Czy Ukraina w 1991 r. dysponowała potencjałem ekonomicznym wyższym czy niższym od ówczesnej Polski? Jeśli chcemy uzyskać szybką i pewną odpowiedź na to pytanie, zapewne sprawdzimy historyczne dane dotyczące PKB dla obu krajów. Co jednak, jeśli podobnie zapytamy o wolność prasy? Prawdopodobnie znalezienie odpowiedzi wyda się nam trudniejsze, ale niedługa kwerenda w internecie szybko zaproponuje nam konfrontację z innym miernikiem – Indeksem Wolności Prasy.
Intuicyjnie czujemy, jak sądzę, że wielkość gospodarki lepiej nadaje się do liczbowego oszacowania (jako wskaźnik ekonomiczny) niż wolność mediów. Niemniej to mierniki drugiego typu – te nieoczywiste – otaczają nas na każdym kroku. Otwieramy gazetę, gdzie recenzje filmów, spektakli i książek podsumowane są ocenami na punktowej skali, podobnie jak występy piłkarzy w meczach poprzedniej kolejki, okraszone powodzią statystyk i danych. Gdy szukamy restauracji w nieznanym sobie mieście, również kierujemy się liczbami – ocenami poprzednich gości.
Życie codzienne opisywane jest ogromną ilością policzalnych zmiennych i archiwizowanych danych. Antropolodzy mówią nawet o „życiu napędzanym danymi”, rośnie w siłę ruch Quantified Self.
Opaski lub zegarki zbierające biometryczne dane są powszechne, spięte z nimi aplikacje wyliczają zagregowane wyniki stanu zdrowia wtłoczone w jedną liczbę. W sukurs idzie przemysł meblarski, inwestując w „inteligentne łóżka”, które podadzą „wynik snu” jeszcze lepiej…