Z notatnika, rok 2003, marzec: „Wchodzę między nich, zadaję to samo pytanie: Co z twoim synem, ojcem, bratem, mężem?. I słucham tej samej opowieści w setkach odmian, nie losu jednak, lecz technicznych szczegółów łapanek, porwań, tortur. Zanurzam się w otchłań gardłowych dźwięków, krótkich, twardych słów tego przedziwnego języka, kręcę głową z niedowierzaniem; przygryzam wargi, ocieram łzy i jak błotnistą breję pod nogami ugniatam w sobie pytania o szaleństwo milczącego świata. I z miejsca na miejsce taszczę bezradność…”.
Wszystko zaczęło się w dalekim roku 1991, kiedy to radziecki generał czeczeńskiego pochodzenia Dżochar Dudajew zawierzył nonszalanckiemu zawołaniu Borysa Jelcyna objeżdżającego w wyborczej kampanii prezydenckiej republiki rozsypującego się kolosa: bierzcie tyle suwerenności, ile zdołacie przełknąć! Czeczenia dławi się do dziś. Dudajew od dawna towarzyszy jej z tamtego świata. Robił wszystko, by do wojny nie doszło. Niemal przez cały 1992 rok usiłował porozumieć się z Jelcynem. Miliony dolarów płacił kremlowskim bonzom za możliwość rozmowy z prezydentem Rosji. Ale im, generałom wojna była potrzebna. Jelcynowi, którego notowania gwałtownie spadały – też. Do spotkania nie doszło. 11 grudnia 1994 roku rosyjskie czołgi wjechały do Groznego.
Potem padały bomby. Jak grad. Świat zamarł. Pomknęli do Czeczenii dziennikarze z całego globu. Potem od krążących po telewizyjnym niebie śmigłowców odrywały się małe punkciki, z ziemi tryskał ogień, filmowy kadr gęstniał od trupów, lała się…