Lato w Izraelu było zaskakująco spokojne. Z ulic Tel Awiwu i Jerozolimy zniknęły setki tysięcy ludzi, którzy od wiosny demonstrowali w obronie demokracji i uprawnień Sądu Najwyższego. Niestety, bez happy endu. Mimo protestów – największych w historii kraju – skrajna prawica przegłosowała w Knesecie pierwszy etap „reformy sądownictwa”. W efekcie sędziowie nie mogą już anulować decyzji rządu, podając jako argument, że były „skrajnie bezsensowne”.
Na całym świecie ponuro komentowano, że demokracja w Izraelu jest zagrożona, a premier Binjamin Netanjahu wkracza na ścieżkę wytyczoną przez Orbana i Kaczyńskiego. W sondażu przeprowadzonym pod koniec lipca, po głosowaniu w Knesecie, 28% Izraelczyków stwierdziło, że rozważa emigrację. 64% chce zostać w kraju, a pozostałe 8% jeszcze nie wie, co robić.
Dla wszystkich, którzy choćby pobieżnie śledzą sytuację w Izraelu, ten ponury ciąg wydarzeń nie jest zaskoczeniem. Przeciwnie, wpisuje się w ogólny trend. Raczej należałoby się dziwić, dlaczego Izraelczycy jeszcze z Izraela nie wyemigrowali.
Bo przecież ich kraj – jeśli wierzyć mediom – jest jednym z najbardziej ponurych miejsc na kuli ziemskiej. Jego mieszkańcy giną w zamachach terrorystycznych, nieustannie grożą im rakiety odpalane z palestyńskiej Strefy Gazy czy Libanu, a mają tylko kilkanaście sekund, żeby dobiec do schronu. Ajatollahowie z Iranu co rusz obiecują wymazanie Izraela z mapy, a ponieważ mają swój program atomowy, brzmi to szczególnie złowróżbnie.
Konkurencyjna narracja o Izraelu jest jeszcze bardziej przygnębiająca: demokracja w tym kraju już dawno wyginęła, zastąpił ją system apartheidu, w którym Palestyńczycy są ludźmi niższej kategorii; izraelscy żołnierze mordują palestyńskich cywilów, w tym dzieci; żydowscy osadnicy na Zachodnim Brzegu Jordanu zabierają tubylcom ziemię itd., itp.
Bez względu na to, którą narrację wybierzemy (a przecież obie mogą być w jakimś stopniu prawdziwe!), Izrael kojarzy się negatywnie. Nigdy jako normalny kraj, zawsze jako ofiara albo jako prześladowca.
Niezatapialny
Bardzo źle kojarzy się również sam Netanjahu, przywódca prawicowego Likudu, który do perfekcji opanował sztukę utrzymywania się przy władzy. Potrafi stworzyć koalicję z każdym – z partiami lewicowymi i skrajnie prawicowymi, religijnymi i antyreligijnymi – dzięki czemu jest najbardziej niezatapialnym premierem w historii kraju. Rządzi łącznie już ponad 15 lat (1996–1999, 2009–2021 i teraz, od grudnia 2022 r.) Nie obaliły go nawet oskarżenia o korupcję i nadużywanie władzy, które formalnie postawiła mu prokuratura. Proces trwa od trzech lat, premierowi grozi łącznie kilkanaście lat więzienia m.in. za przyjmowanie łapówek i nieformalne układy z właścicielami największych w Izraelu koncernów medialnych – Netanjahu miał im obiecywać przychylność państwa w zamian za życzliwe nastawienie dziennikarzy.
Prokuratorskie zarzuty ma lub miało wielu polityków w Izraelu. Ehud Olmert, premier w latach 2006–2009, został skazany za korupcję i przesiedział ponad rok w więzieniu.
Dwa lata za kratkami – za łapówkarstwo i nadużywanie władzy – spędził Arje Deri, przywódca religijnej partii Szas. W 2001 r. wypuszczono go za dobre sprawowanie i wrócił do polityki, jednak kilka lat temu ponownie został oskarżony, tym razem o oszustwa podatkowe. Dostał rok w zawieszeniu i grzywnę.
Żeby sklecić obecną koalicję rządową, najbardziej prawicową w historii Izraela, Netanjahu potrzebował partii Szas. Bez niej nie miał szans na większość w Knesecie. Dlatego w grudniu ub.r. nominował Deriego na wicepremiera, a dodatkowo ministra zdrowia i ministra spraw wewnętrznych.
Ale wtedy zdarzyła się niespodzianka. Sąd Najwyższy uznał, że powołanie recydywisty do rządu jest „skrajnie bezsensowne”. I anulował nominację.
Oburzony Netanjahu i jego koalicyjni partnerzy ripostowali, że żadne przepisy nie zabraniają recydywistom zasiadać w rządzie. Oskarżyli sędziów o „polityczny aktywizm” i nadużywanie władzy. Wprawdzie podporządkowali się wyrokowi, ale energicznie przystąpili do wdrażania „reformy sądownictwa”.
Jak to możliwe, że w takim kraju rządzonym przez takich polityków tylko 28% obywateli rozważa emigrację? I to jedynie na potrzeby sondażu, bo w rzeczywistości przecież nigdzie nie wyjadą.
Zagadka staje się jeszcze bardziej frapująca, kiedy zajrzymy do najnowszego zestawienia World Happiness Report (za lata 2020– 2022). Okazuje się, że Izrael – prześladowany / prześladujący / niedemokratyczny / rządzony przez kryminalistów i cyników – jest jednym z najszczęśliwszych krajów na kuli ziemskiej. Zajmuje czwarte miejsce, po Finlandii, Danii i Islandii.
Raport jest tworzony na podstawie globalnego sondażu Gallupa, w którym respondenci oceniają stopień „zadowolenia z życia” w skali od 0 do 10. W Izraelu średnia z ankiet Gallupa wynosi 7,5. Dla porównania – w Stanach Zjednoczonych średnia to 6,9 (15. miejsce na świecie), a w Polsce – 6,3 (39. miejsce).
Najwyraźniej, poza okresami społecznego wzburzenia emocjonalnego jak wiosną tego roku, Izraelczycy są ze swojego strasznego kraju bardzo zadowoleni.
Bogatsi niż Niemcy
Ten paradoks można wyjaśnić na kilka sposobów. Najprościej tak, że dzisiejszy Izrael jest jednym z najbogatszych i najbardziej dynamicznie rozwijających się krajów na świecie. Roczny dochód narodowy na jednego mieszkańca wynosi 55 tys. dolarów i jest wyższy niż w Niemczech (48 tys. dolarów), Wielkiej Brytanii (46 tys.) i we Francji (41 tys.). Ponad 100 izraelskich firm jest notowanych na dwóch najważniejszych nowojorskich giełdach – NASDAQ i NYSE.
Szczególnie upodobali sobie Izrael międzynarodowi kapitaliści, którzy inwestują nadwyżki gotówki w obiecujące start-upy czy pomysły na biznes, żeby potem zgarniać profity. W 2021 r. wyłożyli oni w Izraelu ponad 8,5 mld dolarów, czyli więcej niż we Francji i Niemczech łącznie.
Dynamicznie rozwija się zwłaszcza branża IT – wielkie koncerny mają w Izraelu swoje instytuty badawcze albo, podobnie jak inwestorzy, wykupują izraelskie małe firmy, które oferują dobre pomysły i świetnych inżynierów. To w Hajfie, w laboratorium Intela, zaprojektowano w 1979 r. procesor dla pierwszego komputera osobistego – IBM PC.
Izraelska firma Waze stworzyła świetny system nawigacji, który – zdaniem wielu użytkowników – jest lepszy od map Google’a. W 2013 r. Google przejął Waze za miliard dolarów w myśl zasady: po co konkurować, skoro można wykupić konkurencję? W 2017 r. Intel kupił – za 15 mld dolarów – izraelską firmę Mobileye, która tworzy pionierskie technologie dla samochodów autonomicznych (bez kierowcy). Systemy Mobileye znajdują się w samochodach takich marek jak BMW, Volkswagen, Ford i Nissan.
To izraelska firma NSO Group stworzyła Pegasusa, osławiony system inwigilacji telefonów komórkowych, który rządy niektórych krajów kupują, żeby szpiegować polityków opozycji, dziennikarzy i przywódców innych krajów. Sprzedaż tego systemu Węgrom Orbana czy Arabii Saudyjskiej wywołała wielkie kontrowersje. Ale NSO Group i izraelski rząd, który zatwierdził transakcje, wspólnie zapewniają, że Pegasus to narzędzie do walki z terrorystami i kryminalistami.
Niestety, nabywcy systemu sami ustalają, kto według nich jest „kryminalistą”. Przy użyciu Pegasusa szpiegowano m.in. Dżamala Chaszukdżiego, niepokornego dziennikarza, którego zwabiono do saudyjskiego konsulatu w Stambule, zamordowano i poćwiartowano przy użyciu piły łańcuchowej. Amerykański wywiad ustalił, że rozkaz wydał osobiście ówczesny następca tronu, a dziś de facto władca Arabii Saudyjskiej Muhammad ibn Salman.
Pegasus włamuje się do telefonów – nawet rzekomo doskonale zabezpieczonych iPhone’ów – samodzielnie, nie wymaga żadnej aktywności właściciela telefonu, nie trzeba kliknąć żadnego podejrzanego linka itp. Gromadzi wszystko: dane o połączeniach, wiadomości, lokalizację, zdjęcia i filmy.
„W naszej ocenie Pegasus to jedna z najbardziej wyrafinowanych technologii, jakie kiedykolwiek stworzono” – napisali dwaj eksperci Google’a ds. bezpieczeństwa systemów i telefonów komórkowych, Ian Beer i Samuel Gross, na firmowym blogu Google Project Zero.
Równie imponujące są osiągnięcia Izraelczyków w kwestii wody. Każdy, kto widział spalone słońcem wzgórza wokół Jerozolimy albo surową, majestatyczną pustynię Negew, musiał zadać sobie pytanie: skąd ludzie, którzy tam żyją, biorą wodę? Faktycznie, ćwierć wieku temu, kiedy Netanjahu po raz pierwszy został premierem, Izraelowi groziła katastrofa – prawie całą wodę pitną czerpano z Jeziora Galilejskiego, którego poziom, w efekcie susz i nadmiernej eksploatacji, opadał z każdym rokiem.
Dzisiejszy Izrael jest wodnym potentatem. Nie tylko zabezpieczył swoje potrzeby, ale dostarcza wodę również milionom mieszkańców Jordanii. Na wybrzeżu Morza Śródziemnego i Czerwonego powstało sześć ogromnych stacji odsalania wody morskiej, które produkują 85% używanej przez Izraelczyków wody pitnej! Ponad 90% wody zużytej w kuchniach i łazienkach jest oczyszczane i wykorzystywane w rolnictwie.
W efekcie Jezioro Galilejskie przestało być potrzebne. Nawet odwrotnie – teraz to ludzie będą pomagać jezioru, a nie jezioro ludziom. Kilka miesięcy temu poprowadzono doń rurociąg, którym w okresach suszy będzie pompowana odsolona woda z morza.
Mieszkańcy Izraela są nie tylko bardzo bogaci, lecz również – statystycznie rzecz biorąc – bardzo bezpieczni. Kontrowersyjny mur, którym odgrodzili się od Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu Jordanu, i naszpikowane kamerami zasieki z drutu kolczastego, którymi otoczyli palestyńską Strefę Gazy, zatrzymały przemyt ładunków wybuchowych. Duże zamachy bombowe, takie jak 20 lat temu, już się nie zdarzają. System obrony przeciwrakietowej zestrzeliwuje 90% rakiet odpalanych ze Strefy Gazy (ściśle mówiąc – 90% rakiet, które mają potencjalnie niebezpieczną trajektorię lotu; rakiety lecące w kierunku miejsc odludnych, jak np. pustynia, nie są zestrzeliwane).
Zagrożenie terroryzmem, szczególnie na terenie właściwego Izraela (czyli bez ziem okupowanych od 1967 r.), dramatycznie spadło. W całej ostatniej dekadzie w atakach terrorystycznych ginie średnio kilkunastu Izraelczyków rocznie. Dla porównania – w wypadkach drogowych w Izraelu ginie ponad 300 osób rocznie.
Oczywiście powyższe statystyki nie uwzględniają psychozy, jaką wciąż wywołuje terroryzm. Szczególnie taki, jaki nie wymaga dużych przygotowań: ataki nożowników, taranowanie ludzi rozpędzonym autem czy ostrzeliwanie przypadkowych osadników na szosie na Zachodnim Brzegu Jordanu. W lutym br. aż 60% Izraelczyków obawiało się, że oni sami lub ktoś z ich bliskich może zostać poszkodowany w ataku terrorystycznym (sondaż Israeli Democracy Institute).
Jednakże psychoza nie zmienia faktu, że Izraelczycy nigdy nie czuli się tak bezpieczni jak teraz, za rządów Netanjahu.
Przepis na sukces
Jakim cudem malutki kraj, stworzony zaledwie 75 lat temu, otoczony przez wrogie kraje arabskie, pozbawiony wszelkich bogactw naturalnych, położony głównie na wysuszonej i jałowej pustyni, uwikłany w niekończący się konflikt z Palestyńczykami, nie tylko przetrwał, ale odniósł spektakularny sukces?
Gdyby zadać to pytanie w Familiadzie, to zapewne odpowiedź brzmiałaby: Ameryka. To ona roztacza parasol ochronny nad Izraelem i pompuje w niego pieniądze! Niestety, w Familiadzie nie jest premiowana znajomość faktów, tylko powielanie stereotypów.
W pierwszym ćwierćwieczu istnienia Izrael nie otrzymywał absolutnie żadnej pomocy od Ameryki. W 1967 r. sam wygrał wojnę sześciodniową, rozgramiając armie Egiptu, Syrii, Jordanii i Iraku. Wtedy realnym wsparciem dla Izraelczyków były reparacje z Niemiec, wypłacane jako zadośćuczynienie za Holokaust. To były ogromne sumy – w latach 50. po 3 mld dolarów rocznie (co w przeliczeniu na dzisiejsze dolary wynosi 35 mld rocznie).
Obecnie Stany Zjednoczone wspierają Izrael politycznie i militarnie, nie jest to jednak czynnik przesądzający o jego sukcesie.
To prawda, że Izraelczycy dostają od Waszyngtonu prawie 4 mld dolarów rocznie na broń, lecz gdyby nie dostawali, to są wystarczająco bogaci, żeby kupić ją sobie sami.
Pomoc militarna jest nawet w pewnym sensie szkodliwa, bo te miliardy rząd w Jerozolimie może wydawać wyłącznie na zakupy od amerykańskich koncernów zbrojeniowych! Tym sposobem poszkodowani są izraelscy producenci broni, a Waszyngton, politycznie i demonstracyjnie wspierając Izrael, de facto napędza własny przemysł zbrojeniowy.
Znacznie ważniejsze od pomocy militarnej są zwykłe ludzkie związki z Ameryką. W Izraelu mieszka ok. 200 tys. obywateli USA (najczęściej o korzeniach żydowskich), a kilkaset tysięcy obywateli Izraela żyje w USA, gdzie nawiązują kontakty biznesowe, polityczne, naukowe. Co jest o tyle łatwe, że – jak powszechnie wiadomo – największym żydowskim miastem na świecie nie jest Tel Awiw ani Jerozolima, tylko Nowy Jork.
Jednym z takich „ludzkich łączników” między dwoma krajami jest Netanjahu. W 1956 r., kiedy miał siedem lat, jego rodzice wyprowadzili się do USA. Studiował architekturę na prestiżowym MIT (Massachusetts Institute of Technology), a po dyplomie przez kilka lat pracował w firmie konsultingowej w Bostonie. Dopiero jako 29-latek wrócił na stałe do Izraela.
Związki biznesowo-towarzyskie otwierają Izraelczykom drogę do dużych pieniędzy. Ale przecież amerykańscy miliarderzy nie są filantropami; robią tylko to, co im się opłaca. Dlaczego inwestują akurat w Izraelu?
Otóż np. dlatego, że w tym kraju wydaje się na badania naukowe i rozwój prawie 6% dochodu narodowego – zdecydowanie najwięcej na świecie. Dla porównania: Stany Zjednoczone wydają 3,5%, Niemcy – 3%, Francja 2%, a Polska – niecałe 1,5%.
Jednym z motorów postępu – szczególnie w branży IT – jest wojsko. Pracodawcy szczególnie poszukują żołnierzy ze słynnej jednostki 8200, która specjalizuje się w wywiadzie i kontrwywiadzie elektronicznym. Jeden z założycieli NSO Group, czyli producenta Pegasusa, służył właśnie w tej jednostce.
Rolę wojska w sukcesach Izraela – także cywilnych – trudno przecenić. Pisali o tym Dan Senor i Saul Singer w książce Start-up Nation. The Story of Israel’s Economic Miracle (Naród startupów. Historia izraelskiego cudu gospodarczego). Służba wojskowa jest obowiązkowa i długa – dla mężczyzn 32 miesiące, dla kobiet dwa lata. W wojsku młodzi uczą się porządku, współpracy z innymi oraz kreatywnego myślenia – ze względu na specyficzny charakter izraelskiej armii. „Izraelski porucznik ma większą swobodę działania i decyzyjność niż porucznik w jakiejkolwiek innej armii świata” – wyjaśnia historyk i były ambasador Izraela w Waszyngtonie Michael Oren.
Po przejściu do cywila Izraelczycy stają się rezerwistami i co pewien czas, do 40. roku życia, są powoływani na szkolenia. Lub, oczywiście, na wojny. To wytwarza specyficzne, unikalne poczucie narodowej wspólnoty i braterstwa. W oddziałach rezerwistów hierarchia społeczna jest zawieszona: taksówkarze służą ramię w ramię z profesorami.
Zamordowany proces pokojowy
Współczesny Izrael ma też osiągnięcia wstydliwe, o których nie mówi się otwarcie, lecz które doceniają wszyscy wyborcy regularnie głosujący na Netanjahu i skrajną prawicę. Chodzi o całkowite storpedowanie tzw. procesu pokojowego i marginalizację Autonomii Palestyńskiej.
Jeszcze ćwierć wieku temu cały świat interesował się konfliktem Palestyńczyków z Izraelem. Amerykanie siłą zaciągali obie strony do rozmów, których efektem było porozumienie pokojowe w Oslo w 1993 r. Palestyńczycy pod przewodem Jasera Arafata wyrzekli się wtedy przemocy, a w zamian Izrael zgodził się na utworzenie Autonomii Palestyńskiej na Zachodnim Brzegu Jordanu i w Strefie Gazy, czyli na dwóch terytoriach okupowanych przez Izrael od wojny sześciodniowej 1967 r. Autonomia miała być zalążkiem niepodległego państwa palestyńskiego.
W następnych latach prezydent USA Bill Clinton poświęcił mnóstwo czasu i energii, żeby zapisy z Oslo zostały zrealizowane. Ale nigdy się to nie udało. Głównie z tej przyczyny, że na terenach, które Izrael obiecał oddać Palestyńczykom, żydowscy osadnicy nieustannie budowali nowe domy, osiedla i miasta. Było tak, jakby bogaty sąsiad mówił do biednego sąsiada: spokojnie, oddam ci sporną działkę, jednak najpierw postawię sobie na niej nowy dom.
Z każdym rokiem, z każdym nowo wybudowanym domem Palestyńczycy tracili wiarę w dobrą wolę bogatego sąsiada. Rosła popularność Hamasu, radykalnej partii, która głosiła, że „proces pokojowy” nie ma sensu i tylko walka zbrojna może przynieść Palestyńczykom wolność. W latach 2001–2004 Hamas zorganizował w Izraelu serię zamachów, w których zginęło ponad tysiąc Żydów.
W 2006 r. w wyborach parlamentarnych w Autonomii Palestyńskiej wygrał Hamas. Kiedy następcy Arafata (zmarłego dwa lata wcześniej) nie chcieli pogodzić się z wolą wyborców, bojownicy Hamasu siłą przejęli kontrolę nad Strefą Gazy. Izrael uznał ją za „wrogie terytorium” i prawie całkowicie odciął od świata.
Dzisiaj, czyli 17 lat później, Palestyńczycy są nadal podzieleni i bardziej bezradni niż kiedykolwiek. Prezydentem Autonomii pozostaje 87-letni Mahmud Abbas, którego kadencja miała się skończyć w 2009 r., ale który trwa na stanowisku przez „zasiedzenie”, bo nie udało się zorganizować wyborów. Już nawet sami Palestyńczycy nie traktują władz Autonomii serio.
Strefa Gazy z 2 mln mieszkańców pozostaje największym więzieniem na świecie. Hamas co kilka lat odpala stamtąd dużą salwę rakiet na Izrael, co zwykle kończy się operacją odwetową. W tych operacjach zginęło już kilka tysięcy palestyńskich cywilów, w tym mnóstwo dzieci.
Kilka lat temu, będąc w Strefie Gazy, w rozmowie z jednym z komendantów Hamasu zasugerowałem, że wszystko to nie ma sensu, bo przewaga militarna Izraela rośnie, a nie maleje. „Myślisz kategoriami niecierpliwego człowieka z Zachodu – odpowiedział. – Zapewne nie pokonamy Izraela w tym pokoleniu, może dopiero w następnym albo jeszcze następnym. Na realizację naszego celu nie mamy żadnych ograniczeń czasowych”.
Żydowscy osadnicy również myślą w kategoriach ponadczasowych. Uważają, że Judea i Samaria, jak nazywają Zachodni Brzeg, została Abrahamowi i Mojżeszowi podarowana przez Boga. Ich liczba przekroczyła już 0,5 mln (to pięć razy więcej niż w 1993 r., kiedy podpisywano porozumienie w Oslo).
Świat – jak trafnie przewidział hamasowski znawca kultury Zachodu – stracił cierpliwość i w ogóle zainteresowanie całą sprawą.
Zwycięstwo Izraela jest totalne. Nie może go jednak w pełni skonsumować, tzn. anektować Zachodniego Brzegu. Żyją tam bowiem, oprócz 0,5 mln osadników, również 3 mln Palestyńczyków. W powiększonym o ziemie okupowane Izraelu znalazłoby się łącznie aż 5 mln Arabów (Palestyńczyków) i 7 mln Żydów. Można sobie wyobrazić scenariusz, w którym Arabowie – wykorzystując podziały Żydów na partie lewicowe, prawicowe, centrowe i religijne – wygrywają wybory i zdobywają większość w Knesecie.
Oczywiście teoretycznie można by anektować Zachodni Brzeg bez przyznawania jego arabskim mieszkańcom praw do głosowania. W takim przypadku Izrael definitywnie przestałby być demokracją. Stałby się państwem apartheidu na wzór dawnej Republiki Południowej Afryki, w której biali byli obywatelami lepszej kategorii.
Obrońcy praw człowieka z Amnesty International, Human Rights Watch i izraelskiego B’Tselem alarmują, że już teraz w Izraelu panuje apartheid. Bo na terytorium, które kontroluje rząd w Jerozolimie, dysproporcje są szokujące. W porównaniu z obywatelami Izraela Palestyńczycy na ziemiach okupowanych mają dochody 15 razy mniejsze (na osobę), a np. wody mają do dyspozycji trzy razy mniej (na osobę). Nie wolno im głosować w Izraelu, choć rząd w Jerozolimie decyduje o całym ich życiu.
Na te zarzuty Izrael odpowiada: przykro nam, współczujemy, lecz to nie są nasi obywatele. Gdyby anektował Zachodni Brzeg, straciłby ten argument. Dlatego Netanjahu – tak jak jego poprzednicy – woli utrzymywać nieokreślone i permanentnie tymczasowe, ale wygodne status quo. Nie anektuje ziem okupowanych, przy czym nie zamierza ich oddawać.
W efekcie Izrael pozostaje na mapach tworem nieokreślonym, bez ustalonych granic. Nawet jego stolica jest – w sensie prawa międzynarodowego – enigmą. Tylko nieliczne kraje świata mają swoje ambasady w Jerozolimie; większość uznaje, że status miasta jest niejasny, bo jego wschodnia część jest okupowana od 1967 r.
Kryzys konstytucyjny bez konstytucji
Ta nieokreśloność i permanentna tymczasowość dotyczy nie tylko granic. Izrael nie ma konstytucji, bo od początku jego istnienia laicka lewica i religijni ortodoksi nie mogą się porozumieć w kwestii definicji kraju oraz roli, jaką ma odgrywać w nim religia.
Spór dotyczy np. haredich, czyli ultraortodoksyjnych Żydów, którzy nie pracują i odmawiają służby w wojsku, bo jak twierdzą, muszą studiować święte księgi i modlić się, żeby ocalić wszechświat przed zagładą. Wywołuje to irytację laickiej większości, która nie chce utrzymywać i chronić „darmozjadów”. Od lat nie ma decyzji, co z tym fantem zrobić. Rozwiązaniem jest, jak w przypadku Palestyńczyków, „permanentna tymczasowość”. Co roku minister obrony wydaje „krótkoterminowe” zwolnienie haredich ze służby wojskowej.
Z braku konstytucji uchwalono 13 ustaw fundamentalnych, które mają stać się – w nieokreślonej przyszłości – jej podstawą. Ale te ustawy opracowywano w ciągu wielu lat i każdą z osobna. Nie regulują precyzyjnie relacji między poszczególnymi organami państwa, np. między Sądem Najwyższym a rządem.
Narodowa awantura, która wybuchła wiosną tego roku, jest tego skutkiem. I wcale się nie skończyła – spokojne lato było tylko ciszą przed burzą. Sąd Najwyższy postanowił, że rozpatrzy obywatelskie skargi przeciwko ustawie ograniczającej jego uprawnienia. Pierwsze posiedzenie odbyło się 12 września. Z kolei rząd zapowiada kolejne etapy „reformy sądownictwa”, m.in. chce uzyskać większy wpływ na nominacje sędziów.
Netanjahu przekonuje, że uprawnienia Sądu Najwyższego w Izraelu są bardzo niestandardowe, a nawet dziwaczne. W większości krajów świata Sąd Najwyższy zajmuje się sprawdzaniem, czy ustawy są zgodne z konstytucją lub czy bieżące decyzje rządu są zgodne z istniejącymi ustawami i konstytucją.
W Izraelu sędziowie mogli dodatkowo orzekać, że jakaś decyzja rządu jest „skrajnie bezsensowna”, i ją anulować. Ale czy „sensowność” jest kategorią prawną? Co więcej, anulując nominację recydywisty na wicepremiera, sąd przekroczył powszechnie przyjęte granice władzy sądowniczej. Przecież to naród, czyli jego reprezentanci w parlamencie, wybierają ministrów!
Arje Deri nie ma zakazu pełnienia stanowisk publicznych. Być może jego nominacja jest żenująca i kompromitująca, jednak kompromitowanie się nie jest prawnie zabronione.
Powyższej argumentacji trudno odmówić sensu. Szkopuł w tym, że politycy w Izraelu też mają dziwaczne, nietypowe uprawnienia – o czym już rząd Netanjahu nie wspomina. Mogą np. zmienić ustawy fundamentalne, czyli „zalążek konstytucji”, minimalną większością głosów w Knesecie, czyli 61 na 120. Deputowani koalicji rządowej skwapliwie skorzystali z tej opcji – ustawa o ograniczeniu uprawnień Sądu Najwyższego została przyjęta w trybie poprawki do ustawy fundamentalnej, czyli poprawki do „zalążka konstytucji”.
Dlatego rząd Netanjahu stoi na stanowisku, że Sąd Najwyższy w ogóle nie ma prawa rozpatrywać skarg do tej poprawki. To tak, jakby np. Sąd Najwyższy w USA nagle ogłosił, że „Konstytucja USA jest niedobra”. Przecież to narody lub ich reprezentanci – a nie sądy! – piszą konstytucje. Sądy jedynie interpretują konstytucję i pilnują, żeby była przestrzegana.
Jeśli sąd odrzuci poprawkę, a politycy będą się upierać, że nie miał prawa jej odrzucić, to zapanuje totalny chaos. Arje Deri będzie wicepremierem w interpretacji rządu, natomiast nie będzie wicepremierem w interpretacji sądu.
Ochroniarz, który stoi przy wejściu do gabinetu wicepremiera, będzie musiał samodzielnie zdecydować, którą interpretację wybiera. I albo Deriego grzecznie wpuścić, albo aresztować.