Subskrybuj

Hotel Prisztina

Na ziemiach, gdzie kiedyś rozciągała się Jugosławia, od sześćdziesięciu lat stoją na miejskich skwerkach te same kosze na śmieci. Neony dawno zgasły, gałęzie drzew, jak rozczochrane włosy, nie dają się łatwo ułożyć, a gatunki krzewów i kwiatów ciągle pozostają niemodne. Wśród trucheł betonowych bloków przemykają zgrabne dziewczyny, wystrojone według trendów panujących na bazarach państw, które jeszcze nie są tygrysami Europy. Wszystko zdaje się rzęzić ostatkiem sił – jak stare yugo przed zmianą na nowszy model.

Jeszcze niedawno, kiedy serbski pogranicznik znajdował w paszporcie błękitną pieczątkę ONZ, zatrzymywał go i wołał swojego szefa. Zwłaszcza jeśli w kraju akurat odbywały się wybory, albo do Belgradu przyjeżdżali dyplomaci państw Grupy Kontaktowej i w ogóle świat, po kilku miesiącach letargu, na nowo przypominał sobie o Kosowie i postanawiał, że coś z nim wreszcie zrobi. Wtedy, jeszcze zanim Moskwa zdążyła zaprotestować, Pekin wstrzymać się od głosu, a Genewa – wydać któryś z rzędu komunikat o odłożeniu negocjacji na następne pół roku, swoją maleńką rolę w spektaklu o Kosowie odgrywał on, funkcjonariusz państwowy z zagubionego w polach słoneczników terminalu drogowego we wsi Horgoš, na granicy z Węgrami. Symbol kuli ziemskiej z napisem „UNMIK” odbity w paszporcie potwierdzał, że wracało się z Kosowa. I że wjazd do prowincji nastąpił od strony państw trzecich. To nic, że przepisowo, a zezwolenie wbił upoważniony urzędnik ONZ. W czasie politycznej niepogody ta zwykła pieczątka była czułym barometrem nastrojów w Belgradzie. Jeśli były liberalne, paszport wracał do właściciela i dalsza droga do Budapesztu stawała otworem. Ale kiedy atmosfera wokół Kosowa robiła się gęsta, nerwowi stawali się i pogranicznicy. Kosowem, formalnie częścią Serbii, od 1999 roku opiekował się…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Milczenie świata. Mass media wobec ludobójstwa