Godziny w trzęsącym się samochodzie, którego koła wbijają się w żwir i kurz. Klify nad moją głową układają się jeden nad drugim, jak grzbiety śpiących gigantów. Gdzieś poniżej płynie rzeka Pandż: czarna i szybka, wezbrana przez topniejący śnieg. Na drugim brzegu: Afganistan. W słabym świetle można dostrzec ruchy mężczyzn w turbanach, z karabinami przewieszonymi przez ramię. – Kraj talibów – mruknął kierowca i znów zamilkł. Pozwoliłam, by jego słowa zawisły w grzechoczącym samochodzie i w bólu mojego kręgosłupa, gdy pokonywaliśmy kolejne zakręty autostrady pamirskiej. Tej nocy spaliśmy w domu, który wisiał nad samą wodą. Ryk rzeki wypełniał ściany, będąc i kołysanką, i ostrzeżeniem. Leżałam bezsennie, myśląc o tym, jak absurdalnie krucha może być granica: linia kamieni i wody, która decyduje o tym, kto należy do danego świata, kto jest ścigany, a kto może swobodnie oddychać. Po naszej stronie: punkty kontrolne, mundury, nowe kamery migające na czerwono na ulicach Chorogu. Po drugiej: kolejna wojna i strach. Jednak szum rzeki zagłuszał każdy język władzy. Kilka tygodni później droga znów mnie poniosła: tym razem gładka, płaska, taka, jaka zachęca do zapomnienia o odległościach i nie wbija się w kręgosłup. Podlasie jesienią. Polski las był blisko, jego pnie były proste i…
Dziennikarka i aktywistka w organizacjach zajmujących się pracą z mniejszościami i uchodźcami. Zainicjowała Marsz dla Aleppo nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla w 2018 r. Uczestniczka warsztatów i współpracowniczka Haliny Bortnowskiej