Subskrybuj
Publicysta katolicki, wieloletni redaktor „Znaku”, były prezes Klubu Chrześcijan i Żydów „Przymierze”.

Obywatel Turowicz

Jeśli Jerzy Turowicz w latach 90. XX w., już w wolnej Polsce, zabierał głos w sprawach publicznych, to dlatego że czuł się do tego zobligowany. Że domagało się tego odeń jego sumienie.

Artykuł ten stanowi drugą część cyklu poświęconego Jerzemu Turowiczowi. Przedstawia on redaktora naczelnego „Tygodnika” jako obywatela; tematem części ostatniej będzie Turowicz jako twórca kultury.

„Wkrótce po upadku komunizmu zastanawialiśmy się w Maisons-Laffitte razem z Giedroyciem, kto powinien być pierwszym prezydentem niepodległej Rzeczypospolitej. Spojrzeliśmy na siebie i absolutnie równocześnie, jakbyśmy się umówili, padło z naszych ust nazwisko Jerzego Turowicza” – pisał po śmierci Naczelnego „TP” Gustaw Herling-Grudziński.

Wcale się nie dziwię, że twórcy „Kultury” pomyśleli w tym kontekście o Turowiczu. Zresztą – między nami mówiąc – żeby wpaść na taki pomysł, niepotrzebna była ich intuicja polityczna. Ta idea po prostu krążyła w różnych kręgach społecznych – z żalem odrzucana jednak jako nierealna. Zrodziła się dlatego, że on się do tej funkcji nadawał wprost idealnie. A była nierealna głównie ze względu na wiek Pana Jerzego (ur. 1912), szczególną więź z „Tygodnikiem Powszechnym” (do którego redagowania czuł się powołany – i odejście stamtąd uważałby chyba za zdradę), wreszcie jego – powszechnie znaną – niechęć do czynnego udziału w życiu politycznym. Bowiem – jak wspominał prof. Bronisław Geremek, sam w owym życiu głęboko zanurzony – Turowicz miał do polityki stosunek specyficzny: „Pasjonowała go ona i przypominał o jej etycznych referencjach, ale nie chciał uczestniczyć ani w tym, co się zwie »grą polityczną«, ani też we władzy”. Co nie oznaczało, rzecz jasna, że uchylał się od jakiegokolwiek zaangażowania w to, co uważał za słuszne i potrzebne.

Początki tej jego zaangażowanej postawy sięgają Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”, które w latach 30. XX w., niedługo przed wojną – „znajdowało się w coraz ostrzejszym konflikcie z Młodzieżą Wszechpolską, szczególnie na tle stosunku do nacjonalizmu, a zwłaszcza antysemityzmu”. I tak, 1 grudnia 1935 r., Turowicz, jako przedstawiciel „Odrodzenia”, wziął udział w głośnej debacie zorganizowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim, poświęconej Prądom ideowym młodzieży polskiej. Oprócz niego przemawiali wówczas m.in. Józef Cyrankiewicz (socjaliści) i znany potem pisarz emigracyjny Jan Bielatowicz (Młodzież Wszechpolska).

Chrześcijańska formacja i temperament już w 1939 r. doprowadziły Jerzego Turowicza do świata katolickich mediów: w lipcu tego roku został nawet redaktorem naczelnym dziennika „Głos Narodu” – i był nim przez całe dwa miesiące, do 3 lub 4 września, kiedy to ukazał się ostatni numer tej gazety.

Po wybuchu wojny Turowicz związał się z „Unią” – założoną przez Jerzego Brauna konspiracyjną organizacją o profilu chadeckim. Zajmował się tam przede wszystkim działalnością kulturalną (teatr, publicystyka i kolportaż prasy podziemnej), prowadził także u siebie w domu komplety dla dzieci w wieku szkolnym. Warto bowiem pamiętać, że w Goszycach, gdzie mieszkał wraz z rodziną żony, ukrywało się wówczas mnóstwo ludzi: Żydzi, partyzanci, australijski skoczek spadochronowy, uciekinierzy ze wschodu, a potem – po upadku powstania – uchodźcy z Warszawy. Dwór tętnił życiem, był też prawdziwą kuźnią idei, które – jak marzono – uda się zrealizować w przyszłej, wolnej już Polsce.

Turowicz na przykład snuł plany wydawania katolickiego pisma społeczno-kulturalnego (najlepiej: tygodnika), które – mając za punkt wyjścia wartości chrześcijańskie – mogłoby mieć wpływ na rzeczywistość społeczną i kształt polskiej kultury.

Na początku 1945 r. okazało się, że nie tylko on o takim piśmie myślał. Z inicjatywy ks. Jana Piwowarczyka, a może i samego arcybiskupa Adama Sapiehy, pojawił się zamysł wydawania w Krakowie katolickiego tygodnika. W jego zakładaniu uczestniczył także Jerzy Turowicz. Twórcy „Tygodnika Powszechnego” musieli oczywiście liczyć się z nowym porządkiem politycznym – konieczne zatem okazało się ograniczenie ich aspiracji i marzeń. Nierealne na przykład okazało się myślenie o bezpośrednim kształtowaniu rzeczywistości społecznej. W ówczesnych realiach trzeba było zająć się przede wszystkim kulturą i formacją duchową katolików.

Już w pierwszym numerze deklarowano, że „Tygodnik Powszechny” jako pismo katolickie „będzie zmierzał do utrwalania katolickiej Prawdy w szerokich kołach naszego społeczeństwa i do wyrażania jej w sprawach społeczno-kulturalnych”. I dalej: „»Tygodnik Powszechny« będzie pismem apolitycznym i bezpartyjnym. Z tego względu wykluczamy z niego zagadnienia aktualno-polityczne (…)”. Czasem zresztą wykluczano je wręcz manifestacyjnie. Kiedy bowiem „cenzura nie pozwalała nam pisać o niczym, co nas interesowało, i kiedy zdejmowano nam niemal każdy tekst publicystyczny – wspominał Naczelny „TP” – postanowiliśmy wydać specjalny numer poświęcony Tatrom (…), właśnie dlatego, żeby dać czytelnikom do zrozumienia, że o niczym innym nie możemy już poważnie pisać”.

Takie zabiegi nie zawsze jednak okazywały się możliwe, a redakcja „Tygodnika” zmuszana była nieraz do zawierania bolesnych kompromisów. Tak jak wtedy, gdy – pod groźbą zamknięcia pisma – zażądano od niej oświadczenia na temat tzw. procesu kurii krakowskiej (na co redakcja niestety się zgodziła) czy peanów pochwalnych po śmierci Stalina – na co Turowicz i jego koledzy przystać już nie mogli. Wskutek tego non possumus musieli z redakcji „TP” odejść, a władze bezprawnie przekazały pismo Stowarzyszeniu PAX.

Dla Turowicza zaczął się bardzo trudny okres: otrzymał tzw. wilczy bilet, z którym nie mógł nigdzie znaleźć pracy i – jak pisał w swoim dzienniku Leopold Tyrmand – „szlifował bruki”. Ta sytuacja trwała aż do roku 1956 – do Października i odwilży, która zaowocowała m.in. zwrotem „Tygodnika Powszechnego” jego prawowitym właścicielom, a także propozycją wejścia przedstawicieli szeroko pojętego ruchu „Znak” – tworzonego przez…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Mit przeludnienia