W majowy niedzielny wieczór życie w Helsinkach zamiera – wszyscy oglądają finał mistrzostw świata w hokeju, w którym Finowie mierzą się z faworyzowaną Kanadą na stadionie w nieodległym Tampere. Gdy już wydaje się, że gospodarze mają puchar na wyciągnięcie ręki, rywale wyrównują. O zwycięstwie ma więc zdecydować w dogrywce złoty gol. Gdy bramkę na wagę tytułu zdobywa Fin Sakari Manninen, następuje eksplozja radości. Towarzysząca nam Madle, dziennikarka z Estonii, mówi, żeby rozkoszować się tym widokiem, bo Finowie rzadko okazują emocje, nawet te pozytywne.
To stwierdzenie jakoś kłóci nam się z faktem, że Finlandia przez sześć ostatnich lat z rzędu (łącznie z obecnym rokiem) była uznawana w badaniach Organizacji Narodów Zjednoczonych za najszczęśliwszy kraj świata.
Przy czym szczęście mierzone jest na podstawie innych wskaźników niż częste uśmiechanie się. Badanie pokazuje bowiem np. PKB danego kraju, zasady wsparcia socjalnego, oczekiwaną długość życia w dobrym zdrowiu czy zaufanie do rządu i biznesu wyrażane wskaźnikiem korupcji. Subiektywne opinie na temat satysfakcji obywateli z życia mają znacznie mniejszy wpływ na miejsce w rankingu. Co oznacza, że można być szczęśliwym, nie będąc przesadnie wylewnym.
Świętującym zwycięstwo w finale Finom przyglądają się znajdujący się nieopodal mężczyźni bliskowschodniego pochodzenia. Mecz ich niespecjalnie interesuje – raczej koncentrują się na komentowaniu zachowania Finów. Nie zostają, by na rynku – zgodnie z lokalną tradycją – świętować zwycięstwo kąpielą w okolicznej fontannie. Wsiadają do swoich taksówek i ruszają szukać klientów. A gdy Finowie opuszczają restaurację, pojawia się kilku innych imigrantów, zainteresowanych wyłącznie zebraniem pozostawionych plastikowych i szklanych butelek – by odebrać za nie kaucję.
Przypomina nam się, że odwiedziny w stolicy…