„Pora się zastanowić, co począć z truchłem republiki islamskiej” – napisał niedawno na Facebooku wyrastający na jednego z najważniejszych opozycyjnych działaczy emigracyjnych Hamed Esma’ilijun. Czy to kolejny dowód oderwania diaspory od rzeczywistości Iranu? Przywódcy republiki islamskiej po ponad pięciu miesiącach od wybuchu szerokiej fali protestów społecznych wydają się dziś panować nad sytuacją w kraju. Czterech demonstrantów powieszono po pokazowych procesach, śmiertelnych ofiar tortur w więzieniach jest jeszcze więcej. Panuje atmosfera terroru. Za nienoszenie hidżabu na ulicy kobiety bywają bite przez funkcjonariuszy. Władza fetuje rocznicę rewolucji islamskiej z 1978–1979, którą uświetnia duży festiwal filmowy. Czy ma powody, by martwić się pomrukami sprzeciwu, takimi jak skandowanie antyreżimowych haseł po zmierzchu lub piątkowe demonstracje w odległym od stolicy Zahedanie, zamieszkanym przez Beludżów – mniejszość etniczną i religijną (sunnitów)?
Odzyskany rząd dusz?
16 września 2021 r. policja obyczajowa aresztowała w Teheranie młodą Kurdyjkę Żinę Amini, znaną na świecie pod swoim oficjalnym urzędowym imieniem – Mahsa. (Dyskryminacyjna polityka wobec mniejszości etnicznych uniemożliwia im nazywanie dzieci imionami kurdyjskimi, stąd często imię urzędowe nie jest tym prywatnie używanym). W areszcie Żina zasłabła i niedługo później zmarła w szpitalu. Zdjęcie nieprzytomnej, podłączonej do respiratora dziewczyny ukazało się w jednej z gazet krytycznych wobec sprawującej władzę frakcji konserwatywnej, podpisane wielkim drukiem: „Umoralniła się?”. Tytuł nawiązywał do nazwy policji obyczajowej, którą można przetłumaczyć jako „patrol umoralniający” (gaszt-e erszad). To formacja pilnująca przestrzegania islamskich obyczajów (przede wszystkim noszenia hidżabu) na ulicach miasta, znana ze spektakularnego okrucieństwa wobec zatrzymanych. Właśnie ze względu na tę informację – podaną także w prasie, ale nade wszystko nagłośnioną w internecie – natychmiast uznano, że śmierć Żiny musiała nastąpić w wyniku pobicia. W kraju zawrzało. Na ulice miast wyległy tysiące protestujących, dając początek ruchowi „Kobieta – życie – wolność”. Władze do dziś nie wyjaśniły okoliczności śmierci kobiety. Autorka jej głośnego zdjęcia, dziennikarka Nilufar Hamedi, trafiła za nie do więzienia, w którym nadal oczekuje na proces.
Przez dwa tygodnie najwyższy przywódca Iranu milczał. Protesty przybierały na sile, a wraz z nimi rozwijał się nowy, solidarnościowy język. Już samo hasło, które stało się symbolem ruchu: „kobieta – życie – wolność”, wiele o nim mówi. To historyczny slogan kurdyjski (żin – żijan – azadi), sięgający doświadczeń tamtejszej partyzantki i walki z ISIS. Chociaż sama Żina była Kurdyjką i to w jej rodzinnych stronach wybuchły największe protesty, uznanie i wzięcie na sztandary jej kurdyjskości przez rodzący się ruch wcale nie było oczywiste. Koncepcja państwa narodowego, konsekwentnie realizowana w Iranie od czasów Rezy Szaha Pahlawiego (1925–1941), zakładała budowanie wspólnoty narodowej opartej na jednym wspólnym języku (perskim) i jednolitej irańsko-perskiej tożsamości. Tak jak wiele innych idei leżących u podstaw nowoczesnego Iranu nie uległa ona zasadniczej zmianie po rewolucji islamskiej. Mniejszości etniczne, stanowiące ok. połowy ludności, są strukturalnie dyskryminowane. Głosy w ich obronie były z reguły nieliczne, choćby z powodu powszechnej obawy o separatystyczne dążenia w prowincjach przez nie zamieszkiwanych. Tę obawę republika islamska podsyca według zasady divide et impera.
Tym razem jednak machina propagandowa zawiodła, a resentymenty ustąpiły miejsca poczuciu solidarności z Kurdami, podziwowi dla ich odwagi i zmiany, jaką przyniosła. Solidarnościowy charakter tych wystąpień odróżnia je od wielu wcześniejszych fal protestów.
Poprzednie wybuchy niezadowolenia gromadziły na ogół wybrane grupy, jak studenci, młodzi bezrobotni, związkowcy. Choć pojawiały się żądania zmiany systemu, główny nacisk kładziono na postulaty ekonomiczne czy polityczne. Tym razem pojawił się ruch, który wziął na sztandary spychane zwykle na margines kwestie kobiece, mniejszościowe, godnościowe.
Pełni werwy i często młodzi demonstranci uderzyli w takie symbole opresji i apartheidu płciowego, jak przymusowe nakrycie głowy kobiet, turbany duchownych (w geście protestu strącane im z głów na ulicach) i niekoedukacyjne stołówki uniwersyteckie. Nie przebierając w słowach, skandowali zagorzale bardzo ostre hasła antyreżimowe, nawet w obecności jego wysokich przedstawicieli. Kiedy więc po dwóch tygodniach najwyższy przywódca Ali Chamenei zabrał głos, oświadczając, że rachityczne protesty nie są w stanie wyrządzić krzywdy potężnemu drzewu rewolucji, jego słowa stały się szybko przedmiotem dowcipów i rysunków satyrycznych. Tym bardziej bawił znany z lapsusów językowych prezydent Ebrahim Ra’isi, powtarzając, że wróg zewnętrzny, który – z zazdrości wobec rozwoju Iranu – inspiruje protesty, nie zdoła „powstrzymać naszego pociągu ruchu postępu”. Protestujący natomiast przejmowali przestrzeń miejską, wypełniając ją plakatami i hasłami, a zarazem niszcząc pomniki i symbole władzy. Media społecznościowe zalała fala filmików pokazujących szereg happeningów, wyznaczających nową jakość sztuki protestu. Powstały dziesiątki wierszy i piosenek, śpiewanych chóralnie na ulicach, a przez znanych i anonimowych artystów w internecie. Celebrytów popierających protesty też przybywało lawinowo.
Przez pewien czas władze pozostawały w rodzaju otępienia – być może po prostu spokojnie obserwując i zbierając dowody przeciwko uczestnikom ruchu. Do tłumienia protestów używano często paramilitarnej bojówki Basidżu i funkcjonariuszy ubranych po cywilnemu. Mimo że nie zdecydowano się zastosować wszystkich sił przymusu, protesty tłumione były bezwzględnie, z użyciem broni palnej, w tym śrutowej. Zginęło co najmniej 527 osób, w tym 71 nieletnich. Część z nich – nawet małe dzieci – była tylko przypadkowymi przechodniami. Republika islamska przedstawiająca dotąd znienawidzony Izrael jako „reżim mordujący dzieci” sama zasłużyła na to miano.
W dobie mediów społecznościowych nieletni albo młodziutcy zabici protestujący nie są tylko ilustrowaną fotografiami listą „szahidów” (męczenników, jak propaganda nazywa ofiary rewolucji i wojny z Irakiem, nawiązując do szyickiej mitologii imama Hosejna, wnuka proroka Mahometa), ale barwnymi postaciami przemawiającymi z dziesiątków publikowanych w internecie filmików; nie tylko słowami, ale też tańcem, śpiewem, popisami kulinarnymi i sportowymi. Wielkie rzesze towarzyszyły w żałobie rodzicom Niki Szakarami – zabitej w czasie protestów nastolatki, której ciało wykradziono rodzinie i pochowano potajemnie. Nie mniej solidaryzowano się z bliskimi innych zabitych. Kolejne hasła i symbole zaczęły nawiązywać do wizji Irańczyków jako wielkiej rodziny. Jedna z najważniejszych dla ruchu piosenek, „Dla…” czy „Z powodu…” (Baraje…), Szerwina Hadżipura składa się – co znaczące – z tweetów opisujących szeroką gamę powodów, by protestować. Od banalnych, jak możliwość tańczenia na ulicy (za taki wspólny taniec skazano niedawno parę narzeczeńską na 10 lat więzienia), po wstyd ojca przed rodziną z powodu biedy i pragnienie wolności.
Władze przeszły od lekceważenia protestów („to niewielka grupka”, „chcą chodzić nago”) do teorii spisku z udziałem Stanów Zjednoczonych, Izraela, ISIS i wreszcie emigracyjnej opozycji – przede wszystkim mudżahedinów ludowych pozbawionych dziś w Iranie realnego znaczenia politycznego. Bezprecedensowa fala aresztowań, tortur i ferowane na szybko wyroki, w tym kary śmierci bazujące na koranicznym przepisie o moharebe (w kodeksie karnym republiki islamskiej interpretowanym jako „działanie na dużą skalę przeciwko porządkowi publicznemu”), stopniowo wygasiły protesty po ponad trzech miesiącach ich intensywnego trwania.
Jednocześnie ruszyła machina propagandowa, mająca przykryć porażki reżimu. W Teheranie odbył się Kongres Wpływowych Kobiet z udziałem m.in. pierwszych dam Armenii i Serbii. Wiele haseł, a nawet „męczennicy” niedokończonej rewolucji, pojawia się dziś na plakatach reżimowych (niektórych zabitych propaganda przedstawia jako niewinne ofiary demonstrantów). W odróżnieniu od przemówień z października 2022 r. w wypowiedziach najwyższego przywódcy słychać znów spokój i pewność siebie. Propagandowe zwycięstwo wymagało jednak przełknięcia porażki – republika islamska nie jest zdolna do tworzenia nowej przekonującej narracji, przejmuje ją od przeciwników, stając się przedmiotem krążących w społeczeństwie żartów. Jak bardzo podupadł autorytet władzy, pokazuje fiasko przygotowań do wielkiego wydarzenia artystycznego, jakim jest doroczny Festiwal Filmów Fadżr, odbywający się w lutym w Teheranie. Wobec powszechnego bojkotu środowiska artystycznego tygodniami trwały nerwowe poszukiwania drugorzędnych artystów skorych do zastępstw. Nawet oni wycofują się jednak ostatnio z udziału w propagandowych wydarzeniach pod naciskiem fali hejtu, jaka spotyka ich w Internecie. Ktoś może oczywiście powiedzieć, że wobec siły reżimu wszystkie powyższe argumenty są zaledwie estetyczne i bez znaczenia. Historię i tak napiszą wygrani. Ale nie ma pewności, że będzie to ostatecznie republika islamska.
Potęga surowcowa
Z powodu międzynarodowych sankcji i wieloletnich zaniedbań Iran nie jest w stanie wykorzystywać należycie swoich złóż ropy oraz gazu. Ze względu na małą liczbę rafinerii kraj musi od lat importować benzynę. Subsydiowanie jej przez państwo jest więc tym kosztowniejsze, a ograniczenie jej przydziałów w 2019 r. wywołało olbrzymie protesty społeczne. Kwitnie przemyt subsydiowanego paliwa w prowincjach przygranicznych, zwłaszcza w Beludżystanie. Korpus Strażników Rewolucji (potężna siła tyleż wojskowa, co ekonomiczna, z wpływami we wszystkich dziedzinach irańskiej gospodarki) próbował go ukrócić, a gdy to się nie udało, nieoficjalnie zaczął ten nielegalny proceder koncesjonować. A to tylko drobny przykład korupcji.
Znacznej części swoich złóż gazu Iran nie eksploatuje ze względów technologicznych. Najczęściej w zimie, kiedy od paru lat gazu zwyczajnie brakuje, fabryki mierzą się z systematycznymi odcięciami jego dostaw. Zamknięcia szkół i urzędów w różnych prowincjach nikogo nie dziwią. Jeszcze częściej niż brak gazu przerwy w funkcjonowaniu edukacji i administracji powoduje smog. Degradacja środowiska naturalnego zaczęła się od błędnych decyzji politycznych jeszcze przed powstaniem republiki islamskiej, jednak w ostatnich latach przybrała na sile. Zbiorniki wody pitnej w prowincji Teheran, gdzie mieszka 20% ludności Iranu, mają pojemność niemal 2 mld m3 . Obecnie wypełnione są zaledwie w niecałej 1/6. Mimo to reżim pielęgnuje ideę samowystarczalności w produkcji płodów rolnych.
W ostatnich latach Iran doświadczył także szalejącej inflacji. Pensja pracownika naukowego znajduje się poniżej granicy ubóstwa, nie mówiąc nawet o pensji robotnika. W ciągu trzech miesięcy protestów cena dolara – i tak już niebotycznie wyśrubowana – wzrosła o 40%. I nawet padające z minbaru słowa ajatollaha Alamolhody (teścia prezydenta Ra’isiego), że takie „niewielkie wahania nie mają wpływu na ceny podstawowych towarów”, nie są w stanie cofnąć ich konsekwencji.
Na arenie międzynarodowej Iran ma dwóch poważnych sojuszników: Rosję i Chiny. Oba te kraje wykorzystują bezpardonowo jego izolację. Rosja jest dziś nieco łaskawsza wobec Iranu, który wspiera ją w wojnie w Ukrainie, w zamian za co może liczyć na sprzęt do rozpędzania demonstracji.
Natomiast Chiny podczas protestów w Iranie zawarły wieloletnie porozumienie z jego wrogiem – Arabią Saudyjską, uznając zarazem prawo Zjednoczonych Emiratów Arabskich do spornych z Iranem wysp w Zatoce Perskiej. Do zaniepokojonego tym faktem Teheranu wysłano dygnitarza, o którym wiadomo, że popadł w niełaskę partii, wymierzając w ten sposób kolejny policzek.
Wielu Irańczyków nie pała miłością do ideologii republiki islamskiej, ulega natomiast jej wieloletniej argumentacji o licznych zagrożeniach zewnętrznych wynikających z położenia geograficznego kraju i wewnętrznych przeciwnikach (separatyzm, wojna domowa). Jako remedium władze proponowały im stabilność, bezpieczeństwo i względny dobrobyt. Coraz więcej osób uważa jednak, że dziś władze w Teheranie nie są już w stanie tego zapewnić w wystarczającym stopniu.
Pandemia COVID-19 dotknęła Iran jeszcze poważniej niż inne kraje. Ze względów politycznych opóźniono lockdown, pozwalając epidemii rozlać się na kraj. Także polityka zadecydowała o zakazie angielskich i amerykańskich szczepionek, skazując Irańczyków na rosyjskie, chińskie i – prawdopodobnie nieskuteczne – rodzime. Długotrwała zdalna nauka pogłębiła wykluczenie najuboższych dzieci i studentów. Jednak to zawieszenie systemu edukacji zaowocowało też zacieśnieniem więzi pokoleniowych, większą swobodą poruszania się po Internecie – a więc także gromadzenia niecenzurowanych informacji – i bliższymi relacjami z diasporą, przyczyniając się do ukształtowania pokolenia Z, które przykuło uwagę świata podczas protestów.
Przepis na dysydenta
Hamed Esma’ilijun – autor porównania republiki islamskiej do truchła – w ostatnich miesiącach przyczynił się do powstania bezprecedensowej fali poparcia dla irańskich protestów na Zachodzie, koordynując szereg akcji, takich jak wielkie marsze protestacyjne czy patronat polityczny dla uwięzionych i skazanych. Esma’ilijun, z zawodu dentysta i pisarz, jeszcze do niedawna nie widziałby się w takiej roli. Można powiedzieć, że to republika islamska go w niej obsadziła, trzy lata temu zestrzeliwując samolot pasażerski Ukraińskich Linii Lotniczych, na którego pokładzie znajdowały się jego żona i córeczka.
Kilka dni wcześniej w udanym zamachu amerykańskim w Iraku zginął ważny dowódca Korpusu Strażników Rewolucji gen. Qasem Solejmani. W odwecie Iran zaatakował bazę amerykańską, unikając jednak ofiar śmiertelnych (prezydent Trump groził odpłatą). Teheran twierdził, że do zestrzelenia samolotu pasażerskiego doszło w wyniku pomyłki ludzkiej, w co wielu nie wierzy. Nawet jeśli tak było, pozostawienie otwartej przestrzeni powietrznej nad krajem w potencjalnie niebezpiecznym momencie wiele mówi o traktowaniu życia obywateli przez irański reżim. Esma’ilijun stanął na czele stowarzyszenia rodzin ofiar, domagającego się niezależnego śledztwa.
Wielu innych dzisiejszych gorących przeciwników systemu także zahartowało się w bólu po stracie najbliższych, jak Arasz Sadeqi – student aresztowany w czasie protestów w 2009 r., którego matkę zabiła tamtejsza bezpieka podczas przeszukania domu. W nagranym niedawno wywiadzie Arasz mówił, że żadne tortury nie są w stanie zatrzeć obrazu jej roztrzaskanej głowy. Po latach więzienia trudno dziś rozpoznać w jego wychudzonej twarzy długowłosego młodzieńca z lat studenckich. Wielu jego kolegów z protestów 2009 r. wyjechało z Iranu, podobnie rzesze aktywnych młodych ludzi, szukających pracy i zatrudnienia na miarę swoich ambicji – do listy bolączek Iranu trzeba dodać wielkie bezrobocie.
Ta młoda, rzutka diaspora, w przeciwieństwie do starej emigracji, utrzymuje stały kontakt z krajem. Ciekawy jest w tym kontekście przykład Masih Alineżad, zwanej przez reżim „babsztylem z lokami” (zanike-je muferferi) i znienawidzonej do tego stopnia, że próbowano ją porwać ze Stanów Zjednoczonych. W ostatnich latach aktywnie zachęcała Iranki w kraju do kontestacji hidżabu, reprezentowała irańskie kobiety podczas wizyty u prezydenta Macrona i na tegorocznej konferencji w Davos. Masih Alineżad dojrzewała do tej roli. Wcześniej, nawet po opuszczeniu Iranu, nie od razu zdjęła chustkę i wpięła w burzę włosów charakterystyczną stokrotkę. Część diaspory nadal ma jej za złe tę ówczesną powściągliwość w krytyce wobec reżimu. Ona natomiast pamięta dobrze punkt wyjścia: gdy aresztowano ze względów politycznych jej narzeczonego, rodzinie bardzo trudno było zmierzyć się z tradycyjnym postrzeganiem sytuacji w kategoriach honorowych i stanąć po stronie córki. Masih, jak wielu innych aktywistów, nie wywodzi się z wielkomiejskiej klasy średniej. Przed rewolucją prawdopodobnie czekałoby ją tradycyjne życie żony i matki, w które państwo – mimo wprowadzenia przepisów równościowych – starało się nie ingerować.
Wielu dzisiejszych przeciwników rewolucji to jej niegdysiejsi beneficjenci: przedstawiciele mniejszości etnicznych, np. Azerowie, którzy jako dzieci migrowali z rodzicami ze wsi do miasta, by w nim nauczyć się dobrze perskiego i dzięki własnej determinacji, ale też bezpłatnym studiom, tanim akademikom czy subsydiowanej żywności ukończyć uniwersytet i dokonać awansu społecznego, o jakim ich rodzice mogli tylko marzyć.
Uniwersytety, po zamknięciu na czas rewolucji kulturalnej i po wojnie z Irakiem (1980–1988), doświadczyły niezwykłego boomu, stając się w latach 90. oknem na świat i miejscem przyspieszonej edukacji – w przypadku części z nich nie tyle naukowej, ile obywatelskiej i społecznej. Toczyły się na nich spory między zwolennikami różnych frakcji i stanowisk ideologicznych w ramach republiki islamskiej o interpretację konstytucji i religii. Sprawujący urząd prezydenta od 1997 r. Mohammad Chatami (wybrany m.in. głosami kobiet) obudził w czasie swojej prezydentury nadzieje szerokiej rzeszy studentów na demokratyzację systemu i budowę społeczeństwa obywatelskiego. Chociaż nie potrafił w pełni zrealizować tych oczekiwań (większość jego reform nigdy nie weszła w życie, nie zdołał nawet obronić swoich zwolenników – studentów – przed brutalnym pacyfikacjami), zapewnił Irańczykom osiem lat rozwoju gospodarczego, względnego pluralizmu debaty publicznej i dostępu do przekładów ważnych dzieł współczesnej myśli społeczno-politycznej. Prasa, której przysługiwał wtedy pewien margines swobody, funkcjonowała wówczas w znanym Iranowi rytmie zamykania redakcji za zbyt odważne teksty i otwierania się w podobnym składzie personalnym, ale pod innym tytułem.
Zawód wywołany niemocą reformatorów doprowadził do zwycięstwa w wyborach 2005 r. konserwatywnego populisty Mahmuda Ahmadineżada. Zachód i duża część Irańczyków zapamiętały go z prac nad programem nuklearnym oraz szeregu skandalicznych wypowiedzi negujących Holokaust i promujących ostrą antyizraelską retorykę, obecną w propagandzie republiki islamskiej od jej zarania. Wielu jednak do dziś z wdzięcznością wspomina system zasiłków i wsparcia społecznego wdrożony przez Ahmadineżada, nawet jeśli część jego projektów, jak budowa mieszkań socjalnych, okazała się porażką.
Mimo że zwolennicy pamiętają tego prezydenta do dziś jako obrońcę uciśnionych, kolejne wybory w 2009 r. Ahmadineżad najprawdopodobniej przegrał (uznaje się, że zostały sfałszowane) w konsekwencji nowej fali nadziei związanych z powrotem do sfery publicznej innego polityka kojarzonego ze sprawiedliwym podziałem dóbr Mir Hosejna Musawiego – premiera z lat 80. Ogłoszono jednak zwycięstwo dotychczasowego prezydenta, co doprowadziło do protestów znanych jako zielony ruch (dżonbesz-e sabz). Stłumiono je, a Musawiego wraz z drugim „opozycyjnym” kandydatem zamknięto w areszcie domowym, z którego do dziś nie wyszli. Wybory już wcześniej nie były w Iranie wolne, ponieważ Rada Strażników (Szoura-je negahban) orzeka, czy zgłoszeni kandydaci posiadają moralne kompetencje do ubiegania się o ten urząd. Elekcja z 2009 r. tylko dobitnie to potwierdziła.
Elastyczny system?
Istotą Islamskiej Republiki Iranu jest nierozwiązywalna sprzeczność, odziedziczona zresztą po pierwszej irańskiej rewolucji – konstytucyjnej z lat 1906–1911. Republika wymaga demokratycznej legitymizacji, a teokracja – uznania niezmiennego autorytetu. Sama nazwa irańskiego państwa mówi za siebie. Przez pierwsze lata po zmianie systemu z 1978–1979 zaangażowanie w wojnę z Irakiem dawało ujście energii społecznej. Dzięki wielkiej politycznej zmianie i wojnie wyeliminowano też – zabijając, zmuszając do emigracji czy po prostu łamiąc – nie tylko opozycję polityczną (w tym inne ugrupowania, które odegrały ważną rolę w rewolucji), ale też wielu potencjalnych wrogów wewnętrznych: obywateli wykształconych, niezależnych i chętnych do udziału w życiu publicznym.
Dziś sytuacja jest inna: znaczna część Irańczyków nie pamięta ani rewolucji, ani wojny, są za to znacznie lepiej wykształceni i zorientowani w świecie niż ich dziadkowie.
Wyczerpała się formuła „dopuszczania narodu na scenę” – jak to ujął Hadżdżarijan, jeden z teoretyków obozu reformatorskiego – raz na cztery lata z okazji wyborów prezydenckich. Nadzieja na korzyści ze współistnienia w ramach reżimu dwóch obozów: konserwatywnego i reformatorskiego, umierała stopniowo. Nawet po niesławnych wyborach prezydenckich z 2009 r., po wielkich protestach, represjach, uwięzieniu kandydatów niezależnych i fali emigracji udało się ją jeszcze wskrzesić dzięki wykreowaniu na opozycjonistę pragmatycznego prezydenta Hasana Rouhaniego i spektakularnych osiągnięciach jego rządu w negocjacjach atomowych z Zachodem. Nie na długo. Skupienie całej władzy w rękach konserwatystów i hasła powrotu do źródeł rewolucji – towarzyszące wyborowi Ebrahima Ra’isiego na prezydenta w 2021 r., w którym wzięła udział rekordowo niska liczba obywateli – ostatecznie obnażyły wewnętrzną sprzeczność systemu.
W patriarchalnej rodzinie, jaką przypomina republika islamska, nic nie jest tak groźne dla autorytetu jak dogadanie się podległych. Wygląda na to, że Irańczycy są tego bliscy. Przez wiele lat kolejnym zrywom protestacyjnym towarzyszyło wyczekiwanie przywódcy. Ruch „Kobieta – życie – wolność” nie ma liderów w tradycyjnym sensie, ma za to wielu bohaterów. Opiera się na zdolności do oddolnej samoorganizacji i solidaryzmie różnych osób i grup. W sensie społecznym jest – jak skandowali jego uczestnicy – „rewolucją”. Czy sama siła wystarczy, by panować nad ponad 87 mln ludzi? Czas pokaże. Ostatnie pół roku dowiodło jednak, że można mieć coraz więcej wiary w to, iż siły republiki islamskiej mogą być równie wątłe jak mit jej elastyczności.