Po pęknięciu bańki ekonomicznej na początku lat 90. zaczął zanikać czar Japonii jako najszybciej rozwijającej się gospodarki, kraju bogactwa i wysokich technologii. Na początku wszyscy chcieli wierzyć, że to tylko chwilowe potknięcie, że czasy hossy jeszcze wrócą. Zwłaszcza że u sterów niemalże nieprzerwanie od 1955 r. stała ta sama siła polityczna – Partia Liberalno-Demokratyczna (LDP). Wierzyli w to zarówno decydenci, jak i ich wyborcy. Choć frustracja w społeczeństwie zaczęła powoli narastać.
Na oznaki, że już nie jest tak jak dawniej, nie trzeba było długo czekać. W 1995 r. członkowie sekty Aum Shinrikyō przeprowadzili w tokijskim metrze atak trującym gazem sarin – zginęło w nim 14 osób, a dziesiątki zostały ciężko ranne. Kilka miesięcy wcześniej w wyniku ogromnego trzęsienia ziemi znacznych zniszczeń doświadczyło Kobe. Dla wielu te dwa medialne wydarzenia splotły się w jedną narrację – poczucia bezsilności, ale też strachu. PKB Japonii (według danych Banku Światowego) spadło między 1995 a 2007 r. z 5,54 tryliona jenów do 4,58 tryliona. Początkowo mówiono o latach 90. jako o „straconej dekadzie”, z czasem jednak badacze i komentatorzy zaczęli zaczęli też tak określać pierwszą dekadę XXI w. A potem drugą. I trzecią.
Przez chwilę wydawało się nawet, że może skończy się tylko na utracie dwóch dekad. Ale 11 marca 2011 r. w wyniku potężnego trzęsienia ziemi i tsunami życie straciło kilkanaście tysięcy osób. Uszkodzony został też reaktor elektrowni atomowej w Fukuszimie. Awaria została w dużej mierze spowodowana przez zaniedbania agencji rządowej – brak odpowiednich protokołów bezpieczeństwa oraz nieodpowiednie przeszkolenie pracowników na miejscu. Poza szokiem i żałobą w Japończykach i Japonkach zaczęła narastać coraz większa frustracja.
Erupcja przemocy
Zachodnie media uwielbiają zachwycać się (niby)japońskimi sposobami na szczęście, zdrowie, czyste mieszkanie i spokój ducha. Piszą o podróżach po Japonii tak, jakby ta nadal cieszyła się prosperity. Mówimy jednak o kraju, w którym od 30 lat trwa stagnacja ekonomiczna i nawarstwiają się problemy społeczne, a coraz więcej osób nie widzi nadziei na poprawę sytuacji. W obliczu coraz bardziej prekarnej gospodarki, w której trzeba walczyć o namiastkę bezpiecznego zatrudnienia, dużą część społeczeństwa przytłacza poczucie bezsilności. Gdy dodamy do tego brak systemowego wsparcia, łatwiej zrozumieć, dlaczego w ostatnich latach regularnie bezsilność ta przeradza się we wściekłość – a ta niekiedy prowadzi do przemocy.
W 2008 r. w tłum ludzi w Akihabarze, turystycznej dzielnicy Tokio, wjechał rozpędzony samochód. Kierowca, 25-letni Tomohiro Kato, wysiadł z auta, po czym zaczął dźgać nożem potrąconych przez siebie przechodniów. Zamordował 7 osób. Osiem lat później 26-letni Satoshi Uematsu, były pracownik ośrodka opieki dla osób z niepełnosprawnością w Sagamiharze, włamał się na jego teren i zadźgał 19 pacjentów i pacjentek mieszkających i ranił prawie 50 kolejnych. Trzy lata później, w 2019 r., 41-letni Shinji Aoba podłożył ogień pod budynek słynnego studia animacji, Kyoto Animation. Życie w pożarze straciło 36 osób. Wszyscy sprawcy zostali jednogłośnie skazani przez sąd na karę śmierci (Japonia, obok USA, to jedyna liberalna demokracja na świecie, w której wciąż jest to najwyższy wymiar kary).
Podobne ataki można by wymieniać bez końca. Prawie zawsze oprawcami są mężczyźni w wieku 25–45 lat; przedstawiciele pokolenia, które nigdy nie doświadczyło czasów prosperity.
Zostali oni jednak wychowani w cieniu dawnej świetności i według modelu rodziny i społeczeństwa, które nie mają racji bytu w Japonii w XXI w. Dodajmy do tego coraz bardziej konserwatywną retorykę polityków i co za tym idzie, rosnące nacjonalizm, ksenofobię i mizoginię.
Ofiarami przemocy ze strony sfrustrowanych mężczyzn, którzy nie są w stanie wypełnić wyuczonej roli, czyli utrzymania ze swojej pensji całej posłusznej wobec siebie rodziny, są z reguły młode kobiety. Od paru lat młode aktywistki zaczynają nazywać rzeczy po imieniu i mówić o fali kobietobójstw. Jednym z oprawców był Yusuke Tsushima, który w lipcu 2021 r. kilkanaście razy dźgnął studentkę w podmiejskim tokijskim pociągu i ranił kolejnych kilka osób. Powód? Pragnął zabić „szczęśliwie wyglądające kobiety”.
W cieniu sekty
Bez wątpienia aktem przemocy, który wstrząsnął w ostatnich latach najmocniej japońskim społeczeństwem, było morderstwo byłego premiera Shinzō Abego. 8 lipca 2022 r. został on postrzelony bronią domowej roboty podczas wiecu wyborczego w Narze. Szok z powodu zabójstwa znanego polityka dodatkowo potęgował sposób, w jaki dokonano zamachu. Japońskie prawo mocno reguluje posiadanie broni palnej. Oprawca, 41-letni Tetsuya Yamagami, w swoich zeznaniach stwierdził, że zastrzelił Abego ze względu na jego zaangażowanie w działania Kościoła Zjednoczeniowego. Matka Yamagamiego zbankrutowała, po tym jak wymuszono na niej przekazanie na rzecz sekty ogromnych sum pieniędzy.
Początkowo japońskie media nie chciały podawać informacji na temat tego, o jaką organizację religijną chodziło zabójcy, ale prawda szybko wyszła na jaw. Zwłaszcza że Abe od dawna sympatyzował z Kościołem Zjednoczeniowym i pojawiał się jako mówca na jego wydarzeniach. Ciekawy fakt – Kościół Zjednoczeniowy założył swój oddział w Japonii pod koniec lat 50., gdy premierem był dziadek Shinzō Abego. W działalność Kościoła zaangażowany był też jego ojciec, były minister spraw zagranicznych. Nepotyzm w japońskiej polityce to zresztą norma, nie wyjątek.
O Kościele Zjednoczeniowym, nazywanym często sektą Moona (od nazwiska koreańskiego założyciela, który uznawany jest przez wyznawców za Mesjasza), wiedział w Japonii każdy, lecz media zazwyczaj nabierały w związku z tym tematem wody w usta.
Przez ponad 60 lat organizacja ta zbierała największe kwoty właśnie w Japonii, często wykorzystując naiwność starszych i zazwyczaj samotnych osób. Niektórzy badacze sugerują nawet, że datki z Japonii to prawie 70% majątku sekty.
Po zabójstwie Abego presja mediów wymusiła na politykach publiczne oświadczenia na temat ich związku z Kościołem, a cały skandal tak bardzo wpłynął na zadowolenie w sondażach z rządów, że premier Fumio Kishida, został zmuszony do usunięcia z rządu ministrów powiązanych z sektą Moona.
Śmierć Abego była na wielu poziomach momentem przełomowym – rząd Kishidy nigdy już nie podniósł się po wywołanej przez nią fali skandali. Półtora roku później japońską opinię publiczną rozgrzewała kolejna historia o nieuczciwości i nieudolności LDP – tym razem nie mówiło się prawie o niczym innym jak tylko o przywłaszczeniu przez polityków pieniędzy zbieranych na publicznych eventach na rzecz partii. Mowa o 3,5 mln dolarów, które w dużej mierze pochodziły od osób prywatnych.
Premier Kishida zwolnił niemalże od ręki czterech ministrów, ale nic to nie zmieniło – kilka miesięcy później poparcie dla rządu wyniosło mierne 14,6%. Ostatni raz tak nisko spadło w 2009 r., gdy premierem był Tarō Aso; tuż przed tym jak LDP straciło na kolejnych parę lat władzę na rzecz Partii Demokratycznej. Wtedy jednak część wyborców miała przynajmniej nadzieję na zmianę; teraz, po tragedii z 2011 r., skandalach wokół igrzysk olimpijskich w Tokio w 2020 r. i po pandemii, mało kto łudzi się, że kiedykolwiek może być jeszcze lepiej. Bo jak ma się poprawić życie zwykłych ludzi, kiedy dosłownie okrada ich nawet własny rząd?
Nierówna walka o równouprawnienie
W 2015 r. Abe obiecał, że stworzy społeczeństwo, w którym „wszystkie kobiety będą mogły zabłyszczeć”. Za cel wzięto sobie zwiększenie liczby kobiet na rynku pracy, co miało przyczynić się do wzrostu gospodarczego. I choć faktycznie przez ostatnich kilkanaście lat rósł odsetek kobiet na rynku pracy, nie wynika to ze zmieniającej się ich pozycji w społeczeństwie. To skutek coraz bardziej prekarnej gospodarki, w której bez pracy zarobkowej kobiet rodziny nie są w stanie się utrzymać.
Skończyło się, niestety, na wielkich słowach. W najnowszym Global Gender Gap Report przygotowywanym co roku przez Światowe Forum Ekonomiczne Japonia zajęła 125. miejsce na 146 państw – spadek o 40 pozycji od 2006 r. Jest to najgorszy wynik wśród wszystkich państw Azji Wschodniej i Pacyfiku. Dla porównania Polska jest w tym zestawieniu na 60. miejscu.
Japonia zajęła 123. miejsce w kategorii równości ekonomicznej (powolny spadek od wielu lat). 53% kobiet pracuje na część etatu albo na kontrakcie – co wiąże się z mniejszą liczbą godzin w pracy, ale też niższymi benefitami i niższą pensją. Na podobnych zasadach zatrudnionych jest mniej niż jedna czwarta mężczyzn. To kobiety nieproporcjonalnie dotknął kryzys na rynku pracy wywołany pandemią COVID-19. W kwietniu 2020 r., kiedy z powodu zamknięcia granic w Japonii zwolniono prawie milion pracowników, ponad 70% z nich stanowiły kobiety. Mimo wielkich słów polityków nie poprawia się też sytuacja kobiet w porównaniu z mężczyznami zatrudnionymi na takich samych stanowiskach – według danych OECD z 2022 r. mediana zarobków kobiet była o 21,3% niższa niż mężczyzn. Zmniejszająca się powoli przepaść między zarobkami mężczyzn i kobiet nie jest jednak skutkiem równościowej polityki rządu. Po prostu na coraz bardziej niepewnym rynku pracy pensje spadają także mężczyznom.
Najgorzej jednak wypada Japonia od dawna w kwestii równouprawnienia w świecie polityki. W 2023 r. zajęła 138. miejsce na 146 wziętych pod uwagę krajów – niemalże na samym końcu obok takich państw jak Nigeria, Mjanma, Iran i zamykający ranking Afganistan.
W parlamencie kobiety stanowią tylko 10% wszystkich członków, a na stanowiskach ministerialnych – 8%. Na czele japońskiego rządu nigdy nie stała zresztą kobieta; kobiety nie mogą też zasiąść na cesarskim tronie.
Niewiele też się zmienia w kwestii publicznego postrzegania kobiet, przynajmniej jeśli chodzi o wypowiedzi rządzących. W 2021 r. przewodniczący komitetu organizacyjnego Tokio 2020 i były premier Japonii Yoshirō Mori stwierdził publicznie, że „na radach zarządów, w których jest sporo kobiet, spotkania te trwają za długo”, i zasugerował, że trzeba odgórnie ograniczyć czas ich wypowiedzi, bo inaczej będą miały problem ze skończeniem, co jest „denerwujące”.
Po medialnej burzy Mori przeprosił za swoją wypowiedź, jednak kiedy dziennikarze próbowali z niego wyciągnąć, czy faktycznie uważa, że kobiety mówią za dużo, ten stwierdził: „Ostatnimi czasy nie słucham za bardzo kobiet, więc nie wiem”.
Wkrótce po tym jak Mori został zmuszony do zrezygnowania ze swojej funkcji, partia rządząca ogłosiła, że będzie zapraszać na kluczowe spotkania partyjne – które często odbywały się w całkowicie męskim gronie – także kobiety. Pod warunkiem że nie będą się na nich wypowiadać. Mogą ewentualnie już po spotkaniu na drodze oficjalnej przedłożyć swoje opinie. Pisemnie.
Kraj bez dzieci
To właśnie wszechobecna i systemowa dyskryminacja kobiet jest prawdziwym źródłem różnych problemów, które trawią od dawna japońskie społeczeństwo.
Dotyczy to zwłaszcza tematu, który wałkowany jest zarówno w japońskich, jak i zachodnich mediach od kilku dekad – niskiej dzietności.
W 2000 r. na świat przyszło w Japonii 1,2 mln dzieci. Dla porównania: w 2023 r. było to 758 tys. – przy czym w tym samym roku zmarło 1,5 mln Japończyków i Japonek. Po raz pierwszy poniżej 500 tys. spadła liczba zawieranych małżeństw. Biorąc jednak pod uwagę konserwatywne podejście japońskiego społeczeństwa do posiadania dziecka poza małżeństwem (dotyczy to tylko 3% dzieci), nie wpłynie to prawdopodobnie zbytnio na współczynnik urodzeń. Wskaźnik dzietności wynosi obecnie 1,26 urodzeń na kobietę i jest zbliżony do tego, który mamy dziś w Polsce.
Największy wpływ na to ma sytuacja ekonomiczna, zwłaszcza gdy zostaje się samotnym rodzicem: połowa z nich (w większości są to matki) żyje poniżej poziomu ubóstwa. Wsparcie ze strony rządu jest minimalne, a w prawie brakuje zapisów, które umożliwiałyby skuteczne wyegzekwowanie płacenia alimentów przez ojca. Nie powinno zatem dziwić, że coraz częściej młode kobiety rezygnują z małżeństwa – zwłaszcza że oczekuje się, iż to one będą w całości zajmować się domem, nawet jeśli pracują na pełny etat.
Zachodnie media wolą jednak pisać o „epidemii” par „rezygnujących z seksu”.
Podawane są dane, przedstawiane wykresy, a towarzyszą temu zawsze krzykliwe nagłówki. Tak jakby niska częstotliwość pożycia seksualnego wśród par, w tym małżeństw, była kwestią stricte kulturową czy etniczną. A nie skutkiem niskiego poczucia bezpieczeństwa, przepracowania i słabej pozycji społecznej kobiet, na których barkach spoczywa większość potrzebnej w społeczeństwie pracy opiekuńczej – zarówno wobec dzieci, jak i osób starszych.
Samotność w Tokio
Tradycyjnie opieka nad starszymi była obowiązkiem młodszych pokoleń. W zdecydowanej większości kobiet, córek i synowych. Po części jest to pokłosie mocno patriarchalnej kultury, a w dużej mierze także systemu społecznego, który wykrystalizował się po zakończeniu wojny. Promował on podział ról społecznych ze względu na płeć: mężczyźni mogli liczyć na zatrudnienie przez całe swoje zawodowe życie w jednej firmie w zamian za długie godziny w mocno zhierarchizowanym i paternalistycznym środowisku. Tym samym jednak kobietom przypadły wszystkie obowiązki domowe i praca opiekuńcza.
Mało kogo stać jednak na życie według tego modelu – zarobkowo pracuje w Japonii większość kobiet. Ale nadal to na ich barki spada opieka nad dziadkami czy pradziadkami. Kobiety, które dziś przejęły obowiązki opiekuńcze, wchodziły na rynek pracy już po pęknięciu bańki ekonomicznej pod koniec lat 80. i wiele z nich nigdy nie doświadczyło czasów dynamicznego gospodarczego wzrostu – nie mogą zatem liczyć na długoterminowe zatrudnienie i sowite emerytury, jak ich rodzice.
Sytuacja ta najbardziej dotyka kobiety nie tylko dlatego, że to one wykonują zdecydowaną większość pracy opiekuńczej. Przyjęło się, że kobiety przez całe życie utrzymywane są przez mężczyzn, i mało kto bierze pod uwagę możliwość, że kobieta będzie na starość żyć sama. Przypomnijmy, że kobiety są najczęściej zatrudniane na umowy czasowe, część etatu albo kontrakty, a po urodzeniu dziecka większość odchodzi z rynku pracy. Dodajmy do tego niższe statystycznie o jedną czwartą pensje – wszystko to przekłada się na zdecydowanie niższe emerytury, z których trudno wyżyć. W wyniku tego prawie połowa samotnych kobiet powyżej 65 lat żyje poniżej granicy ubóstwa. Taka sama sytuacja dotyczy jedynie 30% mężczyzn.
Szacuje się, że jeśli trend zmniejszającej się populacji się utrzyma, w 2055 r. w Japonii będzie mieszkać 88 mln osób, z czego prawie 40% będzie miało ponad 65 lat. Obecnie żyją tam 123 mln osób.
Zazwyczaj do mediów przebijają się tylko krzykliwe hasła: samobójstwa, samotna śmierć (kodokushi) czy wycofanie się ze społeczeństwa (hikikomori). Tak jakby coraz słabsze więzi międzyludzkie czy ogólny spadek zdrowia psychicznego był kwestią indywidualnych słabości, a nie pokłosiem dekad seksistowskiej i neoliberalnej polityki rządu.
Liczba osób zatrudnionych na umowy czasowe czy śmieciówki wzrosła ponad trzykrotnie od początku lat 90. Dawniej poczucie przynależności, ale też namacalne poczucie bezpieczeństwa gwarantowała firma, w której przepracowywało się całe życie. Teraz jednak coraz częściej także mężczyźni padają ofiarą kolejnych restrukturyzacji i coraz rzadziej mogą liczyć na formę zatrudnienia, która była normą dla ich rodziców. Wielu z nich nie ma ani czasu, ani pieniędzy na założenie rodziny, w związku z czym rośnie liczba samotnych osób, przechodzących na (coraz niższe) emerytury.
I choć pełne mrożących krew w żyłach szczegółów historie o tym, jak śmierć samotnych osób pozostaje czasem niezauważona przez całe tygodnie, stanowi świetną pożywkę dla mediów, pełnią one głównie funkcję straszaka, który nie przyczynia się do realnych zmian. Samotność i izolacja społeczna, zwłaszcza od początku pandemii COVID-19, nie jest wcale japońskim fenomenem, lecz syndromem późnego neoliberalnego kapitalizmu. Czasem jedynym sensownym wyjściem wydaje się zamknięcie drzwi, choćby na jakiś czas.
Japońskie #MeToo
W 2017 r. ukazała się książka dziennikarki Shiori Itō, która w tym roku została wydana także w Polsce: Czarna skrzynka. Sprawa, która stała się symbolem japońskiego #MeToo (tłum. Karolina Bednarz i Dominika Błażyca, Tajfuny, 2024). Itō, była pierwszą osobą, która publicznie opowiedziała o przemocy seksualnej, jakiej doświadczyła ze strony znanego dziennikarza. Dla wielu młodych kobiet stała się symbolem i inspiracją do działania. Nie była to, niestety, powszechna reakcja – publicznie wyśmiewali się z niej nie tylko anonimowi użytkownicy internetu, ale także przedstawiciele (i przedstawicielki) rządzącej partii.
Rok później wyszło na jaw, że co najmniej dziewięć uniwersytetów medycznych przez ponad dekadę zaniżało wyniki egzaminów wstępnych kobiet.
Uznano, że trzeba ograniczyć liczbę studentek na uczelni, bo i tak szybko zrezygnują z pracy, żeby urodzić dziecko i skupić się na rodzinie. Mało kogo zdziwiła taka dyskryminacja, lecz na pewno wywołała ogrom wściekłości. Na tyle niepokojącą, że pisały o niej media z bardzo szerokiego politycznego spektrum.
To, co się powoli zaczyna zmieniać, to coraz częstsze przebijanie się do mainstreamu kwestii równouprawnienia, przemocy wobec kobiet i innych mniejszości. Frustracja ze stanu rzeczy czasem przeradza się w akty okrucieństwa, ale coraz częściej staje się paliwem do zorganizowanego działania. Po wypowiedziach Moriego na temat „denerwujących” spotkań z udziałem kobiet w dwa dni zebrano ponad 100 tys. podpisów pod petycją domagającą się odwołania go ze stanowiska.
Coraz częściej promykiem nadziei są oddolne, zwłaszcza feministyczne, inicjatywy, które niekoniecznie wiążą się ze zmianami u góry. A bez rozkruszenia zabetonowanej politycznej struktury Japończycy i Japonki nie mają co liczyć na jaśniejszą przyszłość. Trudno znaleźć lepsze podsumowanie tego, jak japoński rząd postrzega kobiety, niż zorganizowany w 2023 r. w Nikkō dwudniowy szczyt państw G7 na temat równouprawnienia płci. Wszystkie państwa wysłały przedstawicielki – poza Japonią, którą reprezentował mężczyzna, ówczesny minister do spraw równouprawnienia.
W mniemaniu polityków kobiety nie mają jeszcze głosu nawet w dyskusji na temat własnych praw.