Lato w Izraelu było zaskakująco spokojne. Z ulic Tel Awiwu i Jerozolimy zniknęły setki tysięcy ludzi, którzy od wiosny demonstrowali w obronie demokracji i uprawnień Sądu Najwyższego. Niestety, bez happy endu. Mimo protestów – największych w historii kraju – skrajna prawica przegłosowała w Knesecie pierwszy etap „reformy sądownictwa”. W efekcie sędziowie nie mogą już anulować decyzji rządu, podając jako argument, że były „skrajnie bezsensowne”.
Na całym świecie ponuro komentowano, że demokracja w Izraelu jest zagrożona, a premier Binjamin Netanjahu wkracza na ścieżkę wytyczoną przez Orbana i Kaczyńskiego. W sondażu przeprowadzonym pod koniec lipca, po głosowaniu w Knesecie, 28% Izraelczyków stwierdziło, że rozważa emigrację. 64% chce zostać w kraju, a pozostałe 8% jeszcze nie wie, co robić.
Dla wszystkich, którzy choćby pobieżnie śledzą sytuację w Izraelu, ten ponury ciąg wydarzeń nie jest zaskoczeniem. Przeciwnie, wpisuje się w ogólny trend. Raczej należałoby się dziwić, dlaczego Izraelczycy jeszcze z Izraela nie wyemigrowali.
Bo przecież ich kraj – jeśli wierzyć mediom – jest jednym z najbardziej ponurych miejsc na kuli ziemskiej. Jego…