Subskrybuj
Recep Tayyip Erdoğan pozdrawia tłum zgromadzony na uroczystości 948. rocznicy bitwy pod Manazikertem w Parku Narodowym Malazgirt w Mus we wschodniej Turcji fot. Turkish Presidency / Cem Oksuz / Anadolu / Getty
Recep Tayyip Erdoğan pozdrawia tłum zgromadzony na uroczystości 948. rocznicy bitwy pod Manazikertem w Parku Narodowym Malazgirt w Mus we wschodniej Turcji fot. Turkish Presidency / Cem Oksuz / Anadolu / Getty
Specjalista ds. Turcji w Ośrodku Studiów Wschodnich (OSW), absolwent University College London (UCL) i The London School of Economics (LSE)

Koniec Turcji Erdoğana?

Recep Tayyip Erdoğan, piastując w ciągu 20 lat najwyższe funkcje państwowe, przetrwał wielokrotne masowe protesty i próbę zbrojnego puczu. Czy odsunie go od władzy wytrawny polityk pochodzący z ubogiej Anatolii?

W Anatolii i na jej obrzeżach trzęsienie. Polityczne i sejsmologiczne. Trwająca już od miesięcy kampania wyborcza w Turcji odbywa się na tle napięć społecznych i kataklizmu, jakim było trzęsienie ziemi z 6 lutego. Jak podaje Krajowa Agencja Zarządzania Kryzysowego (AFAD), żywioł ten tylko po stronie tureckiej pochłonął już 47,5 tys. ofiar oraz doszczętnie zniszczył tysiące budynków. Szkody, wyliczane przez instytucje międzynarodowe i środowiska badawcze, sięgają łącznej sumy ok. 100 mld dolarów – jednej dziewiątej całego PKB kraju. I choć logika wskazywałaby, że to właśnie ten temat zdominuje media tureckie na najbliższe miesiące, okazuje się, że tak nie jest.

Kampania wyborcza tocząca się w roku, w którym Republika Turcji obchodzi swoje setne urodziny, to na tyle fundamentalne wyzwanie, że jest w stanie zepchnąć na drugi plan nawet największy kataklizm w jej współczesnych dziejach. Na tureckim stepie dochodzi bowiem do starcia dwóch tytanów polityki, a stawka jest wysoka jak bodaj nigdy w historii tego kraju. Chodzi nie tylko o symbolikę stulecia republiki, ale przede wszystkim o przejęcie władzy i instytucji państwowych, a w ślad za tym zmianę systemu i mechanizmów uprawiania polityki. Czy w połączonych wyborach prezydenckich i parlamentarnych Turcja dalej opowie się po stronie konserwatywnego islamu z nutą silnego nacjonalizmu w wydaniu prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana i jego Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP)? Czy może powróci do kemalistowskich korzeni w postaci zjednoczonej opozycji, z jej kandydatem na prezydenta Kemalem Kılıçdaroğlu na czele? Wybory już za pasem, bo 14 maja.

Kryzys w opozycji

Po trwających rok bolączkach związanych z wyłonieniem w szeregach opozycji wspólnego kandydata na prezydenta Turcji 6 marca wreszcie osiągnięto porozumienie. Nie obyło się oczywiście bez drastycznych zwrotów akcji. Na kilka dni przed wyborem kandydata druga co do wielkości partia opozycyjna – Dobra Partia (İYİ) pod przewodnictwem Meral Akşener – ogłosiła, że wychodzi ze współtworzonej koalicji pod pretekstem, iż preferowani przez nią kandydaci na urząd prezydenta, czyli merowie Stambułu i Ankary, zostali odrzuceni przez pozostałe partie opozycyjne należące do tzw. Stołu Sześciu. Platforma polityczna, o której mowa, to sojusz sześciu partii opozycyjnych. W jej skład wchodzą zarówno Republikańska Partia Ludowa (CHP) i ultranacjonalistyczna İYİ, jak i mniejsze partie o korzeniach islamskich i liberalnych. Wyjście z koalicji i utworzenie oddzielnego bloku przez Meral Akşener nie tylko doprowadziłoby do osłabienia opozycji, ale też zwiększyłoby szansę na wygraną Erdoğana już w pierwszej turze. Kryzys związany z rokoszem Dobrej Partii trwał ostatecznie tylko trzy dni i zakończył się powrotem İYİ do Stołu Sześciu. Akşener wycofała się ze swojego ultimatum, jakim było mianowanie merów największych metropolii na potencjalnych kandydatów na prezydenta, a w zamian uzyskała gwarancję, że obejmą oni urzędy wiceprezydentów po wygraniu wyborów przez opozycję. Dzięki temu İYİ zgodziła się poprzeć kandydaturę Kemala Kılıçdaroğlu – faworyta pozostałych pięciu partii opozycyjnych.

Kemal Kılıçdaroğlu od 2010 r. przewodzi największej opozycyjnej partii w Turcji, czyli wspomnianej Republikańskiej Partii Ludowej. Jest to partia powołana w 1923 r. przez samego Mustafę Kemala Atatürka – założyciela Republiki Turcji, twórcę nowoczesnego narodu oraz tzw. ojca Turków (w 1934 r. Wielkie Zgromadzenie Narodowe Turcji – tj. parlament – przyznało Mustafie Kemalowi na wyłączność nazwisko „ata-türk” czyli „ojciec Turków”). Partia ta po dziś dzień bardzo silnie utożsamia się z założycielem Republiki oraz pryncypiami zwanymi „Sześcioma Strzałami”, które reprezentują podstawowe zasady ideologii kemalizmu i westernizacji kraju: republikanizm, laicyzm, reformizm, populizm, nacjonalizm i etatyzm. Samo logo CHP składa się właśnie z tych sześciu strzał i w tym też – można by powiedzieć – tkwi jej największy problem.

Od wygrania wyborów przez założoną przez Erdoğana Partię Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) w 2002 r. CHP zmaga się bowiem z szeroko rozpowszechnioną opinią w tureckim społeczeństwie, iż to właśnie za czasów jej rządów doszło do marginalizacji wyznawców islamu, a w tym i Kurdów, którzy od chwili powołania Republiki uznawani byli (i nadal są) za grupę o tendencjach separatystycznych. Nie pozwalało to też na stworzenie przez CHP jakiejkolwiek siły politycznej, która mogłaby realnie podważyć władzę AKP. Partia Erdoğana zyskiwała zaś na słabościach CHP, prezentując siebie jako jedyną alternatywę i siłę demokratyzującą Turcję – skutecznie nobilitującą islam jako nieodłączną część Republiki oraz zmierzającą ku pokojowemu rozwiązaniu problemu kurdyjskiego w politycznym dialogu z tureckimi Kurdami (zainicjowanemu w latach 2013–2015).

Dwadzieścia lat w opozycji oraz kolejne porażki w wyborach i referendach krajowych wymusiły na CHP znaczącą zmianę strategii politycznej, a nawet tożsamości. Partia ta porzuciła permanentne podkreślanie swoich „sześciu strzał” oraz odeszła od jakobińskiej wręcz polityki uznającej każdy przejaw islamu za atak na założycielskie wartości Republiki. Skoncentrowała się natomiast na zdobywaniu dla siebie poparcia – prezentując siebie jako demokratyczną alternatywę dla samej AKP – oraz na krytyce coraz bardziej despotycznych i autorytarnych rządów twardej ręki Erdoğana. CHP, widząc, iż społeczeństwo tureckie jest zmęczone aktualną ekipą, która sprawuje władzę nieprzerwanie od 2002 r., w ostatnich latach stopniowo i coraz efektywnej zaczęła odzyskiwać dawno utracone poparcie wyborców. Przyczyniło się do tego też rosnące niezadowolenie społeczne związane z czystkami przeprowadzonymi przez administrację AKP po nieudanej próbie puczu w 2016 r. w instytucjach państwowych, wojsku, biznesie, administracji samorządowej, kręgach sądownictwa i akademickich.

Na wzrost niezadowolenia rządami Erdoğana nałożyły się też coraz głębszy kryzys gospodarki; inflacja sięgająca ponad 85% w zeszłym roku, która doprowadziła do znaczącego spadku jakości życia w Turcji; a także ostatnio oskarżenia o nieadekwatną reakcję władz w pierwszych dniach po trzęsieniu ziemi.

Paradoksalnie jeśli AKP doszła do władzy na fali zmęczenia związanego z autorytarnymi i skostniałymi rządami kemalistowskimi pod egidą CHP, tak samo dzisiaj CHP odzyskuje utracone poparcie społeczne, przedstawiając siebie jako siłę demokratyczną wobec autorytarnych rządów AKP. Historia zatacza koło, a dawni twardogłowi autokraci z CHP stawiają siebie dzisiaj po ponad dwóch dekadach rządów Erdoğana w pozycji jedynych prawdziwych demokratów.

Starcie tytanów?

Politykiem, który najlepiej zrozumiał i wyczuł nowe trendy, okazał się przywódca CHP Kemal Kılıçdaroğlu, kandydat opozycji na prezydenta.

Rodzina Kılıçdaroğlu wywodzi się z małej i zapomnianej prowincjonalnej wioski Ballıca we wschodniej Anatolii – najbiedniejszej części Turcji, odizolowanej od zwesternizowanych miast, takich jak Ankara, Izmir i Stambuł. Kemal – popularne imię w Turcji, często nadawane na cześć założyciela Republiki – urodził się pod nazwiskiem Karabulut („czarny obłok”) i wywodzi się z plemienia Kureyşan, jednego z najbardziej rozpoznawalnych plemion mniejszości etnicznej Zaza, którego bardzo dalecy przodkowie w XIII w. wyemigrowali z Chorasanu (północno-wschodniego Iranu) do Anatolii z powodu najazdów mongolskich. W latach 50. ojciec Kemala zmienił nazwisko na Kılıçdaroğlu („syn wojownika”), gdyż dotąd wszyscy w wiosce posługiwali się tym samym nazwiskiem przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Nie był to jednak wybór. W 1934 r. – podobnie jak Mustafa Kemal, który stał się Atatürkiem na podstawie ustawy o nazwiskach z tego roku – wiele plemion żyjących na terytorium Turcji zostało zmuszonych do przyjęcia stałych, dziedzicznych, turecko brzmiących nazwisk rodowych (a nie plemiennych).

Jako młody chłopak Kemal Kılıçdaroğlu przeprowadził się do Ankary, co było symptomem zmian cywilizacyjnych, jakie zachodziły w Turcji w tamtych czasach. W 1971 r. rozpoczął pracę w Ministerstwie Finansów, potem stał się dyrektorem generalnym Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. W 2002 r. po raz pierwszy został wybrany do parlamentu w wyborach powszechnych z list CHP jako deputowany z okręgu Stambułu. Został również kandydatem na burmistrza gminy tego miasta w wyborach w 2009 r., które przegrał wtedy z rywalem z AKP. W 2010 objął stanowisko przewodniczącego CHP, które pełni do dziś.

Innymi słowy, aktualny lider największej partii opozycyjnej to typowy przykład anatolijskiego awansu społecznego człowieka, który wychował się w erze kształtowania się Republiki i dzięki niej wspiął się na najwyższe szczeble państwowe.

Nie urodził się w uprzywilejowanej rodzinie, zapewniającej mu posadę w partii. W Turcji takie historie pełnią ważną funkcję tożsamościową – najlepiej trafiają do zwykłych ludzi, których ścieżki rodzinne są podobne do tej pokonanej wcześniej przez konkretnego chłopaka z małej wioski ze wschodniej Anatolii.

Taki wizerunek lidera opozycji w podobny sposób budował Recep Tayyip Erdoğan 20 lat temu. On również urodził się w typowej tureckiej rodzinie i wychowywał się w Kasımpaşie, jednej z najbiedniejszych dzielnic Stambułu. Historie o tym, jak mały Recep Erdoğan sprzedawał arbuzy, lemoniadę i simity (obwarzanki z sezamem) na ulicach miasta, aby zarobić na rachunki, chodząc jednocześnie do religijnej szkoły İmam Hatip, są w Turcji często i chętnie powtarzane. Tego typu historie legitymizują przywódców i same w sobie generują autorytet, a istotną składową kultury politycznej społeczeństwa tureckiego jest utożsamianie się z charyzmą lidera. Dlatego zdaje się, że po raz pierwszy od bardzo długiego czasu po stronie CHP stoi kandydat na prezydenta, którego ścieżka życiowa jest porównywalna do drogi, jaką przebył sam Erdoğan.

Zbieżności tutaj się jednak nie kończą. Zarówno Kılıçdaroğlu, jak i Erdoğan to doświadczeni zawodnicy tureckiej sceny politycznej. Od dekad zajmują się sprawami społecznymi i angażują się w politykę czy to poprzez aktywność partyjną, czy w strukturach państwa. Obaj są szeroko znani w Turcji, a dzieci, które urodziły się w ostatnich dwóch dekadach, spośród najważniejszych polityków rzadko wymieniają kogoś innego niźli Erdoğana czy Kılıçdaroğlu. Osobowości obu polityków tworzą dziś nieodłączną część tureckiego pejzażu politycznego. Z tego powodu można im nadać miano tytanów sceny politycznej, a ich starcie w wyborach o fotel prezydencki będzie wydarzeniem godnym politycznej historii na stulecie Republiki.

Państwo Erdoğana

Jeśli zajrzymy do pierwszego lepszego sondażu, to zobaczymy, że Kılıçdaroğlu niemal w każdym wygrywa z Erdoğanem w hipotetycznej drugiej turze wyborów. Podobnie zarysowują się też sondaże w sprawie powyborczego układu sił w parlamencie, gdzie opozycja Stołu Sześciu prowadzi i bez poważniejszych trudności uzyskuje większość parlamentarną. Odwołując się jedynie do badań opinii publicznej i dominujących nastrojów, można odnieść wrażenie, iż w Turcji ponad 20-letni okres rządów Erdoğana i jego partii AKP dobiega końca.

Problem w tym, że w próbach oceny tureckiej rzeczywistości politycznej jest więcej marzeń, myślenia życzeniowego i spekulacji niźli chłodnych analiz rzeczywistości i kalkulacji. Realia, w których przyjdzie zmierzyć się opozycji w czasie wyborów i po ewentualnym zwycięstwie, to struktury państwa obejmującego praktycznie wszystkie dziedziny życia współczesnej Turcji, które są w pełni podporządkowane władzy AKP. A skoro władzę raz zdobytą trudno się oddaje, tym bardziej należy przyjrzeć się strukturze systemu politycznego stworzonego przez Erdoğana, jako że to tam kryje się odpowiedź w sprawie prawdziwej skali wyzwań, przed którymi stoi obecna opozycja.

Aktualny system polityczny w Turcji daleko odbiega od zasad liberalnej demokracji, co jest wynikiem nowych konstytucyjnych uregulowań przyjętych w ramach referendum z 2017 r. i przejścia z systemu parlamentarnego na prezydencki. W efekcie tych zmian sterowanie państwem odbywa się pod pełną kontrolą władzy ustawodawczo-wykonawczej, skupionej w rękach prezydenta i wąskiej grupy jego doradców. Do tego celu wykorzystywany jest system dekretów prezydenckich z mocą ustawy. Parlament ma symboliczne znaczenie, a jego możliwości sprawowania kontroli nad urzędem prezydenta pozostają mocno ograniczone. Prezydent Turcji może sam tworzyć budżet państwa; ogłaszać stan wyjątkowy; mianować członków instytucji państwowych. Przy czym mechanizm podejmowania decyzji przez prezydenta jest nietransparentny, odgórny, bez rzeczywistych konsultacji społecznych. Ministerstwa służą jedynie za mechanizm egzekucji woli politycznej elity (według obecnie obowiązującej konstytucji na czele rządu i tworzącej go partii stoi prezydent – nie ma oddzielnego stanowiska premiera czy lidera partii rządzącej). Pozwala to z jednej strony na sprawne i zdecydowane zarządzanie państwem, a z drugiej – wytwarza nieprzewidywalność w prowadzeniu polityki wewnętrznej i zagranicznej. W dodatku system oparty na władzy i szerokich kompetencjach prezydenckich (i jego doradców) łączy się z lojalną wobec obozu rządzącego tkanką polityczno-biznesową państwa nie tylko sięgającą ministerstw, lecz wychodzącą daleko poza nią, tj. obejmującą prywatne firmy, przedsiębiorstwa, poszczególne sektory gospodarki, media i muzułmańskie duchowieństwo. Wszystko to tworzy gęstą sieć połączeń między różnymi podmiotami, od których aktualny prezydent Turcji wymaga podporządkowania.

Wypracowany w ostatniej dekadzie system funkcjonowania Turcji opiera się również na rozbudowywaniu mechanizmów klientelizmu, kumoterstwa i nepotyzmu. Struktury państwa efektywnie łączą formalnie i nieformalnie wielki turecki biznes prywatny (np. Kolin, Cengiz, Kalyon, MNG, Limak – przeważnie firmy budowlane) oraz zrzeszenie małych i średnich biznesmenów (MUSIAD), tj. firmy z Anatolii zajmujące się handlem detalicznym lub regionalnym, które za czasów AKP dzięki współpracy i koneksjom z ośrodkami władzy uzyskały poważne dochody oraz uprzywilejowaną pozycję społeczno-polityczną. Pozwala to tworzyć system lojalnego zaplecza finansowego nagradzanego przez państwo lukratywnymi kontraktami lub przetargami z budżetu (zwłaszcza sektor budowniczy) w zamian za wspieranie aktualnej linii politycznej. Problem tego systemu tkwi w tym, iż jest on oderwany od tradycyjnego rozumienia gospodarki rynkowej, a proerdoğanowski porządek biznesu prywatnego tworzy własny zamknięty obieg ekonomiczny. Odbywa się to kosztem zasad wolnorynkowych, usuwając podstawy konkurencji w sektorze prywatnym, a państwo pozostaje gwarantem uprzywilejowanej pozycji poszczególnych grup gospodarczych. Skutkiem tego jest zatarcie granicy między prywatnym biznesem a państwem – co oznacza, że trudno zidentyfikować, gdzie struktury państwowe się zaczynają i gdzie kończą.

Tak specyficzna i hierarchiczna struktura pod rządami prezydenta Erdoğana to też w dużej mierze efekt puczu z 2016 r. W rezultacie nieudanego przewrotu Erdoğan skonsolidował swoją władzę, dokonując dogłębnych czystek. Przeprowadzano je pod pretekstem walki z terroryzmem Fethullaha Gülena – FETO (organizacji posądzonej o próbę puczu). Wskutek tego w ciągu ostatnich paru lat ekipa rządząca Turcją zdołała zmarginalizować nie tylko członków FETO, ale także szeroko rozumianych przeciwników Erdoğana, np. przewodniczących kurdyjskiej opozycyjnej partii HDP, działaczy na rzecz praw człowieka, np. Osmana Kavalę, oraz dziennikarzy. Razem ok. 80 tys. osób zostało uwięzionych i nadal oczekuje na proces, zaś 150 tys. urzędników służby cywilnej, personelu wojskowego i innych zostało zwolnionych lub zawieszonych w pełnieniu obowiązków zawodowych.

Innymi słowy, w dzisiejszej Turcji mamy wysoce scentralizowany i hierarchiczny układ władzy oparty na sieci interpersonalnych związków. Gwarantem spójności systemu jest osoba urzędującego prezydenta, czyli sam Erdoğan.

Zmiana głowy państwa w Turcji wiązałaby się z naruszeniem całej tej piramidy połączeń. W aktualnej ekipie rządzącej nie ma kandydata, który mógłby zastąpić Erdoğana. Oznacza to, że zmiana władzy w państwie stworzy dużą niepewność co do stabilności politycznej z wielorakimi, nieprzewidywalnymi skutkami ekonomiczno-społecznymi. Jednocześnie obecnie urzędujący prezydent nadal posiada istotne pole manewru, by wykazać się przed elektoratem sprawczością, co miałoby zapewnić stabilność i lojalność zbudowanej przez niego hierarchii. Dzięki temu wciąż ma duże szanse na wygranie wyborów. Jest to jego cel nadrzędny, a dalsze naruszanie standardów demokratycznych, ręczne sterowanie gospodarką wedle nieortodoksyjnych zasad ekonomicznych podporządkowanych celom wyborczym i selektywne wspieranie jego sojuszników politycznych i ekonomicznych stanowić będą zasób narzędzi dla jego realizacji.

Oprócz tego Erdoğana wspiera też szerokie zaplecze sojuszników na arenie międzynarodowej. Dla Putina aktualna władza w Ankarze to znany Kremlowi partner handlowy i polityczny, którego można wykorzystać do np. sprowadzania produktów objętych sankcjami czy poszukiwania alternatywnych szlaków handlowych dla rosyjskiego surowca błękitnego. W zamian Rosja jest gotowa wspierać Erdoğana w wyścigu wyborczym, choćby przekazując Turcji 15 mld USD – formalnie w ramach budowy pierwszej w kraju elektrowni atomowej (Akkuyu), tym samym zasilając w pośredni sposób rezerwy walutowe Banku Centralnego Turcji, potrzebne do walki z kryzysem finansowym. Tego typu pomoc zbiega się też z hojnymi darowiznami pieniężnymi od państw Zatoki Perskiej, m.in. Arabii Saudyjskiej (5 mld USD) i Kataru (10 mld USD), a także swapem walutowym ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi (5 mld USD). Państwa te na różne sposoby wspierają Erdoğana. Wiedzą bowiem, iż dzięki tym specyficznym inwestycjom można wygasić lub chociaż uzyskać wpływ na wiele konfliktów regionalnych na Bliskim Wschodzie oraz pozyskać Turcję jako sojusznika w rywalizacji z Iranem. Taki stan rzeczy petryfikuje jednak dalszy dryf Turcji w kierunku współpracy z państwami autorytarnymi, co oddala ją od zachodnich sojuszników.

Stawka wyborów i wielka niewiadoma

Dotychczasowe debaty wśród krytyków tureckiego systemu politycznego koncentrowały się na rozważaniach o kwestiach tożsamościowych Republiki i jej charakterze: czy Turcja powinna być krajem sekularnym czy konserwatywno-islamskim? W nadchodzących wyborach obszar sporu stanie się znacznie szerszy i wychodzić będzie poza typowe problemy ideologiczne i tożsamościowe. Dla ekipy rządzącej stawką tych wyborów jest przetrwanie systemu politycznego, który przez 20 lat rządów Erdoğana stworzył zaplecze polityczne władzy AKP, począwszy od działaczy regionalnych, a kończąc na tureckim biznesie. System ten wzmacnia naczelna zasada: potrzeba utrzymania wypracowanej struktury politycznej, a nie jej zmiana. Erdoğan stał się zakładnikiem własnego tworu, jako że nikt nie wyobraża sobie tej struktury bez jego przywództwa. W razie jego porażki AKP grozi rozpad, a to jedynie doprowadzi do chaosu politycznego w kraju, czego skutkiem będzie pogłębienie kryzysu gospodarczego i finansowego. Stąd dla większości erdoğanowskich kręgów biznesowych wynik wyborów zaważy na ich dalszej egzystencji. Natomiast dla ww. regionalnych graczy utrata władzy przez Erdoğana może podważyć interesy państw Zatoki Perskiej i Rosji, w tym aktualną siatkę relacji międzynarodowych w regionie Bliskiego Wschodu i Morza Czarnego.

Pomimo dobrych notowań w sondażach pod znakiem zapytania stoi realna siła opozycji. Zważywszy na niedemokratyczny charakter obecnej władzy, trudno wyobrazić sobie prostą wymianę tej struktury i jej kadr – zwłaszcza proerdoğanowskiej biurokracji państwa, sądów, prokuratury, resortu obrony, w tym policji i służb, ośrodków uniwersyteckich oraz mediów narodowych w pełni podporządkowanych partii rządzącej. Jedyne, co może teraz doprowadzić do realnej i trwałej zmiany w Turcji, to presja społeczeństwa na ośrodki władzy. Żeby taka transformacja się powiodła, konieczne byłyby skumulowane protesty społeczne. Skonsumowanie takich nastrojów wymagałoby również charyzmatycznego lidera, któremu zwykli obywatele, zmęczeni władzą i jej przekrętami oraz nadużyciami, byliby gotowi powierzyć przywództwo. Scenariusz ten – choć wysoce nieprawdopodobny – jest też, paradoksalnie, najbardziej realnym sposobem trwałej zmiany struktur władzy w Turcji.

Podczas masowych protestów przeciwko władzy w 2013 r., które rozpoczęły się w stambulskim parku Gezi, sprawdzianu tego kierowana przez Kemala Kılıçdaroğlu partia CHP nie zdała. Kapitał polityczny protestów został roztrwoniony. Dziś napięcia w tureckim społeczeństwie są na bardzo podobnym poziomie. Czy Kılıçdaroğlu będzie w stanie sprawczo kierować kampanią, a w przypadku wygranej także państwem? Czy będzie potrafił odejść od erdoğanowskiego systemu prezydenckiego (pozbywając się autorytarnego narzędzia władzy) na rzecz powrotu do bardziej demokratycznego „wzmocnionego systemu parlamentarnego”? Na ile niejednorodna i zróżnicowana ideologicznie opozycja będzie w stanie kierować koalicyjnym rządem, utrzymując stabilne w dłuższym okresie poparcie społeczne w trudnych warunkach gospodarczych i w obliczu efektów trzęsienia ziemi? Te pytania to jedynie wierzchołek góry lodowej.

***

Opozycji trudno będzie rozprawić się ze spuścizną Erdoğana. Choć można dzisiejszemu liderowi Turcji zarzucić wiele negatywnych cech i kontrowersyjnych decyzji, to prawdą jest też, że jako jeden z niewielu liderów pozostawia po sobie namacalne ślady rozwoju gospodarczego kraju. Zaliczyć można do nich autostrady, meczety, szkoły, szpitale, obiekty kulturalne oraz miasta, które w czasie rządów Erdoğana rozkwitły jak nigdy dotąd. Osiągnięcia gospodarcze umożliwiły też awans społeczny, polityczny i kulturowy milionom dotychczas zapomnianych osób, tworząc z nich nową klasę średnią. Choć sytuacja finansowa kraju jest dziś chaotyczna, nie zmienia to faktu, że największy skok cywilizacyjny Turcji dokonał się właśnie za rządów AKP. Bez względu na to, czy Erdoğan to nadal charyzmatyczny lider, demokrata walczący o równouprawnienie dla zmarginalizowanych, czy w ostatnich latach jednak twórca autorytarnego systemu polityczno-administracyjnego, schedy po nim nie da się usunąć. Najpoważniejszym więc wyzwaniem dla opozycji będzie wkomponowanie pozostałości po jego rządach w nową narrację o Turcji i jednocześnie zerwanie z negatywnymi elementami rządów AKP. Innymi słowy, Turcja będzie musiała dokonać syntezy dziedzictwa Erdoğana z jakimkolwiek nowym projektem, który będzie chciała przedstawić swoim wyborcom. Patrząc na dzisiejszą CHP i jej lidera Kemala Kılıçdaroğlu, nie może to jednak oznaczać powrotu do kemalistowskich korzeni i jakobińskiej polityki centralizacji władzy oraz walki z islamem, gdyż to właśnie krytyka i zakwestionowanie tych zasad schedy atatürkowskiej polityki doprowadziły Erdoğana – wtedy jeszcze demokratę – do ponad 20-letnich nieprzerwanych rządów.

Mimo tych wszystkich dylematów i wyzwań, przed jakimi może stać dzisiejsza opozycja, jedno jest pewne: Turcja znajduje się w momencie potężnych przesileń i zmian społecznych. Tym, co odróżnia nadchodzące wybory od wszystkich pozostałych z minionych dekad, jest fakt, iż na czele tureckiej opozycji po raz pierwszy znajduje się kandydat, który cieszy się realnym poparciem społeczeństwa. To właśnie ostateczna skala sympatii Turków do Kemala Kılıçdaroğlu określi jego szanse na pokonanie Erdoğana. Tylko wyraźne zwycięstwo w wyborach prezydenckich daje zaś realną możliwość odebrania władzy obozowi rządzącemu i rozmontowania struktur polityczno-ekonomicznych związanych z AKP.

Artykuł pojawił się w numerze: Najlepsze miejsce do życia