Wyobraź sobie taką sytuację: budzisz się pewnego ranka, a urzędnicy stojący pod twoimi drzwiami oznajmiają ci, że twój dom nie należy już do ciebie. Nie ma czasu na pakowanie: ty i twoja rodzina zostajecie zmuszeni do opuszczenia domu, a on zostaje zburzony lub podpalony na twoich oczach. Nie wiesz, gdzie będziesz spać najbliższej nocy. Twój pies ucieka w panice. Grób twojej babci, miejsce, w którym spoczywają twoi przodkowie, stają się właśnie częścią „ziemi rządowej” – terytorium, gdzie wstęp jest zakazany. A kiedy pytasz dlaczego, mówią ci, że to dla „większego dobra” – dla ochrony przyrody, dla rozwoju. Ale wkrótce w te same lokalizacje wprowadzają się nowi ludzie związani z rządem lub biznesem, zabierając to, co kiedyś było twoje. Nazwałbyś to sprawiedliwością?
Las, który kiedyś był domem
Pięćdziesięcioletni Daniel Kobei dorastał w kenijskim lesie Mau, świecie samym w sobie. To tam biegał boso ze swoimi braćmi i kuzynami, wspinał się po drzewach, by zbierać miód, potrafił mówić cichym językiem dzikiej przyrody. – Spędzaliśmy weekendy głęboko w lesie. Nosiłem siekierę mojego ojca i materiały do rozpalania ognisk. Smakowałem życie, czułem radość…