciwko niemu. Netanjahu i jego rodzina są chorzy z nienawiści. Wspominam o rodzinie, ponieważ jego żona i syn są bardzo wpływowi, skorumpowani, a zarazem skłonni do agresji. Prywatna patologia rodziny premiera przekształciła się w chorobę całego kraju. Istnieje niewielka, bardzo aktywna grupa ludzi, którzy nadal uwielbiają Bibiego i są gotowi zrobić wszystko, czego od nich zażąda.

Szalew przed kilku laty zaczęła pracować jako wolontariuszka z kobietami, które doświadczyły przemocy w rodzinie. Dla niej Netanjahu to właśnie postać przemocowa, ojciec patologicznej rodziny, który krzywdzi dzieci.

– Państwo jest jak rodzina. Wielu Izraelczyków wyjeżdża dziś z kraju, ale ja nie mam zagranicznego paszportu, większość z nas nie ma gdzie wyjechać, bo to jest nasz dom. Nie czujemy się w nim bezpiecznie, ponieważ nasz ojciec, premier, autorytet, raz po raz nas krzywdzi. Myślę jednak, że większość Izraelczyków już rozumie, o co chodzi, widzi zbrodnie, straszną przemoc domową w rodzinie.

Szalew opowiada o Netanjahu, jakby był bohaterem jednej z jej książek.

– Wie pan, w przypadku przemocy w domu niektóre dzieci skupiają się razem, stają się bardziej solidarne i próbują walczyć z agresywnym ojcem. Inna część rodziny ma tendencję do zaprzeczania przestępstwom i identyfikuje się z ojcem przeciwko rodzeństwu. Jednak myślę, że większość naszego społeczeństwa już rozumie, że to Bibi stał się największym zagrożeniem dla państwa Izrael.

Kilkukrotnie podczas tej rozmowy pytałem Ceruję Szalew o jej stosunek do palestyńskich ofiar wojny, ale za każdym razem wracaliśmy do Netanjahu – sprawcy zła, zdrajcy i naczelnego niszczyciela narodu. Próżno w jej słowach szukać krytyki społeczeństwa Izraela, które świadomie wspierało tę wojnę. W jej rozumieniu Izraelczycy to ofiary, które zostały przez Netanjahu wzięte do niewoli. To on od grudnia 2022 r. rujnuje izraelską demokrację i ze strachu przed pójściem do więzienia za korupcję dobiera sobie do rządu faszystów w rodzaju Itamara Ben-Gwira czy Becalela Smotricza. Ben Gwir ma na koncie wyroki za podżeganie do rasizmu i wspieranie organizacji terrorystycznej, Smotricz wielokrotnie prezentował rasistowskie poglądy, zasłynął m.in. propozycją, by na oddziałach położniczych w izraelskich szpitalach segregować Żydówki i Arabki. Premier prowadził okrutną wojnę, robiąc wszystko, włącznie z poświęceniem życia izraelskich zakładników, by przedłużać ją w nieskończoność.

Izrael w stanie wyparcia

Podobnie jak Szalew myśli dziś spora część opinii publicznej, którą jeszcze kilka lat temu określano mianem „liberalnego Izraela”. Problem w tym, że takiego głosu, czyli liczącej się siły wspierającej dialog z Palestyńczykami i powołanie państwa palestyńskiego, praktycznie w Izraelu nie ma. Już przed 7 października takich ludzi było niewielu. Dwa państwa, cierpienie zadawane Palestyńczykom na terytoriach okupowanych – to nie były tematy, którymi żył Izrael. Służbom udało się praktycznie wyeliminować akty terroryzmu w Izraelu, więc kwestia palestyńska przestała istnieć. W kampanii wyborczej pod koniec 2022 r. liczył się stan gospodarki. Po wyborach, gdy Netanjahu rozpoczął walkę z sądami i mediami, to te kwestie rozpalały Izraelczyków, zwłaszcza przeciwników rządu. Palestyńczycy byli nieistotni.

Liberalny Izrael został ostatecznie pogrzebany przez Hamas 7 października, kiedy nawet niedawni zwolennicy porozumienia z Palestyńczykami byli oszołomieni skalą bestialstwa zamachowców.

Niedobitki wołających o pokój i przypominających o zbrodniach Izraela wobec Palestyńczyków snują się po lewicowych dziennikach typu „Haaretz”, organizacjach takich jak B’tselem, Breaking the Silence czy Peace Now i demonstracjach antyrządowych organizowanych przez cały czas wojny.

– To społeczeństwo jest chore i wypiera prawdę o sobie, o tej wojnie i ludobójstwie, którego dokonujemy na Palestyńczykach. Skrajna prawica od 15–20 lat zmienia kraj na swoją modłę i pod wodzą Netanjahu może to robić w nieskończoność – mówi mi Joav na demonstracji w Jerozolimie 4 października. Przychodzi tu od ponad dwóch lat, zaczął jeszcze przed wybuchem wojny. Tak samo jak wielu innych uczestników tej demonstracji. To barwne i głośne, ale nieliczne postawy.

– Ogólnie rzecz biorąc, Izraelczycy nie przejmują się tym, co się dzieje w Gazie – mówi mi w Jerozolimie Gershon Baskin. Baskin jest aktywistą i negocjatorem od lat pracującym na rzecz pojednania izraelsko-palestyńskiego. Ma bezpośrednie kontakty z Hamasem, które wykorzystał, gdy zaangażował się w negocjacje po porwaniu żołnierza Gilada Szalita w 2006 r. Szalit przesiedział w niewoli pięć lat, Hamas wypuścił go za zwolnienie ponad tysiąca więźniów palestyńskich.

– Wielu Izraelczyków uważa, że w Strefie Gazy nie ma niewinnych ludzi, więc dają IDF prawo do robienia wszystkiego, co armia uzna za stosowne. Ale koszmar tego, co tam się dzieje, zbrodnie wojenne popełniane przez Izrael powrócą do nas. Nie ma od tego ucieczki. Cały świat jest przeciwko nam. Cały świat to widzi. Tylko my w Izraelu tego nie widzimy. Nadejdzie czas, i to nie jest odległa przyszłość, kiedy międzynarodowe media dostaną się do Gazy i zobaczą rzeczywistość. Kiedy pokażą to wszystkie stacje telewizyjne na świecie, wiele osób zapyta: jak mogliśmy milczeć? Jak mogliśmy do tego dopuścić? Jak mogliśmy pozwolić „najbardziej moralnej armii na świecie”, jak nazywamy IDF, popełniać tak okrutne zbrodnie wojenne?

Gershon Baskin twierdzi, że co najmniej od maja ubiegłego roku Hamas był gotowy na wypuszczenie zakładników pod warunkiem zakończenia wojny i wycofania IDF ze Strefy Gazy. To nie do końca precyzyjne: w propozycjach poprzednich umów nie było warunku rozbrojeniu Hamasu, zmieniła się również polityczna dynamika w regionie i stosunek do Izraela na świecie. Trump przekonał Netanjahu, że nie może prowadzić wojny z całym światem i oczekiwać, iż Waszyngton będzie go bezwarunkowo wspierał.

Sukces Trumpa

13 października Donald Trump przyjmowany był w Knesecie jak współczesny Cyrus II Wielki, perski władca, który w 538 r. p.n.e. pozwolił Żydom wrócić do Jerozolimy z niewoli babilońskiej. Posłowie słuchali z podziwem i wypiekami na twarzy przedłużającej się mowy pochwalnej Trumpa na własną cześć, ale nikt poza dwoma członkami izby, którzy na moment wznieśli kartkę z napisem „Uznaj Palestynę” i szybko zostali wyprowadzeni z sali, mu nie przerywał. Tego dnia Trumpowi w Jerozolimie wolno było wszystko. Jednak plan, który doprowadził do wypuszczenia zakładników i dawał szansę na pokój, nie był wyrazem jego zgody na realizację interesów Izraela. To był wynik fundamentalnych zmian w polityce blisko­-
wschodniej USA, które wprowadził amerykański prezydent.

Często i słusznie zarzucamy Trumpowi chaos myślowy, syndrom ostatniego rozmówcy i wynikający z tego kompletny brak przewidywalności. W wypadku jego polityki bliskowschodniej mamy jednak do czynienia z jaskrawym przeciwieństwem tak pojętego „trumpizmu”. Kolejni prezydenci traktowali Izrael jak amerykański przyczółek na Bliskim Wschodzie, wykazując niemal bezkrytyczne wsparcie dla rządów „jedynej demokracji w regionie”. Rodziło to – w samym Izraelu, ale też za granicą – oczekiwanie całkowitej bezkarności ze strony USA wobec Benjamina Netanjahu rządzącego Izraelem od trzech dekad z niewielkimi przerwami.

Tymczasem Trump zaczął dokonywać w tej polityce wyłomu już w trakcie swej pierwszej kadencji, doprowadzając do tzw. porozumień abrahamowych, czyli nawiązania stosunków dyplomatycznych Izraela z Bahrajnem i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, a potem Marokiem i Sudanem. Wisienką na torcie miała być wielka umowa między Izraelem a Arabią Saudyjską, a także z Indonezją – obie miały zostać podpisane jeszcze w 2023 r. Wysadził je w powietrze Hamas, napadając na Izrael 7 października.

Jednak wyłom został już dokonany. Jego podstawą nie są – jak zwykle w polityce – względy sentymentalne czy moralne. Chodzi o twarde interesy, które nie tylko Stany Zjednoczone, lecz sam Trump i jego otoczenie prowadzą z krajami Zatoki Perskiej.

Dla amerykańskiego prezydenta Katar, Arabia Saudyjska i Emiraty Arabskie są dziś partnerami biznesowymi co najmniej równie istotnymi jak Izrael.

To zaś przekłada się na politykę. Liczy się z głosem Egiptu, a prezydenta Turcji Erdoğana nazywa „twardym gościem”. „To mój przyjaciel” – mówi o zadeklarowanym wrogu Izraela. To Egipt i Turcja, Azerbejdżan i Indonezja wyraziły gotowość uczestnictwa w siłach stabilizacyjnych, które w myśl planu Trumpa przejmą kontrolę nad bezpieczeństwem w Gazie. Jest mało prawdopodobne, by Izrael zgodził się na obecność w Gazie Turcji, jednego z głównych sponsorów Hamasu.

Znamienne jest, jak Trump zareagował na wrześniowy atak Izraela na budynek w Dosze, w którym przebywała delegacja Hamasu. W wyniku ataku śmierć poniósł obywatel Kataru, państwa, w którym mieści się największa bliskowschodnia baza wojskowa USA. Trump najpierw zmusił Netanjahu do publicznego przeproszenia Kataru za atak, po czym zadeklarował publicznie, że Ameryka zareaguje militarnie, jeśli Izrael kiedykolwiek powtórzy tego typu operację. Udzielił w ten sposób Katarowi – jednemu z długoletnich sponsorów i opiekunów Hamasu – gwarancji bezpieczeństwa i ochrony wobec działań Izraela. To Trump otworzył kanał komunikacji z Hamasem i zmusił Netanjahu do uznania faktów dokonanych. Na czele delegacji, która negocjowała wypuszczenie zakładników, stał Chalil al-Hajja, jeden z liderów Hamasu, którego kilka tygodni wcześniej Mossad próbował zabić w Dosze.

To wskutek presji państw arabskich Trumpowska wizja „Riwiery w Gazie” przeszła do historii, to dzięki nim Trump jasno sprzeciwił się aneksji Zachodniego Brzegu i okupacji izraelskiej w Gazie. To wskutek ich nacisków i interwencji Turcji Trump zdecydował się na ryzykowne wsparcie Ahmada asz-Szary, osadzonego w Damaszku w roli prezydenta Syrii byłego terrorysty islamskiego. To Trump w maju doszedł do porozumienia z rebeliantami Huti poza plecami Izraela, gwarantując amerykańskim statkom bezpieczeństwo żeglugi po Morzu Czerwonym. Najwyraźniej dla obecnego amerykańskiego prezydenta Izrael nie jest już jedynym partnerem do dyskusji na temat nie tylko Gazy, ale także kształtu całego regionu.

Nowi partnerzy Trumpa wypełnili swoją część umowy. Presja państw takich jak Katar, Egipt i Turcja zmusiła kierownictwo polityczne Hamasu do wypuszczenia zakładników i zaakceptowania przynajmniej początkowej fazy planu rozejmowego. Hamas jest dziś całkowicie zależny od tych krajów. Właściwie po tym, gdy 7 października 2023 r. zarówno Iran, jak i Hezbollah nie wsparły go po ataku na Izrael, walczy dziś o przetrwanie. W połowie października stanął przed wyborem, który musiały podjąć inne terrorystyczne organizacje docierające do końca drogi wyznaczonej walką zbrojną: czy ją kontynuować, skazując się na coraz większą marginalizację, czy też przystąpić do procesu politycznego, którego skutkiem zapewne będzie utrata popularności wśród Palestyńczyków?

Czas rozliczeń

Nikt w Izraelu nie ma złudzeń. Hamas nie odda całej broni i nie zrzeknie się bezwarunkowo władzy w Gazie. Katar i Turcja wywierają na niego naciski, jednak te państwa nie chcą upadku organizacji, bo to one ją stworzyły i utrzymują. Pierwsze dni po ogłoszeniu rozejmu jasno ilustrowały nową rzeczywistość. Bojownicy Hamasu wyszli z tuneli i rozpoczęli rozprawy z „kolaborantami” i „zdrajcami”, czyli klanami i gangami, które wcześniej walczyły z Hamasem o kontrolę rozdziału pomocy, niekiedy aktywnie wspieranymi przez Izrael. Doszło do co najmniej jednej publicznej egzekucji przedstawicieli klanu Dugmusz. 19 października członkowie Hamasu ostrzelali Izraelczyków, co spowodowało krótkie wznowienie bombardowań izraelskich. Jednak po kilku godzinach sytuacja wróciła do normy, czyli kruchego rozejmu.

Trump świadomie pozwolił Hamasowi na zarządzanie Gazą w okresie przed wprowadzeniem do Strefy międzynarodowych sił stabilizacyjnych, wiedząc zapewne, że organizacja wykorzysta ten czas na odbudowę struktur i rozprawę z przeciwnikami. Nieważne, czy to się komuś podobało czy nie – w połowie października nie było alternatywnej siły zdolnej pilnować na tym terytorium porządku.

Ostatnie dekady zarówno w Izraelu, jak i w Autonomii Palestyńskiej to czas triumfu skrajności. Wskutek coraz większej przemocy nie tylko w Gazie, ale także ze strony żydowskich osadników na Zachodnim Brzegu rosną kolejne pokolenia radykalnie nastawionych Palestyńczyków gotowych do walki z okupantem. Przez dwa ostatnie lata Hamas tracił członków zabijanych przez IDF, lecz rekrutował nowych – nikt nie wie, jak wielu – gotowych na kolejne starcia z „syjonistycznym wrogiem”.

– Wojna z Hamasem jest nie do wygrania – mówił mi przed rokiem były szef kontrwywiadu Szin Bet Ammi Ajjalon. – My, Izraelczycy, będziemy mieli zapewniony pokój i bezpieczeństwo tylko wtedy, gdy Palestyńczycy będą mieli nadzieję. Co to znaczy w języku wojskowym? Że nie da się zniechęcić do terroryzmu grupę ludzi, którzy wierzą, iż nie mają nic do stracenia. Cała rzecz w przeciwdziałaniu terroryzmowi polega na tym, żeby zabrać terroryście coś cennego. Ale jeśli on nie ma nic takiego, nie ma też nic do stracenia, odstraszanie więc nie istnieje. I to nie jest żaden muzułmański wymysł. W każdym wypadku zamachowiec samobójca to osoba, która wierzy, że na tym świecie nie ma nic do stracenia.

Ammi Ajjalon przez ostatnie miesiące protestował przeciwko upolitycznianiu przez Netanjahu służb wywiadowczych. Nieskutecznie. Na początku października premier powołał na stanowisko szefa Szin Bet swojego nominata. Odbudowanie politycznego centrum w kraju wydaje się obecnie marzeniem ściętej głowy. Przy optymistycznym założeniu, że wojna rzeczywiście dobiega końca, kraj czeka dziś bolesny i zapewne pełen politycznej agresji okres rozliczeń za najdłuższą wojnę, jaką Izrael prowadził w historii państwa, za błędy polityczne i wojskowe popełnione przez ostatnie dwa lata. I za utratę wiarygodności przez państwo dopuszczające się okrutnych zbrodni wojennych na cywilach.

Jossi Melman jest dziennikarzem gazety „Haaretz”, znanym w całym kraju analitykiem ds. wojskowości i służb specjalnych. Określa się jako lewicowiec, zdecydowany przeciwnik rządu i wojny, surowy krytyk metod stosowanych przez IDF. Rozmawiamy jeszcze przed osiągnięciem porozumienia, pytam go o intencje, jakie towarzyszą Izraelczykom w tej wojnie.

– Nie sądzę, aby izraelska armia lub rząd celowo próbowały zabijać niewinne osoby albo dzieci. Ludzie tracą zaufanie do wojska nie tylko z powodu popełnionych okrucieństw, ale także z powodu błędów i porażek. Klęska wywiadu, klęska wojskowa z 7 października są trudne do wyjaśnienia i zrozumienia w kontekście tego, co wydarzyło się dziewięć miesięcy później z tą samą armią, tą samą społecznością wywiadowczą, tymi samymi oddziałami IDF w Libanie, kiedy zmietliśmy z powierzchni Hezbollah, a 20 miesięcy później wygraliśmy wojnę dwunastodniową z Iranem.

Erozji ulega również etos IDF, zgodnie z którym armia izraelska jest czysta, nieskażona i służy wyłącznie profesjonalnym celom obrony Izraela.

– Stajemy się odpowiednikiem RPA podczas apartheidu – mówi Melman. – Nakładane są na nas sankcje wojskowe, bojkotowane są instytucje kulturalne, nasi artyści atakowani, naukowcy nie są zapraszani na konferencje. Należy nam się, chociaż logicznie rzecz biorąc, to nie ma sensu. Większość osób związanych z bojkotowanymi instytucjami kulturalnymi jest prawdopodobnie przeciwna wojnie, na uniwersytetach izraelskich studiują tysiące Arabów, w szpitalach izraelskich połowa lekarzy i personelu to izraelscy Arabowie, zresztą znakomici fachowcy. Ci, którzy nakładają te sankcje, mówią, że nas to nie obchodzi. Izraelczycy są Izraelczykami, to wystarczy, by traktować ich wrogo.

Poczucie niesprawiedliwości

Kwestia oskarżeń Izraela o popełnianie ludobójstwa w Gazie w wielu krajach zachodnich, w tym w Polsce, już dawno wyszła poza sferę oceny prawnej, a samo słowo stało się emocjonalnym wytrychem służącym do weryfikowania postaw ludzi wobec wojny. W Izraelu ten temat w zasadzie nie istnieje. Owszem, pojawiają się głosy takie jak Dawida Grossmana, który tym mianem nazywa zbrodnie Izraela, szerokim echem odbiła się także wypowiedź znanego historyka Omera Bartowa, który w ubiegłym roku określił działania Izraela jako ludobójstwo. Podobne opinie prezentują również nieliczni dziennikarze, tacy jak Gideon Levy, który od wielu lat pisze o współwinie całego społeczeństwa izraelskiego za dyskryminację Palestyńczyków, a dziś nie waha się obarczać go współwiną za ludobójstwo w Gazie. Jednak nawet tacy zdecydowani krytycy rządu jak Ceruja Szalew nie godzą się nie tylko na przypisywanie IDF intencji ludobójstwa (czyli świadomego zamiaru zgładzenia całości lub części grupy – w tym wypadku Palestyńczyków w Gazie – co stanowi jedno z jego definicyjnych kryteriów), lecz także na karanie Izraela ostracyzmem międzynarodowym.

– Uważam, że świat powinien dokonać jasnego rozróżnienia między rządem Izraela a narodem izraelskim. Większość społeczeństwa izraelskiego jest całkowicie przeciwna rządowi, a zwłaszcza pisarze i artyści. Cały czas jesteśmy na ulicach. Przez półtora roku nie mogłam pisać. Byłam zajęta wolontariatem i protestami. Uważam, że powinniśmy uzyskać wsparcie od świata, a nie bojkoty. Sadzę, że to wielka niesprawiedliwość, ponieważ walczymy o zakończenie wojny i o zmianę rządu. Dlaczego więc nas bojkotować? Jak to może pomóc?

Również Jossi Melman nie ma zrozumienia dla europejskiej lewicy krytykującej Izrael i podejmującej takie akcje jak próba przerwania blokady Gazy przez flotyllę Sumud.

– Bardzo łatwo jest oceniać sytuację spoza Izraela, ponieważ ludzie nie zagłębiają się w sedno sprawy – stwierdza. – A chodzi o to, że Izrael jest małym krajem otoczonym przez wrogów, którzy przysięgli go zniszczyć. Sytuacja uległa względnej zmianie dzięki traktatom pokojowym z Egiptem i Jordanią, a później dzięki porozumieniom abrahamowym. Jednak Hamas pozostaje islamofaszystowską organizacją terrorystyczną, której cel stanowi zniszczenie Izraela. Hamas jest jak talibowie. Hamas jest jak ISIS. To fundamentalistyczna, sunnicka organizacja, mająca na celu stworzenie państwa opartego na szariacie.

I dodaje:

– Tak, popełniliśmy straszne rzeczy w reakcji na atak. Tak, Izrael powinien był szukać porozumienia z Organizacją Wyzwolenia Palestyny i narodem palestyńskim. I tak, powołanie państwa palestyńskiego obok Izraela jest jedynym możliwym rozwiązaniem konfliktu. I być może jedyną sensowną drogą dla regionu. Ale Hamas jest organizacją terrorystyczną. I nie rozumiem, jak można go popierać pod liberalnymi hasłami.

Melman wspomina wykład, który wygłaszał niedawno na uniwersytecie w Atlancie:

– Wstał młody student i powiedział: „Jesteście jak naziści. Za to, co robicie w Gazie i gdzie indziej, nie macie prawa istnieć”. Odparłem: „Okej. Możesz się przedstawić?”. „Jestem żydowskim gejem”. Odpowiedziałem: „Okej, jesteś gejem, wiesz, co ci z Hamasu robią gejom? Wiesz, co by się z tobą stało, gdybyś żył w Gazie i dowiedzieliby się, że jesteś gejem? Powiesiliby cię, zabiliby cię, ścięliby ci głowę”. Jestem więc zdumiony, nie rozumiem. Naprawdę nie rozumiem, jak młody liberał o dobrych intencjach może popierać Hamas.

Może. W ostatnich dwóch latach Izrael stał się dla środowisk lewicowych na całym świecie wcieleniem absolutnego zła, a walka z „syjonistycznym kolonializmem” najważniejszym zadaniem środowisk radykalnych, detronizując w tej konkurencji nawet ruch Black Lives Matter. Dla Izraelczyków to całkowicie niezrozumiałe również dlatego, że – jak mówił Gershon Baskin – po prostu nie interesują się losem Palestyńczyków.

To prawda, przed osiągnięciem rozejmu zdecydowana większość Izraelczyków chciała zakończenia wojny, bynajmniej nie ze współczucia dla tysięcy palestyńskich ofiar, lecz dlatego, że porozumienie miało doprowadzić do zwolnienia zakładników.

Dla większości Izraelczyków idealnym końcem obecnego sporu nie byłoby wcale powołanie państwa palestyńskiego, tylko powrót do sytuacji z 6 października 2023 r., czyli czasu, kiedy rządzący byli przekonani, że Palestyńczykami da się w miarę bezboleśnie i stosunkowo tanio zarządzać, zwykli Izraelczycy zaś wyrzucili temat z głowy. Nazajutrz, 7 października, nastąpiło wielkie otrzeźwienie.

Kilka dni po zawarciu rozejmu generał Nitzan Alon, szef Wywiadu Lokalizującego Zakładników i Osoby Zaginione i jeden z architektów umowy o rozejmie, podsumował obecną sytuację: „Powrót zakładników oznacza początek odnowy Izraela i odbudowy jego społeczeństwa”. Czytałem te słowa na ekranie smartfona w jednej z kawiarni przy pl. Meira Dizengoffa w centrum Tel Awiwu. To miasto nigdy nie przestaje tętnić życiem, kawiarnie są pełne ludzi, podobnie jak plaże i nadmorskie bulwary. Plac Dizengoffa udekorowany zdjęciami zakładników stał się w ostatnich dwóch latach miejskim sanktuarium ku czci porwanych i zabitych. 7 października, w drugą rocznicę ataku Hamasu, pierwszego dnia Święta Szałasów, kiedy jeszcze nie było do końca jasne, w jakim kierunku zmierza sytuacja, w Tel Awiwie rozległy się syreny, na placu zebrała się grupa osób z transparentami przypominających o zakładnikach i domagających się ich uwolnienia. Kilka dni później ci, którzy przeżyli dwa lata w niewoli, wrócili do domów.

Nadzieja i strach

W tej wojnie zginęło prawie 2 tys. Izraelczyków i 70 tys. Palestyńczyków, prawie 2 mln zostało przesiedlonych. Strefę Gazy zrównano z ziemią, życie milionów ludzi zostało bezpowrotnie zniszczone. Zastanawiałem się, czy ta pauza w wojnie Izraelczyków z Palestyńczykami – nikt nie przewiduje poważnie, że w bliskiej przyszłości konflikt rzeczywiście dobiegnie końca – będzie dla strony silniejszej, czyli Izraelczyków, początkiem kolejnej fazy wyparcia faktu istnienia Palestyńczyków, czy może skłoni ich do zmiany podejścia do ludzi, z którymi dzielą ziemię.

– Nie jest łatwo dążyć do pokoju z Palestyńczykami, kiedy przez prawie całe życie masz kontakt wyłącznie z radykałami, którzy chcą cię zniszczyć – mówi mi Ceruja Szalew.

W 2004 r. Szalew została ranna w ataku samobójczym na autobus w Jerozolimie. Zginęło wówczas 11 osób. Doświadczenie traumy i wychodzenia z niej opisała w książce Ból. W naszej rozmowie przypomina mi, że obojętność Izraelczyków nie bierze się znikąd.

– Jak pan widzi, ciągle szukam dla siebie wymówek.

Nie zaprzeczyłem.

– Oni nie pomagają nam czuć, że po drugiej stronie mamy partnera. Ale mam nadzieję, że teraz to się skończy. Nie będziemy już dłużej obojętni wobec cierpienia Palestyńczyków.

Opowiada mi o nadziei, bez której nie chce żyć:

– W tych dniach może to zabrzmieć zabawnie, lecz mam wizję innego Izraela. Trauma 7 października sprawiła, że staliśmy się bardziej solidarni, i pokazała nam, jak wielką siłą dysponujemy jako społeczeństwo. Jest tu wielu wspaniałych ludzi pełnych odwagi i kreatywności, którzy pragną leczyć, pomagać i budować.

Nie wiem, czy Izraelczycy są gotowi do przemiany, o której marzy Ceruja Szalew, ale wierzę, że jej nadzieja jest szczera. Nie mniej szczera niż ból, cierpienie i bezradność ludzi żyjących w Gazie o godzinę drogi samochodem od pl. Dizengoffa w Tel Awiwie. W tym trwającym od ponad stulecia konflikcie dwóch nacjonalizmów, żydowskiego i arabskiego, zdarzały się momenty triumfu politycznej odwagi i mądrości nad próżnością liderów, ich strachem i brakiem wyobraźni. Zwykle jednak strach wygrywał, co owocowało falami nienawiści i okrucieństwa po obu stronach. Każda kolejna fala dotykała najsłabszych. Politycy odchodzą, oni zostają.

Artykuł pojawił się w numerze: Ile nas dzieli od szczęścia