Subskrybuj
Wykonana z czterech ton cukru rzeźba Subtelność autorstwa Kary Walker prezentowana w dawnej cukrowni na Brooklynie w Nowym Jorku, maj 2014 r. fot. Andrew Burton/Getty
Dziennikarz, wydawca i kurator. Redaktor naczelny polskiej edycji „Le Monde diplomatique”. Jest m.in. autorem książek Opium globalizacji (2004), Witajcie w cięższych czasach (2020) oraz Gry w rasy. Jak kapitalizm dzieli, by rządzić (2021), nominowanej do Nagrody Literackiej „Nike” 2022

Gorzka historia

Przemysł cukrowy od swego zarania stanowił zwierciadło ukazujące ciemne oblicze innowacji w systemie kapitalistycznym. Podważyły to dopiero walki ruchu robotniczego i dekolonizacja.

To miał być wielki dzień dla członków Waterloo Uncovered. Organizację pod szacownym patronatem Charlesa Wellesleya, byłego członka Parlamentu Europejskiego i w prostej linii potomka pogromcy Napoleona, księcia Wellingtona, założyła grupa naukowców i entuzjastów archeologii pól bitewnych. Od kilku lat przygotowywali się do rozpoczęcia badań na terenie słynnej bitwy, która w czerwcu 1815 r. zakończyła lot napoleońskiego orła. Kierowane przez brytyjskiego archeologa Tony’ego Pollarda prace rozpoczęto w miejscu, gdzie wedle wszelkich świadectw miały się znajdować masowe groby skrywające szczątki ponad 20 tys. żołnierzy poległych w bitwie. Wkrótce po pierwszym wbiciu łopaty w ziemię ekipa Pollarda dokonała niezwykłego odkrycia. Przy czym nie chodziło o to, co znalazła pod ziemią, ale czego nie znalazła. Wielkie grobowce były niemal puste, zaledwie trochę szczątków ludzkich i końskich. Jak to możliwe? Po kilku latach badań Pollard wraz z niemieckim historykiem wojskowości Robinem Schaeferem i brytyjskim archeologiem Bernardem Wilkinem ogłosili dwie hipotezy. Pierwsza mówi, że od 1820 r. kości zostały wykorzystane jako naturalny nawóz do intensywnych i częściowo już zmechanizowanych upraw rozkwitających w regionie. Druga, że szczątki poległych zostały wydobyte przez ekipy wysłane z pobliskich cukrowni. Przewieziono je tam, a następnie zmielono, by wytrącić zawarty w ludzkich i zwierzęcych kościach fosforan wapnia. Pozyskana w ten sposób substancja o właściwościach wybielających została użyta w procesie rafinacji cukru z buraków. Dzięki temu cukier buraczany uzyskiwał śnieżnobiałą barwę.

Herbata słodzona ludzkimi kośćmi

Cukier z buraków był jednym z wielkich wynalazków ery napoleońskiej. Jak zwykle w takich przypadkach zrodziła go potrzeba. Gdy w 1806 r. cesarz Francuzów zarządził blokadę kontynentalną, by zdusić brytyjski handel zagraniczny, przy okazji odciął Europejczyków od wielu towarów importowanych z wysp i kolonii Imperium Brytyjskiego. Jednym z nich był właśnie cukier. Władze cesarskie zachęciły uczonych do pracy nad zastępnikami. System nagród zadziałał znakomicie, tym bardziej że już dwa lata wcześniej francuski przyrodnik i dziedzic fortuny ubezpieczeniowej Benjamin Delessert i wspierający go chemik Jean-Baptiste Quéruel rozpoczęli prace nad właściwościami buraków. Opierali się na osiągnięciach Niemców Andreasa Sigismunda Marggrafa – odkrywcy technologii rafinacji buraków – i Franza Karla Acharda, założyciela pierwszej buraczanej cukrowni w dolnośląskim Kunert (dziś Konary) w 1799 r. Możliwe, że francuskich uczonych motywowały też doniesienia o działaniach Rosjan Jakuba Jessipowa i Jegora Blankennagela, którzy zbudowali cukrownię w Alabiewie koło Tuły. Jakkolwiek było, w 1811 r. Quéruelowi udało się dokonać ekstrakcji cukru i wkrótce potem uruchomić w Passy cukrownię.

Cukier z buraków nie uratował cesarstwa, ale niektórzy wielbiciele Napoleona pocieszają się myślą, że wiele lat po jego śmierci na Wyspie Świętej Heleny Wellington, znany z brutalności i zamiłowania do słodzonej herbaty, popijał napój o smaku złagodzonym kośćmi swoich własnych żołnierzy.

W opowieści o cukrze rafinowanym ludzkimi szczątkami odnajdujemy wszystkie istotne wątki historii tego niezwykłego wyrobu spożywczego, bez którego większość z nas nie jest się w stanie obyć.

Mamy tu słodycz i wojnę, przemysł i przemoc, nowoczesność i barbarzyństwo. Wszystko to brzmi jak z horroru, co właśnie jest w hipotezie o cukrze na ludzkich kościach najcenniejsze, niezależnie od tego, czy potwierdzą ją dalsze badania. W istocie bowiem cała historia cukru – niezależnie od technologii wykorzystanej przy jego pozyskiwaniu – przypomina horror. A nawet przerasta najkrwawsze przykłady tego gatunku.

Pewnego dnia 1493 r. Alvaro de Caminha zobaczył brzeg, który miał być jego przeznaczeniem. Jakiś czas wcześniej rezydujący w Lizbonie król Jan II obdarzył tego portugalskiego rycerza godnością kapitana Wyspy Świętego Tomasza. Bezludna skała wielkości 850 km2 odkryta przez ekspedycję Fernão Gomesa w 1471 r. z daleka wyglądała wspaniale. Plaże, palmy, lazurowe wody przybrzeżne niespecjalnie jednak zachwyciły de Caminhę. Królewski nominat miał na głowie poważniejsze sprawy niż plażowanie. Statki konwoju wiozącego go do nowego miejsca pracy wypełnione były bowiem dziećmi. W myśl dworu Avisów miały one osiedlić się na odległej o kilka tysięcy kilometrów od Lizbony wyspie i stać bezpośrednimi poddanymi władzy Caminhii. Podczas podróży i krótkiego postoju na Maderze kapitan mógł zastanawiać się, skąd pomysł, żeby 2 tys. europejskich dzieci poniżej 8. roku życia wysłać do Zatoki Gwinejskiej? Możliwe zresztą, że budziło to wątpliwości. Od dwóch lat na Półwyspie Iberyjskim trwały wielkie wypędzenia, których ofiarą padły setki tysięcy ludzi. Konwój Alvara de Caminhii stanowił konsekwencję bezprecedensowych wydarzeń, do których doszło po upadku ostatniego emiratu muzułmańskiego w Granadzie w 1492 r. Katoliccy królowie Hiszpanii postanowili wówczas upiec na jednym ogniu jeszcze jedną pieczeń i wypędzić ze swoich ziem Żydów, którzy odmówią przejścia na chrześcijaństwo. Dzieci, które parę godzin po pojawieniu się Sao Tome w zasięgu wzroku kapitana de Caminhii zeszły na ląd, miały nieszczęście urodzić się w żydowskich rodzinach. Po wypędzeniu z Hiszpanii znalazły one azyl w Portugalii, a Jan II łaskawie zezwolił kilkudziesięciu tysiącom uchodźców na krótki pobyt w swych domenach, pobierając przy tym stosownie wygórowaną opłatę.

Jednak po upłynięciu wyznaczonego terminu mieli niezwłocznie opuścić Portugalię. Nie wszyscy zdążyli na czas. To właśnie te spóźnialskie rodziny ukarano oddzieleniem dzieci. Przymusowo je ochrzczono i wysłano na São Tomé.

Wyspiarskie życie pod opieką kapitana nie należało do przyjemnych, a śmiertelność wśród wyczerpanych fizycznie i psychicznie malców była ogromna. Odwiedzający wyspę około 1511 r. Valentim Fernandes doliczył się niespełna 600 żywych. Ich los można uznać za emblematyczny dla historii kolonizacji. Padły ofiarą nowych form władzy imperialnej, które zarówno na swoim, jak i na podbitym terenie opierały się na strategiach dzielenia i rządzenia podległej im populacji. Uznane za istoty ludzkie gorszego sortu, doświadczyły wygnania, asymilacji i deportacji.

Ten wzór – z odpowiednimi modyfikacjami i w różnych konfiguracjach – będzie się powtarzał przez kolejne stulecia w projektach kolonializmu osadniczego, który konsekwentnie posługiwał się wysyłaną za morze nadwyżką ludności metropolii.

Podobnie jak późniejsi przymusowi i dobrowolni uczestnicy osadnictwa w Ameryce, Afryce czy na Bliskim Wschodzie, dzieci z São Tomé wzięły udział w operacji przekształcenia skolonizowanych obszarów, które ich rękami zamieniano w zaplecze rodzących się gospodarek imperialnych. Mniej więcej w tym samym czasie gdy Fernandes pisał o São Tomé, na wyspie zaczęto uprawiać trzcinę cukrową i wyrabiać cukier na skalę przemysłową. Wraz z odległą o 1000 km na północny zachód Maderą wyspa zasiedlona porwanymi dziećmi stała się laboratorium nowych form porządku społecznego i gospodarki.

Twarda trzcina

W pewnym sensie sposób produkcji cukru wynaleziony na wyspach zachodniego Atlantyku narzuca specyfika samego surowca. Trzcina musi zostać poddana obróbce w ciągu 24 godz. od ścięcia, potem zaczyna gnić. Pola trzcinowe uprawiane od starożytności przez chłopów w Bengalu czy Chinach były na tyle małe, że do ścinania pędów i wyciskania z nich soku wystarczało rąk w gospodarstwie lub wsi. Motywowana zyskiem produkcja na większą skalę wymaga jednak nie tylko użycia maszyn i dużej liczby pracowników, ale także podziału i odpowiedniego tempa pracy oraz ścisłego nadzoru nad nią. Nic dziwnego, że już pierwsze plantacje przypominały fabryki przemysłowe. Wielu badaczy uważa, że w istocie nimi były. Z tą różnicą, że w okresie rewolucji przemysłowej fabrykanci nie musieli zmuszać nikogo do pracy. Robiła to za nich wizja śmierci głodowej wynikająca z tego, że robotnicy nie mieli już dostępu do innych sposobów zaspokojenia swoich potrzeb. Od XVI do XIX w. taka możliwość istniała, a zatem mało kto chciał pracować na plantacjach. Siłę roboczą trzeba było do tego zmusić i to właśnie stanowiło ekonomiczną bazę nowożytnego niewolnictwa w basenie północnego Atlantyku. Plantacje cukrowe stanowią nie tylko pierwszą postać i model kapitalistycznej industrializacji, dowodząc centralnej roli kolonizacji w akumulacji kapitału, lecz też jako takie podważają przekonanie, że kapitalizm równa się pracy najemnej.

Lecz to nie wszystko. Losy São Tomé i zdobytej przez Portugalczyków w 1419 r. Madery pokazują, że od swego zarania kolonializm stał się projektem przekształcania środowiska. Krajobraz obu wysp uległ gruntownej zmianie. Wyrównano karczowiska, a ich miejsce zastąpiły rozległe pola trzciny cukrowej. Na Maderze, mającej w najszerszym miejscu 60 km, wykopano 23 tys. km kanałów nawadniających plantacje. Rafinacja cukru pod okiem specjalistów sprowadzonych z Sycylii wymagała spalania ogromnych ilości drewna.

Co roku produkowano 2 tys. ton cukru, wycinając przy tym 500 ha lasów wawrzynowych.

Koniec cukrowej kariery Madery nastąpił w latach 30. XVI w., gdy lasu już zabrakło. System osiągnął swoją granicę środowiskową.

Plantacje nie produkowały na potrzeby zatrudnionych w nich niewolników czy europejskich mieszkańców wyspy, lecz na rynek metropolii. Przełomowe innowacje społeczne i technologiczne sprawiły, że po upadku plantacji na Maderze znacznie mniejsza São Tomé stała się największym dostarczycielem cukru do Starego Kontynentu. Tu właśnie w celu zwiększenia produkcji cukru opracowano pierwsze maszyny, które można nazwać przemysłowymi. Przy czym inaczej niż wcześniejsze kruszarki kołowe pracujące w gospodarstwach domowych, nowe dwuwalcarki przerabiały takie ilości trzciny, że trzeba było zwiększyć uprawy, a co za tym idzie, zwiększyć liczbę pracujących. To także na São Tomé po raz pierwszy doszło do utożsamienia niewolnego statusu siły roboczej z niebiałym kolorem skóry.

Wyspa szybko straciła pozycję ekonomiczną na rzecz Brazylii i Karaibów, ale cukrowa monokultura działała tam przez całe XVI stulecie. Kres położyło jej powstanie zbrojne 5 tys. zniewolonych pracowników w 1596 r. Pod wodzą niejakiego Amadora uciekinierzy z plantacji ukrywający się wcześniej w leśnych osiedlach zwanych mocambos przez dwa tygodnie zniszczyli większość instalacji, które przez dekady rujnowały życie ich i ich poprzedników. Zanim Amador został stracony, koronował się na rei, króla wyspy.

Dziś Wyspy Świętego Tomasza i Książęca czczą Rei Amadora każdego 4 stycznia, a jego wyobrażona twarz zdobi walutę kraju.

Nie zakończyło to historii plantacji. Po wypróbowaniu na wschodzie Atlantyku zostały one przeniesione na zachód, gdzie stały się kluczowym ogniwem gospodarczego trójkąta między Europą, Afryką i obiema Amerykami. Jego krwiobieg wyznaczyły trasy przemierzane przez tysiące statków wyładowanych cukrem, tytoniem, srebrem, bronią i zniewolonymi ludzkimi ciałami. Obarczony ogromnymi kosztami ludzkimi i ekologicznymi system plantacji cukrowych działał w rytm uniwersalnego cyklu i przenosił się z miejsca na miejsce niczym stado szarańczy. Pojawiał się w jakimś miejscu, wyjaławiał je, dostarczając krociowych zysków… i przemieszczał się dalej. Przez kolejne trzy stulecia jego trajektoria rozpoczęta na Maderze i São Tomé biegła do brazylijskiego Pernambuco i Bahii, potem na Barbados, a wreszcie na Jamajkę i Saint Domingue.

Słodycz Pax Mongolica

Cukier przyczynił się do wynalezienia plantacji i atlantyckiego niewolnictwa, ale to nie dzięki nim pojawił się w Europie. W I w. n.e. grecki lekarz i myśliciel Dioskurides nazywał go skoncentrowanym miodem – sakcharon – i umieszczał pośród substancji leczniczych. Wytwarzano go wtedy w Indiach, a nieco później także w Chinach i Persji. Na rządzonej przez Arabów Sycylii uprawy trzciny pojawiły się już w IX w., potem wyrosły w Al-Andalus na Półwyspie Iberyjskim oraz w Maroku i egipskiej delcie Nilu. Jak twierdzi autor klasycznej monografii cukru Swetnees and Power Sidney W. Mintz, „gdziekolwiek się udali, średniowieczni Arabowie przywozili ze sobą cukier, produkt i technologię jego produkcji”.

Ale tak naprawdę świat zachodni zawdzięcza cukier Mongołom i zmianom klimatycznym.

Bitwa pod Legnicą z 1241 r. nie ma w Polsce wielkiej prasy, a powinna, bo choć starcie zakończyło się katastrofalną klęską i śmiercią księcia Henryka Pobożnego, to zarazem bitwa należy do rzadkich epizodów w dziejach naszego kraju, które wpisują się w historię powszechną. Było to jedno z wydarzeń ustanawiających nowy porządek świata, a konkretnie: największe imperium w historii, które pod rządami Mongołów zapanowało w poł. XIII w. na rozległych obszarach Eurazji. Ustanowiony w ten sposób Pax Mongolica po paru wiekach przerwy ponownie otworzył starożytny Jedwabny Szlak, dzięki czemu jakieś 70 lat po bitwie legnickiej azjatycki cukier zaczął docierać do Europy Zachodniej. Karawany z cennym produktem przemierzały tę samą trasę, którą odbył poczet niejakiego Marco Polo, tyle że w drugą stronę. I Azjaci, i Europejczycy stali się beneficjentami ustanowienia olbrzymiej przestrzeni dla handlu, wymiany idei, proliferacji technologii, wynalazków. Oprócz jedwabiu, przypraw i srebra to cukier okazał się najbardziej pożądanym, ale też najrzadszym towarem gwałtownie rosnącego handlu eurazjatyckiego. W głośnej książce Europa na peryferiach palestyńska historyczka Janet Abu-Lughod wskazuje, że był to kulminacyjny moment ekspansji systemu światowego ukształtowanego przed wyłonieniem się hegemonii zachodniej. Tej średniowiecznej globalizacji sprzyjały nie tylko okoliczności polityczne – podporządkowanie ogromnych obszarów Azji jednemu organizmowi politycznemu – lecz też klimatyczne. W Europie trwało bowiem średniowieczne optimum, ponad 500-letni okres łagodnej, ciepłej pogody. W Anglii uprawiano winogrona, norwescy osadnicy na Grenlandii wypasali bydło i siali pszenicę.

Ludność Europy rosła jak na drożdżach, a dane archeologiczne dowodzą, że wraz z demografią podnosił się poziom życia. Ludzie byli wyżsi i zdrowsi, kwitła gospodarka, budowano miasta, a na wschód ruszyło pół miliona kolonistów, którzy na ziemie Piastów przynieśli prawo magdeburskie i trójpolówkę. Na całym obszarze Eurazji upowszechniły się srebrne monety. Według włoskiego historyka gospodarczego Giovanniego Arrighiego to właśnie wtedy, między 1250 a 1350 r., gdzieś na skrzyżowaniach szlaków karawan w Azji Centralnej lub Zachodniej, miał miejsce rok zero kapitalizmu. Jest prawie pewne, że nie było przy tym Europejczyków, a zarazem wielce prawdopodobne, że wśród towarów w obrocie nie zabrakło cukru.

Swoją rolę w słodkiej ekspansji odegrali krzyżowcy i Wenecjanie. Ci pierwsi znajdowali go w ładunkach atakowanych przez siebie karawan i z braku lepszego słowa nazwali „słodką solą”. Ci drudzy postanowili uniezależnić się od produkcji arabskiej i założyli własne uprawy oraz cukrownie w Tyrze na wybrzeżu Libanu.

Od 1450 co roku przez Wenecję wpływało na kontynent 800 ton cukru, jednak już 50 lat później roczny import cukru spadł do połowy tego stanu.

Było to wynikiem konkurencji ze strony wysp atlantyckich pod kontrolą portugalską i hiszpańską. Weneckie eldorado cukrowe skończyło się w 1573 r., gdy Osmanowie zajęli Cypr i skierowali tamtejszą produkcję na potrzeby swojego rosnącego imperium. Niemniej według historyka z Wolnego Uniwersytetu w Amsterdamie Ulbe Bosmy, autora najnowszej globalnej historii cukru zatytułowanej The Word of Sugar, to właśnie handel śródziemnomorski zainicjował drogę Europy do roli globalnego centrum kapitalizmu, „a cukier odegrał w tym kluczową rolę”.

Różnica między uprawami trzciny na Cyprze, w Egipcie i marokańskiej Suzie a plantacjami atlantyckimi polegała na skali, modelu produkcji i przede wszystkim stosunkach pracy. Inaczej niż w ośrodkach położonych w basenie Morza Śródziemnego, na wybrzeżach Atlantyku trzcinę uprawiano na wielkich polach jako monokulturę eksportową opartą na pracy niewolniczej (co wcześniej się zdarzało, ale nie było normą). Już w latach 80. XV w. Antwerpia miała 70 statków, które przewoziły surowiec do produkcji cukru z Madery, przy czym miasto nad Skaldą nie tylko odgrywało rolę głównego ośrodka europejskiego handlu cukrem, ale też częściowo zapewniało jego rafinację. Około 1660 r. niderlandzka flota cukrowa liczyła sto jednostek, których bazę stanowił Amsterdam, a przemysł cukrowy był największym sektorem gospodarki.

Paliwo kapitału i gorzka rewolucja

Po przeniesieniu plantacji trzciny za Atlantyk produkcja i handel cukrem stały się jednym z najbardziej rentownych sektorów wczesnego kapitalizmu. W początkach XVII w. zyski z eksportu Niderlandów rządzących wówczas oceanami w 10% pochodziły z handlu niewolnikami, a udział cukru wynosił aż 60%. Ulbe Bosma uważa, że w XVII, XVIII i I poł. XIX w. cukier był równie ważnym produktem jak dziś ropa naftowa. Bez niego trudno byłoby sobie wyobrazić nie tylko pierwsze fabryki i niebotyczne zyski kapitału kupieckiego i bankowego, ale także dogłębne przemiany w kulturze kulinarnej Europy, które wykreowały praktycznie nieograniczone zapotrzebowanie na cukier i rozliczne formy jego konsumpcji. Dzięki swojej rentowności system plantacyjny rozpowszechnił się w całym świecie skolonizowanym przez Europejczyków, pociągając za sobą karierę nowożytnego niewolnictwa oraz przekształcenia krajobrazu olbrzymich obszarów od północnoamerykańskiej Luizjany aż po sundajską Jawę.

Niemniej jeszcze w 1783 r. lord Sheffield pisał o cukrze, że „połowa Europy ledwie go zna”, wyciągając stąd słuszny wniosek, iż popyt nań – a zatem i zyski – będzie rosnąć. W 1800 r. przodująca pod tym względem Anglia konsumowała już 150 tys. ton, a perspektywy rysowały się jeszcze lepiej. Na przeszkodzie europejskiej karierze cukru stanęła jednak antyniewolnicza rewolucja.

Latem 1791 r. wybuchło powstanie w najbogatszej kolonii świata, francuskiej Saint Domingue na Karaibach, znanej dziś jako Haiti. W ciągu niespełna miesiąca niewolnicy zniszczyli 200 plantacji i cukrowni, kończąc tym samym najbardziej rentowną koniunkturę cukrową, a zarazem jeden z najokrutniejszych systemów pracy przymusowej w historii.

Zanim się to stało, Saint Domingue co roku karmiło europejskich smakoszów 70 tys. ton cukru, a samo pożerało niewiele mniejszą liczbę ciał zniewolonych Afrykanów.

Na wyspie zamieszkanej przez pół miliona niewolników i ledwie 35 tys. białych plantatorów, nadzorców i żołnierzy panowały tak nieludzkie warunki pracy, że rokrocznie trzeba było sprowadzać kilkadziesiąt tysięcy nowych niewolników, żeby utrzymać płynność produkcji. Zarazem była to prawdziwa fabryka fortun. Niemal każdy, kto zdołał przetrwać tam jakiś czas, unikając zabójczej żółtej febry, wracał do metropolii krezusem.

Zyski z cukrowego niewolnictwa potrafiły rozbroić nawet Woltera, który krytykował handlarzy niewolników, jednak nie zaprotestował, kiedy jeden z nich zaoferował mu nazwanie statku jego imieniem. Przez dekady cukier z Saint Domingue degustowany w oświeceniowych salonach Paryża czy Berlina wytyczał granicę wiarygodności wielkich idei epoki. Rewolucja haitańska stała się taką granicą dla uniwersalistycznych roszczeń twórców Deklaracji praw człowieka i obywatela z metropolii. Czymś w rodzaju papierka lakmusowego ujawniającego prawdziwe intencje przedstawicieli zbuntowanych stanów w Paryżu. Pominięcie niebiałych, a także kobiet w Deklaracji ujawniło partykularyzm kryjący się za retoryką Konwentu Narodowego. Odpowiedź w postaci powstania na Karaibach pokazała zaś, że prawdziwie uniwersalna walka toczy się nie w metropolii, lecz w koloniach. Ale rewolucja haitańska była ważna nie tylko dlatego, że brała za słowo swoją nieco starszą francuską siostrę. Byli niewolnicy rozumieli, że obalenie władzy metropolii, a nawet wypędzenie białych nie wystarczy, żeby zmienić system cukrowej niewoli. Ich prawdziwym celem stał się sam przemysł cukrowy, a strategią antykolonialna odmiana luddyzmu.

Warto zauważyć, że motyw niszczenia infrastruktury cukrowej miał swoją długą tradycję. Przewijał się przez wszystkie niewolnicze bunty Trójkąta Atlantyckiego, począwszy od wspomnianego powstania Amadora na São Tomé. Już po zwycięstwie i proklamowaniu niepodległości Haiti w 1804 r. elity pierwszego państwa byłych niewolników planowały uruchomić plantacje i powrócić na globalne rynki. Nakłaniano, a nawet próbowano zmusić ludność do pracy. Odpowiedzią był gwałtowny opór i kolejna fala niszczenia odbudowywanych plantacji. To ostatecznie zakończyło historię cukru na wyspie. Dawni niewolnicy woleli uprawiać kawę (także na eksport), niewymagającą koncentracji i podziału intensywnej pracy, a zatem dającą bezpośrednim producentom autonomię.

Kilkanaście lat później Haiti zaczęło importować cukier. Pełni rasistowskich uprzedzeń obserwatorzy w Europie i Ameryce Północnej szybko uznali to za objaw ekonomicznej klęski państwa byłych niewolników, którzy okazali się niezdolni do utrzymania pozycji eksportowego mocarstwa, jaką miało kolonialne Saint Domingue. W rzeczywistości było wręcz przeciwnie. Najnowsze badania historyczne potwierdzają skuteczność tej strategii – dzięki niej na Haiti zniknął głód i radykalnie zmniejszyły się nierówności. Ewidentnie jeśli wolność miała być trwała, musiała mieć gorzki smak kawy.

Cukrowe odrodzenie

Walce haitańskich rewolucjonistów towarzyszyła antycukrowa kampania angielskich przeciwników niewolnictwa. Zainicjowała ją w 1788 r. garstka abolicjonistów i kwakrów, z pisarzem Thomasem Clarksonem i ekscentrycznym kompozytorem Granvillem Sharpem na czele. Ich działania mogłyby służyć za niedościgniony wzór współczesnym ruchom społecznym prowadzących bojkoty konsumenckie. Wydawali ulotki, wypromowali sugestywne logo ukazujące klęczącego Afrykanina w kajdanach. Ozdobiono nim książki i liczne gadżety: tabakiery, spinki do włosów, pieczęci do lakowania listów, które szybko stały się modne w rozpolitykowanym kraju. Potężnym atutem ruchu były głosy i publikacje byłych zniewolonych Afrykanów, takich jak Olaudah Equiano i Quobna Ottobah Cugoano, którzy zyskali posłuch u warstw nieuprzywilejowanych, znacznie bardziej odpornych na rodzące się uprzedzenia rasowe niż oświecone dobre towarzystwo końca XVIII w. Jeszcze większy sukces przyniósł bojkot cukru produkowanego przez niewolnicze plantacje na Karaibach (w odróżnieniu od sprowadzanego z Indii) po odrzuceniu projektu ustawy o abolicji przez londyński parlament w 1791 r. Wzniecony kilkoma pamfletami sprzedanymi w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy i serią żarliwych przemówień, objął kilkaset tysięcy osób z niespełna 10 mln mieszkańców Brytanii. Co prawda żadna z tych kampanii nie dała natychmiastowych rezultatów, ale podkopały one moralną legitymację niewolnictwa, a przy okazji ustanowiły wzorzec obywatelskiej mobilizacji politycznej, który do dziś nie stracił na aktualności.

Po upadku cukrowego obozu pracy na Saint Domingue światowy system produkcji cukru i handlu nim uległ dekompozycji, lecz nie na długo.

Karaiby zachowały pozycję ważnego ośrodka plantacyjnego, ale do gry powróciła wypchnięta z niej przez Trójkąt Atlantycki Azja. Nastąpiło znamienne odwrócenie kierunków handlu – cukier ciągle płynął do Europy z zachodu, ale w jeszcze większym stopniu – i ponownie – ze wschodu. Od 1870 r. ponad połowa cukru trzcinowego na rynku światowym pochodziła z dwóch wysp: Kuby na zachodzie i Jawy na wschodzie.

Dominacja ta utrzymywała się do lat 30. XX w. Mimo postępów w mechanizacji produkcji plantacje na obu ówczesnych biegunach globalnego systemu cukru opierały się na pracy niewolnej. Na dziesięciokrotnie gęściej zaludnionej Jawie holenderscy inwestorzy wykorzystywali system przypominający pańszczyznę. Cierpiące na deficyt mieszkańców i rąk do pracy plantacje kubańskie utrzymywali niewolnicy sprowadzani z Afryki, a po formalnym zniesieniu pracy przymusowej niewolnicy kontraktowi. Podobni „niewolnicy tymczasowi” pracowali w koloniach brytyjskich takich jak Jamajka czy Barbados, gdzie kontraktową siłę roboczą sprowadzano z Chin i Indii.

Niech jedzą ciastka!

Legenda głosi, że gdy Marii Antoninie doniesiono o tym, że jej gorzej urodzonym poddanym brak nawet chleba, królowa Francji miała odpowiedzieć: dlaczego zatem nie jedzą ciastek? Ta słynna anegdota przywoływana jest zwykle, by podkreślić przepaść dzielącą lokatorów XVIII-wiecznego Wersalu od przeciętnych mieszkańców Francji. W gruncie rzeczy jednak Maria Antonina, całkiem słusznie oskarżana o ignorancję i bezduszność, wykazała się niezwykłym darem antycypacji. Prostymi słowami streściła politykę żywnościową, jaką miano wprowadzić w czasach europejskiej rewolucji przemysłowej. W Europie cukier trzcinowy pełnił podobną rolę co inne produkty plantacji niewolniczych – tytoń i herbata. Wszystkie substancje miały właściwości stymulujące. Cukier dostarczał bezpośrednio kalorii, a zatem energii, stawał się więc substytutem pełnowartościowego jedzenia.

Cukier spożywany jako dodatek do herbaty stał się strawą biednych. Właściwie aż do końca XVIII w. nabijał kabzy kupców, plantatorów i bankierów, choć jego smak znali w Europie tylko nieliczni. Opowieści o ucztach wydawanych przez weneckich patrycjuszy serwujących swym gościom przysmaki na talerzach posypanych cukrem rozbudzały wyobraźnię, ale niewiele więcej. Niemniej postęp trwał. Szczególnie w Anglii. Między 1650 a 1800 r. tamtejsze spożycie cukru wzrosło 25-krotnie, osiągając 17 kg rocznie na osobę. Rząd uzyskiwał więcej przychodów z podatku cukrowego niż z wina lub tytoniu. W 1837 r. we Francji rocznie na osobę przypadało 3 kg cukru. Niemiecki historyk Jurgen Osterhammel uważa, że upowszechnienie konsumpcji cukru było (obok masowego spożycia mięsa) jednym z kulinarnych symptomów XIX-wiecznego przeobrażenia świata. Między 1880 a 1900 jego globalna produkcja się podwoiła. Do kolejnego wzrostu o 100% wystarczył już okres od 1900 do 1914. Spadek ceny cukru (z 350 funtów za 1 kg w 1350 r. [w cenach z 2010] do 10 funtów w 1800 r. i 5 w 1900 r.) sprawił, że jego smak wreszcie dotarł do mas. W czasie rewolucji przemysłowej, gdy poziom życia klasy pracującej gwałtownie spadł, przerwy na herbatę w pierwszych angielskich fabrykach stały się niemal warunkiem utrzymania ciągłości produkcji. Płynny odpowiednik ciastek Marii Antoniny dostarczał kalorie zastępcze dla żyjących na krawędzi głodu, wiecznie przemęczonych robotników. Cukier odegrał równie ważną rolę w industrializacji jak węgiel dostarczający energii maszynom.

Cukier nie ma już znaczenia porównywalnego do ropy naftowej czy węgla, ale w dalszym ciągu stanowi substytut źródła kalorii dla tych, których nie stać na zdrowe jedzenie.

Biorąc pod uwagę, że w poł. XVI w. na mieszkańca Europy przypadała średnio jedna łyżeczka cukru rocznie, gdyby kogoś takiego przenieść w nasze czasy i uraczyć współczesnym jedzeniem z supermarketu, nieprzyzwyczajony do cukru organizm mógłby nie wytrzymać.

Skądinąd nawet organizmy osób urodzonych w świecie lepkim od cukru mają z tym problemy. Skutki wszechobecności cukru potęguje jeszcze zmiana stylu życia. O ile w XIX w. klasa robotnicza pracowała fizycznie po 14 godzin, o tyle dziś większość czasu spędzamy, siedząc.

Cukier zawsze był produktem dwuznacznym. Dodawał sił i odbierał zdrowie. Napędzał rewolucję przemysłową, a także bunt przeciw kapitalizmowi. Ludzie sprzeciwiali się zniewoleniu towarzyszącemu jego produkcji, niszczyli plantacje i bojkotowali ich produkt. Ale też wychodzili na ulice, żądając więcej cukru. W 1793 r., gdy francuscy jakobini ustanowili reżim cen maksymalnych, braki w dostawach cukru wywołały zamieszki w Paryżu. Ponad 180 lat później, w roku 1976, ogłoszenie zamiaru racjonowania cukru i wprowadzenia kartek na ten produkt przez polski rząd doprowadziło do protestów w Ursusie i Radomiu, które dały początek opozycji demokratycznej opartej na sojuszu inteligencji i klasy robotniczej.

Jak na razie czasy bojkotu cukru i niszczenia cukrowni mamy za sobą, choć nie zniknęły ani plantacje, ani panujący na nich wyzysk. Koncerny spożywcze dosypują białe, uzależniające kryształki do czego się da, by tworzyć popyt na swoje produkty. W efekcie dziś jesteśmy w większym stopniu zniewoleni przez cukier niż w czasach, gdy produkowały go plantacje niewolnicze. Na słodycz zawartą w cukrze po prostu nie ma silnych. Małą pociechą jest to, że lubią go nie tylko ludzie i inne naczelne, lecz niemal wszystkie ssaki. Jedyny wyjątek to koty, całkowicie obojętne na słodycze.

Artykuł pojawił się w numerze: Glukozowe pułapki