Subskrybuj
Ilustracja przedstawiająca kobietę odwróconą tyłem, widoczną od ramion w górę. Na jej karku znajdują się prostokątne drzwi, z których wychodzi mała postać biegnąca w stronę zielonych drzew. Tło jest jednolicie różowe

Nie musisz być ciągle dostępny

Ludzie o podejściu wolnościowym mówią, że w cyfrowym świecie powinniśmy mieć swobodny wybór. Jednak w przypadku internetu i mediów społecznościowych w telefonach trafiamy do środowiska, w które celowo wprowadzono mechanizmy uzależniające. To nie jest gra fair play i dlatego potrzebujemy silnych regulacji

Część z nas „zachłysnęła” się możliwościami sztucznej inteligencji, ale nie zdaje sobie sprawy z zagrożeń, które niesie jej używanie. Jak określiłaby Pani poziom świadomości społecznej w Polsce dotyczący bezpiecznego korzystania z AI?

Jako niski. Istnieje ogromna przepaść między możliwościami narzędzi technologicznych a tym, jak my z nich korzystamy. Używanie narzędzi AI wydaje się bardzo proste. Ściągam aplikację, loguję się, wybieram wersję płatną bądź bezpłatną i „rozmawiam” z AI jak z koleżanką. Różnica między osobą, która w taki sposób korzysta ze sztucznej inteligencji, a tą, która przeszła kilka kursów, potrafi ustawić swoją narrację, zadawać precyzyjne pytania, jest ogromna. Można powiedzieć, że każda z nich, choć pracuje na tej samej architekturze, to używa zupełnie innego narzędzia – dającego inną jakość odpowiedzi.

Mamy tendencję, by nie zawracać sobie głowy zabezpieczeniami. Przykładem może być chociażby czytanie, a w zasadzie nieczytanie regulaminów. A w praktyce ich znajomość daje konkretne efekty w kilku obszarach. W UE (dzięki RODO) większość platform musi honorować częściowe zgody, można np. wyłączyć używanie danych do trenowania modeli AI (Meta, Google już to oferują), zrezygnować z personalizacji reklam czy ograniczyć profilowanie.

W przypadku narzędzi AI jest twardsza granica: żeby w ogóle korzystać z modelu, musimy zgodzić się na przetwarzanie swoich promptów przynajmniej w czasie sesji. Bez tego usługa po prostu nie działa. Możemy natomiast zazwyczaj wyłączyć używanie rozmów do trenowania i to warto zrobić świadomie.

Nie ma takich osób, które obawiają się używania sztucznej inteligencji?

Są. Czasami piszą do mnie, np. na Instagramie, że nie korzystają z AI, ponieważ się boją: utraty prywatności, niewłaściwego użycia przez model informacji, które tam włożą. I poniekąd słusznie: bardzo wrażliwych informacji, np. niezanonimizowanych danych medycznych, nie zaleca się wprowadzać do modeli językowych. Mówię tutaj o prywatnym użyciu. W służbowym to inna sprawa – firma musi korzystać z modelu, który jest bezpieczny, i pracownik powinien być dobrze przeszkolony w zakresie tego, co może robić z tym narzędziem, a czego mu nie wolno.

Krótko mówiąc, obecnie jesteśmy kiepsko przygotowani do odpowiedzialnego korzystania ze sztucznej inteligencji. Warto jednak pamiętać o tym, że to nie jest tylko kwestia AI. Mamy w domu inteligentne odkurzacze czy oczyszczacze powietrza, które skanują nasze mieszkanie, łączą się z innymi sprzętami, mającymi różnych właścicieli czy dostawców usługi, niekoniecznie w Unii Europejskiej. Nie wiemy, że możemy wyłączyć opcję przekazywania danych – żeby np. odkurzacz nie mógł wysyłać nigdzie zdjęć z naszego domu.

Czym to skutkuje, pokazuje niedawna historia: programista z Hiszpanii Sammy Azdoufal chciał sterować swoim odkurzaczem za pomocą Playstation, a przypadkowo uzyskał dostęp do kamer kilku tysięcy podobnych robotów odkurzaczy z całego świata.

W swoich mediach społecznościowych publikuje Pani sporo treści o sztucznej inteligencji, które budzą niepokój. Ostatnio przeczytałam np. o ślubach ludzi z botami AI w Japonii i o tym, że Departament Obrony USA zażądał, aby twórcy modelu AI Claude umożliwili wojsku wykorzystywanie tej technologii w dowolnie wybrany sposób, np. do inwigilacji obywateli. Jak dziś patrzy Pani na rewolucję AI?

Ta technologia rozwija się wykładniczo z pewnymi skokowymi przełomami, a nie w sposób liniowy. W związku z tym czasami zapominamy o niej na wiele lat. Termin „sztuczna inteligencja” powstał w II poł. lat 50. XX w., więc już ponad pół wieku temu. Jednak na ustach wszystkich znalazła się ona w 2022 r. I od tamtego czasu jest wszechobecna w naszej codzienności – niemal każdego dnia pojawia się w naszych rozmowach, pracy, życiu prywatnym, treściach, które konsumujemy. Wielu ludzi czuje, że ma obowiązek być ekspertem w wykorzystaniu AI.

Jak Pani myśli, skąd takie przekonanie?

W ostatnim skoku rozwojowym pojawiła się generatywna sztuczna inteligencja, czyli taka, która może z nami rozmawiać.

To jest model statystyczny, generujący odpowiedzi na nasze pytania na podstawie materiałów, na których był uczony. W ramach kontroli poprawności rozumowania bada przy tym statystyczne prawdopodobieństwo, że to właśnie te odpowiedzi. Z racji tego, że uczy się na naszych danych, to pozornie zachowuje się jak człowiek, jego odpowiedzi wydają się trafne i chcemy z nich korzystać. Jesteśmy więc na etapie, że mamy bardzo zaawansowaną technologię, praktycznie darmową, która trafia w ręce dowolnej osoby mającej dostęp do internetu.

W tej chwili powszechnie testujemy tę technologię – robi to większość firm, na AI przeznaczono ogromne budżety. Można powiedzieć, że sztuczna inteligencja stanowi o strategicznej przewadze państw. Obserwujemy ogromną rywalizację między Stanami Zjednoczonymi a Chinami w jej rozwijaniu i wykorzystywaniu. Ci, którzy nie nadążyli, teraz starają się nadrobić zaległości.

Mam wrażenie, że więcej o AI rozmawiamy, niż jej używamy. Według najnowszego badania Eurostatu dotyczącego wykorzystania sztucznej inteligencji w przedsiębiorstwach przepaść między europejskimi liderami a krajami takimi jak Polska jest spora.

Na czele rankingu stoi Dania z wynikiem 27,6%, a tuż za nią plasują się Szwecja z 25,1% i Belgia z 24,7%. To kraje, w których sztuczna inteligencja stała się elementem standardowej infrastruktury. Polska zajmuje drugie miejsce od końca. Zaledwie 5,9% polskich firm zdecydowało się na wdrożenie AI.

Z jednej strony narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji, takie jak Claude, Gemini czy Copilot, stosuje się dość powszechnie, ale płytko, do prostych zadań. Z drugiej strony mamy też „prawdziwe”, poważniejsze narzędzia AI, które realnie pomagają, zmieniają biznes czy też mają ogromny wkład w medycynę. Jest nadzieja i duża szansa, że AI wniesie znaczący wkład w znalezienie lekarstwa na nowotwory i inne poważne choroby. W medycynie działają wyspecjalizowane modele AI trenowane na danych klinicznych, obrazach diagnostycznych i literaturze naukowej. Różnica w stosunku do Claude’a czy ChataGPT jest fundamentalna: tamte narzędzia są certyfikowane jako wyroby medyczne, działają w zamkniętych, regulowanych środowiskach i rekomendują konkretną decyzję diagnostyczną. Modele ogólne, z których korzystamy na co dzień, są zaprojektowane do szerokiego użytku i unikają wydawania wiążących opinii medycznych właśnie dlatego, że nie przeszły procesu walidacji klinicznej.

Na razie działamy z AI i wobec AI trochę jak we mgle?

Technologia już istnieje, ale pozostaje jeszcze bardzo ułomna, więc zaprzęganie tych ogólnych modeli do poważnych tematów, jak np. decydowania o tym, w którym momencie powinniśmy mieć przeszczep nerki albo czy należy komuś udzielić kredytu, jest obarczone dużym ryzykiem.

Ukazała się bardzo dobra książka Madhumity Murgii W cieniu AI. Jak sztuczna inteligencja ingeruje w nasze życie?, w której opisano wiele tego typu przykładów. Do tego dochodzi algorytmizacja pracy, będąca równie dużym wyzwaniem. Czy to kurierzy wożący jedzenie, czy kierowcy taksówek, ale też wiele innych ludzi wykonujących pracę tymczasową pracują przez aplikacje – tj. w aplikacji szukają pracy i ona jest podstawowym ich narzędziem – dla niewiadomego „pracodawcy”. W tych algorytmicznych zawodach istnieje duże ryzyko nadużyć. Algorytm wylicza, ile kierowca dostanie za przejazd albo w jakim czasie powinien przejechać z punktu A do B. Zdarza się przecież, że gdy zamówimy pizzę, to początkowo aplikacja informuje nas, że przyjedzie za 20 min, po czym okazuje się, że przyjechała dopiero po 40 min. Winny nie musi być człowiek, tylko algorytm, który źle wyliczył czas dojazdu, nie wziął pod uwagę wszystkich czynników. W takich przypadkach ofiarą zawsze jest jednak kurier czy restaurator, który często nie bardzo wie, gdzie ma zgłosić to, że algorytm zdecydował za niego i się pomylił. Czymś, co nas gubi, okazuje się przekonanie, że skoro algorytm coś powiedział, to znaczy, że tak jest.

Traktujemy go jak nowego boga?

Zaczynamy wierzyć, że algorytm jest nieomylny, co jest po prostu nieprawdą. Poziom halucynacji wciąż jest bardzo wysoki, w niektórych modelach sięga 30–40%.

Badanie opublikowane w „Journal of Medical Internet Research” w 2024 r. wykazało, że przy wyszukiwaniu referencji do przeglądów systematycznych wskaźnik halucynacji wyniósł 39,6% dla GPT-3.5 i 28,6% dla GPT-4, gdzie modele podawały nieistniejące publikacje naukowe jako prawdziwe źródła.

Z tego, co Pani mówi, wnioskuję, że jesteśmy w potrzasku i na ogromnym rozdrożu. Strefa zagrożeń wydaje się większa niż korzyści.

Nie do końca. To, co Pani widzi na moim profilu czy w innych źródłach zajmujących się AI, wynika po części ze specyfiki mediów społecznościowych, które uwypuklają negatywne zjawiska. Istnieją ogromne szanse i ogromne zagrożenia związane ze sztuczną inteligencją.

Jesteśmy – jak to nazywam – w rozbójniczym okresie, w którym dopiero uczymy się pracować z technologią. Podobnie jest z social mediami, które są z nami kilkanaście lat. Istnieje przecież wielu ludzi, którzy robią wartościowe rzeczy w mediach społecznościowych – edukują, popularyzują wiedzę. Jednak ciemna strona tych mediów też istnieje – nasze dzieci przestały budować relacje „na żywo”. Siedzą zamknięte w ciemnym pokoju, gapią się w ekran, który pokazuje im, jak idealnie wyglądać, a ten ideał jest niemożliwy do osiągnięcia. Mam w domu nastolatkę, widzę to u niej i wśród jej koleżanek, znajomych – kult ciała, smarowanie buzi wszystkim, co widzieli u influencerów i influencerek.

Jest więc bardzo dużo negatywnych skutków korzystania z nowych technologii, ale nauczyliśmy się już tego i powoli zaczynamy im przeciwdziałać. Pojawiają się obostrzenia i regulacje. Najbardziej radykalnym przykładem jest Australia, która wprowadziła zakaz korzystania z social mediów do 16. roku życia, a cały świat obserwuje dziś, jakie będą efekty tej zmiany.

Powiedziała Pani wcześniej, że nam, użytkownikom generatywnej sztucznej inteligencji, jej odpowiedzi wydają się dobre, trafne, człowiecze. Dlaczego brakuje nam refleksji, że rozmawiamy z „maszyną”, a nie z człowiekiem?

Rzeczywiście, możemy szybko zapomnieć, z kim właściwie mamy do czynienia. Słynny stał się przypadek „poślubienia” postaci wygenerowanej przez sztuczną inteligencję. Ludzie korzystają z AI Companions, czyli towarzyszących AI, których przykładem jest chociażby Replika, mająca obecnie ponad 40 mln użytkowników. Na niej i wielu podobnych platformach ludzie spędzają codziennie po kilka godzin, rozmawiając z wygenerowanymi postaciami np. partnera, przyjaciół, rodziców. Polecam wypróbować sobie te narzędzia i zobaczyć, jak one działają. Przede wszystkim pytania, które te narzędzia zadają na początku, żeby sprofilować pod nas wygenerowaną postać, dają dużo do myślenia. Odpowiadamy bowiem na pytania psychologiczne, odsłaniamy się. Możemy tam wygenerować np. towarzysza AI, który „pracuje” z naszymi traumami z dzieciństwa.

Przyzwyczailiśmy się myśleć stereotypowo, że tylko w Japonii i Korei Południowej ludzie robią takie dziwne rzeczy. Nie. To dzieje się na całym świecie.

W Nowym Jorku powstała kawiarnia Eva AI Cafe, gdzie można przyjść ze swoim towarzyszem AI. Jest stojak na telefon, zamawiamy kawę i jesteśmy z nim na randce, w relacji.

Duża część moich znajomych i osób, z którymi rozmawiam na ten temat, traci poczucie, że mamy jako ludzie kontrolę nad technologią sztucznej inteligencji. Co robić, gdy nie chcemy odcinać się od korzystania ze smartfonów, mediów społecznościowych i AI, a jednocześnie zależy nam na zachowaniu dobrostanu, zdrowia i równowagi psychicznej?

Warto się tym nie stresować, tylko spokojnie, krok po kroku, poczynić drobne zmiany, które długoterminowo dadzą dobre efekty. Przede wszystkim polecam gorąco, żeby telefon „rozczłonkować”. Dlaczego dzisiaj bardzo często sięgamy po smartfona? Bo ma w sobie wiele rzeczy, funkcji, z których korzystamy. Tam są budzik, aparat fotograficzny, skaner, latarka, karta płatnicza, sklep. Dawniej wszystkie te sprzęty czy miejsca funkcjonowały oddzielnie – zegarek pełniący funkcję budzika stał przy naszym łóżku. Gdy jechaliśmy na wycieczkę, to można było nie zabierać telefonu, żeby zrobić zdjęcie, wystarczył aparat fotograficzny.

Proponuję powoli rozpocząć proces oddzielania tych funkcji, żebyśmy nie musieli po niego tak często sięgać. Kupmy sobie czy naszemu nastolatkowi fajny aparat fotograficzny. Wynieśmy telefon z sypialni – to pierwsza rzecz, którą warto zrobić, chociaż ona dla wielu osób może być trudna. Niektórzy z nas słuchają sobie czegoś do snu – podcastów, muzyki, a to wszystko jest przecież w telefonie. Szczerze powiedziawszy, też czasami mam z tym problem. Słucham dużo podcastów, co powoduje, że telefon jest ze mną w sypialni. Pracuję nad tym, żeby to zmienić. Może kupię MP3, może odtwarzacz CD. Wyrzucenie telefonu z sypialni jest o tyle istotne, że zwykle nie kończy się na budziku. Rano o określonej porze dzwoni alarm, sięgamy po telefon, włączamy go i niemal od razu zaczynamy przeglądać powiadomienia. Specjaliści podkreślają, że pierwsza godzina dnia powinna być spędzona bez telefonu i ekranu – najlepiej rozpocząć od choćby krótkiego spaceru, przeciągnięcia się, wystawienia na światło słoneczne.

Kolejnym krokiem niech będzie wyłączenie powiadomień. Część z nas nosi smartwatche. One też są problemem – ciągle nam coś wibruje na nadgarstku, rozprasza uwagę, stresuje. Nawet jeżeli odłożymy gdzieś telefon, a jesteśmy na spotkaniu z przyjaciółmi, to zegarek cały czas nas informuje, co dzieje się w telefonie.

Jeżeli mamy nastolatków albo dzieciaki w domu i w jakiś sposób one z technologią żyją, to korzystajmy z nakładania blokad – nie tylko im, ale także sobie samym. Lubimy nakładać ograniczenia dzieciom, uznając, że nas one nie dotyczą, a to błąd.

Blokady pokazują, jak łatwo tracimy poczucie czasu, korzystając ze smartfona. To spędziłam na Instagramie już godzinę? – dziwimy się.

Kiedyś rozmawiałam z moją obecnie 16-letnią córką, która właśnie to mi uświadomiła.

Usłyszałam: „Mamo, sama sobie spróbuj mieć tylko dwie godziny dziennie na korzystanie z mediów społecznościowych”. I teraz sama mam tyle czasu.

Może się to wydawać dużo, ale jestem też twórczynią internetową, więc ten ograniczony czas sprawia, że muszę sobie wszystkie treści przygotować wcześniej i np. nie mogę już angażować się w dyskusję, komentarze, wiadomości, nie mogę scrollować. Dzisiaj dużo mówi…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Analogowe nawyki