Jak ona mogła?! – wykrzyczał znad kufla piwa chłopak na oko dobiegający trzydziestki. Atmosfera była ponura. Patrzyli-śmy a to w podłogę, a to w swoje ledwo napoczęte napoje.
Była wiosna 2016 r., mój pierwszy rok w Chinach. To właśnie wtedy miasto Szanghaj postanowiło zaostrzyć wymagania dotyczące zakupu nieruchomości dla osób z obcym meldunkiem. „Od tej pory osoby bez lokalnego hukou, aby nabyć nieruchomość, będą musiały dostarczyć dowód opłacania podatków oraz składek na ubezpieczenie społeczne przez pięć ostatnich lat, a nie tak jak wcześniej, dwa” – grzmiało tongzhi (zawiadomienie) opublikowane przez rząd lokalny największej metropolii Chińskiej Republiki Ludowej. A to oznaczało, że nasz kolega – pochodzący z Nankinu w prowincji Jiangsu George (niektórzy Chińczycy przybierają anielskie imiona jako pseudonimy) – z zakupem własnego M będzie musiał poczekać kolejne trzy lata.
– Od początku, co się tak dokładnie stało? – zapytała jedna z koleżanek.
– Nie mam hukou, to nie mam mieszkania, a jak nie mam mieszkania, to i żony nie będę miał.
– No, ale co powiedziała ci dokładnie?
– Dokładnie to powiedziała. Odwołała ślub, bo stwierdziła, że trzech lat czekać nie będzie. W tym czasie znajdzie kogoś z mieszkaniem i zdąży zorganizować ślub.
Zapadła głucha cisza. Cała nasza ekipa znała chińskie realia lepiej lub gorzej, jednak ta sytuacja obcokrajowcowi wydawała się absurdalna. Wiedziałam, że bez mieszkania nie ma ślubu, a nieruchomość musi zapewnić pan młody. Była to jednak pierwsza sytuacja, która sprawiła, że dotarło do mnie, jak brutalne są chińskie realia randkowe. Realia, w których małżeństwo to nie wyraz miłości, lecz szansa na awans społeczny dla dwóch rodzin. Kartami przetargowymi w tej grze są nie tylko status rodziny i posiadana nieruchomość, ale i licha, wypełniona długopisem czerwona książeczka. Książeczka, jaka uruchomiła domino, którego ostatnią kostką była zrywająca z George’em dziewczyna. A mimo że tamtej nocy wydawało mu się, że jest najnieszczęśliwszą osobą na świecie, w rozdaniu pod tytułem „życie” jego karty były całkiem niezłe. Miał przecież meldunek w Nankinie, który i tak zaliczany był do jednego z najlepszych w kraju. Każdy rezydent wsi zamieniłby się z nim bez mrugnięcia okiem.
Wieki kontroli
Hukou to czerwona książeczka, która jest częścią restrykcyjnego systemu rejestracji gospodarstw domowych o nazwie huji. Posiada ją każda chińska rodzina. Gdybyśmy wzięli taki dokument do ręki, na pierwszej stronie po otwarciu oprawy ukazałby się nam adres domostwa, a także imię i nazwisko huzhu, czyli formalnej głowy rodziny. Następne strony to kolejni domownicy, którzy muszą być w prostej linii spokrewnieni z właścicielem nieruchomości. Wypisane są ich imiona i nazwiska, daty urodzenia oraz wykonywane zawody. System przypisuje każdej rodzinie nie tylko miejsce w konkretnym (koniecznie posia-danym na własność!) mieszkaniu, ale i w społeczeństwie. Na pierwszej stronie może znaleźć się bowiem dodatkowa pieczątka z napisem nongye hukou, co oznacza dokładnie „hukou rolnicze”. Dokument może być bowiem zakwalifikowany jako wiejski lub miejski. A ten drugi może być małego miasta, średniego lub dużego.
System jest głęboko zakorzeniony nie tylko w tradycji chińskiej, lecz też w całej Azji Wschodniej. W Japonii nadal funkcjonuje koseki, w Wietnamie hộ khẩu, a w Korei Południowej dopiero w 2008 r. zniesiono hoju, który miał wiele cech chińskiego hukou. Nieprzypadkowe jest też słowo „tradycja”. Pierwsze systemy kontroli migracji datować można na co najmniej dynastię Zhou, czyli okolice X w. p.n.e., ale jego pierwowzory obecne są już w legendach i podaniach nawiązujących do początków Chin starożytnych. Z początku hukou pełniło głównie funkcję administracyjną, pomagając zbierać podatki czy egzekwować pobór do wojska. Z czasem jednak ewoluowało w typowy system kontroli przemieszczania się oraz alokacji zasobów. W latach 1912–1949, czyli za czasów Republiki Chińskiej, efektywność jej egzekucji spadła ze względu na relatywną słabość ówczesnego państwa. I gdy już można byłoby pomyśleć, że czasy jego świetności minęły bezpowrotnie, do władzy doszli komuniści, którym hukou przydało się nie tylko za Mao Zedonga.
Po założeniu Chińskiej Republiki Ludowej głównym zadaniem hukou było zapobieganie nadmiernemu przepływowi ludzi ze wsi do miast. Mao słusznie obawiał się, że dla rosnącej populacji może nie starczyć pożywienia, a plony chłopów konieczne były do wykarmienia metropolii. Po jego śmierci, kiedy do władzy doszedł Deng Xiaoping i rozpoczął się tzw. okres reform i otwarcia, restrykcje migracyjne zostały rozluźnione. Nie oznaczało to bynajmniej, że chłopi dostali nieograniczoną możliwość osiedlania się na terenach zurbanizowanych, bo ta nadal była bardzo utrudniona i warunkowana wieloma czynnikami.
Chiny prawdopodobnie doświadczyły największej masowej migracji w dziejach, kiedy to chłopskie masy ruszyły do miast w poszukiwaniu zatrudnienia w kształtującym się na nowo sektorze prywatnym. Potrzebował on pracowników, ale praca przez długie godziny w parszywych fabrykach niespecjalnie kusiła kiełkującą miejską klasę średnią. Tej imponowały raczej pierwsze dostępne amerykańskie filmy i japońskie magazyny modowe. Pracowała w nowo powstałych korporacjach, a w czasie wolnym popijała coca-colę, która na chiński rynek weszła już w roku 1979. Posiadacze meldunków największych miast nie byli więc grupą docelową ogłoszeń dla robotników do obsługi maszyn czy szycia spodni. Byli nią chłopi, którzy ruszając do fabryk, mogli dorobić bardzo niskim kosztem. Pracodawcy poszukujący robotników oferowali w kontrakcie kiepskiej jakości zakwaterowanie i wyżywienie, a także ochronę przed nalotami służb. Przez pierwsze dekady reform, aby legalnie pracować w mieście, rezydent wsi potrzebował bowiem specjalnego pozwolenia, którego najczęściej nie miał. Właściciele fabryk, w zmowie z lokalnymi urzędnikami, gwarantowali im ochronę, o ile realizowali ich interesy. W ten sposób prywaciarze mieli pracowników, chłopi pieniądze, a rządy lokalne… rosnące PKB bez większych kosztów. I tu wracamy do problemu alokacji zasobów. W Chińskiej Republice Ludowej wysokość świadczeń i w ogóle dostęp do nich wymaga odpowiedniego hukou. Robotnicy przyjeżdżający do miast pracować za grosze nie mieli w nich i nadal nie mają prawa do żadnych socjalnych przywilejów.
Pozostawione dzieci
W tym samym barze, w którym w 2016 r. George opowiadał o swoim brutalnym zderzeniu z chińską rzeczywistością ślubną, siedem lat później poznałam Liu. Był to już zupełnie inny moment mojego życia. Gdy George płakał nad rozstaniem z narzeczoną, byłam młodą, słabo mówiącą po chińsku stażystką w firmie gamingowej. Po zakończeniu pandemii miałam już jednak dyplom z sinologii i drugi z Contemporary China Studies, co sprawiało, że patrzyłam na chińskie społeczeństwo z zupełnie innej perspektywy. Liu jednak dopiero zaczynał swoją karierę barmana. Miał (a może i nie miał) ledwo skończone 18 lat, więc gdy mój dawny kolega z Nankinu rozpaczał nad swoim losem, ten był jeszcze w podstawówce. Dzieliła nas ponad dekada doświadczenia życiowego. Chłopak przyjechał ze wsi w Henanie, prowincji znajdującej się w centralnej części kraju, jednej z najludniejszych, ale i najbiedniejszych w Chinach. Szanghajczycy nie lubili ludzi z Henanu, prawdopodobnie dlatego, że wszędzie ich było pełno i mówili z zabawnym dla nich wiejskim akcentem.
Liu zarabiał znacznie więcej niż jego rodzice, gdy po raz pierwszy w latach dwutysięcznych wyruszyli pracować do miasta. Pensja w wysokości prawie 8 tys. juanów na wiejskich migrantach robiła wrażenie, mimo że z trudem pozwalała na samodzielne utrzymanie się w Szanghaju. Jego matka i ojciec, będąc w jego wieku, nie mogli prawdopodobnie liczyć na więcej niż kilkaset. Chłopak wynajmował jedynie pokój na mieście, bo gdyby chciał zamieszkać sam w kawalerce, pochłonęłoby to co najmniej 3/4 jego wypłaty. Co jednak ważniejsze: jego życie w metropolii, a także widoki na przyszłość naznaczone były przez wiejskie hukou.
Liu nigdy nie kupi w Szanghaju mieszkania przede wszystkim dlatego, że jest ono i zawsze będzie poza jego zasięgiem finansowym. Metr niezłego lokum w dobrej lokalizacji największej metropolii Chin kosztuje bowiem tyle ile… jego roczna pensja. Nie dysponując więc co najmniej 3 mln juanów, o własnej nieruchomości w Szanghaju można zapomnieć. Kolejnym problemem jest fakt, że Liu, tak jak większość robotników migrantów, pracuje na czarno, a składki woli brać do kieszeni. Historia George’a jasno pokazuje jednak, że bez tego ani rusz.
– Dobrze wiecie, że na wsi relacje zawiązuje się trochę inaczej niż tutaj, w Szanghaju – zaczął opowiadać któregoś wieczora Liu.
Siedzieliśmy w barze, stanowiąc dość dziwną ekipę, na którą składałam się ja, japoński salaryman na kontrakcie w Chinach, Tajwanka i zamożny szanghajski gej.
– No dobrze, a czym się to różni? Nie powiesz chyba, że na wsi do ożenku nie musisz mieć mieszkania – zauważył żartobliwie ten ostatni.
– Mieszkanie jest potrzebne zawsze, dlatego też nie zainteresuje się mną nigdy żadna szanghajka, ale spokojnie, jesz-cze parę lat i babcia zacznie mi przyprowadzać jakieś wnuczki koleżanek. U nas na wsi większość ludzi właśnie w taki sposób poznaje swoich małżonków. Jeśli z którąś wpadniemy sobie w oko, to pewnie za chwilę będzie w ciąży i w taki oto sposób stanę się mężem.
– A w jaki magiczny sposób mężem może stać się osoba poniżej 22. roku życia? – zapytałam, wiedząc, że w Chińskiej Republice Ludowej, aby zarejestrować małżeństwo, kobieta musi mieć skończone 20 lat, a mężczyzna 22.
– Rozmawiamy o weselu, a nie o rejestracji małżeństwa, wesele można przecież zorganizować zawsze, a małżeństwo zarejestrować po kilku latach, gdy już będzie można!
– A co z dzieckiem? Zabralibyście je do Szanghaju? – zapytał zaciekawiony Japończyk, otwierając tym samym puszkę Pandory.
Hipotetyczne dziecko Liu i jego wybranki jeszcze długo nie zobaczyłoby bowiem Szanghaju, a podzieliło los co najmniej kilkudziesięciu milionów tzw. left-behind children, czyli pozostawionych dzieci. Liu sam był w przeszłości takim dzieckiem i też dlatego to jedyny model rodziny, jaki zna. Rodzice muszą przecież jakoś zarabiać na życie, a praca na wsi nie daje zbyt dobrych perspektyw zarobkowych. Hukou, warunkujące dostęp do zasobów, praktycznie uniemożliwia dzieciom bez lokalnego meldunku pójście do publicznej szkoły w mieście. Dostępne są dla nich głównie szkoły prywatne, które nie dość, że są kosztowne, to jeszcze oferują kiepski poziom kształcenia. W takich warunkach niemożliwe jest prze-niesienie się do miasta całą rodziną i naturalne stało się oddawanie dzieci na wychowanie dziadkom. Ci w wieku średnim powracają bowiem na wieś i mogą całkowicie przejąć rolę opiekunów.
Przeciętnie takie pozostawione dziecko widuje więc swoich rodziców maksymalnie kilka razy do roku. Często tylko raz – w trakcie chińskiego Nowego Roku. Przez chińskie media przewijały się już setki historii płaczących synów i córek, biegnących za odjeżdżającymi mamą i tatą, bywały nawet ogłoszenia o zaginięciu 11- czy 12-latków, którzy sami wyru-szyli do miast w poszukiwaniu najbliższych.
Poza tymi anegdotycznymi historiami dostępnych jest wiele badań, które wskazują na problemy, jakie wiążą się z wychowywaniem bez matki i ojca. Młodzież dorastająca z dziadkami częściej bywa zaniedbana pod względem fizycznym i psychicznym, a przede wszystkim emocjonalnym. Dziadkowie, chociaż starają się, jak mogą, aby zastąpić dzieciom rodziców, często są słabo wykształceni, mają problemy z pisaniem i czytaniem, przez co nie mogą pomagać wnukom z pracami domowymi. Dzieci zostają więc w tyle, nie zdają do kolejnych klas, a także bywają ofiarami nękania przez rówieśników i średnio rzadziej kończą gimnazja.
Barman Liu, mimo że prawdopodobnie ukończył obowiązkową edukację, podczas której przez sześć lat uczył się angielskiego, nie znał w tym języku ani słowa. Tłumaczyliśmy mu najprostsze zwroty, nawet takie powiązane z jego zawodem. Nie był on jednak ewenementem. Z tego samego baru kilka miesięcy wcześniej zwolniono kelnera-migranta, gdy wyszło na jaw, że ten nie zna liter alfabetu łacińskiego. Wielu wiejskich nastolatków edukację kończy na gimnazjum i nie załapuje się już na liceum, bo to jest nieobowiązkowe oraz… płatne, tak samo jak kolejny stopień, czyli studia. Z danych wynika, iż wiejskie dzieci wcale nie radzą sobie gorzej na uniwersytetach, jednak bramy tych najlepszych pozostają dla nich zamknięte. Na prestiżowych Beijing University czy Tsinghua University profesorowie szacują, że studentów z wiejskim hukou może być mniej niż 1%, choć obywatele zarejestrowani na wsi stanowią ponad połowę całego społeczeństwa.
Z dostępnych raportów sądowych można też dowiedzieć się, jak wiele ofiar przemocy seksualnej w placówkach wychowawczych to left-behind children. Powód wydaje się oczywisty: pozostawione dzieci wykazują się niższą pewnością siebie i przez to stają się łatwiejszym celem dla oprawców. Chiny nie są jednak gotowe na dyskusję na temat kosztów takiego modelu organizacji społeczeństwa. Wyjeżdżający do pracy rodzice są przecież podstawą wzrostu PKB kraju, a to nadal ważniejsze niż koszty społeczne, jakie generują pozostawione dzieci.
Poza brakiem dostępu do szkół hukou mnoży też kolejne problemy: migranci mają ograniczoną możliwość korzystania z opieki zdrowotnej w miejscu zamieszkania i nie będzie przysługiwała im miejska emerytura. Opieka medyczna i świadczenia emerytalne są bowiem kolejnymi benefitami, zapewnianymi przez rządy lokalne. I o ile George, pracujący w korporacji, odprowadzającej za niego składki na ubezpieczenie w Szanghaju, mógłby skorzystać ze zniżki na leczenie, o tyle pracujący na czarno Liu musiałby za każdą usługę zapłacić 100% ceny. Zwykłe złamanie palca narażało go zatem na ogromne koszty. Inną kwestią, która dopiero rysowała się gdzieś na horyzoncie, było utrzymanie starzejących się rodziców.
Beztroski jak chiński emeryt?
Chiny – wbrew obiegowej opinii – posiadają własny system emerytalny. Gdy w 1980 r. oficjalnie wprowadzano politykę jednego dziecka, Komunistyczna Partia Chin obiecywała, że wielodzietne rodziny nie są już konieczne, gdyż nowoczesne państwo zapewni obywatelom opiekę na starość. Zapewnienie to zostało jednak zrealizowane połowicznie, a projekt powszechnych emerytur pozostaje nadal niedokończony. Kwota świadczenia różni się bowiem diametralnie w zależności od… oczywiście hukou.
„Chciałbym na starość żyć tak beztrosko jak chiński emeryt” – przeczytałam któregoś popołudnia pod rolką, która ukazała się moim oczom na jednej popularnych platform. Krótki filmik, nagrany w jednym z szanghajskich parków, ukazywał starsze osoby, tańczące radośnie do muzyki. W kolejnej scenie śmiali się za to starsi mężczyźni pogrywający w chińskie szachy przy termosach z gorącą herbatą. Dla turysty odwiedzającego Szanghaj czy Pekin życie chińskiego emeryta może wydawać się bajką, ale to obraz, który wymazuje ponad połowę społeczeństwa. Szanghajscy emeryci są grupą ogromnie uprzywilejowanych starszych osób, a ich świadczenia sięgać mogą nawet 4–5 tys. zł miesięcznie. Ich rówieśnicy w mieście Dongguan w prowincji Guangdong otrzymują wypłaty nawet trzy–czterokrotnie niższe. Los nadal był dla nich jednak łaskawy, bo przeciętna emerytura wiejska wynosi mniej niż równowartość 100 zł miesięcznie. Niższe koszty życia na wsi nie usprawiedliwiają wcale głodowych stawek, za które w żadnym regionie Chin nie da się przeżyć
W 2013 r. przeprowadzono na próbie kilkuset wiejskich staruszków badanie. Wynika z niego, że zaledwie 10% z nich polegało w jakimkolwiek stopniu na pieniądzach wypłacanych przez rząd. Zdecydowana większość utrzymywała się ze środków przesyłanych przez krewnych pracujących poza rodzinną wsią oraz z własnej dodatkowej pracy. Hukou wiejskie ma bowiem jeszcze jeden wyróżnik: pozwala na posiadanie ziemi w kolektywie rolniczym. Tym też faktem zawsze tłumaczyło się brak porządnych emerytur dla rolników – mogą nadal zarabiać na sprzedaży własnych płodów rolnych. Badanie to potwierdziło: ponad 3/4 ankietowanych nadal obrabiało swoją ziemię, jednak ta dawała im ograniczone dochody ze względu na niskie ceny zbóż oraz pogarszające się z wiekiem siły fizyczne. Podróżując po gorzej rozwiniętych regionach na zachodzie kraju, nieraz widywałam przygarbionych staruszków w słomkowych kapeluszach, obrabiających pole motyką. Mojej uwadze nie umknęły też co najmniej 60-letnie kobiety wnoszące na górę Cangshan 50-kilogramowe worki z cementem na własnych plecach.
Innym elementem hukou-puzzli jest władza rodzicielska, którą dokument przedłuża nawet do ok. 30. roku życia. Książeczka hukou jest tylko jedna na całą rodzinę. Najczęściej dysponują nią rodzice, a jej okazanie okazuje się konieczne do takich czynności jak rejestracja na studiach, wyrobienie wizy czy też do niedawna zawarcie małżeństwa.
W 2023 r. chiński internet obiegła historia nastolatki o pseudonimie „Jiajia”, która szykowała się do podjęcia studiów na prestiżowej Pekińskiej Akademii Teatralnej. Plany dziewczyny na przyszłość nie spodobały się jednak jej matce, która pewnego ranka po prostu zabrała hukou i zniknęła, zostawiając na stole jedynie kartkę z napisem „przepraszam”. Rodzicielka uznała, że kariera aktorska to zły pomysł, i miała nadzieję, że córka wybierze zawód nauczycielki, a zabierając dokument, de facto uniemożliwiła jej rejestrację na uczelni. W komentarzach pod wpisem wiele Chinek i Chińczyków żaliło się, jak to ich plany na studia lub wyjazd za granicę zostały zniweczone ze względu na to, że rodzice postanowili nie wydawać im hukou. Do wiosny 2025 r. niejedna osoba musiała pożegnać się z marzeniami o ślubie, gdyż do tego czasu książeczka wymagana była do rejestracji małżeństwa. W kraju, w którym w 2024 r. zawarto zaledwie 6 mln małżeństw oraz rozwiązano aż 3,5 mln z nich, rząd postanowił jednak iść młodym na rękę. Od maja 2025 r. aby wziąć ślub, wymagane są wyłącznie dowody osobiste pary.
Małżeństwo może być dla Chińczyka lub Chinki przepustką do lepszego hukou, nie jest to jednak bynajmniej proste – i to zarówno ze względów kulturowych, jak i formalnych. Historia George’a pokazuje nam, jak dużą kartą przetargową na rynku matrymonialnym jest hukou. Większość szanghajczyków czy pekińczyków nie chce wchodzić w związki z osobami spoza metropolii, a już na pewno nie zobaczymy wielu szanghajczyków czy pekinek w związkach z osobami ze wsi. Nawet jeśli taka osoba się jednak znajdzie i jej rodzice nie będą mieli nic przeciwko, to w Szanghaju hukou po lokalnej żonie czy mężu przejąć można dopiero po dziesięciu latach małżeństwa. Władze uzasadniają takie prawo ochroną przed fikcyjnymi ślubami dla przetransferowania dokumentu, ale w praktyce betonuje ono status quo.
Innym sposobem na otrzymanie hukou Szanghaju jest odprowadzanie składek i podatków w mieście przez siedem lat, zakup nieruchomości oraz kwalifikacje do wykonywania zawodu potwierdzone dyplomem. Droga, która dostępna jest głównie dla tzw. białych kołnierzyków, czyli pracowników korporacji, takich jak George. Ale ten, nawet jeśli po pięciu latach płacenia w mieście podatków kupił wreszcie nieruchomość, na hukou i tak musiał poczekać kolejne dwa.
Po lockdownie Szanghaju, który miał miejsce w kwietniu i maju 2022 r., zasady jednak lekko poluzowano. Rząd lokalny ogłosił, że absolwenci studiów magisterskich na uczelniach z prestiżowego programu 985 będą mogli zaaplikować o lokalne hukou bezpośrednio po uzyskaniu dyplomu. Załapałabym się więc na nie i ja, gdyby nie to, że obcokrajowcy są z tego systemu wyłączeni. Tym ruchem miasto chciało prawdopodobnie załatać dziurę po osobach, które po spektakularnej porażce, jaką był lockdown, postanowiły Szanghaj opuścić. W dalszym ciągu rękę wyciągnęło jedynie do elit, a nie do zwykłych studentów czy pracowników.
Meldunek trzyma się mocno
Mimo że system ewoluuje, to na horyzoncie nie widać możliwości gruntownych zmian, bo władze dostrzegają mnóstwo plusów obecnej sytuacji. W kraju takim jak Chiny, gdzie świadczenia i usługi publiczne realizowane są na poziomie lokalnym, gwałtowny napływ pracowników do największych miast mógłby doprowadzić je do załamania. W ciągu ostatnich lat próbowano mniejszych i większych reform, ale ich efekty były mieszane. Jednym z niezbyt udanych eksperymentów był program, który umożliwiał chłoporobotnikom zatrudnionym w pewnych pilotażowych strefach posiadanie podwójnego hukou – jednego z miejsca pochodzenia i drugiego z miejsca zamieszkania. Niestety, eksperyment ten zarzucono w 2003 r., a robotnikom ich drugie hukou zwyczajnie zabrano i odesłano z powrotem na wieś. Lepszym pomysłem okazało się całkowite zniesienie warunków do otrzymania meldunków w miastach od 1 do 3 mln mieszkańców, gdzie już teraz o hukou wystarczy po prostu zaaplikować. Małe i średnie ośrodki oferują jednak zdecydowanie niższe świadczenia niż megamiasta, a decyzja, czy pozostać przy hukou wiejskim, czy spróbować szczęścia w mniejszym mieście, jest niełatwa. Wymiana meldunku na miejski równa się bowiem utracie prawa do gruntu. Ziemia daje rolnikom ograniczone plony, lecz może zostać objęta np. rządowymi skupami. Te zależą jednak od konkretnych planów władz i ciężko jest przewidzieć, czy dana działka zapewni farmerowi w przyszłości sowitą dywidendę pieniężną, czy tylko trochę lichych zbiorów.
Chłoporobotnicy mogą więc albo trzymać się wiejskiego meldunku i nadal pracować w Szanghaju, albo wybrać mniejsze miasto i tam przenieść swoje hukou. Każda z tych decyzji może być zarówno strzałem w dziesiątkę, jak i kompletną porażką.
Z George’em nie miałam kontaktu od wielu lat. Najpierw moje, a potem jego drogi rozeszły się z firmą gamingową, w której oboje pracowaliśmy. Nie mam jednak wątpliwości, że dawno zdążył kupić w Szanghaju mieszkanie i znaleźć wybrankę serca. Zapewne ma już i lokalne hukou. Za to barman Liu, którego nadal mijam czasem gdzieś na ulicy, popracuje tutaj pewnie jeszcze ze dwie dekady. Nieważne jednak, jak bardzo by się starał. Dopóki władze nie zdecydują się na gruntowne przeorganizowanie chińskiego społeczeństwa, o lokalnym meldunku będzie musiał zapomnieć. — K