Unia Afrykańska dołączy do grupy G20 – postanowili członkowie ekskluzywnego klubu podczas wrześniowego szczytu w Indiach. Jak to się stało, że organizacja reprezentująca najbiedniejszy kontynent znalazła się w jednym z najpotężniejszych, najbardziej wpływowych gremiów? W końcu najczęściej o Afryce pisze się jako o arenie rywalizacji potęg – tych starych i tych dopiero wschodzących. Chiny, które wysysają surowce i przywożą osadników. Rosja wciskająca się z najemnikami i propagandą obrzydzającą Zachód. Słabnąca Francja bez przekonania walcząca o utrzymanie przyjaznych liderów i baz wojskowych. Turcja, która chce w Somalii zbudować wyrzutnię kosmiczną, żeby polecieć na Księżyc. Rywalizujące z nią Zjednoczone Emiraty Arabskie skupujące afrykańskie porty, aby zabezpieczyć potęgę Dubaju…
Tymczasem powoli, lecz miarowo odbywa się na wielu polach przewrót, który przywraca Afrykę na miejsce równe. Nie uprzywilejowane, ale takie, w jakim decyduje się samemu o sobie i wspólnie z innymi o świecie.
Spójrzmy np. na surowce. Państwa afrykańskie odziedziczyły po okresie kolonialnym skrajnie niekorzystną strukturę handlu. Wielkie zachodnie lub azjatyckie koncerny wydobywcze tradycyjnie pozyskują i od razu wywożą nieprzerobioną, surową ropę, rudy metali i płody rolne. Rządom afrykańskim wypłacają niewielki procent od wartości tych surowców albo ukrywają skalę wydobycia, żeby był on jeszcze mniejszy. Dopiero u siebie przerabiają je, by sprzedać z wielokrotnym zyskiem. Ten system latami napędzał korupcję, a mieszkańcy „bogatych” w złoża państw nie odczuwali smaku bogactwa, które przeciekało im przez palce. Jednym razem jest to kauczuk z Demokratycznej Republiki Konga (DRK), z którego powstawały opony do pierwszych samochodów, innym razem koltan, dzięki któremu każdy z nas ma telefon komórkowy. Aby to zmienić, czyli przywrócić na normalne tory, trzeba nie tylko postawić się światowemu biznesowi, interesom własnej elity, ale także przeformułować sposób myślenia o państwie i jego powinnościach wobec obywateli. I to się niewątpliwie dzieje. DRK, jak inne kraje kontynentu, żąda od Chin zwiększenia udziału w zyskach, a przede wszystkim chce tworzyć własny przemysł. W tym państwie, tak jak w Zambii i Tanzanii, są wszystkie składniki niezbędne do produkcji baterii do pojazdów elektrycznych. Razem postanowiły one skorzystać na światowej koniunkturze i stworzyć własne zaplecze przemysłowe, by przetwarzać rudy i sprzedawać gotowe produkty. W tym roku Botswana, przedłużając umowę z brytyjskim De Beers, swoim potężnym wspólnikiem w branży diamentowej, przymusiła go do stopniowego wyprzedania zapasów nieobrobionych kamieni i przygotowania kraju dostarczającego złoże do zajęcia się klasyfikacją, marketingiem, a w przyszłości produkcją własnej biżuterii. Zimbabwe zakazało eksportu rud rzadkich metali, żeby wymusić inwestycje w przemysł na miejscu. Jego śladem już poszła Namibia, a podobne rozwiązania szykują kolejne państwa. Świadectwem zwiększenia samoświadomości afrykańskich gospodarek był zeszłoroczny nadzwyczajny szczyt Unii Afrykańskiej, gdzie debatowano o strategiach wyjścia z postkolonialnej pułapki surowcowej. Afryka wie, ile jest warta.
Dyplomatyczna ofensywa
Podobnie rzecz się ma w dyplomacji. Tu jeszcze trudniej o podmiotowość na globalnej scenie, jeśli przez stulecia kultywowane były rasowe stereotypy. Skojarzenie: Afryka to dawca; przedmiot, nie zaś podmiot – jest głęboko zakorzenione. Nieprzypadkowo XIXwieczna myśl kolonialna karmiła się poczuciem „misji cywilizacyjnej”: podboju w imię niesienia postępu. Jej obecnym wcieleniem jest syndrom „białego zbawcy”, który sprawia, że urzędnicy, dyplomaci, a także pełni dobrych intencji działacze NGOsów i wolontariusze podświadomie zakładają, że urodzenie na Zachodzie daje automatycznie tytuł i kompetencje, żeby pomagać, usprawniać, ulepszać. W przestrzeni politycznej objawia się to zwłaszcza w traktowaniu Afryki zamiennie albo jako problemu, albo przedmiotu troski.
Państwa afrykańskie próbują się z tego schematu wyzwolić. Kiedy w styczniu 2010 r. położone na Karaibach Haiti nawiedziło potężne trzęsienie ziemi, dla wielu państw afrykańskich narturalny był odruch solidarności z historycznie piewszą (1802 r.) czarną republiką, zamieszkaną przez potomków afrykańskich niewolników. W ciągu paru tygodni 24 państwa kontynentu przyznały środki na pomoc Haiti. Najwięcej Maroko, również Ghana, Gwinea Równikowa i uboga Demokratyczna Republika Konga nie skąpiły pieniędzy. Ta ostatnia, znana z Jądra ciemności Josepha Conrada, przekazując 2,5 mln USD, przebiła w tym zakresie choćby Polskę. Zbiórki odbywały się od Dakaru po Kapsztad. Co prawda Haiti można uznać z powodu związków historycznych za kawałek Afryki, a afrykańskie wsparcie było kroplą w morzu środków, jakie wtedy zebrano, to wzięcie współodpowiedzialności za rozwiązanie tego kryzysu było więcej niż symboliczne. W tym roku konkretne wsparcie dla Haiti, tym razem targanego przemocą gangów, zaoferowała Kenia. Odpowiadając na apel do ONZ, który skierował haitański premier, Kenia zgłosiła kontyngent 1000 policjantów mających pomóc przywrócić porządek na karaibskiej wyspie. Ruch ten, kontrowersyjny z uwagi na reputację kenijskich mundurowych, znanych np. ze strzelania do osób łamiących godzinę policyjną w czasie lockdownów, spotkał się z uznaniem ze strony sekretarza generalnego ONZ, a przede wszystkim USA i Kanady. Wielcy żandarmi świata poczuli, że ktoś ich z tej niewdzięcznej roli odciąża.
O globalny format ociera się maleńka Gambia, która w 2019 r. wzięła na siebie ciężar oskarżenia przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości władz Mjanmy. Chodzi o prowadzenie czystek etnicznych na muzułmańskiej mniejszości Rohindżów. Gambia była przy tym reprezentantką 57 państw Organizacji Współpracy Islamskiej. Choć prześladowania Rohindżów były wówczas na czołówkach gazet, większe państwa nie kwapiły się do wzięcia ich w obronę. Sprawa toczy się do dziś. Gambia zyskała dzięki niej renomę oraz wdzięczność muzułmańskich uchodźców w obozach w Bangladeszu. Wymieniają oni Gambię jako ten kraj, który nie daje światu o nich zapomnieć.
Przyjmując w 2013 r. swoją długoterminową strategię Agenda 2063, Unia Afrykańska wskazała, że będzie dążyć do osiągnięcia statusu „globalnego gracza i partnera”. Wynikało to częściowo z poczucia nieadekwatności porządku międzynarodowego zdefiniowanego po II wojnie światowej, kiedy w Afryce trwał jeszcze system kolonialny.
Zresztą w ramach tego porządku jego znaczące przyczółki zdobywają już kompetentni Afrykanie – Międzynarodowym Funduszem Walutowym kieruje Nigeryjka Ngozi OkonjoIweala, a Światową Organizacją Zdrowia Etiopczyk Tedros Adhanom. Jednak do zmiany systemowej, np. reformy ONZ, wciąż daleko. Drugim powodem poczucia, że Afryka musi znaczyć więcej, jest demografia. Średnia wieku na kontynencie to 20 lat, a populacja ma wzrosnąć z 1,4 do 2 mld w ciągu najbliższych 15 lat. Jednocześnie Afryka urbanizuje się szybciej niż reszta świata. Choćby z tego względu w ubiegłorocznej, nowej amerykańskiej strategii ds. Afryki Subsaharyjskiej zaznaczono, że rolą Afryki będzie teraz współdecydowanie, razem z USA i innymi mocarstwami, o najważniejszych wyzwaniach globalnych. To w tym kontekście pojawiła się niezrozumiana szerzej próba afrykańskiej mediacji w wojnie Rosji przeciw Ukrainie – w czerwcu prezydenci i wysocy przedstawiciele siedmiu państw odwiedzili najpierw Kijów, a potem Moskwę, aby rozmawiać o perspektywach pokoju. Pominąwszy brak szans na powodzenie, próba ta była pierwszą i znowu głęboko symboliczną przymiarką do nowej roli. Wydała ona jednak owoce: choćby w Rosji była bardziej dyskutowana niż wcześniejsza inicjatywa chińska. Za to na sierpniowym szczycie w saudyjskiej Dżuddzie, zwołanym przez stronę ukraińską, by uzgodnić formułę sprawiedliwego pokoju, nie zabrakło RPA – lidera ukraińskorosyjskiej misji – i Republiki Komorów. Prezydent tej drugiej w tym roku przewodzi Unii Afrykańskiej.
Szalenie ciekawe są zabawy słowne z wywracaniem dyplomatycznego slangu: ilekroć w Afryce dzieje się coś niepokojącego, USA, UE, Francja, Wielka Brytania i ONZ „wyrażają zaniepokojenie”, „wzywają strony do wstrzemięźliwości”, „poszanowania demokratycznego wyboru” itp. Ten hermetyczny język też kształtuje wyobrażenia. Dość powiedzieć, że dopiero w 2019 r. wyborcza misja obserwacyjna z UE zrezygnowała z „gratulacji” dla Republiki Malawi z powodu pokojowego przebiegu głosowania – dotąd wybrzmiewało to tak, jakby fakt, że nie wybuchły żadne walki, był osiągnięciem, nie zaś normą. Za to od kilku lat, kiedy do napięć, strajków czy kryzysów rządowych dochodzi gdzieś w Europie, afrykańscy internauci z lubością odwracają role.
Gdy w marcu 2023 r. Francja znalazła się w ogniu protestów przeciwko podwyższeniu wieku emerytalnego, a policja używała przemocy przeciw protestującym, pochodzący z karaibskiej Gwadelupy dziennikarz Claudy Siar opublikował na swoim Facebooku mapę Francji, całą zaznaczoną na czerwono, jak w ostrzeżeniach, które ogłaszają europejskie MSZy, przestrzegając przed podróżami do niebezpiecznych państw. „Pilny komunikat! Manifestacje przeciwko zmianom emerytalnym we Francji. Burkina Faso wzywa swoich obywateli mieszkających we Francji do unikania niekoniecznych podróży. Rząd Burkina Faso wyraża zatroskanie wydarzeniami w Paryżu i innych miastach. Wzywa władze francuskie do przestrzegania wolności wypowiedzi i stworzenia warunków do przywrócenia spokoju”. Chwilę później są już setki komentarzy, głównie tworzone na szybko przez rozbawionych Afrykanów kolejne „komunikaty”: „Burkina Faso uważnie monitoruje sytuację i ostrzega władze francuskie przed naruszeniami praw człowieka”; „Kamerun wzywa władze Francji do powściągliwości i przypomina, że prawo do demonstrowania jest niezbywalne”; „Gwinea śledzi sytuację i zastosuje sankcje za naruszanie przez Francję praw i wolności Francuzów”; „Przewodniczący [zachodnioafrykańskiego bloku] ECOWAS wzywa władze francuskie do podjęcia szczerego dialogu z ludnością Francji”. Oprócz tego, że komentarze są dowcipne, trafiają w punkt. Właściwie mogłyby być prawdziwymi oświadczeniami władz. Słowa same się układają – w końcu Afrykanie słyszą je z Europy regularnie.
W tym kontekście stanowią świetną odtrutkę na kompleksy.
Odmiana wyobrażeń
Zarówno polityka, jak i handel międzynarodowy wymagają przemeblowania wyobrażeń o Afryce – na świecie i wśród samych Afrykanów. Jeszcze 20 lat temu można było odnieść wrażenie, że Afrykanie mają ambiwalentny stosunek do przeszłości. W programach szkolnych brakowało nauki lokalnej historii. Do niedawna w zatęchłych afrykańskich muzeach etnograficznych częściej można było spotkać turystów niż miejscowych. Dlatego europejscy muzealnicy nie zastanawiali się na poważnie, czy coś jest nie tak, że 90% zabytkowych artefaktów z Afryki Subsaharyjskiej znajduje się w muzeach w Paryżu, Brukseli, Londynie, Berlinie, Wiedniu i Watykanie. Większość z nich to łupy z wypraw kolonialnych, które często, nawet nieskatalogowane, kurzą się w magazynach. Ogołacanie Afryki z jej dziedzictwa służyło uzasadnianiu ideologii kolonialnej – pozwalało twierdzić, że tam i tak nie ma i nie było nic wartościowego. Z tym stereotypem w świecie sztuki walczą nowi afrykańscy marszandzi, którzy jak zmarły niedawno Sindika Dokolo zaczęli tworzyć kolekcje będące obiektem pożądania galerii na świecie. Teraz jednak to Afrykanie dyktują warunki.
Ten trop podjął prezydent Beninu Patrice Talon, który w 2016 r. twardo postawił kwestię skarbów z pałaców dawnego Królestwa Abomeju, żądając ich zwrotu z paryskiego muzeum Quai Branly. Sprawa z niszowej stała się polityczna i niezwykle nośna. 11 listopada 2021 r., kiedy pierwsze abomejskie trony przyjechały w końcu do benińskiego Kotonu, na ulice wyległy tłumy. Przejazd ciężarówek wiozących przez miasto historyczne dziedzictwo przypominał rundę honorową zwycięzcy wokół olimpijskiego stadionu. Później nieprzebrane rzesze oglądały ich ekspozycję. Odzyskiwanie zabytków to również ważna część polityki Nigerii (zwłaszcza tzw. brązy benińskie), Namibii, Etiopii i szeregu innych państw. Coraz częściej magnesami przyciągającymi Afrykanów poszukujących umiejscowienia własnej tożsamości we współczesnym świecie są nowe placówki muzealne. Nowe obiekty, jak senegalskie Muzeum Czarnych Cywilizacji łączące sztukę dawną i współczesną, powstają jak grzyby po deszczu od Konga do Nigerii. Opór Francuzów, Niemców i Brytyjczyków przed oddawaniem dzieł kruszeje. Czasem, gdy nie można naciskać politycznie, trzeba wygrać, wykładając więcej pieniędzy. Senegalskie sufickie bractwo Muridów prowadzi na świecie detektywistyczne poszukiwania zachowanych zdjęć swojego założyciela, muzułmańskiego mistyka Amadou Bamby. Do niedawna znana była jego jedyna ikoniczna fotografia, reprodukowana w Senegalu na niezliczonych plakatach i muralach. Podczas tegorocznej pielgrzymki do założonego przez niego świętego miasta Touba zaprezentowano po raz pierwszy kolejne… odkupione przez Muridów na aukcji w Paryżu. Powołali oni fundusz na pozyskanie dalszych, jeśli takowe wypłyną.
Afryka znajduje się również w ofensywie w sferze językowej. Przez dziesięciolecia, jakie upłynęły od dekolonizacji, tylko w trzech państwach na południe od Sahary – Etiopii, Somalii i Tanzanii – rodzime języki miały status państwowych, wszędzie indziej obowiązywały europejskie. Jednak zwrot w stronę świadomości i dumy z własnych kultur jest wyraźny.
W 2021 r. UNESCO w uznaniu znaczenia języka swahili, którego liczba użytkowników i państw, gdzie można się go uczyć, rośnie, ustanowiło 7 lipca jego dniem, czyniąc go pierwszym afrykańskim językiem globalnym. W ub.r. Uganda uznała swahili za swój oficjalny język, a Unia Afrykańska za jeden z roboczych. Dzięki temu można go w końcu było usłyszeć w przemówieniach na szczytach organizacji w Addis Abebie, gdzie spotykają się przywódcy państw afrykańskich. Z kolei Mali na mocy przyjętej w lipcu br. konstytucji, zdetronizowało francuski z pozycji języka oficjalnego, pozostawiając mu status roboczy, pomocniczy wobec 14 rodzimych języków. Zresztą do języka francuskiego odważnie wkracza leksyka afrykańska, np. slangowe słowa z Wybrzeża Kości Słoniowej, a słownik oksfordzki kodyfikuje nigeryjską, południowo i wschodnioafrykańską wersję angielskiego.
Przestrzeniami, które Afrykanie odzyskują, są też nauka i ekspertyza. Dlaczego przy okazji kryzysów politycznych Afrykę mają tłumaczyć zachodni eksperci, często o słabym wyczuciu lokalnych realiów, których spłycone, nietrafione analizy irytują afrykańskich odbiorców? Po wybuchu wojny domowej w Sudanie w kwietniu br. pochodzący z tego kraju dziennikarz Al Jazeery Mat Nashed i wydawczyni książek Raga Makawi wielokrotnie kompilowali i podawali dalej zbiory namiarów na najlepszych, a często nierozpoznawalnych sudańskich obserwatorów. Inni dodawali kolejne nazwiska i dzielili się nimi z przedstawicielami światowych mediów, zachęcając do udzielania głosu kompetentnym Sudańczykom. Zbiorowy wysiłek przyniósł efekt. Dziś „Foreign Policy” czy „The New York Times” nie piszą już o Sudanie bez komentarza Kholood Khair, do niedawna szerzej nieznanej, błyskotliwej szefowej chartumskiego think tanku Confluence Advisory. Ostatnio lobbuje ona w Nowym Jorku na rzecz zmiany polityki ONZ ds. Sudanu i niewątpliwie jest do tego lepiej przygotowana niż rzesze zawodowych dyplomatów, którzy przeoczyli sygnały zbliżającej się wojny.
Oczywiście afrykańscy autorzy jeszcze w bardzo niewielkim stopniu kontrybuują do światowego obiegu naukowego. Choć Afrykanie stanowią 17% populacji globu, afrykańscy badacze publikują mniej niż 1% literatury naukowej. Większość pochodzi z RPA, państw Afryki Północnej, Nigerii i Kenii. Choć postęp i tak jest spektakularny – między 2012 a 2016 r. liczba treści wzrosła o ponad 38%, a autorów o 43%. Nigdzie indziej na świecie nie zachodzi on szybciej. Takie państwa jak Rwanda, Zambia i Mozambik mogą poszczycić się dwukrotnie większą cytowalnością (miernik naukowego i publicystycznego wpływu) niż średnia światowa, a Senegal i Etiopia mocno inwestują, by poprawić swoje wyniki.
W naukach ścisłych sprawa dotyczy raczej brania udziału w światowym obiegu niż dokonania jakiegoś przewrotu kopernikańskiego w zakresie samej wiedzy, choć i takie się zdarzają. Nie dość przypominania, że to senegalski archeolog Cheikh Anta Diop wynalazł metodę datowania na podstawie obecności izotopu węgla C14. Kongijski lekarz JeanJacques Muyembe odkrył w latach 70. wirusa Ebola, a w dwie dekady później położył podwaliny pod prace nad szczepionką, choć te zasługi przypisuje się Belgowi Peterowi Biotowi (ten faktycznie otrzymał jedynie próbkę od Muyembe i ją opisał). Z kolei w listopadzie 2021 r. to zespół z Botswany, prowadzony przez Sikhulile Moyo, jako pierwszy zidentyfikował wariant koronawirusa omikron – równolegle pracowały nad tym zespoły w RPA i Hongkongu. Jednak zamiast uznania tego odkrycia świat zareagował panicznymi blokadami połączeń lotniczych z państwami południa Afryki; paradoksalnie, bo to właśnie omikron uwolnił nas ostatecznie od lockdownów. Afrykańscy naukowcy zaczęli się nawet po tym zastanawiać, czy następnym razem warto dzielić się ze światem swoimi wynikami.
W humanistyce i naukach społecznych rzecz się ma inaczej. Tu sposób patrzenia na historię ma fundamentalne znaczenie zarówno dla postrzegania Afryki w świecie, jak i postrzegania samych siebie przez Afrykanów. Pokolenia europejskich historyków opisywały Afrykę przez pryzmat misji cywilizacyjnej, poruszając się raczej w sferze własnych projekcji niż trzeźwego spojrzenia. Najpierw wiodącą perspektywą była do cna rasistowska kolonialna ideologia, później specyficznie ustawiona optyka: dla Francuzów model laickorepublikański, dla Brytyjczyków idea rządów pośrednich. Wyłomu zaczęli dokonywać najpierw naukowcy funkcjonujący na uczelniach zachodnich, jak błyskotliwy kenijski profesor Ali Mazrui. Jego telewizyjne wykłady z cyklu „Afrykanie – potrójne dziedzictwo” były w latach 80. XX w. sensacją BBC. Podobnie jak intelektualnie świeża była jego koncepcja, że dzisiejsze kultury i społeczeństwa afrykańskie ukształtowały trzy wielkie nurty: rodzimy, zachodni i islamski. Dziś pula idei jest szeroko otwarta. Choć działania na rzecz mobilizacji afrykańskiego środowiska naukowego pojawiały się już od lat 60. XX w., ten ruch przygasł w kryzysowych latach 80., kiedy politykę zdominowali wojskowi dyktatorzy, a resztki optymizmu co do rozwoju ustąpiły powszechnej biedzie. Na naukę nie starczało pieniędzy, podupadały więc uczelnie i czasopisma naukowe. Obecny ferment ma służyć uzyskaniu większej siły przebicia przez badaczy z samej Afryki. W tym duchu w sierpniu w stolicy Ghany Akrze odbył się szósty międzynarodowy kongres studiów afrykańskich i o afrykańskiej diasporze.
Muzyczny gamechanger
Jednak czy współczesna afrykańska wiedza i kultura rodzi jakieś błyskawiczne skojarzenia? W Polsce działkowcy znają studnie abisyńskie, czyli etiopskie, jednak ich geneza nie jest afrykańska – stosowali je brytyjscy żołnierze w trakcie interwencji w Abisynii w 1868 r. Może w rolnictwie? W latach 60. XX w. do takich państw jak Ghana czy Kenia podróżowały delegacje z Azji PołudniowoWschodniej podpatrywać ich rozwiązania. Nie trwało to długo, a dawni uczniowie szybko prześcignęli nieoczywistych nauczycieli. Południowoafrykańska Komisja Prawdy i Pojednania? Ta oparta na założeniach filozofii ubuntu (staję się sobą poprzez innych) metoda zasypywania historycznych podziałów była pewnym wzorcem, jednak rzadko aplikowanym. Literatura? Czarna Afryka wydała dwóch noblistów – Wolego Soyinkę z Nigerii i Abdulrazaka Gurnaha z tanzańskiego Zanzibaru, ale kto, poza zapalonymi czytelnikami, zna ich książki?
Trochę lepiej jest w popkulturze. Kino i seriale afrykańskie można już oglądać na Netflixie. Czarna Pantera Marvela wprowadziła do masowej wyobraźni afrykańskich superbohaterów i odwróciła dotychczasowe role: w tej wizji to afrykańskie technologiczne imperium wiedzie prym na świecie. W krajach afrykańskich film stał się impulsem do dyskusji o tym, gdzie jesteśmy, a gdzie chcemy być.
Dziś w sztuce bujnie rozwija się afrofuturyzm. Ugandyjskonigeryjska grupa autorów scenariuszy i rysowników Kugali nawiązała współpracę z Disneyem, by stworzyć dla jego odbiorców serial animowany Iwájú, rozgrywany w afrykańskiej metropolii Lagos przyszłości. Jakaż odmiana w stosunku do Króla Lwa! Fakt, że masowy widz poznaje współczesną – albo przyszłą – Afrykę, tak jak ją widzą sami Afrykanie, powoli staje się normą.
Jednak prawdziwym gamechangerem okazał się… afrobeats – wpadająca w ucho taneczna muzyka z wyraźnym afrykańskim smakiem, która od dekady zdobywa świat. Nigeryjskie gwiazdy, jak Davido czy Wizkid, okupują czołówki światowych list przebojów. Amerykańscy giganci popu ustawiają się do nich w kolejce, żeby wspólnie nagrywać. Kiedyś zapraszali afrykańskich muzyków do swoich produkcji jako egzotyczny dodatek, dziś coraz częściej by ogrzać się w ich blasku, pokazać, że są na czasie. Jak w przypadku Seleny Gomez, która wystąpiła gościnnie w utworze Remy Calm Down – kawałek właśnie przebił granicę miliarda odsłuchań na Spotify. Po tym jak Temu, Burna Boy, Zakes Bantwini, Nomcebo Zikode i Wouter Kellerman zaczęli zgarniać i dominować nagrody Grammy, powstała w końcu kategoria „najlepsze wykonanie muzyki afrykańskiej”. Triumfalny pochód trwa: 1 września Burna Boy w londyńskim Roundhouse, w centrum dawnej metropolii kolonialnej władającej niegdyś Nigerią, celebrował historyczne 1. miejsce swojego nowego albumu I Told Them na brytyjskich listach sprzedaży. Jego tytuł dobrze ilustruje drogę, jaką przeszli pionierzy nurtu, przyczyniając się do powstania mocnej afrykańskiej marki. Być może pierwszej, którą Afryka zawojowała świat. Jeden z producentów afrobeats, Audu Maikori, wspominał, że dekadę wcześniej, kiedy w USA mówił, że jest z Nigerii, wszyscy mu współczuli. Wiadomo: bieda, wojny. A dziś w Nowym Jorku reagują inaczej: „Wow, jestem fanem waszej muzyki, zazdroszczę!”, i wszystkie drzwi się otwierają.
***
Mimo wszystko zachowajmy trzeźwość. Proces wychodzenia Afryki z cienia globalnej Północy i własnego będzie trudny i żmudny. Nie wiadomo choćby, kto miałby właściwie reprezentować Unię Afrykańską w nowym G20 (czy raczej G21). Nieraz chcielibyśmy słyszeć afrykańskie stanowisko, ale go po prostu brakuje. Zmiana mentalna wśród elit nie wydarzy się od razu. Agenda 2063 to – podobnie jak inne dalekosiężne wizje – raczej lista życzeń i sposób na odsuwanie trudnych decyzji na przyszłość niż program działania. Przepaść ekonomiczna, a za nią waga polityczna, choćby między UA a UE, jest gigantyczna. Mimo to warto śledzić zwiastuny zmian. Bo te nadciągają nieuchronnie.