Artykuł ten stanowi drugą część cyklu poświęconego Jerzemu Turowiczowi. Przedstawia on redaktora naczelnego „Tygodnika” jako obywatela; tematem części ostatniej będzie Turowicz jako twórca kultury.
„Wkrótce po upadku komunizmu zastanawialiśmy się w Maisons-Laffitte razem z Giedroyciem, kto powinien być pierwszym prezydentem niepodległej Rzeczypospolitej. Spojrzeliśmy na siebie i absolutnie równocześnie, jakbyśmy się umówili, padło z naszych ust nazwisko Jerzego Turowicza” – pisał po śmierci Naczelnego „TP” Gustaw Herling-Grudziński.
Wcale się nie dziwię, że twórcy „Kultury” pomyśleli w tym kontekście o Turowiczu. Zresztą – między nami mówiąc – żeby wpaść na taki pomysł, niepotrzebna była ich intuicja polityczna. Ta idea po prostu krążyła w różnych kręgach społecznych – z żalem odrzucana jednak jako nierealna. Zrodziła się dlatego, że on się do tej funkcji nadawał wprost idealnie. A była nierealna głównie ze względu na wiek Pana Jerzego (ur. 1912), szczególną więź z „Tygodnikiem Powszechnym” (do którego redagowania czuł się powołany – i odejście stamtąd uważałby chyba za zdradę), wreszcie jego – powszechnie znaną – niechęć do czynnego udziału w życiu politycznym. Bowiem – jak wspominał prof. Bronisław Geremek, sam w owym życiu głęboko zanurzony – Turowicz miał do polityki stosunek specyficzny: „Pasjonowała go ona i przypominał o jej etycznych referencjach, ale nie chciał uczestniczyć ani w tym, co się zwie »grą polityczną«, ani też we władzy”. Co nie oznaczało, rzecz jasna, że uchylał się od jakiegokolwiek zaangażowania w to, co uważał za słuszne i potrzebne.
Początki tej jego zaangażowanej postawy sięgają Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”, które w latach 30. XX w., niedługo przed wojną – „znajdowało się w coraz ostrzejszym konflikcie z Młodzieżą Wszechpolską, szczególnie na tle stosunku do nacjonalizmu, a zwłaszcza antysemityzmu”. I tak, 1 grudnia 1935 r., Turowicz, jako przedstawiciel „Odrodzenia”, wziął udział w głośnej debacie zorganizowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim, poświęconej Prądom ideowym młodzieży polskiej. Oprócz niego przemawiali wówczas m.in. Józef Cyrankiewicz (socjaliści) i znany potem pisarz emigracyjny Jan Bielatowicz (Młodzież Wszechpolska).
Chrześcijańska formacja i temperament już w 1939 r. doprowadziły Jerzego Turowicza do świata katolickich mediów: w lipcu tego roku został nawet redaktorem naczelnym dziennika „Głos Narodu” – i był nim przez całe dwa miesiące, do 3 lub 4 września, kiedy to ukazał się ostatni numer tej gazety.
Po wybuchu wojny Turowicz związał się z „Unią” – założoną przez Jerzego Brauna konspiracyjną organizacją o profilu chadeckim. Zajmował się tam przede wszystkim działalnością kulturalną (teatr, publicystyka i kolportaż prasy podziemnej), prowadził także u siebie w domu komplety dla dzieci w wieku szkolnym. Warto bowiem pamiętać, że w Goszycach, gdzie mieszkał wraz z rodziną żony, ukrywało się wówczas mnóstwo ludzi: Żydzi, partyzanci, australijski skoczek spadochronowy, uciekinierzy ze wschodu, a potem – po upadku powstania – uchodźcy z Warszawy. Dwór tętnił życiem, był też prawdziwą kuźnią idei, które – jak marzono – uda się zrealizować w przyszłej, wolnej już Polsce.
Turowicz na przykład snuł plany wydawania katolickiego pisma społeczno-kulturalnego (najlepiej: tygodnika), które – mając za punkt wyjścia wartości chrześcijańskie – mogłoby mieć wpływ na rzeczywistość społeczną i kształt polskiej kultury.
Na początku 1945 r. okazało się, że nie tylko on o takim piśmie myślał. Z inicjatywy ks. Jana Piwowarczyka, a może i samego arcybiskupa Adama Sapiehy, pojawił się zamysł wydawania w Krakowie katolickiego tygodnika. W jego zakładaniu uczestniczył także Jerzy Turowicz. Twórcy „Tygodnika Powszechnego” musieli oczywiście liczyć się z nowym porządkiem politycznym – konieczne zatem okazało się ograniczenie ich aspiracji i marzeń. Nierealne na przykład okazało się myślenie o bezpośrednim kształtowaniu rzeczywistości społecznej. W ówczesnych realiach trzeba było zająć się przede wszystkim kulturą i formacją duchową katolików.
Już w pierwszym numerze deklarowano, że „Tygodnik Powszechny” jako pismo katolickie „będzie zmierzał do utrwalania katolickiej Prawdy w szerokich kołach naszego społeczeństwa i do wyrażania jej w sprawach społeczno-kulturalnych”. I dalej: „»Tygodnik Powszechny« będzie pismem apolitycznym i bezpartyjnym. Z tego względu wykluczamy z niego zagadnienia aktualno-polityczne (…)”. Czasem zresztą wykluczano je wręcz manifestacyjnie. Kiedy bowiem „cenzura nie pozwalała nam pisać o niczym, co nas interesowało, i kiedy zdejmowano nam niemal każdy tekst publicystyczny – wspominał Naczelny „TP” – postanowiliśmy wydać specjalny numer poświęcony Tatrom (…), właśnie dlatego, żeby dać czytelnikom do zrozumienia, że o niczym innym nie możemy już poważnie pisać”.
Takie zabiegi nie zawsze jednak okazywały się możliwe, a redakcja „Tygodnika” zmuszana była nieraz do zawierania bolesnych kompromisów. Tak jak wtedy, gdy – pod groźbą zamknięcia pisma – zażądano od niej oświadczenia na temat tzw. procesu kurii krakowskiej (na co redakcja niestety się zgodziła) czy peanów pochwalnych po śmierci Stalina – na co Turowicz i jego koledzy przystać już nie mogli. Wskutek tego non possumus musieli z redakcji „TP” odejść, a władze bezprawnie przekazały pismo Stowarzyszeniu PAX.
Dla Turowicza zaczął się bardzo trudny okres: otrzymał tzw. wilczy bilet, z którym nie mógł nigdzie znaleźć pracy i – jak pisał w swoim dzienniku Leopold Tyrmand – „szlifował bruki”. Ta sytuacja trwała aż do roku 1956 – do Października i odwilży, która zaowocowała m.in. zwrotem „Tygodnika Powszechnego” jego prawowitym właścicielom, a także propozycją wejścia przedstawicieli szeroko pojętego ruchu „Znak” – tworzonego przez…