Subskrybuj
Kaja Klimek
Ilustracja: Natalia Chachuj / fot. www.instagram. com/kajutex
Krytyczka filmowa i popkulturowa, wykłada na UW i SWPS, prowadzi Akademię Filmu Dokumentalnego Against Gravity, współpracuje z redakcjami DD TVN i TVN Fabuła

Popkulturowe maksimum

Będąc w Tokio czy Osace, ma się wrażenie, że anime to filtr nałożony na rzeczywistość, a świat realny i wyobrażony łatwo się przenikają

Dróg, które prowadziły mnie do Japonii, było kilka. Była to długa podróż. Na studiach obowiązkowo musiałam wybrać jeden z dwóch lektoratów: arabski lub japoński – wybór był prosty. Zdałam nawet wtedy pierwszy stopień państwowego egzaminu z japońskiego, dzięki czemu potrafię teraz trochę przeczytać lub coś prostego powiedzieć. Do tego zajęcia z konfucjańskiego kręgu kulturowego, klasyczne lektury kulturoznawcze jak Chryzantema i miecz Ruth Benedict. Nawet napisałam pracę licencjacką poświęconą motywowi office ladies, czyli młodym kobietom pracującym w japońskich korporacjach. Tutaj punktem odniesienia była książka Z pokorą i uniżeniem Amélie Nothomb. Autorka wychowywała się w Japonii i sama pracowała właśnie jako office lady.

Inna droga wiodła przez tłumaczenie tekstów, czym się kiedyś intensywnie zajmowałam. Wspólnie z kilkoma innymi osobami przełożyłam na polski Za różową kurtyną. Historia japońskiego kina erotycznego Jaspera Sharpa i to doświadczenie dało mi dosyć niecodzienny wgląd w to, czym kultura Japonii również bywa. Z czasem pojawiało się coraz więcej filmów oglądanych w ramach Nowych Horyzontów i Festiwalu Pięć Smaków. Bardziej jednak niż klasyka, jak kino Kurosawy, Ozu, Mizoguchiego, pochłaniały mnie produkcje spod znaku anime.

Światy, które wykreowali Hayao Miyazaki, Mamoru Hosoda, Mamoru Oshii i Satoshi Kon, to coś absolutnie wspaniałego. Zafascynował mnie u nich motyw podwójności światów, baśniowość, cyberpunk.

Weźmy np. Hosodę i Belle, czyli jego zeszłoroczny film, w którym mamy światy wirtualny i realny oraz baśniowy motyw pięknej i bestii rozegrany właśnie na poziomie wcielania się w różne awatary. U Miyazakiego spotykamy Chihiro ze Spirited Away, która wysiada z rodzicami z samochodu, idzie przez łąkę i nagle znajduje się już w innym świecie: jej rodzice zamieniają się w świnie, a ona musi ich ratować poprzez swoją ciężką pracę. Nawet w Chłopcu i czapli, czyli w najnowszym filmie Miyazakiego i prawdopodobnie ostatnim w jego dorobku, wchodzimy do wieży wielkiego maga, twórcy światów. Przechodzenie z jednej rzeczywistości w drugą jest w tych opowieściach zadziwiająco płynne.

Te produkcje są na tyle oryginalne i zjawiskowe – także przez montaż i obrazowanie, które możliwe są tylko w animacji – że inspirują innych twórców.

Bez Papriki Satoshi Kona, opowiadającej o maszynie pozwalającej wnikać w ludzkie sny, trudno wyobrazić sobie Incepcję Christophera Nolana czy niektóre obrazy z filmów Darrena Aronofsky’ego.

Kiedy jest się w Osace czy Tokio, ma się wrażenie, że anime można traktować jak filtr nałożony na rzeczywistość. Po pierwsze, w przypadku produkcji osadzonych w scenerii wielkomiejskiej, jak np. Akira czy Ghost in the Shell – obok Blade Runnera to dla mnie jedna z najlepszych opowieści o relacji człowiek–maszyna – widzimy niemal te same obrazy: wysokie, gęsto obok siebie umieszczone budynki, identyczne niemal postaci policjantów i „samurajów z teczkami”. Zobaczenie tej przestrzeni na własne oczy było jedną z najważniejszych rzeczy, których chciałam doświadczyć w Japonii. Zarówno w Tokio z klasycznymi miejscami typu Shibuya czy Shinjuku, jak i w Osace, mieście nowoczesnym i wysokopiętrowym, czy w bardziej sennym, spokojniejszym Kyoto.

Po drugie, to, co znamy z popkultury, wylewa się na ulice, bo w Japonii wiele zjawisk posuniętych jest do maksimum – myślę np. o fenomenie ,,przesterowanego” fanostwa. Widać tu potężne sprzężenie między byciem fanem a byciem konsumentem. Liczba sklepów z gadżetami różnego rodzaju jest oszałamiająca, a to często siedmiopiętrowe budynki wypełnione produktami fanowskimi od piwnicy po dach. Do tego salony pachinko i obecne na każdym rogu automaty, w których można losować kuleczki z popkulturowym drobiazgiem w środku (ja mam pierścionek z sushi). W Starbucksie można spotkać młode dziewczyny robiące sobie selfie z plakatami grup J-popowych, a w autobusie 50-latka, który ma przed sobą trzy telefony zintegrowane w jeden ekran, by wygodniej było mu przesuwać bohaterami z ulubionej gry. Za ścianą ryokanudo czwartej nad ranem ktoś gra w grę… A do tego szyldy, neony, reklamy produktów, osób i zjawisk – wszystko świeci, miga, błyszczy i mówi prosto do nas. Popkultura jest wszechobecna. Fenomenowi fanów, czyli tzw. otaku, poświęcony był film dokumentalny Idolki z Tokio, udostępniany kiedyś przez Millenium Docs Against Gravity. A świetnie opowiada też o nim Satoshi Kon w filmie Perfect Blue, choć ten ukazywał nie tylko to kawaii (czyli urocze), ale to zdecydowanie mroczne i niebezpieczne oblicze tego zjawiska. I tak jak u tego twórcy w mandze Opus, również w tej zupełnie realnej Japonii bohaterowie wylewają się z kart lub ekranów i zaczynają żyć własnym życiem.

Artykuł pojawił się w numerze: Sen o Japonii