Mniej więcej rok temu opublikował Ksiądz głośny artykuł pod prowokacyjnym tytułem To błąd, że tak szybko kanonizowaliśmy Świętego Jana Pawła II. Co Ksiądz miał na myśli?
Kocham Jana XXIII, Pawła VI mam za wielkiego człowieka i jestem świadom wielu wspaniałych rzeczy, których dokonał Jan Paweł II. Zasadniczo uważam jednak, że kanonizowanie papieży to pomyłka. Gdy ogłasza się świętymi duchownych, to im wyższe ich stanowisko, tym łatwiej o popadnięcie w klerykalizm i przypisywanie ich nauczaniu rangi niepodważalnego. Po kanonizacji wszyscy powinniśmy ich szanować, słuchać, co mówili, i powstaje ogólne wrażenie, że skoro są świętymi, to zapewne w całym swoim życiu nie zrobili nic złego. Kanonizacje papieży nie pomagają życiu Kościoła.
To znaczy?
Zwolennicy kanonizacji naciskają na nie, bo pragną takim zabiegiem przypieczętować dany pontyfikat. Intencja jest taka, by ogłoszenie świętości niejako automatycznie unieważniło wszelką możliwą krytykę. Świętych się przecież nie krytykuje. Natomiast Kościół, który musi ulegać ciągłej reformie, nie powinien pozwalać na takie cementowanie nauczania.
Święci papieże to ludzie, a więc popełniali błędy. Nie powinniśmy ich traktować ulgowo. Nie można mówić, że wszystko, co zrobili, było złe, jak chcieliby niektórzy krytycy, ani patrzeć na nich przez różowe okulary, głosząc, że ich życie i czyny były doskonałe, a ich stanowisko powinno określić kierunek Kościoła na wieki. To bowiem wiąże ręce kolejnych papieży.
Niektórzy pragnęliby, aby nauczanie Jana Pawła II wyznaczało ostateczny punkt dojścia Kościoła. Z tej perspektywy krytykują obecnego papieża, wytykając Franciszkowi niedokształcenie, porównując go z wybitnym ich zdaniem teologiem i filozofem Wojtyłą. To też paraliżuje Kościół.
Jest tylu świeckich, których można kanonizować! Gdybym miał wskazać na jakieś szczególnie ważne w moim przekonaniu osoby, to kierowałbym uwagę na dzieci ofiary wojny w Rwandzie. Gdy do ich szkoły przyszli bojówkarze i nakazali im podzielić się na Hutu i Tutsi, one odmówiły i zginęły z rąk oprawców. To świadkowie solidarności, sprzeciwu wobec rasizmu i oporu względem konfliktów etnicznych, dlatego mogą stanowić wspaniały wzór dla innych młodych chrześcijan, przemawiać do ich wrażliwości. A papież? Jego doświadczenia są odległe od większości wiernych.
Jan Paweł II zmarł 16 lat temu i odbiór jego dziedzictwa staje się oraz bardziej zniuansowany, często krytyczny. W Polsce był przez wiele lat niekwestionowanym autorytetem, lecz z każdym kolejnym rokiem wzrasta wobec niego dystans i opór, do tego stopnia, że dla młodszych pokoleń Wojtyła stanowi przedmiot żartów. Czy dostrzega Ksiądz podobne procesy zagranicą?
Prowadziłem kiedyś zajęcia, w trakcie których ze zdumieniem zorientowałem się, że moi studenci nie wiedzieli, kim był John F. Kennedy. Prawdopodobnie coś podobnego dzieje się wśród młodych Polaków, dla których prawdziwy Wojtyła nie istnieje. Przestał być człowiekiem z krwi i kości, a stał się postacią legendarną, każde pokolenie zaś demitologizuje bohaterów poprzednich wieków. Podawanie w wątpliwość jest częścią dojrzewania, natomiast gdy błędy bohaterów z przeszłości są zakrywane przez starszych, to autorytety wywołują konsternację. Gdy młody człowiek dojrzewa, doświadcza tego w najbliższym otoczeniu na przykładzie rodziców: ci, którzy do tej pory byli perfekcyjni, okazują się ułomni. Niemniej dojrzewanie nie przebiegnie prawidłowo, jeśli człowiek nie postara się zrozumieć źródła tych błędów, zaakceptować swoich rodziców, ale już autentycznych, a nie mitycznych.
Tak powinniśmy zrobić z Janem Pawłem II. Nie chodzi o zrzucanie go z piedestału, lecz o pokazanie pełnego obrazu papieża jako człowieka, który robił rzeczy piękne i również się mylił. Tragedia polega na tym, że konserwatyści lubią podkreślać tylko tę dobrą stronę i oskarżają każdego, kto zaczyna kwestionować autorytet Jana Pawła II, o to, że podcina całą gałąź zachodniej cywilizacji. Podobną krótkowzrocznością charakteryzują się ich przeciwnicy ze strony liberalnej, którzy niezmordowanie powtarzają, że papież był okropny i w trakcie całego pontyfikatu nie zrobił nic dobrego, lecz jedynie chronił pedofilów i prześladował nieprawomyślnych teologów. Obie strony są w błędzie, bo musimy poznawać osobę – każdą osobę, nie tylko papieża – w całej jej złożoności. Autorzy ewangelii i Dziejów Apostolskich nie kryli błędów Piotra i pozostałych uczniów Jezusa. Nie przemilczali sporów toczonych w pierwszym Kościele, pokazywali jego złożoność i bardzo dobrze, że to robili.
Jeszcze kilka lat temu nikt by się o to nie pokusił, ale obecnie coraz częściej pojawiają się głosy, że papież Jan Paweł II powinien zostać zdekanonizowany.
Nie ma żadnych wątpliwości, że Jan Paweł II zrobił wiele wspaniałych rzeczy. Był właściwym człowiekiem we właściwych miejscu i czasie, żeby odegrać istotną rolę historyczną. Miał wielki wpływ na rozwój Europy Wschodniej i Polski, a jego rola w pokonaniu komunizmu jest nie do przecenienia. Myślę, że mógł być nawet ważniejszą osobą niż Ronald Reagan, jeśli chodzi o ten proces, i darzę go za to wielkim szacunkiem. Niemniej jednak jego pontyfikat obfitował w kwestie dotyczące życia Kościoła, z którymi miałem i nadal mam poważny problem.
Czyli jest on Księdzu bliższy z powodów politycznych niż duszpasterskich?
Prócz tego, że jestem jezuitą, mam też doktorat z nauk politycznych, dlatego zależy mi na podkreśleniu, że polityka to dość wieloznaczny termin. Papież był głosem sprawiedliwości społecznej i wolności, działał na rzecz praw człowieka – i w tym sensie uprawiał politykę. Nie ma w tym nic złego, to nie partyjna walka, ale praca na rzecz dobra wspólnego. Prorocy Starego Testamentu byli krytykami ówczesnej elity i brali w obronę ubogich, głosili sprawiedliwość – to też działania polityczne. Dlatego niejednokrotnie trudno oddzielić przestrzeń polityczną od przestrzeni ewangelicznej.
Wspominał Ksiądz, że miał problem z pontyfikatem Jana Pawła II. Dziś, gdy dyskusja o nim wpada w coraz ostrzejsze tony, można mieć wrażenie, że wokół tego okresu trwała pewna umowna zgoda. Czy dopiero teraz widać jego błędy, czy też były dostrzegane wcześniej, jednak wypierane?
Odpowiedź będzie zależeć, od tego kogo Pan zapyta. Sam często byłem krytykowany za dyskutowanie z decyzjami Jana Pawła II. Dostrzegałem jego błędy i pisałem o nich w trakcie jego pontyfikatu, podobnie jak wielu innych teologów, którzy padli ofiarą watykańskiej krytyki, bo jednym z największych błędów tamtego papieża było ograniczanie wolności w debacie.
Pontyfikat Jana Pawła II w porównaniu z pontyfikatami Pawła VI, Benedykta XVI i Franciszka był rekordowy pod względem inkryminowania teologów.
Papież w dużej mierze kierował się zasadą: „Będzie po mojemu albo wcale”. Watykan dawał odpowiedzi na zagadnienia teologiczne i jeśli się ich nie akceptowało, to grożono zwolnieniem, wyciszano i marginalizowano.
Jan Paweł II, a po nim Benedykt XVI założyli, że II Sobór Watykański zakończył debatę teologiczną i teraz pozostaje tylko go interpretować. A jak interpretować? Zgodnie z ich wykładnią soboru. Pod względem stanu debaty teologicznej pontyfikat Jana Pawła II był katastrofą, a trzeba pamiętać, że to był długi okres. Teolodzy porzucili myślenie kreatywne, przestali brać udział w kształtowaniu nauczania Kościoła. Teologia stanęła w miejscu. Przykładów jest sporo: Hans Küng, Edward Schillebeeckx, teolodzy moralni z USA tacy jak Richard McCormick, teolodzy wyzwolenia z Ameryki Łacińskiej, ludzie zaangażowani w dialog międzyreligijny w Azji. Na celowniku byli teolodzy, którzy, rozmawiając o Bogu i Kościele, używali innego języka niż ten znany z przeszłości. Wielu badaczy usunięto z wydziałów i seminariów tylko dlatego, że zadawali pytania na temat żonatych księży czy kapłaństwa kobiet albo domagali się zniuansowania podejścia do encykliki Humanae vitae. Nie byłeś lojalny – nie mogłeś uczyć. A usuniętych teologów zastąpili tacy, którzy nie potrafili zrobić wiele więcej, niż powtórzyć to, co napisano w Katechizmie Kościoła Katolickiego. W efekcie uformowano kilka pokoleń seminarzystów, których nikt nie nauczył myśleć samodzielnie, bo uczono ich tylko zapamiętywać to, co usłyszeli od profesorów.
###banner###
Dzisiaj wyraźnie widać efekty tej wyrwy, bo obecny papież każe nam dyskutować i się nawzajem słuchać, a wcale tego nie potrafimy. Otwierając pierwszy synod biskupów, papież Franciszek posłużył się słowem „parezja”, którego apostołowie używali do opisu debaty między Piotrem i Pawłem na pierwszym soborze w Jerozolimie. Papież zachęca do dyskusji, mówi, że nie ma takiego tematu, którego się nie podejmiemy. Wcześniej istniały tematy uznawane za niepodlegające dyskusji i przez szeregowych księży, i przez biskupów, a tym bardziej przez wiernych.
W jakim stopniu to wina Jana Pawła II, a na ile większej grupy – jego dworu i watykańskich kongregacji podczas jego pontyfikatu? W jednym z Księdza tekstów przeczytałem takie zdanie: „Zarówno Jan Paweł II, jak i Benedykt natrafili na problem, bo otaczali ich ludzie, którzy uważali, że papież jest najmądrzejszym człowiekiem na świecie. Tacy doradcy nie mają w zwyczaju dyskutować ze swoimi szefami”.
Papież odpowiadał za to, kim się otaczał. To była jego wielka słabość. Jan Paweł II dobierał potakiwaczy, ludzi, którzy się mu nie sprzeciwiali i nie polemizowali z jego tokiem myślenia, podczas gdy bardziej skorzystałby na doradcach, którzy mieliby odwagę powiedzieć mu wprost: „Wasza Świątobliwość jest w błędzie”. Podobny problem miał później Ratzinger, który również nie słuchał innych głosów, traktując teologów jak studentów, a nie równych sobie partnerów w dyskusji. Pouczał ich, poprawiał, a jak nie podążali za jego linią, to oblewali egzamin. Prawdziwy lider tak nie robi, tylko otacza się mądrymi ludźmi, aby ich słuchać.
Zaszła jednak pewna interesująca zmiana. Papież Jan Paweł II był przez lata krytykowany przez środowiska integrystyczne, choćby ze względu na otwartość dla dialogu międzyreligijnego i ekumenizmu, a obecnie zyskuje w nich sojuszników – zwłaszcza w tych, które zbliżają się do populistycznych ruchów politycznych.
Zwolenników Jana Pawła II można podzielić na dwie grupy, które niekiedy się przenikają, choć zasadniczo mówią coś różnego. Pierwsza jest oddana papieżowi ze względu na jego nauczanie społeczne i teologiczne. To osoby przekonane o geniuszu Jana Pawła II, traktujące jego wypowiedzi jako pełnię nauczania Kościoła, uważające za narzędzie dla zabezpieczenia jego obowiązywania kanonizację papieża. Jedną z nich jest George Weigel, neokonserwatywny myśliciel dobrze znany w Polsce, który określił papieża przymiotnikiem „Wielki” i który od lat podkreśla, że Jan Paweł II to najlepszy przewodnik dla Kościoła w XXI w., a jego spuścizna to teologiczny fundament, na którym trzeba budować. Nie wątpię w jego szczerość intelektualną i oddanie, widzę, że jest prawdziwym wyznawcą Jana Pawła II. Dla niego ogłoszenie polskiego papieża świętym jest jak przyznanie niebiańskiego imprimatur.
Jest też druga grupa, którą interesuje Jan Paweł II, ale z uwagi na władzę, jakiej pragną w Kościele albo chcą za przyczyną Kościoła uzyskać.
Tych określiłbym jako klerykałów. Jan Paweł II był dla nich idealnym papieżem, bo był silny, zdecydowany, mówił, jak jest i jak ma być. To dwie wiodące grupy, które nie przyjmują krytyki Jana Pawła II. Niemniej trzeba podkreślić, że są one selektywne w stosunku do papieża. Jan Paweł II był bardzo wrażliwy społecznie. Krytykował amerykańskie inwazję na Afganistan i wojnę w Iraku. Wysłał nawet do USA kard. Laghiego, który rozmawiał z prezydentem Bushem i usiłował go przekonać do zmiany zdania w sprawie inwazji. Bush, unikając dyskusji, kierował całą rozmowę wyłącznie na kwestię terminacji ciąży – do tego stopnia, że Laghi musiał go upomnieć, że nie przyjechał rozmawiać o aborcji, tylko o planowanej wojnie.
Wróćmy do wspomnianego przez Księdza wątku papieskich nominacji. Obecne kary nakładane na polskich biskupów przez Watykan dotykają tych, którzy w dużej mierze byli nominatami Jana Pawła II, nieraz protegowanymi kard. Dziwisza. Dziś są oni oskarżeni o krycie przestępstw wykorzystywania seksualnego. Niepokojąco przypomina to system koleżeńskich powiązań, w którym nie przebiega odpowiednia weryfikacja. Podobnie było z nominacjami zagranicznymi – wystarczy wymienić McCarricka czy Hansa Hermanna Groëra albo bezkarnego Maciela Degollado. Wobec nich wszystkich krążyły poważne zarzuty, a jednak robili kościelne kariery.
Trudno mi tu znaleźć jakieś dobre wyjaśnienie. Gdy sprawy wykorzystywania seksualnego zaczęły wychodzić na światło dzienne, myślę tu zwłaszcza o wątkach naświetlonych przez „The Boston Globe”, to pierwszą reakcją było wyparcie. „To nie mogło mieć miejsca” – wydaje mi się, że Jan Paweł II właśnie tak to odbierał, co obrazuje jakąś krótkowzroczność. Papież myślał o Kościele jak o bliskiej rodzinie, a gdy ktoś wysuwa zarzuty wobec jej członka, to wiarę pokłada się w krewnym, a nie w oskarżycielu.
Śledztwo w sprawie McCarricka ukazało dodatkowy kontekst, który umożliwiał funkcjonowanie takiego wyparcia. Jan Paweł II dorastał w kraju, w którym Kościół był prześladowany przez reżimy totalitarne, przestępstwa seksualne zaś stanowiły jeden z wiodących zarzutów wobec duchowieństwa. Tło historyczne wpływało na odbiór tych spraw, a osobiste doświadczenia Jana Pawła II stanowiły filtr, którym odpowiadał na zarzuty kierowane względem księży. To nadal były „ataki wrogów Kościoła”, tyle że kiedyś stosowane przez komunistów, a potem przez media, cywilizację śmierci czy kogokolwiek, kto nie wyznawał „naszych” poglądów etycznych, komu nie pasował np. kościelny sprzeciw wobec aborcji.
Niemniej początki zmagania się ze skandalem wykorzystywania seksualnego przypadają na pontyfikat Jana Pawła II. Gdy biskupi amerykańscy zwrócili się do niego o pomoc, to zlecił odpowiednie działania Ratzingerowi i Kongregacji Nauki Wiary. Jan Paweł II niewątpliwie zareagował późno, lecz jego stanowisko ulegało zmianie. Dlatego też nie potrafię skrytykować go w takim stopniu, w jakim potępiają go niektórzy. Staram się pamiętać, że ten papież był na samym początku kryzysu, a wtedy łatwiej o błędy. Wykorzystywanie seksualne traktowano jako „słabość”, grzech, a nie jak przestępstwo czy przejaw głębokiej patologii. Za Jana Pawła II rozwijało się w Kościele nauczanie o miłosierdziu, a księża byli formowani do niesienia nowiny o Bożym odkupieniu grzeszników. I w takim klimacie sprawca zbrodni idzie do konfesjonału albo do swojego przełożonego i solennie przyrzeka, że nigdy więcej się jej nie dopuści. Co robi biskup? Oczywiście mu wierzy, bo myśli, że to konkretne dziecko było źródłem pokusy, więc wystarczy księdza przenieść na inną parafię, zerwać tę relację i będzie po problemie.
„Słyszymy nieraz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo, i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga” – tak to opisywał abp Józef Michalik, były przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.
O tym sposobie myślenia mówię: duchowni nie rozumieli kryminalnej natury tych występków i przede wszystkim nie chcieli atmosfery skandalu.
Myśląc o polskich biskupach i o radzeniu sobie, bądź nie, z wykorzystywaniem seksualnym, nie wolno zapomnieć o kolejnym błędzie, czyli postawie, że ten problem nas nie dotyczy. Gdy świat dowiedział się o skandalu, to winę często zrzucano na „zepsucie” Ameryki. Potem, gdy pojawiały się przypadki w Irlandii czy w Australii, powtarzano, że to problem Kościoła anglojęzycznego, ale wtedy wybuchł skandal w Niemczech. Wielu duchownych nadal przerzucało winę na „świat Zachodu”. W Polsce właśnie to miało miejsce, biskupi nie uczyli się na błędach swoich braci. Pół biedy, gdyby takie opinie ograniczyły się do lat 80. czy 90., jednak gdy słyszę, że podobne głosy są nadal żywe, to nie potrafię tego zrozumieć ani współczuć polskim hierarchom. Dlatego biorąc pod uwagę ocenę historyczną, łatwiej mi zrozumieć Jana Pawła II niż duchownych, którzy przyszli po nim. Kościołowi zajęło to sporo czasu, niemniej przyjęto w końcu politykę zero tolerancji, a papież Franciszek trafnie zwraca uwagę na globalny charakter tego problemu.
Mówi Ksiądz o zaniedbaniu, ale tłumacząc Jana Pawła II, podkreśla się też jego niewiedzę. Papież nie przyjmował informacji? Nie dostawał ich? Przypadek oskarżeń wobec abp. Juliusza Paetza pokazuje, że droga do uszu Jana Pawła II bywała kręta.
Walka z problemem pedofilii w Kościele była o tyle trudna, że wielu duchownych nie zdawało sobie sprawy z tego, jak wielka jest skala problemu, ilu pokrzywdzonych dotyczy. Dopóki nie nagłośniono pierwszych przypadków wykorzystywania, ofiary nie zgłaszały się ze względu na różne okoliczności albo bagatelizowano ich apele – odsuwano na bok. Trauma wykorzystania seksualnego mogła zamykać im usta na wiele lat. Dlatego odpowiedzi na skandal molestowania niezaprzeczalnie przysłużyło się nagłaśnianie przypadków przez media świeckie.
Wraz z każdym kolejnym doniesieniem pojawiało się coraz więcej ofiar, które były rozgoryczone, bo widziały, że nie tylko one zostały zdradzone i opuszczone. Widziały, że ksiądz, który je skrzywdził, dopuszczał się takich czynów także wobec innych osób.
Domyślam się, że niektórzy polscy biskupi nie mieli pojęcia, ilu ludzi doświadczyło wykorzystywania seksualnego w ich diecezjach ani ilu księży się go dopuszczało.
O ile sami nie uczestniczyli w procesie krycia sprawców.
Owszem, a to tylko pogarsza sprawę. Obserwowałem, jak wyglądało to w Niemczech, bo jedne z pierwszych zgłoszonych przypadków dotyczyły prowadzonej przez jezuitów szkoły. Jej dyrektor wyciągnął wnioski z kazusu amerykańskiego i był w kontakcie z tamtejszymi prowincjami jezuitów. Po otrzymaniu pierwszego zgłoszenia napisał list do rodziców wszystkich dzieci w szkole, informując ich o sytuacji i prosząc o składanie doniesień, jeśli słyszeli o innych takich historiach. Przejrzystość prowadzonych działań wpłynęła na to, że odpowiedzi udzieliło mnóstwo osób, które niekoniecznie doświadczyły wykorzystywania w szkole, ale były krzywdzone w parafiach czy nawet w rodzinach. Im więcej głosów, tym trudniej coś ukryć, dlatego jedynym rozwiązaniem jest ujawnianie prawdy.
Czy to nie paradoks, że skandal wykorzystywania seksualnego wybuchł w czasie pontyfikatu, w którym kładziono szczególny nacisk na czystość i etykę seksualną?
To trudne pytanie… Skandaliczne było choćby to, że przypadki wykorzystywania seksualnego nieletnich przez księży posłużyły do uderzenia w środowiska osób homoseksualnych, ponieważ błędnie powiązano pedofilię z tą orientacją. Poza tym jeśli nastawienie w nauczaniu Kościoła koncentruje się na wyraźnym dzieleniu na to, co dobre i co złe w zakresie etyki seksualnej, to skandal na tym tle, mający miejsce w samym sercu Kościoła jeszcze mocniej pokazuje nieuczciwość.
Szczególnie bolesny jest fakt, że Kościół w XX w. nie wypracował takiej nauki o seksualności, jaka byłaby zrozumiała dla współczesnego człowieka. Kościół nie powiedział nic istotnego o ludzkiej intymności przez ostatnich kilkadziesiąt lat, bo po prostu nie chciał słuchać współczesnych ludzi i ich kultury, ich problemów. Kościół powinien reprezentować skrzywdzone osoby występujące w ruchu #MeToo, a tego nie robi. Powinien być orędownikiem zrównania praw kobiet i mężczyzn, powinien docierać do osób będących ofiarami gwałtów.
Co odpowiada za to zaniedbanie?
Klerykalizm, sprowadzenie Kościoła do księży, tak jakby dostali oni w seminarium pakiet odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania. A jeśli ludzie tych odpowiedzi nie słuchają, to już ich problem. Widocznie są źli i zepsuci przez świat. Papież Franciszek jest taki radykalny, bo podkreśla, że to zapatrzeni w siebie księża są głównym problemem. Nikt tego tak wcześniej nie widział. Papieskie wezwanie do synodalności jest rewolucyjne i dlatego niektóre środowiska w Kościele widzą w nim zagrożenie. Seminaria przez lata dystansowały przyszłych księży od kultury, aktywnego uczestnictwa w świecie, zamykając kleryków w odosobnieniu. Potem trudno już funkcjonować między świeckimi ludźmi. Moje pokolenie jest prawdopodobnie pierwszym pokoleniem księży, które musiało odpowiedzieć na potrzeby masowo wykształconego laikatu. To znacząco zmieniało perspektywę głoszenia, pojawiły się dodatkowe wyzwania, a dokładniej: ludzie je przed nami postawili.
Czyli zdaniem Księdza Kościół Jana Pawła II utrwalił klerykalizm.
Sytuacja nie była prosta, bo II Sobór Watykański przyniósł poważne zmiany, niekiedy ogromne, a w niektórych krajach wręcz dokonał przewrotu. Jan Paweł II był na to wyczulony, dlatego dążył do nadania rozstrzygnięciom soboru wyraźnego kursu i do stabilizacji Kościoła, a to wiązało się z powstrzymywaniem przemian.
Mówiłem już o kontekście pochodzenia papieża – i trzeba go w tym miejscu przypomnieć. Jan Paweł II miał wrogów, zwłaszcza w Europie Wschodniej, a gdy jesteś na wojnie, to nie ma czasu na debaty. W okopach nie prowadzi się dyskusji: albo ktoś musi przejąć dowodzenie, albo pogrążymy się w chaosie. Tak sytuację widział papież, uważał, że Kościół znajduje się w stanie oblężenia – dawniej przez reżimy totalitarne, a gdy upadły, przez konsumpcjonizm i liczne inne „izmy”, takie jak liberalizm i relatywizm. Trzeba było się zjednoczyć, zunifikowanie zaś przebiegało przez naśladowanie tego, czego chciał dowódca. Papież chyba nie umiał inaczej funkcjonować, bo nigdy nie żył w pluralistycznym, demokratycznym społeczeństwie z wolnymi mediami i uniwersytetami, gdzie otwarta dyskusja była czymś oczywistym.
To ciekawe, bo w Polsce Jan Paweł II budził inne skojarzenia, związane właśnie z procesem demokratyzacji. Jest przedstawiany jako jeden z patronów wprowadzenia Polski do Unii Europejskiej, a jego wizerunek był przez lata obrazem nie tyle przywódcy, ile kogoś rodzinnego, bliskiego ludziom.
Papież kochał Polskę i myślę, że jednym z jego największych zawodów życiowych było to, iż rzeczy potoczyły się inaczej, niż zakładał. Jan Paweł II widział w swej ojczyźnie i Europie Wschodniej zarzewie przemiany duchowej, która miała ponownie ewangelizować Europę Zachodnią. Tymczasem stało się coś dokładnie przeciwnego. Polskę pochłonął konsumpcjonizm i wywrócił te oczekiwania do góry nogami. Opozycja demokratyczna, która szła ramię w ramię z Kościołem przeciw komunizmowi, zdystansowała się od biskupów pragnących władzy politycznej. Z czasem biskupi, podejmując błędne decyzje, oddalali się od społeczeństwa, zwłaszcza od osób o poglądach lewicowych, i niejako zostali zmuszeni do sojuszu z prawicą, która zinstrumentalizowała Kościół w celu uzyskania władzy. To wszystko rzeczy, których chyba nie muszę tłumaczyć, a które lepiej w Polsce widzicie.
Mówi Ksiądz o problemach Kościoła z funkcjonowaniem w demokracji i pluralizmie opinii, ale może to nie jest jakaś szczególnie polska specyfika, tylko kościelna po prostu? Może Kościół jest odporny na reformę, ceniąc wyżej jednogłośność, a kwestie sporne ucinając jako źródła możliwych herezji.
Jeśli spojrzy się na Kościół pierwszych wieków chrześcijaństwa, to zupełnie tak nie wyglądał. Paweł w listach opisuje liczne spory, które dzieliły Kościół i w ten sposób pozwalały go rozwijać. Co najmniej od reformacji Kościół ustawił się w pozycji monolitu, który obawia się świata. Kim był Marcin Luter? Był problematycznym teologiem domagającym się zmiany.
A w zakresie polityki? Tutaj korzenie biegną do rewolucji francuskiej. Co z perspektywy Kościoła przyniósł ten przewrót? Gilotyny. To dopełniło strach wobec demokracji i politycznej sprawczości świeckiego człowieka.
Takie wyjaśnienia cierpią jednak na błąd zbytniego uogólnienia, bo widać, jak Kościół się zmieniał, dojrzewał i jak zmieniało się nauczanie społeczne. Jan Paweł II wierzył w demokrację. Nie wiem, jak oceniłby jej sytuację obecną, ale choć takie pytania są fascynujące, to nie sposób na nie odpowiedzieć.
Już kilkukrotnie go Ksiądz wspominał, dlatego takie pytanie nasuwa się samo: jak na tle pontyfikatu Jana Pawła II postrzega Ksiądz papieża Franciszka?
Obecny papież jest bardziej otwarty na świat z wyłączeniem jednej grupy – nie lubi księży (sic). Dlatego są takie grupy w Kościele, które dziś czują się znów jak w stanie oblężenia. Muszą mierzyć się z tym, że każdy człowiek ma zdanie na jakiś temat, że ludzie myślą samodzielnie, podczas gdy oni woleliby dyskutować o kolorach szat liturgicznych albo liczbie świec na ołtarzu. Papież Franciszek tymczasem stara się koncentrować uwagę na rzeczach naprawdę ważnych: współczuciu Boga dla człowieka, miłości bliźniego, która jest naszą odpowiedzią na Bożą miłość. Nie chodzi o sprawowanie kultu dla czystości reguły. Jezus nie mówił „czcijcie Mnie”, lecz głosił bliskość Królestwa Bożego. Natomiast sam też powinienem odrobinę zdystansować się od Franciszka, bo nie zgadzam się ze wszystkim, co robi.
Jakie są przewidywania Księdza co do przyszłości Kościoła?
Przyszłość widzę raczej w ciemnych barwach, przy czym ten pesymizm bierze się z mojego wykształcenia w naukach politycznych. Duch Święty działa, lecz Jezus nie ratuje nas od własnej głupoty. Jeśli nie poradzimy sobie z globalnym ociepleniem, to wszystko ulegnie potężnej zmianie. Czekają nas chaos i apokaliptyczne scenariusze. To wielkie wyzwanie dla świata, a zatem również dla Kościoła.
Jeśli jakimś cudem do nich nie dojdzie, to i tak należy zapytać, dokąd zmierzamy. Podejrzewam, że ludzie będą z większą łatwością zmieniać wyznania w zależności od potrzeb, co wiąże się z siłą konsumeryzmu. A może po prostu odejdą od Kościoła, co widać w trendach zarówno w Europie, jak i coraz częściej w Stanach. Kościół traci na wiarygodności przez kryzys skandalu seksualnego, ale też przez brak wysłuchania ludzi. Wierni mogą np. być homoseksualistami i gdy usłyszą od księdza, że pójdą do piekła, i nie ma miejsca na rozmowę i zrozumienie, to po prostu z Kościoła odejdą. Zapewne zmieni się system zarządzania Kościołem, bo zabraknie księży.
Jestem jednak chrześcijaninem i z mojej wiary czerpię nadzieję. Ufam, że życie wiary będzie trwać, ale prowadzone w domu, w małych wspólnotach, często prywatnie. Widzę działanie Ducha w młodych ludziach, którzy zajmują się środowiskiem naturalnym i sprawiedliwością społeczną. Dostrzegam je w lekarzach i ochronie zdrowia, która walczy z epidemią. W ludziach pracujących z więźniami i bezdomnymi, a jedną z najpiękniejszych rzeczy w Kościele jest to, że wspieramy te działania. Benedykt XVI pisał w Sacramentum caritatis o trzech podstawach chrześcijaństwa: słowie, sakramencie i sprawiedliwości. Praca dla sprawiedliwości społecznej jest równie ważna jak głoszenie słowa Bożego.
Zmiany już widać. Ksiądz ma ledwo 10 min w tygodniu podczas mszy św., żeby przekazać ludziom Ewangelię, lecz ona rozwija się gdzie indziej – w domach. Ani feministki, ani księża zdają się nie dostrzegać, że kobiety już są fundamentem i warunkiem działania Kościoła. W USA większość nauczycieli religii to katechetki, matki. To już więc działa. Czy jednak tworzy strukturę? Jako politolog wiem, że są one potrzebne. Tylko czy te wszystkie zjawiska, które opisałem wyżej, się na nią złożą?
Thomas J. Reese SJ – Amerykański jezuita, dziennikarz i dr nauk politycznych. Jest starszym analitykiem w „Religion News Service”, wcześniej pisał dla „National Catholic Reporter”, a przez kilka lat był redaktorem naczelnym katolickiego tygodnika „America Magazine”