Zemmour, skrajnie prawicowy kandydat na prezydenta Francji. jest postacią tak wyrazistą, że wydaje się żywcem wyjęty z filmu albo literatury. Przez lata był enfant terrible Paryża i obrońcą osobliwej idei Francji jego zdaniem zagrożonej przez feminizm, kryzys męskości, ideologię liberalną, globalizację, a przede wszystkim – islam. Teraz ten stały uczestnik telewizyjnych talk-shows, autor płomiennych manifestów ideowych i gazetowy publicysta wchodzi na nową arenę – staje do walki o Pałac Elizejski. Rzuca tym samym wyzwanie innej skrajnie prawicowej polityczce Marine Le Pen, kandydatce centroprawicy Valérie Pécresse i prezydentowi Macronowi, bo to w tym czworokącie rozstrzygną się najbliższe wybory. Jeśli porównywać Zemmoura do zagranicznych politycznych fenomenów, byłby chyba połączeniem Donalda Trumpa i Steve’a Bannona. To z jednej strony niepoprawny politycznie ideolog, a z drugiej strony osoba, która swoją pozycję zdobyła przez tzw. infotainment – umiejętność uczynienia z komunikacji politycznej rozrywki. Zemmourowi nie udał się jak dotąd jeden kluczowy element polityki Trumpa: wciąż nie przekonał do siebie tzw. niebieskich kołnierzyków, pozostając raczej kandydatem klasy średniej.
Spróbujmy opowiedzieć o Zemmourze z trzech perspektyw.
Opowieść komiczna (allenowska)
Scena pierwsza, czyli kolacja z panią von Ribbentrop. Gdyby Woody Allen chciał wrócić do Paryża, by znów – po O północy w Paryżu – zająć się duchami przeszłości, mógłby zainspirować się tym spotkaniem, nad którym unosi się upiorna historia: Éric Zemmour (praktykujący Żyd) je kolację w luksusowym paryskim hotelu Bristol z królem francuskich antysemitów i negacjonistów Holokaustu Jeanem-Marie Le Penem, jego żoną, a także córką nazistowskiego ministra spraw zagranicznych Joachima Ribbentropa Ursulą Painvin. Wspólnie lamentują nad upadkiem Francji.
To prawdziwy paradoks, że wyklęty za sprawą swego antysemityzmu i nieskrywanego nacjonalizmu przywódca skrajnej francuskiej prawicy Jean-Marie Le Pen oficjalnie popiera Érica Zemmoura, a nie własną córkę Marine, którą uznaje za zbyt mało radykalną.
Le Pen w wywiadzie dla „Le Monde” powiedział, że jedyną różnicą między nim a Zemmourem jest to, że ten ostatni jest Żydem, przez co trudno go oskarżyć o bycie nazistą albo faszystą. Trudno się dziwić zachwytowi Le Pena: Zemmour wskrzesza wyklętą tradycję Francji marsz. Pétaina, opartą na ściśle nacjonalistycznym rozumieniu katolicyzmu jako ideologii politycznej, dystansie do idei Republiki (która przynajmniej w teorii czyni Francuzem każdego, kto zaakceptuje jej ideały i kulturę), a także na sprzeciwie wobec wszystkiego, co obce. Zemmour do tego stopnia przejął tę opowieść, że wraca do fundamentalnej dla francuskiej historii politycznej afery Dreyfusa z przełomu XIX i XX w., w ramach której skazano oficera pochodzenia żydowskiego za rzekomą współpracę z niemieckim wywiadem, jak się później okazało – bez podstaw. Zemmour mówi dziś tymczasem, że nie wiadomo, kto w tym sporze miał rację. Podobny rewizjonizm kandydat na prezydenta odnosi do stosunku marsz. Pétaina do Żydów: według niego rząd Vichy chronił Żydów, którzy byli obywatelami Francji, a nazistom wydawał głównie tych bez obywatelstwa. Historycy zgodnie twierdzą, że to absolutna bzdura.
Scena druga, czyli dzielny wojak Zemmour. Allen nie pogardziłby pewnie też taką sceną: na targach zbrojeniowych Milipol w Paryżu testuje karabin snajperski na tyle nieporadnie, że budzi skojarzenia z Louisem de Funèsem. Przy okazji kieruje lufę w kierunku dziennikarzy.
Fascynacja przemocą i walką zbrojną to jeden z tematów przewodnich biografii Zemmoura. Przypomina wielkie zwycięstwa francuskich (lub frankijskich) wodzów, poczynając od tego nad Arabami pod Poitiers w 732 r. Zwycięstwa nad Arabami to zresztą motyw przewodni jego kampanii – swą partię nazwał Rekonkwista, co oczywiście przywodzi skojarzenia z wielosetletnim procesem wypierania Arabów z Półwyspu Iberyjskiego. Zemmour, na chwilę odchodząc od antyrewolucyjnych ideałów, jest też wyznawcą Napoleona, od którego zaczerpnął hasło kampanii: Impossible n’est pas français (Niemożliwe – to nie po francusku!).
###banner###
Scena trzecia, czyli Zemmour udaje generała Charles’a de Gaulle’a. Decyzję o kandydowaniu Zemmour ogłosił nietypowo: nagrywając dwudziestominutowy film na YouTube, w którym odczytuje swoją sprawnie napisaną odezwę do mikrofonu. Przypomina to – nie bez pewnej dozy niezamierzonego komizmu – londyńską odezwę de Gaulle’a do Francuzów 18 czerwca 1940 r., w której generał wezwał swoich rodaków do oporu przeciw nazistom, stając się w ten sposób nemezis współpracującego z Hitlerem marsz. Pétaina. W tym wideo jest też polski akcent (Polska staje się zresztą wzorcem dla europejskiej skrajnej prawicy): w tle deklamującego Zemmoura pojawia się oprócz dużej biblioteki obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej, kolejny ukłon w kierunku francuskich katolików.
De Gaulle to jedno z chybionych porównań Zemmoura: zasadniczo był on jego przeciwieństwem.
Pomysł generała na Francję polegał na całkowitym odcięciu się od skrajnej prawicy po jej kolaboracji z Hitlerem, na akceptacji dziedzictwa republikańskiego oraz na próbie połączenia wielkiej osobistej wiary z pełną świeckością Republiki. Wreszcie był de Gaulle zwolennikiem pojednania z Niemcami Konrada Adenauera, uważając, że tylko pogrzebanie francusko-niemieckiej niechęci zapewni Europie trwały pokój. Właściwie w każdym z tych punktów Zemmour ma inne poglądy. Łączy ich chyba tylko mikrofon na biurku podczas wygłaszania przemówień i Matka Boska (w której teologiczną rolę de Gaulle wierzył, a Zemmour raczej nie). Kulturowy katolicyzm Zemmoura i jego miłość do „chrześcijańskiej Francji” oczywiście nie są nie do pogodzenia z jego żydowskim pochodzeniem, ale obydwa te wyznania wydają się po prostu podporządkowane jedynej religii, którą prawdziwie praktykuje: wierze w odrobinę wyimaginowany odwieczny francuski naród.
Opowieść o niespełnionym marzeniu (balzakowska)
Scena czwarta mówi o utraconych złudzeniach. Rok 1980, młody chłopak, trochę przypominający Timothée Chalamet, idzie w kierunku zabytkowego budynku mieszczącego siedzibę École Nationale d’Administration, założoną przez de Gaulle’a kuźnię kadr francuskiej polityki. Na liście przyjętych nie znajduje swojego nazwiska. Podobnie jest rok później. Zdaniem biografów to niepowodzenie wpłynęło na jego niechęć wobec elit politycznych, których częścią bardzo chciał być.
Ulubionym bohaterem literackim Zemmoura jest Lucien de Rubempré (nazwał tak nawet swoje wydawnictwo), bohater Straconych złudzeń, części Komedii ludzkiej, czyli cyklu powieści Balzaca. Rubempré to prowincjusz z ambicjami literackimi i politycznymi, który jednak największą karierę robi jako dziennikarz w momencie XIX-wiecznego boomu prasowego. Zemmour prawdopodobnie widzi w nim swoją bratnią duszę człowieka pióra z analogicznymi aspiracjami, dla którego wejście na paryskie salony jest dużym wyzwaniem. Podobnie jak Rubempré robi polityczną woltę, przechodząc z dziennika liberalnego do rojalistycznego, Zemmour z wyborcy Mitteranda i dziennikarza centroprawicowego „Le Figaro” staje się pozytywnym bohaterem innego pisma: „Les Valeurs Actuelles”, które gromadzi konserwatywnych autorów i polityków, nie unika rehabilitacji skrajnej prawicy przez dziesięciolecia będącej we Francji niemal nieobecną w dyskursie publicznym.
Element dziennikarski w życiorysie Zemmoura jest bardzo silny. Swoją markę zbudował pierwotnie jako publicysta „Le Figaro”, a jednak naprawdę znany stał się dzięki programom telewizyjnym, które w ostatnich dziesięcioleciach przybrały postać zderzenia dwóch często skrajnych idei. W związku z tym, że Zemmour był gotów bronić skrajnych poglądów, stał się ich stałym gościem, a z czasem dostał własny program w stacji CNews, który przyniósł mu masową popularność.
Opowieść balzakowska ma także aspekt społeczny: Zemmour jest właściwie kandydatem paryskiego konserwatywnego salonu i mieszczaństwa, a nie ludu, z którego raczej chciał się wyrwać, niż mu przewodzić. Jego częste odwołania do literatury i filozofii (nierzadko chybione, ale jednak) nie pomagają w tym, by stał się kandydatem francuskiej klasy niższej, jak Marine Le Pen. Chcą na niego głosować raczej ludzie zamożni, studenci sprzeciwiający się lewicowej atmosferze uniwersytetów, na których studiują, niezbyt liczne, ale wpływowe kręgi konserwatywnych katolików. Nie jest tajemnicą, że spotkania Zemmoura organizuje Isabel Mueller z Opus Dei. Jeśli Zemmour chce wygrać, to bez tzw. klas ludowych nie ma szans na zwycięstwo – będzie to zapewne stanowić kluczowy element jego kampanijnych starań.
Opowieść dekadencka (houellebecqowska)
Scena piąta, czyli pięćdziesiątka Zemmoura w napoleońskim sztafażu. Jest letni wieczór 2008 r., rzecz dzieje się niewielkim Malmaison, rezydencji cesarzowej Józefiny, żony Napoleona. Gościom usługują kelnerzy w strojach napoleońskich grenadierów. Wśród gości, przebranych w stroje z epoki, znajduje się paryska elita z różnych środowisk: lider skrajnej lewicy Jean-Luc Melenchon, piosenkarz Dick Rivers (pomylony w niektórych sprawozdaniach z Rickym Martinem), jest wielu prawicowych i skrajnie prawicowych polityków. Michel Houellebecq pewnie zakończyłby tę scenę solidną orgią, organizujący to wydarzenie Zemmour jest w tym względzie powściągliwszy niż literatura. Kolejny raz jednak przemówiła u niego nostalgia za wielką przeszłością Francji.
W wypowiedziach Zemmoura stałym elementem jest dekadencja, poczucie, że lepiej już było. Lepiej było w czasach Napoleona albo de Gaulle’a i Pétaina, lepiej było w latach 50., a obecnie Francja upada. Ta narracja jest silnie obecna w najważniejszej jego książce Le suicide français (Francuskie samobójstwo). Zemmour wskazuje kilka powodów, dla których Francja upada: przyjęcie obcych kulturowo muzułmanów do Francji, kryzys męskości i feminizm, który odbiera Francuzom zdolność do walki o swą ojczyznę. Co ciekawe, w pismach Zemmoura, szczególnie w niezbyt zawoalowanej odpowiedzi do Simone de Beauvoir pt. Le premier sexe (Pierwsza płeć), pojawia się nawet perwersyjna nutka podziwu dla muzułmanów gotowych umrzeć za swoje przekonania – coś, o brak czego Zemmour podejrzewa Francuzów. To kolejny, poza dekadencją, element łączący Zemmoura z Houellebecqiem. Podobnie jest z krytyką dziedzictwa roku 1968, polegającą na fetyszyzacji emancypacji, a także ksenofilii.
Co znaczy fenomen Zemmoura?
James McAuley, były paryski korespondent „The Washington Post”, dość dramatycznie kończy swój tekst o Éricu Zemmourze w „The New York Review of Books”, pisząc, że nie jest on zaprzeczeniem Francji, ale jest Francją. To teza trudna do obrony chociażby dlatego, że Francja skrajnie prawicowa, nacjonalistyczna i ksenofobiczna istnieje obok tej szlachetnej gen. de Gaulle’a, socjalistycznej Jaurèsa i Mitterranda oraz liberalnej de Tocqueville’a i Macrona. Ten ostatni jest zresztą ciągle faworytem do urzędu prezydenckiego, choć szyki mogą mu pokrzyżować nie tylko nieprzewidywalny Zemmour, ale także, a być może zwłaszcza, kobiety: Marine Le Pen i Valérie Pécresse, kandydatka centroprawicy (stonowana w kwestiach obyczajowych i dość neoliberalna w sprawach gospodarczych).
Ostatnich pięć lat było w niektórych aspektach zaprzeczeniem programu Zemmoura – choćby w przypadku powiązania przyszłości Francji z Unią Europejską. Macron – chyba trochę nazbyt optymistycznie – próbuje wykorzystać trwającą prezydencję francuską w Radzie Unii Europejskiej jako sposób na pokazanie, że Francja przewodzi Europie (Unia była motywem przewodnim Macrona od samego początku prezydentury, już w wieczór wyborczy wchodził na scenę w rytmie Ody do radości). Macron hołduje Francji światopoglądowo liberalnej – stąd np. decyzja o umieszczeniu prochów Simone Weil, która doprowadziła nad Sekwaną do liberalizacji aborcji, w paryskim Panteonie.
Jak jednak ciekawie argumentuje wspomniany McAuley, w sprawie islamu Zemmour z Macronem idą pod rękę, choć nigdy by się do tego nie przyznali. Zaostrzenie prawa dotyczącego tzw. separatyzmu (w sposób jasny odnoszące się do islamu) po zabójstwie jesienią 2020 r. nauczyciela Samuela Paty’ego przez islamistę za pokazanie na lekcji karykatury Mahometa było reakcją nieco Zemmourowską. Polegało ono na zamknięciu stowarzyszeń muzułmańskich i próbie ograniczenia „islamogoszyzmu” na uniwersytetach. Macronowski minister edukacji otworzył think tank, który ma zwalczać przejawy przesadnej wrażliwości na problemy rasowe (używa tu modnego ostatnio w USA słowa wokeness). Widać więc w tej materii u Macrona i jego ekipy faktyczny skręt w prawo – prawdopodobnie po to, żeby wytrącić ten argument skrajnej prawicy z ręki.
Istnieje jednak różnica między twardym (nawet jeśli nieuzasadnionym) stosunkiem do islamu a oparciem całej ideologii na antyislamizmie, a to przypadek Zemmoura i niemałej grupy intelektualistów francuskich. Najbardziej widowiskowy z nich jest Renaud Camus, autor książki Le Grand Remplacement (Wielka wymiana) wydanej w roku 2010. Pisze on o tym, że francuskie elity ze względu na ideologię i interes gospodarczy przeprowadzają proces zastąpienia Francuzów i Europejczyków ludnością wywodzącą się z Afryki Subsaharyjskiej i krajów Maghrebu. Dramatyczne skutki tej teorii miały się zmaterializować daleko poza Francją: teoria Renaud Camusa, wymierzona w muzułmanów i rzekomo broniąca „białej rasy”, zainspirowała jednego z zamachowców biorących udział w ataku na meczet w Christchurch w Nowej Zelandii, gdzie w roku 2019 zginęło 51 muzułmanów.
Wersję intelektualnie dużo bardziej subtelną, ale też opłakującą społeczną zmianę we Francji reprezentuje Alain Finkielkraut, który w swej L’identité malheureuse (Nieszczęśliwej tożsamości) uważa, że rozmiar imigracji z obcych kulturowo terenów wraz ze sprzyjającą jej liberalną ideologią globalizmu jest śmiertelnym zagrożeniem dla kultury francuskiej, stanowiącej dla Finkielkrauta ucieleśnienie wzniosłości i piękna. Niewątpliwie Zemmour wyraża więc najdosadniej głęboko osadzone uczucie wielu Francuzów – wspomnianą już nostalgię za utraconą przeszłością. Uczucie, które dorobiło się już nawet swojego słowa: déclinisme – aż 75% Francuzów uważa, że Francja upada. To bardzo wysoki wynik, ale – co ciekawe – o 10 pkt niższy niż w roku 2014.
Jeśli Zemmour tak dobrze oddaje uczucie podzielane przez tak wielu Francuzów, czy może wygrać te wybory? Najnowsze sondaże nie dają mu na to wielkich szans. Choć też nie pozbawiają go szans całkowicie. Jego poparcie oscyluje w okolicach 13–14%, podczas gdy Valérie Pécresse może otrzymać ok. 17%, wchodząc tym samym do drugiej tury. Pécresse, jak również Le Pen, miałaby także w drugiej turze większe szanse na zwycięstwo nad Macronem niż Zemmour. Rozwój wypadków wciąż jednak może nas zaskoczyć. I – co chyba najważniejsze – trwałym rezultatem fenomenu Zemmoura może być coś przełomowego: tak szeroka rehabilitacja skrajnej formy nacjonalizmu w życiu politycznym Francji po raz pierwszy od 1945 r. Przetrwanie osadzonej w Unii Europejskiej demokracji konstytucyjnej we Francji nie jest więc wcale niczym pewnym. Złudzeniem byłoby sądzić, że to kraj wolny od pokusy nacjonalizmu. Prawdopodobnie jednak nie podda się jej w najbliższych wyborach.