Abdullah stoi kilka metrów od drutu kolczastego. Nie fotografuje go jednak tak, jak widziałam to setki razy wcześniej: z lotu ptaka, w szerokim planie, jako symbol zamknięcia. Kuca. Przesuwa się o krok w lewo. W jego kadrze drut jest tylko rozmazaną linią na pierwszym planie. Ostry pozostaje obraz dziewczyny poprawiającej chustę. Jej dłonie są spokojne. Za nią widać pagórki Kutupalong.
– Zdjęcia innych pokazują to, co się stało. Moje zdjęcia pokazują, kim jesteśmy – mówi.
Świat zna Rohingyów z pewnych obrazów. Kolumny ludzi przekraczających rzekę Naf. Błoto po kolana. Smutne, brudne dzieci. Kobiety skulone pod czarnymi parasolami z plandeki. W 2017 r. te kadry obiegły wszystkie kontynenty. Były dowodem zbrodni. I były konieczne.
– Kiedy patrzę na te zdjęcia z 2017 r. – mówi Abdullah – widzę prawdę. Ale nie widzę nas w całości.
W Koks Badźar żyje dziś ponad milion Rohingyów, w 34 oddzielnych obozach rozsianych po wzgórzach południowo-wschodniego Bangladeszu.
– To niemal tyle, ile liczy cała aglomeracja krakowska – mówi Maciej Popowski kierujący Dyrekcją Generalną ds. Operacji Ochrony Ludności i Pomocy Humanitarnej (DG ECHO) przy Komisji Europejskiej, który odwiedził obozy w 2023 r. – Widziałem na własne oczy, jak funkcjonują w trudnych warunkach: bez możliwości pracy, bez szans na samodzielność, całkowicie zależni od pomocy.
Istnieje coś, co Abdullah nazywa półżartem „uchodźczym wyglądem”. Nie chodzi o ubranie ani o twarz. Chodzi o to, jak świat chce widzieć człowieka bez państwa.
O zestaw kadrów, które wywołują współczucie albo niepokój szybciej niż jakiekolwiek wyjaśnienie. W tym skrócie jest mało miejsca. Uchodźca ma być zrozpaczony albo groźny. Złamany albo podejrzany. Wszystko, co bardziej zwyczajne – ambicja, duma, humor, wiara, codzienna nuda – wypada poza ramę.
Abdullah urodził się w Mjanmie jako bezpaństwowiec, syn bezpaństwowców. W 2017 r., po ucieczce z Arakanu (Rakhine), zamieszkał w Kutupalong: jednym z największych obozów uchodźczych na świecie. Dziś pracuje, dokumentując życie w obozie i ucząc młodych ludzi fotografii, filmu, muzyki, rysunku i poezji. Jego zdjęcia zostały nagrodzone w międzynarodowym konkursie Minority Artists Contest organizowanym przez ONZ i Minority Rights Group. Jury pisało o poruszającym, dokumentalnym spojrzeniu, które pokazuje nie tylko ból i przeciwności, lecz także kreatywność, odwagę i siłę bezpaństwowej mniejszości.
– Za każdym razem, gdy patrzę na te kilka zdjęć z 2017 r., czuję, że jesteśmy ludźmi porzuconymi przez świat, na którym nie ma nikogo, kto by nas wspierał. Te zdjęcia opowiadają już historię Rohingyów, ale nadal nie widzimy żadnych zmian w sytuacji kryzysowej. Te chwile były prawdziwe, pożary były prawdziwe, łzy były prawdziwe, trauma była prawdziwa. Te zdjęcia pomogły światu dowiedzieć się o ludobójstwie Rohingyów w 2017 r. – mówi i na moment odwraca wzrok. – Lecz złe jest to, że były odbierane wyłącznie jako obrazy ofiar. Jakbyśmy już na zawsze utknęli w chwili cierpienia, płaczu, głodu i wysiedlenia. Nie pokazują naszego życia przed ucieczką z Arakanu. Naszych wiosek. Domów. Majątku. Kultury. Ich historia to nie tylko wygnanie. To też historia tego, kto opowiada o wygnanych. Nie historia cierpienia, lecz patrzenia.
Sierpień, który wstrząsnął światem
Zanim Abdullah stanął po tej stronie drutu z aparatem, był jednym z tych, których fotografowano.
Rohingyowie to muzułmańska mniejszość ze stanu Rakhine, której władze Mjanmy od dekad odmawiają obywatelstwa i podstawowych praw. Pierwsze masowe ucieczki zaczęły się już w latach 70., ale sierpień 2017 r. przyniósł eskalację, którą ONZ ustami swego wysokiego komisarza ds. praw człowieka Zeida Ra’ada Al Husseina nazwie później „podręcznikowym przykładem czystki etnicznej”. Armia rozpoczęła operację wojskową: masowo palono wsie, mordowano cywilów, gwałcono kobiety. W ciągu kilku tygodni ok. 745 tys. osób uciekło przez rzekę Naf do Bangladeszu.
Świat zobaczył kolumny ludzi idących przez błotniste pogranicze. Matki z niemowlętami przyciśniętymi do piersi. Dzieci z szeroko otwartymi, zmęczonymi oczami.
– Nie wiedziałam, dokąd biegnę. Biegłam po życie – mówiła mi Fatema Kanij, którą spotkałam w obozie kilka lat później.
Abdullah pamięta tamten sierpień nie jako obraz z agencji prasowej, lecz jako ciężar własnego ciała.
– Kiedy wraz z rodziną przybyłem do Bangladeszu osiem lat temu, przeżywaliśmy jeden z najtrudniejszych momentów w naszym życiu, podobnie jak dziś ponad milion Rohingyów. Nie mieliśmy odpowiedniego pożywienia, dachu nad głową ani podłogi, na której moglibyśmy spać. Wielu Rohingyów spało na poboczach dróg, w błocie pod gołym niebem. Deszcz padał bezpośrednio na nasze ciała, a dzieci płakały z głodu. Starsi ludzie upadali z wyczerpania.
– To wtedy wziął do ręki aparat. Dlatego postanowił zacząć naciskać spust migawki. Nie chodziło o piękno, ale o opowiadanie historii, o odpowiedzialność pokazywania jej światu.
Dla większości ta historia nie skończyła się w 2017 r. Trzynastoletni Mohamed Shahaib krzyczy nocami przez sen. W obozie nr 24 spotykam go podczas zajęć rehabilitacyjnych prowadzonych przez Humanity & Inclusion. Mówi cicho. W sierpniu 2024 r. armia Mjanmy zbombardowała jego wioskę w Maungdaw, niedaleko granicy. Bawił się z siostrami na boisku. Eksplozja raniła jego i starszą siostrę. Dwuletnia młodsza zginęła na jego oczach. Mohamed do dziś nie chodzi samodzielnie. Ojciec niósł go na plecach przez 17 dni, przedzierając się z rodziną przez południowo-zachodnią Mjanmę do rzeki Naf.
– Teraz czuję się lepiej – mówi. – Rehabilitacja pomaga. I chodzę do szkoły.
W obozie, po każdej takiej rozmowie, trudno zebrać myśli. Trauma jest tu wspólnym językiem.
Złote pagody, czarne chusty
Świat patrzy na Rohingyów i widzi brody. Chusty. Meczet z blachy falistej. Patrzy na Mjanmę i widzi złote pagody, mnichów w szafranowych szatach, ciszę porannej medytacji.
Z jednej strony religia podejrzana, a z drugiej – religia współczucia. Słowa i obrazy powtarzane tak długo, aż zaczynają wyglądać jak zdrowy rozsądek.
Mjanma czy Birma – choć oba te określenia są w gruncie rzeczy birmańskocentryczne – jest państwem wieloetnicznym. Nazwa odnosi się do większości Birmańczyków, choć ponad jedna trzecia społeczeństwa do niej nie należy. To trochę tak, jakbyśmy o Polsce mówili „Wszechpolska”, zakreślając jej granice wyłącznie do nacjonalistycznie zorientowanych rodaków. Kraj jest większy niż Francja, a społeczeństwo obejmuje 135 grup etnicznych. Od 1948 r. – czyli od uzyskania niepodległości – pozostaje w stanie konfliktu zbrojnego. To rekordowa, najdłużej trwająca wojna domowa współczesnego świata. A w latach 60., znów rekordowo, działało tu ponad 150 ugrupowań zbrojnych walczących z rządem. Dziś jest ich nieco ponad 20. Dla jednych to ruchy separatystyczne. Dla innych: narodowowyzwoleńcze.
Dramat mniejszości w Mjanmie polega na tym, że są za słabe, by uzyskać niezależność, i zbyt silne, by rozpuścić się w birmańskiej większości. Rohingyowie znaleźli się w najgorszym położeniu. Pozbawieni obywatelstwa ustawą z 1982 r., objęci restrykcjami dotyczącymi przemieszczania się, edukacji, małżeństw, dostępu do opieki zdrowotnej, przez dekady doświadczali kolejnych fal przemocy. To, co wydarzyło się w 2017 r., określano jako czystkę etniczną, zbrodnię przeciwko ludzkości, a nawet ludobójstwo.
Dlaczego właśnie oni? W oficjalnej narracji Rohingyowie są „Bengalczykami”: potomkami migrantów z czasów kolonialnych, którzy mieli rzekomo napłynąć z dzisiejszego Bangladeszu. A Bangladesz to ponad 170 mln ludzi. W wyobraźni części birmańskiej większości islam łączy się z demograficznym zagrożeniem, z ekspansją, z lękiem przed utratą kulturowej dominacji. Islam nie jest tu tylko wiarą. Staje się etykietą obcości.
Tymczasem Abdullah pamięta Arakan inaczej.
– W Arakanie, kiedy bylem mały, buddyzm był po prostu religią naszych sąsiadów. Dorastaliśmy, wiedząc, że oni są buddystami, tak jak my jesteśmy muzułmanami. Nie bałem się samej religii. Jako dzieci byliśmy bardziej świadomi różnic społecznych niż konfliktów religijnych. Wiedzieliśmy, kto jest Rohingya, a kto Birmańczykiem, ale codzienne życie w wielu obszarach nadal toczyło się obok siebie.
To „obok siebie” zaczęło się dla niego i innych kruszyć mniej więcej po 2012 r., gdy po lokalnych zamieszkach w Rakhine setki domów Rohingyów spalono, a dziesiątki tysięcy osób trafiły do obozów.
– Coś się zmieniło w przestrzeni publicznej. Nienawiść wobec muzułmanów w całym kraju, zwłaszcza wobec Rohingyów w Arakanie, szybko się rozprzestrzeniała. Ekstremistyczni mnisi i grupy polityczne używali języka religijnego, aby usprawiedliwić dyskryminację. Religia w coraz większym stopniu stała się częścią narracji używanej przeciwko nam.
Buddyzm w Mjanmie jest czymś więcej niż praktyką duchową. To fundament tożsamości narodowej. Mnisi są autorytetami moralnymi i – często – politycznymi. Ich słowa mają wagę większą niż słowa świeckich urzędników. W 2017 r. jedna z brygad odpowiedzialnych za najkrwawsze operacje w Rakhine miała uczestniczyć w kazaniu znanego mnicha Sitagu Sayadawa, który odwoływał się do historii władcy ze Sri Lanki broniącego buddyzmu.
„Żołnierze – stwierdził – mogą mieć wyrzuty sumienia po masowym zabijaniu, ale obrona religii unieważnia karmiczne konsekwencje ich czynów”.
Rozchodzenie się ideału i praktyki nie jest zresztą specyfiką buddyzmu. Zasady: „Miłuj bliźniego jak siebie samego” i „Nadstaw drugi policzek”, także nie uchroniły chrześcijańskiej Europy przed przemocą. A do tego przez stulecia Zachód znał buddyzm głównie z książek: jako filozofię współczucia, wyciszenia, ustania cierpienia. Dopiero dziś, w bezpośrednim kontakcie ze społeczeństwami buddyjskimi, widać, że religia – każda religia – może zostać wprzęgnięta w nacjonalistyczną narrację. W tamtym czasie ogromną popularność zdobył ruch 969, a jednym z jego najbardziej rozpoznawalnych głosów był mnich Ashin Wirathu, który ostrzegał przed „muzułmańskim zagrożeniem” i demograficzną ekspansją. W jego kazaniach obrona buddyzmu stawała się obowiązkiem, a niekiedy wręcz usprawiedliwieniem dla przemocy. Zasada ahimsy, niekrzywdzenia, nie znikała z doktryny, lecz była interpretowana tak, jakby przemoc miała chronić większe dobro: religię, naród, wspólnotę.
To nie islam czyni Rohingyów obcymi. To status obcych czyni ich islam podejrzanym.
A po drugiej stronie granicy, w Bangladeszu, ta podejrzliwość przybiera inny język. Kraj nie jest sygnatariuszem konwencji genewskiej, więc Rohingyowie nie są tu formalnie „uchodźcami”. Oficjalnie to FDMN: forcibly displaced Myanmar nationals. Cztery lata temu rząd przestał nawet prowadzić dokładne statystyki nowych przybyć. Nazwa znów upraszcza. Redukuje.
Religia na pierwszy rzut oka. Narodowość w dokumentach. A człowiek? Gdzieś pomiędzy.
Obóz z góry, obóz z bliska
Koks Badźar. Bangladesz jest ponad dziesięć razy gęściej zaludniony niż Polska. Na południowo-wschodnim krańcu kraju, między wzgórzami a Zatoką Bengalską, rozciąga się mozaika obozów. Region jest szczególnie narażony na cyklony, osuwiska ziemi i pożary, które w gęstej zabudowie z bambusa i plandeki rozchodzą się w kilka minut.
– Nawet nie wiem, czego boję się bardziej: cyklonu i powodzi latem, pożarów zimą, osuwającej się ziemi… czy tego, że nie wiem, co się z nami stanie – mówi Fatima, mieszkanka obozu nr 4, w Bangladeszu od 2010 r.
Z góry obóz wygląda jak jednolita masa: tysiące dachów z brezentu, brązowe ścieżki wijące się po wzgórzach, tłum bez twarzy. To ujęcie, które świat zna najlepiej: lotnicze, panoramiczne, pozbawione detalu.
– Widzę dużą różnicę między moim obiektywem a obiektywem fotografów międzynarodowych – mówi wieczorem przy herbacie Abdullah.
Wielu fotografów przyjeżdża w momentach kulminacyjnych: po pożarze, po osunięciu ziemi, podczas wizyty delegacji.
– Oczywiście to zrozumiałe – dodaje. – Ale osoby z zewnątrz zazwyczaj postrzegają obóz jako miejsce kryzysu humanitarnego i przedstawiają go przez ten pryzmat.
Kiedy Abdullah podnosi aparat, szuka czegoś innego. Rąk zszywających materiał. Chłopców budujących zabawkę z plastikowych odpadków. Porannej modlitwy, kiedy światło wpada do wnętrza prowizorycznego meczetu przez szczeliny w ścianach.
– Ja widzę obóz przez mój obiektyw, kiedy fotografuję, nie widzę tylko cierpienia. Widzę również talenty i umiejętności małych dzieci. Różnica emocjonalna między zagranicznymi fotografami a mną polega na tym, że oni fotografują to, co szokujące, a ja fotografuję to, co przetrwało. Osoby z zewnątrz mogą skupiać się tylko na błocie po deszczu, natomiast ja skupiam się na śladach stóp na błocie, które pokazują, że życie toczy się dalej. Oni fotografują nas jako „obiekt”, ja zaś fotografuję swoich ludzi: moich krewnych, sąsiadów i własną rodzinę.
Obrazy uczą ludzi, co wolno im czuć. Współczucie. Litość. Niekiedy strach. Z czasem w nagłówkach pojawiły się kolejne kadry: aresztowania, doniesienia o przemycie, o przestępczości. W telefonie Abdullaha przesuwają się zdjęcia, w których jego społeczność nie jest już wyłącznie ofiarą, lecz zaczyna być problemem.
– Kryzys, który wielokrotnie widziałem, nie był tym kryzysem, który pokazywano w mediach – mówi, podkreślając wybiórczość przekazu. – W kamerach zostawały pożary, strach, przemoc. Rzadko zostawała codzienność: szkoła, śmiech, modlitwa o świcie – zauważa.
W obozie nr 4 jest miejsce, do którego wchodzi się inaczej niż gdziekolwiek indziej. Women Friendly Space, prowadzone przez UNHCR. Na ścianach wiszą lustra i kolorowe ozdoby. Stoją maszyny do szycia, małe stoliki, półki z materiałami. W powietrzu unosi się coś rzadkiego: poczucie bezpieczeństwa.
Kobiety uczą się tu od siebie nawzajem. Rozmawiają o przemocy i codziennych problemach, ale też szyją torby i ubrania. Mówią, że dzięki temu oszczędzają pieniądze. Czasem, gdy już się oswoją, śmieją się i tańczą.
– To nasz shanti home – mówią. Dom spokoju. I to też przecież jest prawda o obozie.
Obóz jest sceną, na której codziennie obecne są wszystkie te obrazy naraz: strach przed cyklonem, śmiech kobiet przy maszynie do szycia, chłopcy przy silniku, matki w kolejce po mleko. Z góry widać tylko plandeki. Dopiero z bliska: twarze.
Co widać, kiedy nie szuka się kryzysu
Szlak przez rzekę Naf nigdy się nie zamknął. Choć w 2017 r. świat zobaczył kulminację przemocy, ludzie wciąż, choćby dziś, przekraczają granicę: nocą, łodziami, pieszo. Od początku 2024 r. do obozów dotarło według szacunków UNHCR kolejne 150–200 tys. osób. Obóz rośnie, choć nikt nie nazywa go już kryzysem.
– Świat zna nas jako uchodźców, wysiedleńców, ocalałych z ludobójstwa – mówi Abdullah. – I ta prawda nie może być ukrywana. Ale nie chcę, aby nasza tożsamość sprowadzała się do namiotów, drutu kolczastego i kolejek po jedzenie.
Jego fotografie są gęste od koloru. Zieleń po monsunie jest niemal fluorescencyjna. Czerwienie chust i dziecięcych koszulek odcinają się od brązu wzgórz. Miękkie światło wchodzi przez szczeliny w ścianach i zatrzymuje się na twarzach. Nie ma tu szerokich planów tłumu. Są dłonie. Oczy. Gesty.
Na jednym zdjęciu dziewczynka poprawia włosy przed lustrem zawieszonym na bambusowej ścianie. Na innym chłopiec w skupieniu naprawia silnik. Starszy mężczyzna opowiada historię o Arakanie, a dzieci słuchają, jakby to była mapa prowadząca do domu.
– Chcę, aby świat postrzegał nas jako społeczność z wielowiekową historią w Arakanie, z własnym językiem, kulturą, tradycją i codziennym życiem. Chcę, aby świat postrzegał nas jako ludzi, którzy mają swoją godność. Jesteśmy odporni, inteligentni, kreatywni i zdolni.
W jego kadrach Rohingyowie wracają do liczby pojedynczej. Nie jako masa, lecz jako osoby z imionami, relacjami, planami. Ktoś się uczy, śpiewa, zakochuje.
– Jak już wspominałem, czasem mam wrażenie, że w oczach świata przeszliśmy drogę od bycia ofiarą do bycia problemem. To boli, bo większość z nas wciąż po prostu próbuje przeżyć dzień. – Milknie na chwilę. – Gdy współczucie przestaje być potrzebne, pojawia się podejrzenie. Jednego dnia jesteś kimś, kogo trzeba ratować. Drugiego: kimś, kogo trzeba kontrolować.
Pytam Abdullaha, jak fotografuje modlitwę. Czy ustawia specjalnie aparat tak, by w kadrze znalazł się meczet, koraniczna kaligrafia, dłonie uniesione do du’a? Czy unika religijnych symboli, żeby nie utrwalać tego, co i tak bywa etykietą?
Zastanawia się chwilę.
– Nie chcę pokazywać Rohingów tylko jako ludzi, którym coś się stało. Chcę pokazać, kim jesteśmy, kiedy nikt nie patrzy.
Modlitwa pojawia się na jego zdjęciach tak jak w życiu: nie jako hasło, lecz jako rytm dnia. O świcie. Przed posiłkiem. W ciszy, która nie jest spektaklem. W codzienności.
Nie ma w jego kadrach egzotyki. Nie ma potrzeby podkreślania inności. Islam Rohingyów nie jest tu transparentem ani dowodem w sporze. Jest doświadczeniem, tak jak u sąsiadów w Rakhine buddyzm był kiedyś po prostu religią ich codzienności.
– Nie chcę, żeby ludzie czuli tylko smutek, patrząc na moje zdjęcia. Chcę, żeby zobaczyli siłę. Nie fotografuję, żeby wzruszyć. Fotografuję, żeby powiedzieć: jesteśmy tutaj.
W obozie wielu ludzi nie ma już żadnych dokumentów, żadnych fotografii z przeszłości.
– Sami nie mamy zdjęć, dokumentów ani notatek. Przyszliśmy do Bangladeszu z niczym – powiedziała mi Fatima.
Aparat Abdullaha staje się więc czymś więcej niż narzędziem. Buduje archiwum od środka. Publiczny zapis istnienia.
– Kiedy robię zdjęcie, myślę: czy ta osoba będzie się czuła szanowana, kiedy zobaczy siebie w moim kadrze?
To najcichsze pytanie w całym obozie. I może najważniejsze.
Ryzyko patrzenia
Drut kolczasty wraca w kadrze jak linia horyzontu. Nie tylko oddziela. Opowiada historię o tym, kto jest w środku, a kto patrzy z zewnątrz.
Bangladesz przyjął Rohingyów, bo są mu bliscy: muzułmańscy bracia i siostry, sąsiedzi zza rzeki. Ale gościnność ma swoje granice. Stałe konstrukcje są odgórnie zakazane, betonowe fundamenty i ceglane ściany mogłyby sugerować „trwałość” obozów. Wolno budować tylko z bambusa i plandeki, materiałów, które nie wytrzymują cykli monsunu i suszy. Ściany są cienkie jak papier. Katastrofy naturalne są tu spotęgowane przez polityczne ograniczenia. Jednocześnie uchodźcy nie mogą pracować poza obozami, więc nie mają środków, by wzmocnić swoje domy na własną rękę. Tymczasowość stanowi tu zasadę. Bangladesz nie chce, by obóz stał się miastem – bo to oznaczałoby, że Rohingyowie zostaną na stałe. Rohingyowie też mówią o powrocie, o Arakanie, o domu, który wciąż nazywają swoim. Każdy, z kim rozmawiam, powtarza to samo: gdyby tylko nie czekała tam śmierć, wróciliby jutro. Ale powrót nie jest dziś realnym scenariuszem. A w Bangladeszu nikt nie oferuje im obywatelstwa ani trwałego statusu. Nie dostają dokumentów, które pozwoliłyby im wyjechać, pracować, zacząć od nowa. Nie mogą się tu zakorzenić, a tam nie mogą wrócić. Międzynarodowe budżety się kurczą, nowych ludzi przybywa, rozwiązania politycznego nie widać. Zawieszenie staje się normalnością. A normalność bez przyszłości jest najcichszą formą przemocy.
Internet bywa wyłączany. Zasięg znika na tygodnie – zawsze gdy rośnie napięcie w obozach. Telefony są sprawdzane podczas policyjnych kontroli i przeszukań przez jednostki Armed Police Battalion: oficjalnie w związku z walką z gangami i przemytem ludzi, ale w praktyce każdy wie, że aparat czy nagranie mogą zostać uznane za „problem”. Ruch między obozami jest ograniczany. Tu prawa człowieka nie przychodzą jako prawa, przychodzą jako pozwolenia. A pozwolenia można cofnąć.
Aparat fotograficzny w obozie nie jest neutralny. Nie jest też niewinny. W miejscu ogrodzonym drutem kolczastym każde spojrzenie ma polityczny ciężar. Fotografowanie może zostać odczytane jako prowokacja, jako oskarżenie, jako gest nieposłuszeństwa.
Aparat może zostać skonfiskowany. Zdjęcie uznane za zbyt wrażliwe. Abdullah nie ma formalnej akredytacji. Jest mieszkańcem obozu, fotografuje swoje otoczenie. Zwykle nikt nie wymaga od niego specjalnych pozwoleń, lecz on wie, że podczas kontroli policjanci mogą sprawdzić sprzęt i zapytać, co dokumentuje.
– Zdarza się, że pytają, po co robię zdjęcia – mówi. – Tłumaczę, że to moje życie.
Nie zawsze to wystarcza. Stracił już aparaty, karty pamięci, a nawet drona. Sprzęt bywa konfiskowany podczas przeszukań albo po prostu znika. W obozie obraz nigdy nie należy w pełni do tego, kto go zrobił.
Dziennikarstwo nie stoi poza tym systemem. Jest jego częścią. Kiedy powtarza wciąż te same kadry – tłum, pożar, policję – zaczyna współtworzyć maszynę kryzysu. Zarządzać ludźmi, zamiast ich słuchać.
Abdullah wie, że każde zdjęcie jest wyborem.
– Czasem boję się nie tego, co pokażę – mówi – ale tego, jak zostanie to użyte. Fotograf w obozie nie walczy tylko o kadr. Walczy o znaczenie.
Zostawić ślad
Proszę Abdullaha, żeby wybrał jedno zdjęcie. Takie, jakie chciałby, żeby świat zapamiętał.
Nie pokazuje mi pożaru. Nie pokazuje błota. Nie wybiera też drutu kolczastego.
Na ekranie telefonu pojawia się obraz chłopca siedzącego na podłodze w skromnym wnętrzu. Smuga światła wpada przez małe okno, przecina półmrok i zatrzymuje się dokładnie na nim. Chłopiec siedzi ze skrzyżowanymi nogami, pochylony nad książką. Jego twarz jest skupiona, spokojna. Pył unosi się w promieniu światła jak drobne gwiazdy. Reszta pomieszczenia tonie w cieniu, ale on jest w jasności, jakby światło wybrało właśnie jego.
– To moje ulubione zdjęcie, ponieważ odzwierciedla siłę i poświęcenie młodego pokolenia Rohingyów w obozie – mówi Abdullah. – Jako fotograf Rohingyów widziałem ciemność, wysiedlenia i niepewność, lecz widziałem też odporność społeczności. To zdjęcie przypomina mi, że nawet w małym schronieniu, nawet po utracie ojczyzny nasze dzieci nadal marzą i uczą się. Chcę, aby ludzie zobaczyli naszą determinację, naszą godność i naszą nadzieję na przyszłość.
W 2023 r. sekretarz generalny ONZ António Guterres odwiedził obozy i powiedział, iż ich istnienie – po latach bez politycznego rozwiązania – jest „brutalnym przypomnieniem, że świat zbiorowo zawodzi w znalezieniu wyjścia”. Od lat nazywa Rohingyów jedną z najbardziej prześladowanych społeczności na świecie.
Te słowa wracają, gdy patrzę na chłopca w smudze światła. Zawodzi świat, rządy, instytucje. Ale w kadrze Abdullaha nie ma porażki. Jest cisza, skupienie i światło, które przecina ciemność. Jest przyszłość, która jeszcze nie została nazwana.
Rohingyowie zostali zmuszeni do wygnania. Nie muszą jednak być wygnani z własnej opowieści.
Może problemem nie jest religia. Może problemem jest to, że potrzebujemy religii, by uzasadnić, kto ma prawo do ziemi, do granicy, do przynależności. A kiedy uzasadnienie staje się ważniejsze niż człowiek, zaczynamy wierzyć bardziej w symbol niż w twarz.
Abdullah podnosi aparat. Nie po to, by udowodnić cierpienie. Po to, by zostawić ślad.